Wystarczyło kilka dni, trochę mrozu i grudzień zaczął
przypominać samego siebie. Co prawda szkolne tereny nie wyglądały jak wyciągnięte
ze świątecznej kartki, ale zrobiło się wystarczająco zimowo, żeby wszyscy
chętniej zaczęli spędzać czas na zewnątrz. Śnieg zadomowił się nie tylko na
błoniach i dachach, ale oblepił także okna, ściany szklarni i szare, bezlistne
drzewa. Spacery po Zakazanym Lesie nie były już takie proste — zwłaszcza
w czarnej szacie Hogwartu — ponieważ wszystko opanowała biel. Biały
park, białe niebo, białe jezioro z maleńkim stateczkiem na zamarzniętej tafli.
Aż piekły od tego oczy, choć podejrzewałam, że przeszywające powiewy na
odkrytych błoniach również mogły mieć z tym coś wspólnego.
Tymczasem wnętrze zamku aż kipiało od świątecznych ozdób,
jak gdyby nauczyciele w porozumieniu ze skrzatami domowymi zapragnęli
sprzeciwić się tej wszechobecnej bieli za drzwiami. Musiałam przyznać, że
Flitwick w tym roku przeszedł samego siebie. Sople, którymi przyozdobił
kamienne tralki, balustrady i kolumny, migotały urokliwie w świetle lamp i
maleńkich świeczek o zapachu jabłek w cynamonie. Nudne ściany rozbłysły
zielenią, czerwienią i złotem wspaniałych wieńców i girland, każdy cokolik,
kredens czy samotna szafeczka została przystrojona garścią świątecznych
bibelotów, a dwanaście gigantycznych choinek stanęło w Wielkiej Sali dwa
tygodnie wcześniej niż zwykle, budząc w moim sercu słodko-gorzkie
uczucia.
Uwielbiałam Boże Narodzenie. Kochałam wszystkie święta — począwszy
od Zaduszek, przez Wigilię, skończywszy na Wielkanocy — chociaż nie
wierzyłam ani w Mikołaja, ani w Jezusa, ani w tabuny innych błogosławionych na
chmurce. Dla mnie zawsze były to uroczystości rodzinne i cierpiałam na myśl, że
w tym roku nie spędzę ich w Oreżnowie. Serce rwało mi się do domu z każdą
grudniową sową od rodziców, z każdym wyobrażeniem wypieków mamy, wspólnego
śpiewania, lepienia bałwanów i siedzenia po nocach w salonie. Widok tych
wszystkich wspaniałych dekoracji w pierwszej chwili ucieszył oczy, ale bardzo
szybko spowszedniał, bo chociaż nasze tandetne, stare ozdoby nie równały się z
przepięknymi żywymi sowami, gigantycznymi czerwonymi lizakami i złotymi
bombkami w szkole, z tymi nie wiązały się żadne wspomnienia. Jednocześnie sama
uległam gwiazdkowej gorączce i bardzo chciałam wziąć udział w tym
międzynarodowym Bożym Narodzeniu, a listy od mamy i taty zachęcające do dobrej
zabawy ostatecznie zdjęły mi z barków ciężar poczucia winy.
No i bal.
W chwili, kiedy już wsiąknęłam w ten szkolny tryb,
perspektywa wielkiej imprezy kręciła mnie dużo bardziej niż podczas
sierpniowych zakupów na Pokątnej. Im bliżej Bożego Narodzenia, tym częściej na
korytarzach dawało się odczuć dziwną mieszankę podekscytowania i nerwowości.
Krążyły też coraz dziwniejsze plotki dotyczące rzekomych atrakcji, ale jednak
Fatalne Jędze czy osiemset beczek miodu zamówionego przez Dumbledore’a nie
robiły takiego wrażenia jak konieczność zdobycia partnera na bal.
Cieszyłam się, że ten jeden kłopot kompletnie mnie nie
dotyczył. Gdy tylko na tablicy ogłoszeń pojawiła się pierwsza wzmianka o
eleganckiej imprezie i wyjściowych szatach, od razu umówiłam się z Victorem i
teraz — spokojni i rozluźnieni — mogliśmy z królewską
wyższością obserwować zmagania innych.
— Zgadnij, z kim idzie Neville — mruknął
Vipi w drodze na obiad, starając się nie wyglądać na zbyt rozbawionego. — Z
Ginny.
— Z Ginny Weasley?
— Ano. Dam sobie rękę uciąć, że zgodziła się tylko
dlatego, że jest w trzeciej klasie.
— Peut-être, ale Neville jest miły, a
wyobrażasz sobie iść z takim Malfoyem? Zgadnij, z kim on idzie.
— Z Pansy Parkinson? — zapytał, a kiedy
przytaknęłam, dodał: — Żadna niespodzianka. Ciekaw jestem, jak…
Nie dowiedziałam się już, co jak, ponieważ
dokładnie po drugiej stronie sali wejściowej u stóp schodów zrobiło się jakieś
zamieszanie, wybuchły pojedyncze śmiechy i ktoś krzyknął. Stanęłam na palcach,
ale nie musiałam się rozglądać, bo prawie w tej samej chwili rozpoznałam z
tłumu głos Rona. Bardzo dziwnie oszalały, rozpaczliwy głos.
— Fleur! Fleur, pójdziesz ze mną na bal?
Oboje z Victorem stanęliśmy jak wryci, widząc między
uczniami mizdrzącego się Gryfona. Poczułam zażenowanie na sam widok, ale tamten — zupełnie
ignorując narastające szepty i chichoty — nie przestawał się
nakręcać.
— Fleur, czy zrobisz mi ten zaszczyt i wybierzesz
się ze mną na bal?
Twarz miał groteskowo wykrzywioną — jakby grał
w jakimś słabym, głupkowatym przedstawieniu. A Delacour, która stała z
Cedrikiem Diggorym prawie u wejścia do piwnicy, odwróciła się zniesmaczona i
obrzuciła Rona tak zimnym, pogardliwym spojrzeniem, że wszystkie włosy na karku
stanęły mi dęba. Cała sympatia, jaką do tej pory we mnie wzbudzała, prysła z tą
jedną milczącą szpilą, która poszybowała w kierunku Weasleya i przeszyła go na
wskroś.
I chyba musiało być coś prawdziwego w tym porównaniu,
ponieważ w tym samym momencie chłopak zastygł jak lodowa rzeźba i zamilkł.
Wszyscy na moment zamarliśmy, atmosfera zrobiła się piekielnie niezręczna, aż
Gryfon rzucił się pędem schodami na górę — prawdopodobnie w kierunku
Wieży Gryffindoru.
Przedstawienie się skończyło i wszyscy zaczęli się
rozchodzić — część do swoich spraw, część do Wielkiej Sali na obiad.
Obracając się bez przerwy za Fleur, nie mogłam uwierzyć, że po czymś takim
potrafiła przejść ot tak do porządku dziennego.
Dla niej to pewnie nie pierwszyzna,
odezwał się z tyłu głowy cichy głosik.
— Cieszę się, że mnie to nie spotka — odezwał
się Victor, strzepując sobie teatralnie szatę na piersiach.
— No nie wiem, nie wiem…
Zrobił zdziwioną minę i parsknął śmiechem.
— A co, rzucisz mnie? Własnego brata? Nie masz
serca…
— Nie, po prostu to nie wyglądało normalnie. To
znaczy, normalnie jak na Rona — odparłam i zniżyłam lekko głos, kiedy
przekroczyliśmy próg zatłoczonej komnaty. Przy stołach wciąż ślęczało mnóstwo osób. — To
mi wyglądało na skutek Confundusa albo innego zaklęcia.
— Tia, skutek zaklęcia pomieszania zmysłów pod
wpływem ekstra laski.
— Żeby nie było, że cię nie ostrzegałam — mruknęłam.
Widząc zupełnie pustą część przy stole Ślizgonów, gdzie zwykle siedziała
drużyna i nasza klasa, postanowiłam zjeść dzisiaj z Gryfonami, tym bardziej, że
właśnie tam były największe luki. — Dużo u was zostaje?
— Prawie wszyscy od czwartej klasy w górę. I dużo
dzieciaków, nawet tych, których nikt nie zaprosił. Pewnie czekają do ostatniej
chwili. Może nawet Crabbe’owi i Goyle’owi uda się kogoś wyrwać. Na przykład
taką Zytę Bryll.
— Biedna dziewczyna. Już bym wolała pójść z Filchem.
Dzisiaj do mnie dotarło, że to będą nasze pierwsze święta poza domem, tu
vois? Dziwne uczucie.
Zajęliśmy puste miejsca gdzieś w połowie stołu między
grupą niezainteresowanych pierwszaków i jeszcze bardziej obojętnych
siódmoklasistów, a Victor zrobił nagle taką minę, jakby i na niego spłynęło
boskie oświecenie.
— Zapomniałem ci powiedzieć! — wykrzyknął
i zgarnął sobie na talerz ostatni kawałek zapiekanki z wołowiną i lekko
zastygniętym serem. — Rodzice zaprosili na święta babcię Darli, żeby
nie musiała spędzać ich sama.
— Ojej, to słodkie! — jęknęłam.
Poczułam się jeszcze dziwniej, kiedy zdałam sobie sprawę,
że ukłucie, jakie zwykle następowało, kiedy ktoś wspominał o Darli, nie było
już takie mocne.
Przystąpiliśmy do zwykłej w tej części miesiąca dyskusji
na temat prezentów. Najchętniej porozmawiałabym na ten temat z Livią — mistrzynią
wyszukiwania promocji — ale wciąż się do nas nie odzywała, poza tym
miałam przeczucie, że temat złota nadal mógł być dla niej drażliwy. Zwłaszcza
poruszany przeze mnie.
Każdy powoli zaczynał żyć świętami i nawet na lekcjach
dało się wyczuć wszechogarniający luz. Nie dotyczyło to oczywiście klasy
Snape’a, który zachowywał się tak, jak gdyby Boże Narodzenie wymyślił ktoś, kto
chciał mu wyjątkowo paskudnie zaszkodzić. Natomiast Binns chyba nie zdawał
sobie sprawy, że w szkole miało odbyć się coś tak prozaicznego jak Gwiazdka, bo
jego grudniowe wykłady nie różniły się niczym od pozostałych.
No i McGonagall. Zaczęłam odnosić wrażenie, że przez
ostatnie tygodnie widywałam ją częściej niż Gryfoni. Teraz domagała się prób
codziennie przed kolacją i choć rozumiałam, że chciała zrobić na delegacjach
duże wrażenie, czułam, że wynikało to wyłącznie z obaw. Byłam doskonale
przygotowana do wigilijnego występu.
Został tydzień do balu i teraz każdy mówił prawie tylko i
wyłącznie o tym. Podczas porannej i wieczornej poczty sowy prawie nie wyrabiały
z dostarczaniem paczek, a w salonie Ślizgonów pierwszy raz zaroiło się od
kolorowych części garderoby, butów, tiar i fantazyjnych ozdób do włosów pokazywanych
sobie nawzajem przez uczennice. Przypuszczałam, że w pozostałych trzech domach
wyglądało to podobnie. Razem z Victorem, Arielką, Heleną i Lisą nadstawialiśmy
uszu i podczas każdej długiej przerwy wymienialiśmy się plotkami na temat tego,
kto umówił się z kim, kto komu odmówił i ile wydał na szatę wyjściową. Wszystkich
najbardziej interesowała tożsamość partnerek Wiktora Kruma i Harry’ego Pottera,
a kiedy się okazało, że Fleur Delacour zaprosiła Rogera Daviesa, w wielu
męskich dormitoriach zapanowała żałoba. Podobnie wydarzyło się w dormitoriach
dziewcząt, gdy po szkole rozniosły się wieści o Cho Chang i Cedriku Diggorym,
którzy PODOBNO nie tylko zamierzali pójść wspólnie na bal, ale i PODOBNO zaczęli
ze sobą chodzić.
Nie czytałam Czarownicy, ale wprost marzyłam o
szkolnej gazetce plotkarskiej.
Wracając z jednej z ostatnich prób, pierwszy raz od wielu
tygodni pragnęłam wyrwać się z przedświątecznego chaosu i zakopać się pod kocem
w pustej sypialni. Spodziewałam się, że — może poza Glorią — nikogo
tam nie zastanę, ponieważ większość wybierała się grupkami na kolację, dlatego
zdziwiłam się na widok Malfoya samotnie przecinającego loch. Draco przemknął
tuż obok mnie z szybkością wampira na amfetaminie, ale burza, jaka temu
towarzyszyła, wydała się zaskakująca.
Nawet jak na Malfoya, tym bardziej że Malfoy nigdy nie
szwendał się samotnie.
Nigdy.
Odprowadziwszy go wzrokiem do wyjścia, sama dostałam się
najpierw do prawie pustego salonu, a potem na korytarz prowadzący do sypialni
dziewcząt, gdzie doszedł mnie dźwięk głośnego, bardzo brzydkiego szlochu.
Przystanęłam na moment, nasłuchując.
Tak, zdecydowanie dochodził zza drzwi opatrzonych
tabliczką z napisem czwarty rok.
Zastałam Sapphire na podłodze przy własnym łóżku — z
głową ukrytą w ramionach i zanoszącą się tak rozpaczliwym płaczem, że
natychmiast połączyłam kropki. Podobnie jak wtedy, kiedy wpadła wściekła do
dormitorium, w pierwszej chwili nie miałam pojęcia, jak się zachować, a i sama
Ślizgonka zdawała się nie zauważać mojej obecności. Przemknęło mi przez myśl,
żeby się wycofać, ale przed oczami znów stanął mi Malfoy — wzburzony
i z tą jego paskudnie wykrzywioną gębą — i mnie samą ogarnęła
wściekłość. Ruszyłam śmiało przez pokój i uklękłam przy przyjaciółce, kładąc
jej delikatnie rękę na plecach.
— Co się stało? — zapytałam łagodnie, ale
gdy strzepnęła wściekle moją dłoń, dodałam ostrzej: — Nawet nie mów,
żebym się nie interesowała, bo i tak będę. I nie uwierzę, że takie ryczenie
jest bez powodu.
Powoli i dramatycznie uniosła głowę, prezentując zalane
łzami oblicze. W oczach płonęła czysta rozpacz. Czarna kredka i tusz
spływały po policzkach, gromadząc się w głębokich bruzdach przy nosie, pod
podbródkiem i w drobnych zmarszczkach na obu powiekach, podkład starł się w
niektórych miejscach, ukazując czerwone czoło, a zwykle błyszczące, idealnie
wyprostowane włosy wyglądały tak, jakby Sapphire dopiero co skończyła się za
nie targać.
— Idź sobie! — wykrzyknęła błagalnie. — Dlaczego
mnie dręczysz?!
— Ja cię dręczę…?
— Tak! Po prostu… zostaw… mnie… w spokoju…! — wrzasnęła,
waląc po każdym słowie zaciśniętymi pięściami w swoje kolana.
Nie mogłam na to patrzeć. Chwyciłam ją z całej siły za
ramiona i przyparłam do boku łóżka, a ona, choć była dużo bardziej postawna ode
mnie, nie zaczęła się szarpać. Nawet nie próbowała. Zastygła na moment, dysząc
ciężko, a ja widziałam, jak sekunda po sekundzie twarz robiła się coraz
bardziej czerwona i napięta. Zmarszczki w kącikach oczu pogłębiły się i
Sapphire pękła. Zaszlochała raz jeszcze, ale tym razem bez złości, ciało nagle
sflaczało, a ona sama załkała:
— Miałaś rację! Tak, miałaś rację! Jesteś teraz
zadowolona?
W tamtej chwili poczułam się tak, jakby kafel uderzył
mnie dokładnie w tył głowy.
— Jak to…?
— Z Malfoyem wszystko skończone! Nie idziemy razem
na żaden bal!
Brwi zadrgały jej szybko, a buzię wykrzywił bolesny
grymas, jak gdyby wypowiedzenie tych słów jeszcze raz ją ugodziło. Postanowiłam
zepchnąć na moment te wszystkie plotki o Pansy i Draconie oraz to, czego
domyślałam się od początku semestru.
— Eee… a kiedy było zaczęte? — zapytałam
ostrożnie.
— No i widzisz! — znów krzyknęła, ale teraz
w tym koktajlu emocji dominowała frustracja. — Mam już dość! Mam
serdecznie dość proszenia o to, żeby był wobec mnie fair i przestał się mnie
wstydzić. Kiedy jesteśmy sami, jest inaczej, świetnie, jest… jest romantycznie
i… i zawsze się stara, ale przy kolegach jestem już tylko kumpelą! Na początku
to było fajne, takie… takie ekscytujące i w ogóle, ale zaczęło się robić
męczące, a on… pokłóciliśmy się, a on teraz idzie z Parkinson i… i powiedział,
że skoro go olałam, to on… on nie będzie uleg-gał manipu-manipulacji…
Zaczęła się jąkać i ostatecznie urwała, bo dostała
gwałtownego ataku czkawki. Korzystając z tego, że Sapphire się uspokoiła,
uznałam, że mogłam ją bezpiecznie puścić i przywołałam ze swojego zapasu
butelkę soku dyniowego.
— Chodzicie ze sobą? — zapytałam.
Przełknęła z trudem olbrzymi haust napoju i zakrztusiła
się.
— On nie mo… nie może się zdecydować.
Pochyliła głowę i łzy znów zaczęły płynąć, robiąc jeszcze
większy bałagan w jej i tak zrujnowanym makijażu. W połowie wściekła, w połowie
dotknięta, chwyciłam jej policzki w obie dłonie i zmusiłam, by na mnie
spojrzała. Teraz zamiast gorącej furii w przekrwionych oczach błyszczała
jedynie pusta rezygnacja.
— Malfoy to dupek i dzieciak — powiedziałam
stanowczo i zaczęłam wycierać rękawem czarne zacieki na policzkach. — A
ty zasługujesz na kogoś, kto nie będzie cię zwodził, bo jesteś piękna, mądra i
taka tchórzliwa fretka nie jest ci do niczego potrzebna.
Parsknęła śmiechem, ale bardzo szybko znów
posmutniała.
— Tylko że… nie mam żadnej pary, a do balu został
tydzień — powiedziała wilgotnym głosem. — On pójdzie sobie
z Parkinson, a ja będę podpierać ściany.
Stęknęła na samo wyobrażenie tej
sytuacji, ale nie pozwoliłam jej się rozkręcić.
— Już o to się nie martw, założę się, że chłopaki ustawią
się do ciebie w kolejce.
*
Pewność, z jaką to obwieściłam, okazała się niewypałem. Owszem,
na początku grudnia kilku chłopców zaprosiło Sapphire na bal, ale ona
wszystkich sukcesywnie spławiała i nawet jeśli Nott, Miles Bletchley czy Graham
wciąż mieli ochotę z nią pójść, teraz było już za późno, bo wszyscy chłopcy,
którzy nie przypominali Crabbe’a i Goyle’a, od dawna mieli partnerki.
Temat był trudniejszy, niż się spodziewałam, bo nie
chodziło o znalezienie jakiegokolwiek chłopaka, ale o takiego, na widok którego
Malfoyowi wypadłyby te tlenione kudły.
A czas uciekał. Parkinson puszyła się w dormitorium
bardziej niż zwykle, Sapphire coraz bardziej gasła, chyba pogodziwszy się ze
swoim losem „podpieraczki ścian”. W desperacji wpadłam na pomysł, żeby poprosić
Victora, ale w oczach Dracona nie był partią godną jego zazdrości. I stałoby
się oczywiste, że Sapphire poszła z moim bratem, ponieważ nikt inny nie chciał
z nią pójść.
Dlatego na trzy dni przed Wigilią — zasięgnąwszy
języka wśród niektórych chórzystów — zaraz po śniadaniu ruszyłam na
poszukiwanie Blaise’a Zabiniego. Zdziwiło mnie, że jako jeden z niewielu nie
miał jeszcze partnerki, zwłaszcza że wszystkie dziewczyny, jakimi mógłby być
zainteresowany posiadacz idealnie białych, równych zębów, pięknego czoła,
wysokich kości policzkowych, mięsistych ust i czekoladowych, nieco skośnych
oczu, były już od dawna zajęte. I to nie przez niego.
Znalazłam go na zaśnieżonym boisku, jak latał samotnie,
wprawiwszy w ruch trzy piłki. Przez chwilę obserwowałam Ślizgona z ziemi i
musiałam przyznać, że był dobry. Znacznie lepszy od Malfoya. Miał dużo
naturalnego wdzięku i lekkości, które zachowywał nawet przy wietrze hulającym między
wieżami i bramkami. Zręcznie unikał tłuczków, które — nie mając na
oku żadnych innych celów — ścigały go zapamiętale, a zaczarowany
kafel, który miał chyba przed nim uciekać, raz po raz zostawał pochwycony i
przerzucony przez jedną ze złotych obręczy. Mimo nieco obojętnej, zimnej
powłoki, chłopak miał w sobie dużo ciepła — znacznie więcej od
swojego prawie najlepszego kumpla, wydawał się też wyraźnie dojrzalszy, prawie
wycofany.
Tak, Blaise Zabini doskonale nadawał się na partnera dla
mojej przyjaciółki.
Bardzo szybko mnie zauważył. Pomachał mi, a ja zrobiłam w
odpowiedzi to samo, ale wylądował dopiero kilka minut później. Przyglądałam mu
się, jak szedł powoli ze swoim Nimbusem 2001 nonszalancko zarzuconym na ramię,
schowana pod wiatą, z której zwykle sędziowała pani Hooch. Miał nawet o wiele
bardziej dostojny krok. Nie potrafiłam zrozumieć, jakim cudem do tej pory tego
nie zauważyłam.
— Dobry jesteś. Startujesz w przyszłym roku do
drużyny? — zagaiłam, wsuwając ręce głęboko do kieszeni.
Zabini wydął usta i potrząsnął głową. Wyglądał teraz na
jeszcze bardziej zblazowanego niż zwykle, ale gdy odpowiedział, głos miał
zupełnie zwyczajny:
— Nie, nie nadaję się do gier zespołowych. A
ty?
— Nie wiem. Chciałabym. — Przyśpieszyłam
nieco kroku, chcąc do niego dołączyć, a on, o dziwo, zatrzymał się, by na mnie
zaczekać. — Pochopnie ze wszystkiego zrezygnowałam, ale trudno. Stało
się. Je ne peux changer le passé.
— W takim razie trzymam kciuki.
— Dzięki — odparłam. Prawdopodobnie
prowadzilibyśmy tę lekko niezręczną gadkę o quidditchu do samego zamku, ale nie
zamierzałam Blaise’owi mydlić oczu. Był na to za bystry. — Nadal nie
masz nikogo na bal?
Choć patrzyłam przed siebie na zawalony śniegiem park,
kątem oka zauważyłam, jak Zabini na mnie spojrzał. Uśmiechnął się kącikiem ust — złośliwie
i czarująco, jak to Zabini, a w policzkach zrobiły mu się dwa dołeczki. Całkiem
urocze dołeczki.
— Niezbyt taktowne pytanie. Nawet jak na
ciebie.
— Zgadza się.
Czując na sobie jego wzrok, i ja na niego spojrzałam.
Taksowaliśmy się w ten sposób przez dłuższą chwilę, coraz bardziej zwalniając
kroku, aż w końcu zatrzymaliśmy się gdzieś na zupełnie zaśnieżonej ścieżce
prowadzącej do cieplarni. Skakał wzrokiem od jednego mojego oka do drugiego,
jakby chciał coś z nich wyczytać albo przewiercić się przez jedno z nich do
wnętrza czaszki, ale nic z tego nie wyszło i chłopak parsknął cicho.
— Nie, wciąż nikogo nie mam.
Choć byłam tego prawie pewna, ulżyło mi.
— Excellent! W takim razie pójdziesz z
Sapphire — oznajmiłam z szerokim uśmiechem.
Zrobił zdziwioną minę, ale zdumienie nie objęło oczu,
które wciąż płonęły tym samym gorącym zaciekawieniem, jak zawsze, kiedy rozmowa
go wciągała.
— A Sapphire nie idzie przypadkiem z Malfoyem? — zapytał
i tym razem to ja się skrzywiłam, więc znów zarechotał i dodał: — Załóżmy,
że się zgodzę. Co z tego będę miał?
Uśmiechnęłam się do niego tak słodko, jak tylko
potrafiłam, jednocześnie patrząc na niego w sposób, jaki opanowałam dzięki
niezliczonej ilości godzin spędzonych z McGonagall. Chwyciłam śmiało jego rękę — zaskakująco
miękką i ciepłą — i mocno ścisnęłam.
— Cudowne towarzystwo zabawnej i najlepiej ubranej
dziewczyny z klasy — odpowiedziałam równie czule.
Ani przez chwilę nie zwątpiłam w swój plan, choć i tak
serce eksplodowało mi radością, kiedy Blaise kiwnął głową. Nie wyglądał na ani
trochę zastraszonego czy niezadowolonego, nawet uśmiechał się leciutko, kiedy
zmarznięci i z butami pełnymi wody wracaliśmy do szkoły. Blaise bardzo lubił
Sapphire, zresztą nie był jedyny, ponieważ jej nie dało się nie lubić — może
przez kontrast między jej estetyką i temperamentem, a może dlatego, że po
prostu nie nadymała się poza własnym towarzystwem jak większość Ślizgonek,
które znałam.
Nie musiałam uprzedzać Zabiniego, by ta rozmowa została
między nami. Poznaliśmy się jeszcze przed Hogwartem w domu Kilerów i przez te
lata znajomości utwierdził mnie w przekonaniu, że był jednym z najbardziej
dyskretnych, lojalnych chłopaków w jego wieku.
I faktycznie.
W przeddzień Wigilii podczas zaciętej wojny na śnieżki,
którą urządziliśmy sobie nad jeziorem z Seamusem, Deanem i Vipim przybiegła do
nas Sapphire — mocno zaróżowiona, w byle jak zapiętym płaszczu i tak
rozpromieniona, że już wiedziałam, o co chodziło. Zachowałam jednak kamienną
twarz, udając całkowicie pochłoniętą obrzucaniem chłopaków białymi kulkami,
dopóki Ślizgonka sama nie wyciągnęła mnie z pola bitwy.
— Blaise zaprosił mnie na bal — wypaliła
na wydechu, chwytając mnie gorączkowo za ręce. Oczy jej pałały. — Sophie,
tylko powiedz prawdę. Nie prosiłaś go o to?
Szczęście najlepszej przyjaciółki czy jej kolejny płacz,
wstyd i olbrzymie rozczarowanie? Wybór był prosty. Nawet brew mi nie drgnęła,
kiedy zaprzeczałam — szeroko uśmiechnięta i bez jednego ukłucia
wyrzutów sumienia. Odeszłyśmy na bok, żeby żaden z Gryfonów nie podsłuchał
(Victor już zapewne strzygł uszami jak królik), bo Sapphire prawie wychodziła z
siebie, żeby o wszystkim opowiedzieć.
— Ale naprawdę go nie prosiłaś?
— No co ty, mam co robić w życiu — odparłam
z nonszalancją, wzruszając ramionami. — Ja tylko rozpuściłam plotkę,
że jesteś wolna. Mówiłam, że wszystko się poukła…
W tym samym momencie potwornie mocno zbita śnieżka
świsnęła tuż obok jej ramienia i ugodziła mnie prosto w policzek. Zapiekło, ale
powstrzymałam się przed złapaniem się za bolesne miejsce, uśmiechnęłam się
tylko mściwie i obejrzałam w poszukiwaniu Deana. Ryczał ze śmiechu, pochylony
do przodu i oparty rękami o własne kolana. Nic nie mówiąc, lewitowałam
gigantyczną kopę śniegu i zwaliłam ją prosto na Thomasa — tak, że
utonął pod białą górą wielkości Hagrida. Po błoniach poniosły się cztery
kolejne śmiechy — Seamusa, Vipiego i Lavender z Parvati, które
obserwowały tę bitwę spod wielkiego dębu.
— Ale że Blaise… — wyszeptała Sapphire,
odciągając mnie jeszcze trochę za ramię. — Myślałam, że on już kogoś
ma, tylko trzyma to w tajemnicy jak zawsze. Wiesz, jaki on jest… A tu jak gdyby
nigdy nic podchodzi do mnie zaraz po obiedzie i pyta, czy się przejdziemy.
Podobno czekał do ostatniego momentu, bo myślał, że zejdę się z Draconem.
Zgodziłam się, a on… — Urwała i jeszcze mocniej się zarumieniła. — A
on dał mi różę. Wyczarował ją ot tak, z powietrza!
— Ooo, naprawdę? — jęknęłam szczerze
rozczulona. — Gdzie ją masz?
Spostrzegłam w jej oczach cień dawnej hardości i błysk
złośliwego uśmieszku w kącikach ust.
— W dormitorium. Parkinson już urządziła sobie spa w
naszym pokoju. I chyba Malfoy nas widział, jak rozmawialiśmy… ale to dobrze,
niech nie myśli, że usycham za nim z tęsknoty czy coś… Niech sobie idzie z
mopsicą, jeżeli chce. Jakoś nie widziałam kwiatka na jej szafce nocnej. — Ten
fakt widocznie jeszcze bardziej poprawił jej humor, bo zachichotała w sposób,
jakiego u niej jeszcze nigdy nie słyszałam. — Blaise zapytał, w jakim
kolorze będę miała szatę, bo chciałby sobie transmutować poszetkę, żeby
pasowała. Wyobrażasz sobie? Sophie, dlaczego ty idziesz na bal z Victorem? Nie
wolałabyś iść z kimś, kto ci się podoba?
Machnęłam ręką, czując, że i moje policzki nabrały kolorów.
Z jakiegoś powodu uciekłam wzrokiem od oczu Sapphire — zdecydowanie
zbyt przenikliwych.
— Wolałabym, ale nikt aż na tyle mi się nie podoba — mruknęłam. — Zresztą
i tak cały czas będziemy tańczyć razem, nie ma sensu zawracać komuś innemu
głowy.
Nie zagadywała mnie więcej, ale nie chciała też
przyłączyć się do bitwy. W zamian za to przysiadła na chwilę obok Lavender i
Parvati, ale i one bardzo szybko wróciły do zamku, kiedy zaczęło robić się
ciemno.
Oczywiście to nie było tak, że nie istniała osoba, z
którą naprawdę chciałabym pójść na bal, ale pewnie nie zostałoby dobrze
przyjęte, gdybym w Boże Narodzenie zjawiła się w Wielkiej Sali z kimś, kogo od
lat uznawano za zmarłego. Poza tym i tak nic by z tego nie wyszło, ponieważ ten
ktoś był wielce odpowiedzialny i rozsądny — zawsze, nawet
wtedy, a może WŁAŚNIE WTEDY, kiedy w grę wchodziła dobra zabawa.
Wojna zakończyła się bliżej nieokreślonym wynikiem,
ponieważ wszyscy byliśmy już tak zziajani i przemoczeni, że dawno przestaliśmy
liczyć, kto trafił kogo i z jakim skutkiem. Zamiast do dormitorium prosto pod
gorący prysznic pobiegłam od razu do gabinetu nauczyciela obrony przed czarną
magią, zahaczywszy tylko na moment o sypialnię Ślizgonek, gdzie ukryłam jedyny
prezent, którego jeszcze nie wysłałam. Czekając pod drzwiami na
charakterystyczny stukot drewnianej nogi, czułam w żołądku rosnący pęcherzyk
ekscytacji pomieszanej z obawą znajomą z Oreżnowa, kiedy nadchodził czas, żeby
przyznać się mamie do tego, że zrobiło się coś głupiego i teraz nie potrafiło
się tego odkręcić.
Otworzył mi jak zwykle w przebraniu Moody’ego — niezbyt
zaskoczony samą wizytą, ale tym, jak wyglądałam.
— Chyba powinnaś się przebrać. I ogrzać — dodał,
gdy weszłam za nim do środka.
Zatrzymałam się na moment przy wielkim, pękniętym lustrze
z kotłującymi się w oddali kształtami. W mglistej powłoce zobaczyłam swoje
niewyraźne odbicie — rozwiane włosy z topniejącymi plackami śniegu
zlepiającymi część kosmyków, czerwona, roześmiana twarz z fioletowym śladem
kulki ciśniętej niespodziewanie przez Deana i tak mokry, sfatygowany płaszcz,
że mama na jego widok prawdopodobnie wylądowałaby w Świętym Mungu. Uśmiechnęłam
się do siebie jeszcze szerzej i pociągnęłam Croucha dalej do sypialni, gdzie wcisnęłam
mu w ręce paczkę.
Obejrzał ją z konsternacją, marszcząc już i tak
pomarszczone czoło Szalonookiego, a ja splotłam ze sobą palce i podrygując
delikatnie, czekałam na werdykt. Serce waliło mocno, jakbym wciąż obrzucała się
z chłopakami śnieżkami.
— Otwórz — ponagliłam go, czując
niecierpliwość rozpierającą mi żołądek.
— Och, to… krępujące, bo ja nic dla ciebie nie mam — odparł
z zaskakującą szczerością, obracając w rękach niezbyt fachowo zapakowany
prezent. Czarotaśma, którą skleiłam czerwono-zielony papier w choinki,
wystawała spod złotej kokardy, która zresztą nie trzymała się tak solidnie, jak
chciałam, bo kiedy Crouch obrócił pudełko do góry nogami, zawisła żałośnie na
jednym maleńkim kawałeczku. — Szczerze mówiąc, w ogóle o tym nie
pomyślałem, przykro mi. Dawno nie obchodziłem żadnych świąt.
— Jak to: nic dla mnie nie masz? Uczysz mnie
Imperiusa! Nawet nie wiesz, ile fajek koty wykradły dla mnie z torby
Montague’a. Otwórz!
Z komicznym skupieniem na twarzy rozrywał powoli kolorowy
papier, aż jego oczom ukazało się pudełko po butach, a w nim album podobny do
tego, jaki kiedyś oglądałam, ale bez wielkiego napisu Crouch na
okładce.
— Od teraz możesz zacząć gromadzić nowe wspomnienia — dodałam. — W
środku masz moje zdjęcie z ostatniego występu w Leeds, możesz sobie wkleić,
jeśli chcesz.
Otworzył na pierwszej stronie i natychmiast zsunęła się z
niej mała fotografia, którą złapał w powietrzu i obrócił, a na twarzy Moody’ego
pojawił się jeden z tych uśmiechów, jakich prawdziwy eks-auror zapewne wolałby
na niej nie oglądać — ciepły i czuły, łagodzący grube, błyszczące
pasma blizn biegnących przez oba policzki. W sercu znów doświadczyłam małego
wybuchu — podobnego do tego, kiedy Sapphire opowiadała o
Zabinim.
— Wiesz co — rzucił cicho, spoglądając na
mnie znad albumu. — Może coś by się dla ciebie znalazło.
Wsunął rękę do wewnętrznej kieszeni szaty i już
wiedziałam, co zaraz z niej wyciągnie. Biała, niepodpisana koperta wylądowała
na moich dłoniach, położona z taką ostrożnością, z jaką ksiądz podaje opłatek.
Nie mogłam wyobrazić sobie lepszego zwieńczenia ostatniego przedświątecznego
popołudnia. Zdjęłam płaszcz, mokre trzewiki i raz-dwa wszystko wysuszyłam, bo
choć wiedziałam, że na list zostały rzucone wszystkie istniejące zaklęcia
ochronne (w tym te zabezpieczające przed wilgocią), nie mogłam pozwolić, by zbliżyła
się do niego choćby jedna kropla wody.
— Trochę przykro — powiedziałam, moszcząc
się w fotelu, który Barty przyciągnął mi pod sam kominek. — No wiesz,
przykro, że dla nich wszystkich będą to bardzo nudne i smutne święta. Dosyć
dziwne towarzystwo: Czarny Pan, Glizdogon, Nagini i twój ojciec. Och,
dziękuję.
Przyjęłam od Croucha szklankę gorącego kakao, a on sam
uśmiechnął się lekko kątem ust.
— Wątpię, by którykolwiek dbał o Boże
Narodzenie.
— Ja raczej miałam na myśli okazję do zrobienia
jakiegoś interesu — wyjaśniłam ze śmiechem, podczas gdy Barty
lewitował sobie filiżankę kawy do stolika. — Ludzie tego typu zawsze
wykorzystują takie okazje, żeby knuć. Wiem, bo każdy konkurs, występ i koncert,
w którym brałam udział, był tego pełen. Zwłaszcza na backstage’u. A teraz oni
będą siedzieć sobie we czwórkę w wielkim domu, zmuszeni do słuchania Last
Christmas w radiu.
I on się zaśmiał niskim, chrapliwym śmiechem
Moody’ego.
— Masz rację, brzmi jak piekło. Jak nastrój przed
występem?
— McGonagall naciska na codzienne próby, ale dzisiaj
dostałam wolne — odparłam rozpromieniona. — Oczywiście mam
też zakaz szlajania się po błoniach, żeby się nie rozchorować…
— Czego nie przestrzegasz.
— Oczywiście. Ale ja się nie przeziębiam od tej
historii z lisem, pamiętasz?
— Pamiętam, pamiętam.
Wciąż patrzył na mnie z pogodnym blaskiem w jedynym
zdrowym oku, ale coś się w nim zmieniło — jakby ten przyjemny wieczór
zaburzyło to jedno wspomnienie, które pojawiało się w najmniej oczekiwanym
momencie, żeby zmącić spokój.
Nie zagrzałam tam długo miejsca, choć ciepłe kakao, blask
kominka, padający za oknem śnieg i towarzystwo Bartemiusza brzmiało dla mnie
jak wieczór idealny, zwłaszcza po całym dniu spędzonym na zewnątrz z
chłopakami. Wracając do dormitorium, wiedziałam, że w sypialni czekała mnie
atmosfera poranka w dzień targowy i wcale się nie pomyliłam. Do tej pory jedyny
barwny punkt naszego pokoju stanowiła malusieńka choinka przystrojona na złoto
i czerwono przyniesiona przez Millicentę, ale kiedy tylko przekroczyłam próg,
uderzył mnie prawdziwy korowód blasków i kolorów, głośne rozmowy, a zaraz potem
duchota i mocny zapach owocowej herbaty.
Dziewczyny zrobiły sobie dzień spa beze mnie, lecz tym
razem wyjątkowo nie miałam im tego za złe. Czując na piersi obecność maleńkiej
koperty, nie tęskniłam za plotkami i kręceniem włosów na wałki.
Powinnam skupiać się wyłącznie na jutrzejszym występie,
ale nie potrafiłam odciągnąć myśli od tego, przyniosłam w kieszeni.
Zajrzałam tam dopiero po kolacji. Nie uczestniczyłam we
wspólnym maseczkowaniu ani w malowaniu paznokci na czerwono, a żadna ze
Ślizgonek nie była zaskoczona, że na dzień przed występem zasunęłam swoje
kotary nienaturalnie wcześnie. Ignorując próby tłumienia chichotów koleżanek,
cichutko rozkleiłam kopertę i palcami — jak zwykle odrobinę drżały — wysunęłam
złożoną na pół karteczkę.
Serce zabiło mi w piersi jak szalone, kiedy to
zobaczyłam. Liścik był krótki i po francusku, pisany tą samą ręką — lekko
i zamaszyście.
Nie będzie to przyjemne, ale taka jest prawda — Twoja
matka nigdy Cię nie chciała. Brzydziła się własnym pochodzeniem, nie potrafiła
docenić krwi Salazara Slytherina, która nieszczęśliwie płynie i w jej żyłach.
Liczyła, że może uda jej się wychować dziecko z dala od naszego świata, ale
kiedy dostrzegła w Tobie pokłady mocy, których, jak szybko się zorientowała, nie
zdoła poskromić, nie była w stanie dłużej Ciebie znosić, lecz to nie ona
postanowiła umieścić Cię u Ghostów. Pewnie tego nie pamiętasz, ale zanim
trafiłaś do Rosierów, a później do swojej obecnej rodziny, matka umieściła Cię
w przytułku. Wiedziałem, co to znaczy, ponieważ sam się tam wychowałem. Nie
chciałem dla Ciebie takiego losu. Spodziewałem się, że kiedy moją siostrę
przytłoczy Twoje wychowanie, będę mógł sam się tym zająć, ale zanim to się
stało, utraciłem swoją moc, a Rosier zrobił to, co jego zdaniem było dla Ciebie
najlepsze. Dlaczego postanowiła zachować Twojego brata? Nie wiem.
Teraz Ty mi o czymś napisz. Napisz o Ghostach. Chcę się
dowiedzieć, czy jesteś w tej rodzinie szczęśliwa.
Jak zwykle odczytałam to jeszcze kilka razy, by każde
słowo dobrze zapadło mi w pamięci, a kiedy skończyłam, jeszcze przez długą
chwilę leżałam na plecach i wpatrywałam się w ciemny baldachim, czując rosnące
w klatce piersiowej ciepło.
Jak to możliwe, że stać go było na takie słowa, choć
wszyscy bez wyjątku nazywali Voldemorta wcielonym złem? Wyglądało na to, że w
każdym potworze tliła się odrobina uczucia — jakiś żal, tęsknota,
może szczypta współczucia… Cokolwiek to było, skutkowało dobrem. Nie potrafiłam
wyobrazić sobie lepszego miejsca niż Oreżnów i mimo tych wszystkich gorzkich
słów, które dopiero co przeczytałam, nie potrafiłam ubolewać nad decyzją Melanii
Serpens.
Bardzo dobrze, że mnie oddała. Właśnie dzięki tej jednej
rzeczy nie potrafiłam jej nienawidzić — niechcący uruchomiła ciąg
wydarzeń, dzięki którym żyłam teraz najlepszym z możliwych żyć.
Obróciłam się na brzuch i rozłożyłam sobie przybory do
pisania, ale zanim sięgnęłam po długopis, z piersi zsunęła mi się koperta — zaskakująco
ciężka jak na pustą kopertę. Zaciekawiona zajrzałam do środka i spostrzegłam
przyklejoną do ścianki zżółkniętą karteczkę. Z bijącym mocno sercem wytrzepałam
ją na poduszkę i musiałam przycisnąć sobie dłoń do ust, żeby nie krzyknąć. Z
maleńkiego zdjęcia wielkości biletu na Hogwart Ekspres spoglądali na mnie Evan
i Balbina na tle choinki. Oboje wciąż tacy młodzi i uśmiechnięci. Piękni jak
dwa anioły.
Cieniutka mgiełka łez na moment rozmazała obraz, ale
pozbyłam się jej, szybko mrugając. Policzki zaczęły mnie boleć od
uśmiechu.
Ten z założenia nieprzyjemny list okazał się najprzyjemniejszy
ze wszystkich, które do tej pory wysłał. Postawiłam zdjęcie na szczycie
poduszki, opierając je o wezgłowie i tak pod okiem ciotki i wujka zaczęłam
pisać odpowiedź.
Również po francusku.
Ze wszystkich rodzin, jakie mogłabym wybrać, gdybym miała
taką moc, wybrałabym właśnie ich, chociaż prawie wszyscy to Gryfoni. O
Serpensach nigdy nie myślałam jak o moich rodzicach. Nie miałam potrzeby
nazywać mamy „mamą Bes”, a taty „tatą Sethim”, ponieważ mama zawsze była mamą,
a tata tatą. To on nauczył mnie się porozumiewać, bo wcześniej mówiłam tylko po
francusku, chociaż nie przypominam sobie, żebym zamieniła z Serpensem chociaż
jedno słowo. Pamiętam, że zawsze zamykał się w pokoju i nie pozwalał dotykać
instrumentów. Miał wielką kolekcję. A Sethi sam pokazał mi pianino i sam
nauczył na nim grać, zachęcał do śpiewania i teraz wszystko, co potrafię,
potrafię dzięki niemu. A mama…
*
Obudziłam się i to już.
Wigilia.
To było naprawdę dziwne uczucie — otworzyć oczy
i zobaczyć szmaragdowozielone zasłony, a po ich rozsunięciu grzebiącą w kufrze
Millicentę. Od zawsze w przeddzień Bożego Narodzenia witał mnie widok skośnego
sufitu i zaśnieżony oreżnowski sad.
Byłam cholernie ciekawa, co zastanę w Wielkiej Sali na
niecałą dobę przed balem, ale kiedy dwie godziny później zjawiłyśmy się z
Sapphire na późnym śniadaniu, z rozczarowaniem stwierdziłyśmy, że komnata
wyglądała tak samo jak wczoraj. A jednak w powietrzu dało się wyczuć narastające
świąteczne napięcie. Słodkie aromaty buchały z kuchni od samego rana i tylko
mogłam sobie wyobrażać, jak pachniało w dormitorium Puchonów.
Całe przedpołudnie spędziłam z Victorem, Seamusem i
Deanem w klasie Flitwicka, grając w prowadzonego przez Vipiego „jednostrzała” w
klimacie krwiożerczych świąt w świecie Cthulhu, a po ostatniej generalnej
próbie w sali chóru sama zaszyłam się w niezbyt cichym salonie Ślizgonów,
tworząc własną przygodę, w którą planowaliśmy zagrać w Sylwestra przed imprezą.
Nie czułam samotności, której się obawiałam, spędzając Gwiazdkę poza domem i
nawet te ozdoby — choć nie tak swojskie i kolorowe — poruszały
w sercu prawie te same struny, które grały w Oreżnowie. Naprawdę przyjemnie
było siedzieć sobie w pokoju wspólnym pod ciemnym oknem, popijać ukradzione z
kuchni piwo kremowe, rozpisywać gotowe pomysły i raz na jakiś czas odrywać
wzrok od pergaminu, żeby popatrzeć na olbrzymiego świerka w srebrze i złocie
nieopodal rozpalonego kominka.
A kiedy wszyscy powoli zaczęli przygotowywać się do
uroczystej kolacji, poza błogim spokojem poczułam coś jeszcze — falę
dzikiej ekscytacji. Jeszcze dwie godziny… jeszcze godzina… jeszcze trzydzieści
pięć minut i wyjdę na scenę.
Co prawda szaty wyjściowe obowiązywały dopiero jutro, ale
już dziś prawie wszystkie uczennice postanowiły jakoś upiększyć się przed
kolacją wigilijną. Prawie każda — dzięki gwiazdkowym zestawom Lady
Magic-Manicure — miała długaśne, czerwone paznokcie, a zwykłe
delikatne beżowe lub czarne cienie na powiekach zostały zastąpione przez
kolorowe i błyszczące. I nikt — nawet Snape — nie mógł nic
na to poradzić.
Ja również byłam już gotowa. W szacie chóru i mocniejszym
makijażu minęłam cztery stoły domów i ukrytymi schodkami dostałam się na
backstage. Czekając na McGonagall, czułam w żołądku skurcz, ale nie taki, jak
przed każdym występem, a jak przed złamaniem jakiegoś punktu regulaminu.
~*~
Ten rozdział napisałam prawie w całości podczas mojego
12-godzinego wyzwania. Wahałam się, czy go ruszać, czy może zająć się czymś
innym, bo to jednak nadal listopad, a tu już świąteczna atmosfera… Ale jak
wstałam rano i zobaczyłam, ile przez noc nawaliło śniegu, decyzja podjęła się
sama i jest. Zostało mi jeszcze ponad 5 godzin pisania, więc lecimy dalej, ale
tym razem już coś aktualnego, a nie starocie. U starszej Sophie wyjątkowo też
jest już prawie Boże Narodzenie. <3
~aneska
OdpowiedzUsuń26 sierpnia 2008 o 18:43
Slicznie tu u ciebie nocia boooska :**** wpadnij na http://www.najlepsze-instrukcje-aneski.blog.onet.pl i wklej avatar lub zgłoś swojego bloga do ocenki . Pozdrawiam :*** buziaczkinajlepsze-instrukcje-aneski.blog.onet.pl
27 sierpnia 2008 o 11:37
UsuńDziękuję, na pewno wpadnę. Przynajmniej Ty doceniasz mój trud, włożony w zrobienie grafiki, nie to, co NIEKTÓRZY… xD
wiewcia@amorki.pl
OdpowiedzUsuń26 sierpnia 2008 o 18:57
Super super notka!!!!! s-e-k.cay.pl
27 sierpnia 2008 o 11:37
UsuńOki, wpadnę xD
~EMily
OdpowiedzUsuń26 sierpnia 2008 o 19:00
Super nocia, czekam na nexta ;)
27 sierpnia 2008 o 11:38
UsuńHehe xD
~aneska
OdpowiedzUsuń26 sierpnia 2008 o 19:05
o czeywiscie ze ocenie tamtego bloga XD buziaczki najlepsze-instrukcje-aneski.blog.onet.pl
27 sierpnia 2008 o 11:38
UsuńDziękuję bardzo, nie mogę słuchać, jak jakaś amatorka się rządzi na moim blogu xD
~Gryffonka
OdpowiedzUsuń26 sierpnia 2008 o 19:18
Na o-gryff.xx.pl jest new. Będę musiała nadrobić zaległości u Ciebie xd nota miała być 15, ale Onet nawalił xd Na razie to tyle, bo padam ^^ Sorr. za Spam xD
27 sierpnia 2008 o 11:40
UsuńxD u mnie za spam się nie przeprasza, bo jak ja bym miała pisać, że jestem przeciwna spamom, to nie mogłabym spamować, co robię z wyraźną lubością xD
sylwiorek1
OdpowiedzUsuń26 sierpnia 2008 o 19:21
Wow! Jestem na prawdę zachwycona Twoim blogiem, a zwłaszcza tym opowiadaniem. Ale na miejscu Hermiony wybrałabym Rona, albo Harrego:D No a pzoa tym dzięki za reklamkę na http://www.sylwiass.xx.pl i zapraszam ponownie:P Proszę o info o następnych notkach:D
27 sierpnia 2008 o 11:41
UsuńNa pewno Cię będę informować xD Nom, na miejscu Hermiony wolałabym Harry’ego [nie Rona ! ] Z taką szatą, jaką miał wiewiór? W filmie Padma dobrze to określiła… szata z firanki xD
sylwiorek1
OdpowiedzUsuń26 sierpnia 2008 o 19:21
Wow! Jestem na prawdę zachwycona Twoim blogiem, a zwłaszcza tym opowiadaniem. Ale na miejscu Hermiony wybrałabym Rona, albo Harrego:D No a pzoa tym dzięki za reklamkę na http://www.sylwiass.xx.pl i zapraszam ponownie:P Proszę o info o następnych notkach:D
27 sierpnia 2008 o 11:41
UsuńxD
~=)
OdpowiedzUsuń26 sierpnia 2008 o 19:50
specjalnie tak napisałaś , że ”OMG, szkoda gadać… pomarańczowy, fioletowy, zielony, czarny… koszmar” .. zazdrościsz i tyle .. ja ci napisałam prawde a ty sie tylko odgrywasz….. twój blog jest taki jak wczśniej napisałam , niechce sie powtarzać …… taka jest prawda ////// i niemósisz krytkować blogu mojej koleżanki bo sama masz zaniedbany blog ……. tak jak napisałas …….. http://www.promyk-sloneczka6.blog.onet.pl nic ciekawego tu niema ….. obrazków 0 ,, informacjii 0 …..
27 sierpnia 2008 o 11:43
UsuńNie będę odpowiadać wylgaryzmem na wylgaryzm, chociaż Tobie przydałaby się niejedna lekcja wychowania, albo piesza pielgrzymka do Częstochowy. Ale powiem Ci jedno. Jeśli Ci się nie podoba mój blog, to urzywaj sobie do woli, ale nie tu. Pozdrawiam i życzę zdrowia [jako wychowana osoba]
~=)
OdpowiedzUsuń26 sierpnia 2008 o 19:51
a to wcale niebył spam ….. i był udany …..
27 sierpnia 2008 o 11:45
UsuńJa jak spamuję, to chociaż mi się blog nie podoba, to pisze tylko, że jest nowa notka u mnie i nie wyrażam się wulgarnie na temat grafiki. To chyba u Ciebie jest coś nie tak z gustem. Nie wiedziałaś, że do czarnego każdy kolor pasuje? A już w szczególności zielony, więc sobie daruj.
~Cam.
OdpowiedzUsuń26 sierpnia 2008 o 19:57
No kochana, notka całkiem fajna ^^ Sophie „mini” tremę miała xD Pozdrawiam i czekam na newsa;* cameron-riddle
27 sierpnia 2008 o 11:46
UsuńJakbyś nie umiała chodzić w szpilkach, też byś miała „mini” tremę xD
Kateczka
OdpowiedzUsuń26 sierpnia 2008 o 20:14
Ten Harry to się ma z tymi fankami ^^. Zupełnie jak w filmie xD. smelling-pink-girls.blog.onet.pl
27 sierpnia 2008 o 11:47
UsuńNom, sławny, niekoniecznie piękny, i bogaty xD
~Olka
OdpowiedzUsuń26 sierpnia 2008 o 22:45
Bardzo fajny……po prostu super.Jednak Malfoy zaprosił Sophie,ale można było się tego spodziewać,że tak będzie.Co będzie dalej? Czekam na następny.
27 sierpnia 2008 o 11:48
UsuńBędziesz zaskoczona za kilka rozdziałów, co wyrośnie z dżentelmena xD
nevirs@onet.eu
OdpowiedzUsuń26 sierpnia 2008 o 23:42
Hej ten rozdzial jest super ale amtego porzedniego nic nie przbije. tez pissze opowiadanie zajrzyj i ocen je http://www.hp-i-czarny-mak.blog.onet.pl a i jak mozesz powiadom mnie o 2 czesci balu bozonarodzeniowego
27 sierpnia 2008 o 11:48
UsuńJasne, że Cię powiadomię. Mogę robić to za każdym razem, jak będę mieć newsa xD
~Kaśka
OdpowiedzUsuń27 sierpnia 2008 o 07:50
Wpadnij i skomentuj http://www.naglowki-and-moje-zycie-moj-swiat.blog.onet.plblog naprawdę fajny
27 sierpnia 2008 o 11:49
UsuńOki, nie ma to jak spam, no nie? xD
~Miss S
OdpowiedzUsuń27 sierpnia 2008 o 13:34
Hej :* Dzięki za koma na http://www.s-history.xx.pl :) Twoja grafika też jest fajna :* I co najważniejsze dla czytelnika nie razi w oczy :* Pozdróffka :* Wpadnij też na moje inne blogi: http://www.s-p-a.xx.pl http://www.ania787.xx.pl i http://www.s-history.xx.pl
28 sierpnia 2008 o 11:23
UsuńxD
~Miss S
OdpowiedzUsuń27 sierpnia 2008 o 13:34
Hej :* Dzięki za koma na http://www.s-history.xx.pl :) Twoja grafika też jest fajna :* I co najważniejsze dla czytelnika nie razi w oczy :* Pozdróffka :* Wpadnij też na moje inne blogi: http://www.s-p-a.xx.pl http://www.ania787.xx.pl i http://www.s-history.xx.pl
28 sierpnia 2008 o 11:23
UsuńDziękuję, pozdrawiam i postaram się wpaść xD
~Emma ;**
OdpowiedzUsuń27 sierpnia 2008 o 13:39
http://www.spioszek13.blog.onet.pl Ooo co my tu mamy! Opowiadanko o Harrym Poterze superowsko! Napewno bede czytac hehe :P i komentowac twoje rozdzialiki :P A dzieki za koma u mnie a o krytyke sie nieobrazam wkoncu od czasu do czasu lekka krytyka bloga niezaszkodzi xD Pozdro i zapraszam do mnie ponownie a ja biore sie za czytanie opowiadanka od poczataku ;P :**
28 sierpnia 2008 o 11:22
UsuńJak chcesz, mogę Cię informować o newsach xD
~Sabi
OdpowiedzUsuń27 sierpnia 2008 o 14:26
To teraz ja jestem z bloga tonight.blog.onet.pl dzięki za komentarrz treść rozdziału jest po prostu boska :) Dzięki za słowa krytykii,u mnie :) Pozdrawiam:*
28 sierpnia 2008 o 11:21
UsuńPo raz kolejny dziękują mi za krytykę… powinnam iść na polonistkę xD pozdrawiam xD
~dream - toxic
OdpowiedzUsuń27 sierpnia 2008 o 22:34
teraz twoj blag wyglada cudnie =) nie moge sie doczekac nastepnego rozdzialusa takie ciekawe ze chyba umre xDu mnie tez nowy rozdzial http://www.zlo-jest-wszedzie.blog.onet.pl dodaj komcia
28 sierpnia 2008 o 11:18
UsuńFiu fiu, nie chcę tu przypadków śmiertelnych xD notka dziś xD
Cameron_Riddle
OdpowiedzUsuń28 sierpnia 2008 o 07:29
Nowy rozdział na http://www.cameron-riddle.blog.onet.pl :) Zapraszam do przeczytania i skomentowania.
28 sierpnia 2008 o 11:18
UsuńDzięki xD
Brillen
OdpowiedzUsuń7 września 2008 o 20:08
Jakieś niemiłe określenie na koncu?Czyżby było ono wypowiedziane przez Pansy?I bardzo dobrze ze Sophie idzie z Draco:)Kurde wciągnelam sie xDlg-potter.xx.pl
8 września 2008 o 18:01
UsuńNiemiłe… Mogła powiedzieć gorzej xD