1 lipca 2026

384. Nous ne pouvons exister l'un sans l'autre


Dziwnie się czułam, używając przejścia w garbie jednookiej wiedźmy. Korzystałam z niego właściwie wyłącznie wtedy, kiedy w trakcie semestru chciałam dostać się do domu Voldemorta. Korytarz wyłożony śliskimi kamieniami wyglądał tak, jak go zapamiętałam — ciasny, wilgotny i wypełniony przejmującym zimnem biegł z zamku najpierw stromo w dół, z czasem zaczął łagodnie spadać i ostro się kręcić, aż w końcu zmienił się z zupełnie proste przejście. Dla mnie wciąż pozostawał przesiąknięty ekscytacją, choć formalnie te wszystkie wycieczki jeszcze się nie wydarzyły. 

Choć wiedziałam, że wszystkie tajne przejścia od setek lat służyły co sprytniejszym uczniom do wymykania się z zamku, czułam złudne bezpieczeństwo wynikające z nieistnienia Mapy Huncwotów — jak gdyby szansa na natknięcie się na kogoś na końcu korytarza była dzięki temu mniejsza. I mimo że od tamtych wydarzeń nie minęło aż tak dużo czasu, nie mogłam uwierzyć w naiwność piętnastoletniej Sophie. Ale jak wtedy, tak i teraz udało mi się odwiedzić Hogsmeade, wysłać sowę z punktu pocztowego i bezpiecznie wrócić do Hogwartu. I to wszystko bez wzbudzenia podejrzeń u Barbary i reszty Puchonów. 

Czas, jaki pozostał do walentynek, wykorzystałam na dowiedzenie się wszystkiego, co mogłam z tego miejsca na temat Aurory Vetulani. Nie znalazłam jej w Izbie Pamięci ani w spisie żadnych pozalekcyjnych kółek czy stowarzyszeń, ale list, jaki przyszedł ze Świętego Munga, dostarczył mi wszystkich potrzebnych informacji. A kiedy obmyśliłam plan, jedyne, co pozostało, to czekać. 

Czekać i nadal sprawiać wrażenie prymuski, ponieważ ostatni semestr siódmoklasistów coraz bardziej przypominał zjazd ze śmiertelnej kolejki górskiej — kiedy na początku stycznia zaczął się rozpędzać, wyglądało na to, że nic nie było w stanie go zatrzymać. Dlatego dzień dziesiątego lutego — jak trafnie zapowiedziała Amelia Bones - przyniósł wszystkim owutemiakom odrobinę ukojenia. 

O tej porze ja i moi rówieśnicy zwykle powoli zaczynaliśmy wypatrywać pierwszych śladów wiosny, ale zima w 1973 roku nawet nie chciała słyszeć o roztopach. Przez cały pierwszy tydzień miesiąca bez przerwy sypało, we czwartek od rana padał deszcz ze śniegiem, żeby w nocy ścisnął mróz i teraz piękne połacie na błoniach zmieniły się w jedną wielką ślizgawkę. Nawet nie chciałam sobie wyobrażać, jak wyglądała droga do Hogsmeade. 

W takich sytuacjach naprawdę ceniłam umiejętność latania. 

Poza niezbyt zachęcającą trasą sobota zapowiadała się bardzo ładnie. Słońce uśmiechało się z chabrowego nieba na zaczarowanym sklepieniu Wielkiej Sali, raz po raz wskakując za białe obłoczki. Uczniowie podczas śniadania podzielili się tego dnia na trzy grupy: zobojętniałych, uskrzydlonych i zestresowanych. Ja należałam do tej trzeciej. Uśmiechami starałam się zamaskować nerwowość, choć od samego rana nie potrafiłam pozbyć się z żołądka delikatnego ucisku — identycznego jak ten, który zawsze towarzyszył egzaminom, do których wyjątkowo się przygotowywałam. Miałam już solidną przeprawę przez Świętego Munga, Jeziorzany i już wiedziałam, czego się spodziewać. Nie mogło być gorzej. 

Przynajmniej tak sobie powtarzałam, podskubując bez entuzjazmu bułkę z dżemem. 

Wyglądało na to, że zaproszenie Esmeraldy na przyjęcie u Slughorna poskutkowało czymś więcej niż tylko kilkunastoma zaciekawionymi spojrzeniami — Eugeniusz Jenkins zdecydował się nareszcie zaprosić ją na walentynkowy wypad do Hogsmeade, co rozgrzewało nie tylko samą zainteresowaną, ale i resztę naszej puchońskiej paczki. 

Hoffmann najmocniej i w negatywny sposób. 

— Oczywiście nie odbieram ci prawa do dobrej zabawy — powiedziała takim tonem, który świadczył zdecydowanie o chęci odebrania tych praw. — Jestem sceptyczna, nic więcej. To podrywacz, chcę, żebyś była ostrożna. 

Choć niezmiennie ceniłam jej szczerość, zdałam sobie sprawę, że lubiłam Barbarę coraz mniej. Esmeralda chyba zaczynała mieć podobne zdanie, bo twarzyczka, na której nigdy dotąd nie widziałam grymasu niezadowolenia, skrzywiła się brzydko. 

— O ile wiem, nie był do tej pory w żadnym związku — oznajmiła Rottermund, prostując się bojowo. — Kiedy jest się wolnym, można robić, co się chce. A może to nawet i lepiej wyszaleć się przed poważnym związkiem. 

Grube, czarne brwi Baśki powędrowały do góry. 

— Poważnym? Ess, on ma z piętnaście lat… 

— Sz-szesnaście, jeżeli już chcesz być taka dokładna — przerwała jej z wahaniem. — Szesnastolatek nie może się zakochać? Nasi staruszkowie poznali się w Hogwarcie, zaczęli ze sobą chodzić w trzeciej klasie i są ze sobą bardzo szczęśliwi. 

Choć Hoffmann nie wyglądała na przekonaną, nie wtrąciła już nic więcej, a ja nie byłam w stanie powstrzymać się od uśmiechu. Po prostu nie mogłam nie pomyśleć o Crouchu. Sama nigdy nie obchodziłam walentynek, wychowując się z prawie samymi chłopakami, automatycznie przesiąkłam jakąś dziwną pogardą do tego święta, a później, kiedy zakochałam się w Bartym, w naszej dziwacznej, burzliwej relacji nie zostało miejsca na tak trywialne wydarzenia. Jednak teraz — może przez te wszechobecne pary — bardziej niż na co dzień zatęskniłam za jego miękkimi, ludzkimi ramionami i pocałunkami. Brakowało mi czułości. Tej prostej, przyjemnej, ciepłej, dającej pewną stabilność w moim przypominającym rollercoaster życiu. 

W życiu z Czarnym Panem, cisnęło się na myśl. 

— A ja uważam, że to nic złego spróbować. Przecież nikt nie każe im od razu brać ślubu — mruknęłam, wciąż skubiąc z roztargnieniem spieczoną skórkę kajzerki. — Co może się stać? Esmeralda nie jest idiotką, najwyżej randka będzie do bani i tyle. Spędzą u pani Puddifoot dwie koszmarnie krępujące godziny, zapłacą majątek za kawę i ciastko i więcej się do siebie nie odezwą. 

Rottermund parsknęła śmiechem, ale Barbara wciąż nie wyglądała na przekonaną. Wzruszyła tylko ramionami i nie powiedziała nic więcej, robiąc tę znaną nam wszystkim minę obrażonej świętej i zajęła się swoim stygnącym śniadaniem. 

Tym razem nie zapowiadało się, żeby Hoffmann miała rację, ponieważ dwadzieścia minut później, kiedy pierwsi uczniowie zaczęli zbierać się do wyjścia, przy stole Puchonów pojawił się wysoki, barczysty blondyn z czerwoną różą i szerokim, promiennym uśmiechem. Esmeralda prawie wyłaziła ze skóry, żeby zamaskować podekscytowanie, ale niezbyt dobrze jej to wyszło. Na oczach wszystkich dostała skrzydeł i chyba nawet Barbara nieco zmiękła. Odprowadziliśmy ich wzrokiem i niedługo później cała Wielka Sala opustoszała, gromadząc przed sobą niebotyczne ilości par. Ociągałam się, wracając do dormitorium po płaszcz. Po części dla upewnienia się, że reszta znajomych przekroczy szkolną bramę, ale przede wszystkim byłam ciekawa, czy i Riddle wybierał się do Hogsmeade w towarzystwie jakiejś “walentynki”. Tak, jak się spodziewałam, pozostawał chyba jedynym nieobecnym w dużej grupie Ślizgonów zmierzających przez hol w stronę wyjścia. Pochód zamykali Rosier i Melania Kalkstein w nieznacznym oddaleniu od reszty. Tęga Krukonka dzierżyła dumnie nie jedną różę, a okazały, wspaniale przystrojony bukiet. 

Nie śpieszyłam się. Odczekałam, aż uczniowie znikną za bramą albo rozejdą się po błoniach, korzystając z jednego z niewielu słonecznych zimowych dni. Dopiero wtedy skorzystałam z zupełnie opustoszałej toalety w dormitorium, żeby dopracować transmutację. Nie miałam zielonego pojęcia, jak mogła wyglądać Anna Blair, ale liczyłam na to, że Aurora też. A jeżeli tak, z całą pewnością nie mogła wiedzieć, czy córka Antoniny — o ile taka w ogóle istniała — była krągłą, biuściastą blondynką ze świńsko zadartym małym noskiem i okrągłymi, niebieskimi oczami. Im dłużej przyglądałam się w lustrze temu, co wyczarowałam, tym bardziej odbicie przypominało znacznie młodszą damską wersję Ludona Bagmana. Sara Blair może nie stanęłaby na podium w konkursie piękności, ale zdecydowanie budziła sympatię. Zabrałam ze sobą zapasik eliksiru wielosokowego i kopertę od A. Vetulani, w której znajdował się adres i wskazówki dotyczące prywatnej konsultacji, dokładnie się zakameleonowałam i zakutana w najgrubszy szal i czapkę jako ostatnia opuściłam zamek. 

Na szczycie schodów w pełnym słońcu było całkiem przyjemnie, ale wystarczyło wzlecieć nieco ponad korony drzew i wiatr już kąsał bezlitośnie każdy odsłonięty kawałek skóry. Szybując nad drogą prowadzącą do wioski, obserwowałam grupki ostatnich kolorowych punkcików sunących powoli w kierunku niewielkich skupisk domków z zapałek. Doświadczając coraz mocniejszego ucisku w żołądku, minęłam centrum Hogsmeade i zaczęłam podchodzić do lądowania gdzieś w okolicy samotnego cmentarza na wzgórzu. Miałam gotowy plan i czułam, że był lepszy od tego w Jeziorzanach — lepszy, bo JAKIKOLWIEK. 

W ostateczności jak zwykle zostawał Imperius i porządne czyszczenie pamięci, choć sam fakt, z jaką łatwością zaczęłam po to sięgać, niepokoił. 

Stare Hory, w których się aportowałam, powitały mnie jeszcze mocniejszym wiatrem i szczypiącym policzki mrozem. Bardzo szybko się zorientowałam, że znalazłam się w jednym z tych miasteczek, gdzie rokrocznie świętowano dożynki, wspólnie dbano o czystość kościoła, a w pierwszy weekend wakacji mieszkańcy urządzali sobie garażowe wyprzedaże. Dałabym sobie uciąć rękę, że dwa miesiące temu na deptaku przy rynku wszyscy wspólnie kolędowali. Każdy zakątek wyglądał jak wyciągnięty z pierwszych stron zimowej obyczajówki. Przydrożne drzewa uginały się pod ciężarem śniegu, wąskie uliczki wydawały się jeszcze węższe przez zalegający na chodnikach zaspy, a z co drugiego podwórka uśmiechał się bałwan z rondelkiem zamiast kapelusza. 

Nie byłam pewna, czego się spodziewać, więc ruszyłam powoli wzdłuż jezdni, szukając wzrokiem na drogowskazach ulicy Sosnowej. Nawet nie starałam się maskować śladów — ginęły w gęstwinie setek innych, a kiedy tylko znalazłam pierwszą lepszą bramę za sklepem, pozbyłam się zaklęcia kameleona. Nikt nie zwrócił uwagi na wychodzącą zza śmietnika obcą dziewczynę. Zwolniłam kroku na widok pierwszego budynku przy Sosnowej, a serce automatycznie zadudniło mi w przełyku. Kiedy tu leciałam, plan, który układałam przez ostatnie dni, wydawał się dobry, ale teraz… nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że był jakiś naiwny… niedopracowany. 

Tymczasem jak na zawołanie gdzieś w środku ciągu szeregówek spostrzegłam znajomy magiczny ruch — tym razem była to tabliczka, która zmaterializowała się na szczycie skutej lodem bramki. 

Aurora Vetulani — uzdrowicielka — choroby magiczne, odczytałam, poruszając bezgłośnie ustami. 

Nie analizowałam więcej. Przeszłam przez podwórko, zapukałam i prawie natychmiast usłyszałam dźwięk zbliżających się energicznych kroków. Nawet nie zdążyłam się porządnie zestresować, bo w drzwiach już piorunowała mnie wzrokiem niska, przysadzista kobieta po pięćdziesiątce. Charakterystyczne zmarszczki dookoła ust świadczyły o tym, że od dawna paliła, a w czarnych włosach dało się zauważyć liczne siwe pasma, ale po okrągłej twarzy, grubych, płaskich brwiach i bystrych oczach natychmiast poznałam siostrę Anzelma. Wciąż miała te same pełne, dziewczęce policzki jak ze zdjęcia, ale sposób, w jaki otaksowała mnie wzrokiem, dał mi do zrozumienia, że łagodne rysy twarzy to tylko pozory. Najwyraźniej czarownica nie była osobą, którą dało się łatwo oszukać. 

— Słucham? — zapytała głosem nieznoszącym sprzeciwu, a mnie zrobiło się dziwnie niewygodnie we własnej transmutowanej skórze. Aurora miała zdecydowanie zbyt przeszywające spojrzenie. 

— Nina Kovac, byłam umówiona. 

Jedna brew powędrowała nieznacznie do góry. 

— Jest pani dwanaście minut za wcześnie. Proszę. 

Przytuliła się do ściany, by mogła zamknąć drzwi, po czym krótkim korytarzykiem zaprowadziła mnie do otwartego salonu. Odwieszając płaszcz na wskazany hak, starałam się dyskretnie zobaczyć jak najwięcej, ale uzdrowicielka nie spuszczała ze mnie wzroku, jak gdyby już sam fakt przybycia dwanaście minut za wcześnie świadczył o czymś podejrzanym. 

Pokój, w którym się znalazłam, do złudzenia przypominał pokój wspólny Puchonów. W samym sercu znajdował się komplet wypoczynkowy złożony z niepasujących do siebie mebli, śliwkowa lamperia znakomicie gryzła się z bordowo-oliwkowym dywanem, a każdą wolną powierzchnię zajmowały paprotki w fantazyjnych doniczkach. Lekko zszokowana wystrojem dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z braku kominka, choć mocno pachniało palonym drewnem. 

— Słucham? — powtórzyła Aurora. — Z czym pani do mnie przychodzi? 

Zatrzymałam się, prawie siłą odrywając wzrok od ściany pokrytej w całości czarno-białymi fotografiami w drewnianych ramkach. 

— Nic mi nie dolega — odpowiedziałam. — Chciałam tylko z panią porozmawiać. Jestem córką Anny Blais. Przyszłam tu, żeby dowiedzieć się czegoś o Anzelmie Serpensie. 

W pierwszej chwili zaniemówiła. Zmarszczki wokół jej ust pogłębiły się znacząco, a na czole pojawiła się dodatkowa bruzda, ale kiedy się odezwała, nie brzmiała na zdenerwowaną. 

— Droga pani, nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł… 

— Proszę nie odmawiać. Tylko pani może mi opowiedzieć. 

Potrząsnęła głową i znów otworzyła usta, ale w tym samym momencie desperacko szarpnęłam się do przodu i złapałam ją za rękę. Obie zamarłyśmy, wpatrując się w siebie w napięciu — ona rozdarta, ja w rozpaczliwej próbie wpłynięcia na nią. Czułam, że się łamała. Gdzieś w głębi serca wiedziałam, że z czarownicą pozbawioną doświadczenia z wampirami i czarną magią pójdzie mi znacznie łatwiej, ale całkowita odporność Toma Riddle’a na mesmeryzm płynący z Mrocznej Krwi znacznie osłabił moją pewność siebie. 

A jednak… udało się. 

— Ja nie… no… no dobrze — wyjąkała. — Ale doprawdy nie wiem, co mogłabym powiedzieć po tylu latach… Nie chcę, żebyś pomyślała, że go wybielam, ale mój brat był chory… wszyscy staraliśmy się go leczyć, ale momentami nawet my nie byliśmy w stanie go opanować… 

— Rozumiem — przerwałam jej, mocniej ściskając za rękę. — Nie przyszłam tu, żeby pani się tłumaczyła. Po prostu chcę się dowiedzieć, jak to było. 

Odetchnęła i rozejrzała się z roztargnieniem po pokoju, jakby w poszukiwaniu czegoś, co dodałoby jej otuchy. 

— Dobrze, w takim razie proszę usiąść. Napije się pani herbaty? 

Nagle wydała mi się dużo starsza i bardzo zmęczona. Kiedy wyszła do kuchni, nie czekając na odpowiedź, pomyślałam, że chyba potrzebowała tej herbaty bardziej niż ja — koniecznie z wkładką. Czując, że pozwalałam sobie na zbyt wiele, obeszłam kanapę i zatrzymałam się przy ścianie z fotografiami. Nie liczyłam, że między zdjęciami ze studiów, pracy i wyjazdów z mężem zaplącze się coś z dalekiej przeszłości, ale i tak starałam się wyłowić choć jedno, na którym załapałby się któryś z Serpensów. 

— Pani mąż — odezwałam się, kiedy tylko się pojawiła, lewitując dzbanek i dwie filiżanki. — On też był uzdrowicielem? 

— Owszem — odparła, powróciwszy do formalnego tonu. — Poznaliśmy się na studiach.

Jeszcze raz rzuciłam okiem na jedną ze starszych fotografii — chyba ślubnych, sądząc po strojach młodej Aurory i znacznie starszego, posępnego czarodzieja z długą, siwiejącą brodą — i nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że pan Vetulani nie był jej kolegą z roku. Czując na sobie wzrok czarownicy, odsunęłam się od ściany i zajęłam wskazane miejsce na sofie. 

— Wiem, że pani brat się leczył — powiedziałam, gdy sama usiadła w fotelu naprzeciwko, a obie filiżanki wypełniły się aromatycznym, parującym naparem. — Czy to miało jakiś wpływ na to, że zdecydowała się pani zostać uzdrowicielką? 

— Poniekąd, chociaż dobre zarobki i prawie nieistniejące wpływy ministerstwa na zatrudnienie też miały w tym temacie coś do powiedzenia — odparła. Chyba zdała sobie sprawę, że nie takiej odpowiedzi oczekiwałam, bo dodała już znacznie mniej uszczypliwym tonem: — Środowisko, w jakim się wychowujemy, nie jest nam obojętne. Czy panią zdziwię, jeśli pani powiem, że decydując się na taką, a nie inną ścieżkę, próbowałam przy okazji znaleźć odpowiedzi na pytania dotyczące środowiska, w którym dorastałam? Pewnie nie, skoro przyszła tu pani z jakąś tezą. 

Możliwe, że podświadomie chciała mnie do siebie zrazić, ale wbrew temu poczułam do niej jeszcze większą sympatię. 

— I dowiedziała się pani czegoś? — drążyłam. 

— Tylko tyle, że praca okazała się dla mnie kolejną formą ucieczki. — Wypiła powoli łyk herbaty i zachichotała pusto nad filiżanką. — Dla mojej siostry zresztą też. 

Zamilkła i przez dłuższą chwilę przyglądała mi się uważnie, a rosnące napięcie między nami świadczyło o tym, że i w niej coś pęczniało. Coś wstydliwego, czego nie była w stanie przykryć nawet najbardziej szorstkim sposobem bycia. Dopiero kiedy po długiej, boleśnie głuchej chwili zebrała się w sobie, wydała mi się dziwnie bezradna i zagubiona. 

— Czy… czy pani matka jakoś poukładała sobie życie… po tym wszystkim? 

Spodziewałam się, że to padnie. I spodziewałam się, że ze względu na delikatność tematu Aurora nie będzie drążyć, a jednak poczułam to nieprzyjemne ukłucie, które pojawiało się zawsze wtedy, kiedy myślałam o Syriuszu, wymykając się do domu Voldemorta. To palące rozdarcie między dwiema naturami moich pragnień. Tym razem jednak nie istniała droga ucieczki przed prawdą — wykorzystywałam historię skrzywdzonej dziewczyny, by osiągnąć swój cel. 

Voldemort zapewne pękałby z dumy. 

— Jakoś, tak. To dobre słowo — mruknęłam. — Ale chciałabym się dowiedzieć, dlaczego taka była. 

Czułam się ze sobą fatalnie, wywołując w niej to poczucie winy, ale wiedziałam, że tylko w ten sposób zdołam z niej to wszystko wyciągnąć. Obserwowałam w napięciu, jak spięte czoło zaczynało się rozluźniać, a płaskie brwi opadać i już byłam pewna, że wygrałam. 

— Czego chciała się pani dowiedzieć? — odezwała się w końcu. 

Miałam w głowie całą listę pytań, ale bezpośredniość Aurory Vetulani zupełnie mnie rozbiła. 

— Jak sobie z tym radziliście? — wypaliłam napiętym z emocji głosem. — Czy Anzelm zachowywał się tak wobec każdego, czy… czy tylko wobec mojej matki? 

Policzki lekko jej poróżowiały, nim zaczęła swoją opowieść. 

— Od dziecka miewał napady. Początkowo rodzice odbierali to za pierwsze wyjątkowo niesforne wybuchy dziecięcej magii, ale szybko się okazało, że coś jest nie tak. To znaczy… nie tylko magia była problemem. Nas również krzywdził — mnie i moją siostrę. Razem z matką i Adelaidą byłyśmy jego buforem, to nam się obrywało, kiedy miał atak szału albo czegoś się przestraszył, przynajmniej dopóki nie znalazł się w Hogwarcie. Później rozlało się to na jego szkolnych kolegów i koleżanki, na tych bliższych i dalszych, nie było reguły. Chciałabym ci powiedzieć, że twoja matka była kimś wyjątkowym, ale nigdy od Anzelma o niej nie słyszałyśmy. Oczywiście to nie tak, że nikt z tym niczego nie zrobił. Mój brat przeszedł liczne hospitalizacje, a to, co zrobił Annie Blair, przypieczętowała jego los w tej szkole. Z tego, co wiem, nigdy nie kontynuował nauki w żadnej placówce. 

— Z tego, co pani wie? 

— Po owutemach natychmiast wyjechałam do mojego rodzinnego kraju… 

— Do Francji? — wtrąciłam, a przygaszone nieco oczy Aurory błysnęły czujnie. 

— Zgadza się. Tam uczyłam się na uzdrowiciela, skończyłam specjalizację, poznałam męża. Wróciliśmy, ale nasz kontakt z Anzelmem był sporadyczny. Na co dzień nie szukaliśmy nawzajem własnego towarzystwa. Czy poza chorobą radził sobie tak dobrze, czy nasza matka tak dobrze tuszowała jego drobne niepowodzenia, tego nie wiem i nigdy się nie dowiem. Nasza matka od zawsze była kobietą twardo stąpającą po ziemi. Musiała być. Poza tym dobrze wiedziała, jakie z Adelaidą miałyśmy poglądy dotyczące jej całkowitego podporządkowania się chorobie Anzelma. 

Kolory na jej twarzy stały się wyraźniejsze, ale nie musiała mówić nic więcej. Rozdarcie między pragnieniem własnego życia i poczuciem obowiązku biło z niej tak, jakby podjęła tę decyzję dopiero teraz. 

— A jednak pani wróciła. Była pani na miejscu. 

Zaśmiała się śmiechem bez krztyny humory. 

— Myślałam, że w ten sposób uciszę sumienie. I poniekąd tak się stało, całkowicie wsiąknęłam w pracę, nazwisko mojego męża dawało mi w środowisku akademickim pewne poczucie bezpieczeństwa. A złoto, którym spłacałam długi Anzelma, wystarczało, żeby czuć się dobrze z tym, że częściej widywałam się z siostrą niż z matką i bratem, od których dzieliła mnie jedna teleportacja — odpowiedziała z rozbrajającą szczerością i z nostalgią powędrowała wzrokiem w kierunku ściany obwieszonej ramkami. — Adelaida została w Paryżu, żeby spróbować swoich sił na scenie. Rozkwitła tam. 

— Mogę? 

Skinęła głową, więc powoli podeszłam do wystawki, starając się nie wyglądać na niezdrowo zainteresowaną. Bez pośpiechu — tym razem bez poczucia robienia czegoś nielegalnego — zaczęłam oglądać każdą fotografię, choć w środku ciekawość aż we mnie wrzała. Miałam ochotę przyciskać oczy do każdej twarzy, analizować jej rysy, chłonąć otoczenie, świadoma, że to prawdopodobnie pierwsza i ostatnia okazja, by znaleźć się tak blisko Serpensów. Z łatwością wyłowiłam kilka zdjęć Adelaidy. Podobnie jak i jej młodsza siostra była niska i ciemnowłosa, miała te same grube, proste brwi i szeroki, spłaszczony nos, ale biła od niej taka charyzma i czar, że uśmiech sam rwał się na usta. 

— To ona? — zapytałam, wskazując na kobietę z kwiatami, otoczoną wianuszkiem eleganckich mężczyzn i kobiet. — Profesor Slughorn kiedyś o niej wspominał. 

— O, co dokładnie? 

— Że przez krótki czas była sławną aktorką komediową, ale nie zdążył się przekonać. 

Wtem Aurora roześmiała się głośno i szczerze, a ciężka, gęsta atmosfera w salonie nieco się przetarła. 

— Ach, tak, cały Horacy Slughorn. Nigdy nie byłyśmy dość wybitne, żeby zasłużyć na zaproszenie na te jego kolacyjki — rzuciła lekko. — Jak mniemam, nadal je organizuje? 

Gdy przytaknęłam, sama podeszła do ściany i z zadziornym uśmieszkiem zaczęła wskazywać na poszczególne zdjęcia. Adelaida na scenie pełnej kwiatów lecących z widowni, Adelaida posyłająca całusy do aparatu, Adelaida obejmująca siostrę na dywanie przed choinką. Aurora zdawała się dobrze bawić — na tyle, na ile można się bawić podczas wizyty córki kobiety skrzywdzonej przez własnego brata — a mnie nagle zachciało się płakać, bo przypomniałam sobie, jak lata temu to ja pokazywałam Barty’emu prawie identyczne kadry, tyle że z własnego dzieciństwa. 

— Miała wielkie szczęście, rozbłysła już po swojej pierwszej premierze, wystawiali La Belle et la Bête. O, tutaj jesteśmy. — Dźgnęła paznokciem grupową fotografię z Adelaidą na środku i samą sobą tuż obok siostry. — Zapomniałam, miałam wtedy tę nieszczęsną trwałą. 

— Oczywiście grała Bellę? 

Znów się zaśmiała, tym razem pod nosem. 

— Oczywiście, że nie. Grała jedną z okropnych sióstr Belli, ale szybko dostała główną rolę w Le Théâtre des Fées. Upodobała sobie komedię, ale miała też kawał głosu. Maël de Brissac, ówczesny ceniony kompozytor, napisał specjalnie piosenkę, ale Adela zmarła niedługo po pierwszych nagrywkach. 

— Bardzo mi przykro. A czy… czy pani siostra miała tam jakąś rodzinę? 

— Miała narzeczonego. — Wskazała inną ramkę, w której widniał ładny, profesjonalnie wykonany portret dwójki ludzi: Adelaidy w połyskującej kolii i przystojnego, młodego mężczyzny z kwadratową szczęką i zawadiackim uśmiechem na mięsistych ustach. — Kilka miesięcy po zaręczynach zachorowała na smoczą ospę. Ale nie przyszła pani słuchać o mojej siostrze, prawda? 

Odzyskała ostry ton i to właśnie on sprowadził mnie z powrotem na ziemię. Oderwałam wzrok od zdjęć i powiodłam nim za Aurorą, która wróciła z powrotem na fotel. Z niechęcią zrobiłam to samo, boleśnie świadoma faktu, że ta kobieta nie miała pojęcia, z kim tak naprawdę miała do czynienia. Nie była mi winna rodzinnych historii. Tak naprawdę nie była mi winna nawet słowa o Anzelmie i pewnie gdyby nie wpływ uroku, już dawno oglądałabym jej drzwi wejściowe od zewnątrz. 

— Czy po szkole… i po tym wszystkim pani brat też ułożył sobie życie? 

— Niewiele wiem o tym, jak wyglądało jego dorosłe życie — odparła rzeczowo. — Starał się pracować, wiem, że wyjeżdżał z kraju, kiedy odłożył trochę złota, ale bardzo szybko wracał z długami albo nowym pomysłem na biznes. 

— Nie ma go na ścianie? 

Przez jej twarz przebiegł cień, który pozwolił mi przypuszczać, że Aurora się rozgniewa, rzuci, że już wystarczy tych pytań i zwierzeń, ale, ku mojemu zdumieniu, wyciągnęła różdżkę i machnęła nią krótko, a z jednego z regałów wyskoczył oprawiony w skórę album. Na ten widok serce zabiło mi mocniej. Patrzyłam ze ściskiem w gardle, jak kobieta powoli przewracała strony, aż znalazła to, czego szukała. Automatycznie wychyliłam się nieco do przodu. Te fotografie wyglądały na dużo starsze i podniszczone, jakby spędziły dużo czasu gdzieś na strychu i dopiero niedawno ktoś postanowił się nimi zająć. Na niektórych mignęło mi niewielki, wręcz chorobliwie wypielęgnowany ogródek, dom z ostrym dachem i troje dzieci — dwie dziewczynki i chłopiec. Cała trójka ubrana w ładnie dopasowane mugolskie ubrania, ale tylko chłopak zdawał się nie przejmować perfekcyjnym stanem swojej białej koszuli i wyprasowanych w kant spodni — podskakiwał i machał do aparatu jak szalony, szczerzył się głupkowato i raz po raz wybuchał bezgłośnym śmiechem, podczas gdy jego siostry zachowywały nietypową dla ich wieku powagę. 

— Kiedy nie miewał napadów, był właśnie taki — dodała, przewracając stronę. Na trzech kolejnych zdjęciach chudy dzieciak z poobdzieranymi kolanami dosiadał Dębowego Groma 79 i próbował wykonać Zwis Leniwca, ale raz po raz spadał na głowę prosto na trawę. Widok tego pociesznego chłopaka bez obu jedynek w buzi złapał mnie za serce. — Postrzelony, pełen energii, towarzyski, z głową pełną głupich pomysłów… Taki dowcipniś. Zawsze z Adelą miałyśmy wrażenie, że to my jesteśmy starsze. 

Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że próbowała go jakoś wytłumaczyć, wypełnić luki pozytywnymi wspomnieniami, które naturalnie istniały, czyniąc go kimś więcej niż chorobą. A ja chętnie za tym poszłam. Widok jego zdjęć z dzieciństwa był jak światełko po ostatnich tygodniach nieustającego mroku. Anzelm niesamowicie różnił się od matki i sióstr. Na żadnym zdjęciu, jakie pokazała mi Aurora, nie zobaczyłam Leona, ale podejrzewałam, że to właśnie po nim odziedziczył niesamowicie jasne, przypominające watę cukrową włosy i długie, chude nogi i ramiona. Niski, drobny i blady przywodził na myśl Harry’ego z naszych pierwszych szkolnych lat. 

— Wydaje się taki… fajny — mruknęłam do siebie, patrząc na małego Anzelma na środku wielkiej, ozdobnej wersalce. Trzymał na kolanach tobołek, z którego wystawała pulchna, dziecięca buzia. 

— Pamiętam, jak zawsze mówił, że było ich dwóch: ten dobry i ten zły — odparła. — Mój brat bardzo się wstydził tych wybuchów, zwłaszcza kiedy odkrył, że inne dzieci w jego wieku tak się nie zachowują. Był potwornie skrajny. W okresach melancholii stawał się skryty, unikał ludzi, a później starał się nawiązywać relacje z każdym, kto się nawinął, jakby próbował sobie coś zrekompensować. I tak to się kręciło, aż dobrego Anzelma było coraz mniej, coraz więcej długów, coraz krótsze okresy remisji, wieczna walka o hospitalizacje, samodzielne odstawianie eliksirów, załatwianie leczenia, które nic nie dawało… Może to zabrzmi samolubnie, ale ja też chciałam mieć coś z życia. 

Znów przytaknęłam. Czułam ciężar jej emocji w pokoju, potrzebę wytłumaczenia się przed samą sobą i byłam pewna, że Aurora nie widziała już obcej dziewczyny siedzącej na jej kanapie. Błyszczące z poruszenia oczy mówiły o tym, że były już tylko jej emocje i jej wspomnienia. 

— A pani rodzice… — zaczęłam, ale nie dała mi skończyć. 

— Nikt nie był w stanie przemówić do rozsądku mojej matce. Nawet nasz ojciec — oznajmiła głosem nabrzmiałym goryczą. — Ale to w końcu matka. Zrobi dla swojego dziecka wszystko, nawet jeżeli to dziecko kilka razy prawie ją zabiło. Nie chcę malować obrazu Anzelma jako człowieka nieporadnego, wymagającego opieki… nie, nawet mimo wydalenia z Hogwartu przez te kilka lat w szkole osiągnął wiedzę i umiejętności, które pozwalały mu utrzymać się w społeczeństwie. Niestety mój wyjazd do Paryża osłabił nasze relacje, które swoją drogą nie były szczególnie zażyłe, więc nie mogę powiedzieć, jak dokładnie wyglądały jego ostatnie lata życia. Ostatni raz widzieliśmy się na jego ślubie. 

— To znaczy, że pani brat nie żyje? 

Wiedziałam o tym, a jednak moment usłyszenia tej sugestii na własne uszy sprawił, że doświadczyłam pewnego wstrząsu. Nie byłam pewna, czy to dlatego, że powiedziała to tak beznamiętnie, czy dlatego, że naprawdę — NAPRAWDĘ — nigdy tak naprawdę go nie poznam. 

— Tak, to się stało niedługo po ślubie, chociaż to, że przeżył trzydzieści osiem lat… te wybuchy, te… samopodpalenia… Pamiętam, że kiedy jeszcze uczyłyśmy się w domu, największym strachem było dla nas, gdy Anzelm wracał z Hogwartu. A potem nasze powroty, kiedy Anzelma wyrzucono. Nie bałyśmy się, że znów będzie nas bił czy wpadał w histerię, uciekał do lasu, nie, do tego byłyśmy przyzwyczajone. Nie znałyśmy innej rzeczywistości. Byłyśmy przerażone, że zostaniemy z nim same i on wtedy targnie się na swoje życie. To był nasz bogin — Anzelm wiszący pod sufitem. 

Choć o to nie pytałam, dostałam więcej, niż bym chciała. Nie miałam pojęcia, czy to przez moje nieumiejętnie używane moce, czy przez gromadzone przez lata wyrzuty sumienia, ale Aurora wyrzucała z siebie to wszystko, jak gdyby nigdy wcześniej nie rozmawiała o tym w ten sposób. Jakby zaczęła i nie mogła skończyć, a ja nie potrafiłam jej przerwać. Chłonęłam każde słowo jak zaczarowana. 

— Było wiele takich sytuacji — ciągnęła. — W większości nie kończyły się szpitalem, bo nawet my nie wiedzieliśmy, co było wypadkiem, a co próbą. Nie mówię ci tego, żeby jakoś go wybielać czy… czy jakoś grać na twoich emocjach, po prostu tak było. Wszyscy się męczyliśmy, on też. Żałował swojego zachowania z epizodów manii, ale ostatecznie to błędne koło nie miało końca: czuł się lepiej, odstawiał eliksir i wszystko zaczynało się od nowa. I z każdym kolejnym razem było coraz gorzej, okresy spokoju coraz krótsze… w coraz mniejszym stopniu kontrolował swoją moc, ale pozostawał na tyle inteligentny, samodzielny i czarujący, żeby nie trafić do ośrodka na stałe. Trochę się uspokoiło, kiedy się ożenił. Nie byłam zachwycona, kiedy się dowiedziałam, że planuje zaręczyny… nie aż tak ze względu na Anzelma, bardziej przez wzgląd na tamtą dziewczynę. Miała szesnaście lat, podejrzewam, że mogła mieć jakiś deficyt intelektualny… w każdym razie nigdy nie chodziła do Hogwartu… Ta rodzina od początku wydawała mi się w pewnym sensie patologiczna, szczycili się, że byli ponoć spokrewnieni z Salazarem Slytherinem, choć nigdy w moim dormitorium nie pojawił się żaden dzieciak o tym nazwisku… Gaunt. Ale Anzelma to fascynowało, miał wtedy obsesję na punkcie dziedzictwa, godzinami przesiadywał w bibliotece na Pokątnej, szukając miejscowych historycznych osobistości powiązanych z Serpensami, co swoją drogą nie miało racji bytu, ponieważ nasza rodzina wywodzi się z Francji… Ale ożenił się z tą Meropą i przez chwilę sama uwierzyłam, że może to pomoże im obojgu. Nasza matka pokładała w tym wszystkie swoje nadzieje, zresztą dużo im pomogła… 

Mówiąc, nie przestawała kartkować albumu. Robiła to wolno i automatycznie, całkowicie skupiona na opowieści, natomiast ja nie wiedziałam, gdzie patrzeć. Moje serce biło jak szalone. Nie bacząc na to, czy wyda się to Aurorze dziwne, pochyliłam się nisko nad niską ławą i pożerałam wzrokiem zniszczone, czarno-białe fotografie wypełnione ludźmi. Zdjęcia były bardzo niewyraźne, a postacie na matowych kartonikach maleńkie, ale bez trudu wyłowiłam na nich pannę młodą — niską, wychudzoną dziewczynę o nieładnych, grubych rysach i rzadkich, ciemnych włosach ocieniających zapadnięte policzki. Oczy zdawały się patrzeć na dwie różne strony, a sama nastolatka — choć przeżywająca w teorii swój najpiękniejszy dzień w życiu — wydawała się przytłoczona i zakłopotana całą sytuacją. W odróżnieniu od Anzelma nie wyglądała na szczęśliwą — chyba jako jedyna wśród tuzina gości. Bez trudu odnalazłam Aurorę i jej męża, a także mężczyznę bardzo podobnego do młodej Meropy — równie niewysokiego, zabiedzonego i z identycznymi wyłupiastymi oczami, z których każde patrzyło w inną stronę. 

Morfin Gaunt. A tuż obok niego — prężący się dumnie tuż obok panny młodej — stał Marvolo. Mimo szerokiego uśmiechu nie budził sympatii. Przypominał małpę wciśniętą w przykrótką, wyświechtaną szatę, a ja nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że nieszczęśliwy wyraz twarzy Meropy wynikał właśnie z tej bliskiej obecności ojca. 

Wstrzymała oddech, gdy Aurora przewróciła stronę, ale tym razem zrobiła to z namysłem, zakrywając dłonią część fotografii. 

— Było dobrze tylko przez chwilę, póki mieszkali z matką — kontynuowała. — Ale potem przenieśli się do Warny, bo Anzelmowi zamarzyły się góry. Ale nie minął rok, jak dostałam list, że nie żyje. Do czegokolwiek tam wtedy doszło, bardzo współczułam tamtej dziewczynie. Kiedy żyjesz z takim człowiekiem, nieważne — rok czy trzydzieści osiem lat — twoim największym strachem staje się to, że znajdziesz go martwego. I wiesz, że prędzej czy później tak się stanie. Nie wiem, co się stało z Meropą. Prawdopodobnie wróciła do ojca, nigdy więcej się z nami nie skontaktowała. Anzelm spoczął z ojcem, pogrzebem i całą resztą zajęła się matka… 

Urwała z wahaniem, a ja pomyślałam, że ową całą resztą, którą Aurora niby przypadkiem próbowała zasłonić dłonią, była Melania. Moja matka — to słowo uderzyło mnie bardziej niż kiedykolwiek dotąd. Nawet bardziej niż wtedy, kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy. 

— …i tak się skończyła historia mojego brata — chaotyczna jak jego życie — dodała drżącym głosem i westchnęła ciężko, a w jej lśniących gorączką oczach coś nagle się zmieniło. Jak gdyby kobieta wraz z końcem opowieści się przebudziła. Dotknęła dłońmi zalanych rumieńcem policzków, próbując je ochłodzić. — Ja… p-przepraszam, trochę… trochę popłynęłam… 

— Nie szkodzi — przerwałam jej szybko, prostując się. Zdałam sobie sprawę, że w pokoju zrobiło się nagle bardzo ciepło. — Cieszę się, że mogłam to usłyszeć. Czy… czy teraz są panie szczęśliwe? 

Bardzo mnie korciło, by zagaić o Melanię, ale czułam, że połączenie między nami znacznie osłabło, a spojrzenie Aurory powoli zaczęło odzyskiwać ostrość, więc odpuściłam. 

— Wie pani, szczęście to pojemna szuflada — odparła nieco surowiej. — Żyję własnym życiem. Minęło wiele lat, na co dzień o tym nie myślę, zresztą każda rodzina z czymś się zmaga — z niezrównoważonym bratem, mezaliansem z mugolem czy wyrokiem w Azkabanie. 

Uśmiechnęła się w sposób bardzo przypominający zniecierpliwioną McGonagall i dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że moja herbata już wystygła. Poruszyłam się nieco w niezręcznej ciszy, a sposób, w jaki Aurora na mnie patrzyła, wywołał pewne wątpliwości — czy powinnam zachować jej wspomnienia z tej dziwnej wizyty? 

To byłoby proste i bezpieczne wyjście, ale znów jakiś natrętny głosik wspomniał nazwisko Voldemorta i dotarło do mnie, że zaczynałam działać jak on: w skrytości, na granicy prawa i w całkowitym braku zaufania. A przecież to ja miałam go zmienić, nie on mnie. 

Dlatego minutę później zamiast zaklęciem Obliviate pożegnałam się krótkim do widzenia. Gdy wyszłam, znów padał śnieg. Ciężkie, wilgotne płaty zakryły większość śladów na chodniku, ale jeszcze nie zamierzałam się maskować. Choć przed powrotem do Hogwartu czekała mnie jeszcze jedna podróż, wsunęłam ręce głęboko do kieszeni płaszcza i ruszyłam wolno wzdłuż pustej ulicy. Potrzebowałam ochłonąć po tym, czego się dowiedziałam, a byłam pewna, że i Aurora wietrzyła właśnie swój duszny salon. Może wyszła na taras, żeby zapalić? 

Nigdy wcześniej nie czułam tak palącego pragnienia poznania Serpensów. Nigdy nie traktowałam ich jak rodziny, wręcz czułam pewne skrępowanie na myśl, że dzieliłam z nimi krew, przynajmniej dopóki nie poznałam Spirydiona. Dopiero teraz potrafiłam dostrzec w nich coś więcej poza pustymi imionami. Byłam ich ciekawa, współczułam im, nie rozumiałam, ale podróż do Jeziorzan i rozmowa z Aurorą uczyniła ich dla mnie ludźmi. 

Została jeszcze ostatnia podróż. 

Odnalezienie miejscowości, w której mieszkała Victoria Serpens, okazało się dużo łatwiejsze niż zlokalizowanie miejsca zamieszkania jej córki. Wystarczyło wysłać sowę do punktu kontaktowego Proroka Codziennego. Po szybkim obiedzie w barze mlecznym i kolejnej porcji eliksiru wielosokowego przeniosłam się do Malora. Choć mieścina nie różniła się niczym od tej, z której dopiero co się teleportowałam, w powietrzu czuć było bliską obecność morza. Postawiłam kołnierz, żeby osłonić policzki od lodowatego wiatru i zakameleonowana wzbiłam się w powietrze. Z góry bez trudu zlokalizowałam maleńki cmentarz zlokalizowany w bliskim sąsiedztwie jedynego kościoła w okolicy. 

Serce biło mi jak szalone, kiedy otwierałam oblodzoną bramkę. Dobiegała siedemnasta i niebo zaczynało się ściemniać, więc przyśpieszyłam kroku. Podejrzewałam, że większość odwiedzających Hogsmeade zaczynała szykować się do powrotu. Wyglądało na to, że mroźny luty nie sprzyjał odwiedzinom na cmentarzu. Większość nagrobków przypominało wielkie zaspy z wystającymi z nich krzyżami i zaledwie w kilku miejscach paliły się znicze. Wystarczył krótki spacer główną alejką, żeby odkryć, że w okolicy musiały mieszkać jeszcze jakieś czarodziejskie rodziny. Gawin Braun — czy to nie tak nazywał się dziadek Leo? Albo Wit i Cecylia Odrowąż — z tych Odrowążów od eliksiru pieprzowego? Sugerując się datami na nielicznych odśnieżonych grobach, skierowałam się w głąb cmentarza. Zrobiło się już całkiem ciemno, ale zanim zaczęłam rozważać zapalenie różdżki, na jednym z nielicznych wysprzątanych grobów zamajaczyło mi moje własne nazwisko. 

Zatrzymałam się gwałtownie, czując rosnącą w gardle gulę. Płyta była stara i matowa, ale zamieciona najpóźniej kilka godzin temu. Paliły się również świeże świece. Rozedrgane płomienie złociły otaczający grób śnieg, ale ktoś musiał je zaczarować, ponieważ nie gasły ich nawet silny powiew. Coś dziwnego obudziło mi się w klatce piersiowej na widok dwóch imion. 


Leon Serpens 

19 X 1873 — 10 IV 1945


Anzelm Serpens

10 I 1916 — 28 I 1954


Ze zdumieniem zamiast grawerunku krzyża na szczycie tablicy widniał znak dwóch zjadających się nawzajem węży układających się w okrąg, a pod spodem napis: 


Nous ne pouvons exister l'un sans l'autre.


Przeszły mnie ciarki. Świadomość, że Anzelm spoczywał pod tym kawałkiem kamienia, uderzyła prosto w brzuch tak, że nie mogłam przez chwilę złapać powietrza. Anzelm Serpens, mój dziadek — ta abstrakcyjna postać, mniej realna od bohaterów książek. Nigdy nie myślałam o Meropie ani o rodzicach Bonitusa, ale Anzelm towarzyszył mi przez te wszystkie lata jak duch. Naznaczył swoją córkę piętnem strachu i przyczynił się do tego, że wykreśliła mnie ze swojego życia. 

A jednak nie potrafiłam go nienawidzić. Czułam do niego wyłącznie współczucie — do niego i do Melanii. Nie byłam pewna, czy znając ich historię, uwolnię się od żalu, ale ciężak, jaki zwalił mi się w tym momencie na barki, okazał się oczyszczający jak zmęczenie po długim biegu. 

Przykucnęłam przy tablicy i położyłam rękę na zimnym kamieniu, a w głowie rozbijała mi się tylko jedna myśl: czy Anzelm samodzielnie podjął decyzję o zakończeniu życia, czy natłok obowiązków przy małym dziecku sprawił, że jego magia zrobiła to za niego? Choć nigdy się nie spotkaliśmy, na samo wyobrażenie tego chudego, roześmianego chłopaka doświadczyłam połączenia podobnego do tego, jakie czułam wobec Syriusza. I tak, jak w przypadku Syriusza, widziałam w Anzelmie siebie samą. 

A potem przypomniałam sobie o pokładach mocy, jakie udało mi się wykrzesać pod koniec bitwy o Hogwart, o trawiącej mnie po tym chorobie i byłam pewna, że skończę jak mój dziadek — rozerwana przez własne moce. 

Zanim odeszłam, wyczarowałam wieniec z ostrokrzewu i zostawiłam na grobie. Idąc ostrożnie oblodzoną ścieżką cmentarza, nawiedziła mnie znów ta sama pokusa: a co, gdybym zdecydowała się zostać? Bez względu na to, co zdecyduję w sprawie Riddle’a — zostać, uczestniczyć w życiu Serpensów i Ghostów, obserwować z tylnego siedzenia. Uświadomiłam sobie, że nigdy nie chodziło tylko o Voldemorta. Wydał mi się w tym momencie jakimś nieistotnym pionkiem w życiu, jakie mogłabym wieść, gdyby nie on. Pomyślałam o perspektywie bycia — bez konieczności ingerowania w życia innych — i doświadczyłam niemal fizycznie wyczuwalnej ulgi. Miałam już dość robienia. Pragnęłam po prostu istnieć

Odsunęłam te rozważania po przekroczeniu granicy cmentarza. W wietrzny, sobotni wieczór nie spotkałam żywej duszy do samego centrum, dopiero tam minęłam się z kilkoma opatulonymi w płaszcze mugolami. Dom prababki odnalazłam w kilka minut. Pozbawiony wszelkich czarodziejskich dziwactw doskonale wpasował się w mugolski klimat nadmorskiego miasteczka, tylko z tą jedną różnicą, że podobnie jak na bramce u Aurory pojawiła się metalowa tabliczka z napisem: Victoria Serpens — Redaktor Naczelny “Proroka Codziennego”. Na początku zdziwiła mnie nieznana z moich czasów praktyka opisywania swojego fachu na tabliczkach przed drzwiami czarodziejów. I to nie tylko w Hogsmeade, bo w Malorze minęłam dom aptekarza i kierownika Brygady Uderzeniowej, ale znacznie ułatwiło mi to pracę. Wpatrując się w zgrabny, piętrowy budynek z czerwonej cegły — ten sam, jaki dwie godziny temu widziałam na zdjęciach — nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że owa moda zniknęła wraz z Pierwszą Wojną Czarodziejów. 

Zakradłam się bliżej przez zaśnieżony ogród. W kilku oknach na parterze paliło się światło i to właśnie przy jednym z nich przystanęłam, starając się dostrzec przez firankę jakiś ruch. Choć nie było już śladu po świątecznych ozdobach, salonik został urządzony tak, jakby mieszkał tu jakiś wielowy, stereotypowy Puchon. Dominowała ciepła zieleń i pomarańcz. Kanapa i fotele zostały w całości przejęte przez dziergane kocyki i ozdobne poduszeczki, półki uginały się pod ciężarem doniczkowych kwiatów i bibelotów w babcinym stylu, a gdzieś z głębi domu dało się słyszeć niewyraźne dźwięki radia. Uśmiechnęłam się do siebie, bo bez trudu wyobraziłam sobie małego Anzelma ciskającego w siostry tymi poduszkami. Ale ten uśmiech szybko zbladł, bo zaraz po tym stanęły mi przed oczami powywracane regały, nadpalone patchworkowe pledy i te dwie małe dziewczynki obejmujące się w kącie — bez śladu łez na policzkach, zastygłe w przerażeniu. 

Drgnęłam, gdy w zasięgu wzroku pojawiła się Victoria. Natychmiast ją poznałam, bo choć znacznie się postarzała, poruszała się z tą samą werwą co na zdjęciach. Ścisnął mnie za serce widok jej obwisłej, zasuszonej twarzy — tak niesamowicie kontrastującej z energicznym krokiem. Zdecydowanie miała w sobie coś z McGonagall. Grube, czarne włosy przetykane siwizną splotła w warkocze, które z których zrobiła wymyślny kok, co dziwnie kontrastowało z koszulą nocną i szlafrokiem w kratę. I to chyba po niej Melania odziedziczyła wzrost. Obserwowałam, jak prababka kręciła się po pokoju, aż wśród poduszek znalazła tylko sobie wiadomą rzecz i, szurając głośno kapciami, zniknęła mi z oczu. 

Odeszłam i ja, śmiejąc się w duchu, że w ciągu ostatnich miesięcy podejrzałam więcej ludzi niż wcześniej w ciągu całego życia. Wciąż nie wiedziałam wszystkiego. Możliwe, że historię własnej rodziny poznałam tak dokładnie, jak znało się lektury po przeczytaniu kiepskiego streszczenia, ale nareszcie czułam się spokojna. I jeżeli moja obecność w przeszłości miała niczego nie zmienić, warto było się tu udać tylko po to, by chociaż przez ułamek sekundy zobaczyć kobietę, od której to wszystko się zaczęło. 

Teleportowałam się prosto do Hogsmeade, tym razem bez obaw, że zostanę zauważona przez jakiegoś ucznia. Wioska pogrążona była w całkowitej ciszy i ciemności, tylko wiatr hulał po niewielkim placyku z nieczynną fontanną. Zegar na szczycie wieży pocztowej wskazywał dziewiętnastą czterdzieści, kiedy zapłaciłam w Trzech Miotłach za talerz jajecznicy, w toalecie usunęłam z twarzy wszystkie ślady transmutacji i szybkim krokiem ruszyłam w stronę Miodowego Królestwa, gdzie tajnym przejściem udało mi się dotrzeć do szkoły. Wolałam uniknąć wchodzenia głównymi drzwiami dokładnie w momencie kończącej się kolacji. 

Byłam wykończona. Jedyne, o czym marzyłam, to o długiej, gorącej kąpieli i miękkim łóżku, choć spodziewałam się, że w dormitorium wejdę prosto na Esmeraldę i jej relację z randki. 

Wychodząc z garba jednookiej wiedźmy o godzinie dziewiętnastej trzydzieści, spodziewałam się, że wszyscy mieszkańcy zamku będą kończyć kolację, dlatego serce podskoczyło mi do gardła na widok dwóch postaci stojących nieruchomo pośrodku korytarza. Zatrzymałam się gwałtownie z sercem kołaczącym w okolicy gardła — wystarczająco daleko od tajnego przejścia, ale dostatecznie blisko, by Tom i Krwawy Baron mnie zauważyli. Duch natychmiast odleciał, by wsiąknąć w ścianę, a Ślizgon uśmiechnął się niewinnie, jak gdyby spiskowanie z duchami samobójców należało w Hogwarcie do codzienności. 

Natychmiast się opanowałam. Świadoma, z jaką czujnością na mnie patrzył, złapałam się teatralnie za serce i jeszcze bardziej oddaliłam się od posągu. 

— Mam nadzieję, że na swoją walentynkę wybrałeś kogoś bardziej żywego — westchnęłam, wywołując tym samym cichy śmiech Riddle’a. 

— Chętnie posłucham o twoich doświadczeniach z tym rodzajem magii, ale wyłącznie z ciekawości — odparł, a ja wydęłam usta. 

— Słyszałam, że ten duch nie należy do pogadanych. 

Ruszyliśmy wolno w kierunku głównych schodów. Miejsce, jakie wybrali sobie na dyskusję, przynajmniej w teorii musiało doskonale się nadawać, bo znajdowało się daleko od nauczycielskich gabinetów i drogi do dormitoriów Gryfonów i Krukonów. Nawet na ścianach wisiały obrazy całkowicie pozbawione wścibskich ludzkich oczu — wyłącznie krajobrazy i martwa natura. 

— Baron jest duchem-rezydentem Slytherinu — wyjaśnił. 

— Ach, czyli nie rozmawia z byle kim — mruknęłam z ironią. — Jakie rozmowy można prowadzić z duchami? O takie kontakty podejrzewałabym kogoś raczej mniej osadzonego w rzeczywistości. 

— Od niektórych duchów można się dowiedzieć wiele ciekawych rzeczy, o ile nie popadły w dekadencję albo zwyczajne zechcą się tą wiedzą podzielić. 

— I ty jesteś właśnie taką osobą — dodałam. — Z którą niektóre duchy dzielą się swoimi sekretami. 

Przytaknął krótko, ale błysk w jego oczach był jednoznaczny, a ja zrozumiałam i nie drążyłam tematu. Bardzo szybko dotarliśmy do głównego rozwidlenia schodów, gdzie w jedną stronę zmierzały pierwsze grupki mieszkańców Wieży Gryffindoru, a w drugą pędzili mieszkańcy Wieży Ravenclawu. Raz po raz zerkaliśmy na siebie nawzajem, zastanawiając się — byłam pewna, że i on o tym myślał — jak długo potrwa ta gra. 

— A ty? Miałaś udaną wycieczkę? — zapytał, gdy dotarliśmy do sali wejściowej. 

— O tak — odparłam szczerze, patrząc na niego z uśmiechem. — Dużo się dowiedziałam. 

— Ja również. 

Zlustrował mnie wzrokiem, jakby się zastanawiał, na jak wiele mógł sobie pozwolić, ale poznałam go już na tyle, by nie karmić się fałszywymi nadziejami. Niczego więcej dziś się nie dowiem — i możliwe, że nie wydarzy się to jeszcze przez bardzo długi czas, dopóki sama nie przyprę go do muru. 

— Skoro mam już jasność, żeby nawzajem nie wtrącać się we własne sprawy — rzekł — to zapraszam cię na spotkanie w przyszły czwartek. 

Stopień samozadowolenia, z jakim na mnie przy tym spojrzał, wydał mi się podejrzany. 

— Dlaczego akurat przyszły czwartek? 

— Ma to związek z aktualnymi nastrojami politycznymi w kraju. Wiem, że ciebie to nie dotyczy, ale jestem ciekaw twoich spostrzeżeń. Śledź wydarzenia. 

Zostawił mnie przed wejściem do piwnicy i raz-dwa wtopił się w tłum walących do lochów Ślizgonów. Zdążyłam już przywyknąć do tych enigmatycznych pożegnań, choć tym razem zdołał mnie zaskoczyć — co takiego miało się wydarzyć, co wymagałoby zaangażowania mediów, o czym z wyprzedzeniem wiedział uczeń? Nawet tak niezwykły jak Tom Riddle… 

Wracając do dormitorium, liczyłam, że większość Puchonów wciąż pałaszowało nieśpieszną kolację w Wielkiej Sali, ale widok pełnego salonu i zajętych miejsc nawet na szczycie antresoli z dala od kominka nie zapowiadał spokojnego wieczora. Z sypialni siódmoklasistek już z korytarza dobiegały głośne rozmowy, a kiedy zajrzałam do środka, zderzyłam się z prawdziwą falą krzyków i chichotów. Wyglądało na to, że Aurelia wygrzebała z dna kufra jeszcze jedną butelkę nalewki babuni. Dziewczyny słuchały jak zaczarowane opowieści Flory, raz po raz bucząc i wybuchając śmiechem. 

— …i wtedy przycisnął mnie do ściany, tam w tym zakątku pod pocztą… 

— O, Liubov, gdzie byłaś? — zapytała Milicenta, zanim zdążyłam się przywitać. — Nie widziałam cię na kolacji… 

— O nie, Luba! — zawyła Amelia. — Przerwałaś w najlepszym momencie! 

Zamarłam zbita z tropu, raz jeszcze lustrując twarze koleżanek. Flora, Milicenta i siostry Bones siedziały każda na własnym łóżku, a Barbara stała w progu łazienki i myła zęby, nieświadoma, że piana kapała jej z ust dokładnie na przód sweterka. Boks Esmeraldy był pusty. 

— Ale o co chodzi? 

— Florka opowiadała o randce z Benedyktem — odpowiedziała szybko Amelia i uśmiechnęła się kokieteryjnie. — No wiesz, z tym z Ravenclawu. 

— Zaraz, a czy ty czasami nie byłaś umówiona z Klemensem Brownem? 

Zapowiedź ploteczek nieco mnie ożywiła. Szybko zamknęłam za sobą drzwi i rzuciłam się na swój materac, ciskając w kąt buty i płaszcz. Tymczasem główna zainteresowana zarumieniła się jeszcze bardziej, choć już pod piegami wyglądała tak, jakby wypiła przynajmniej szklankę kieliszek mocnego wina. 

— No więc… tak, poszliśmy z Brownem do pani Puddifoot, ale wyszłam po trzydziestu minutach — wyjaśniła naprędce, poprawiając się na poduszce, na której siedziała. — Typ okazał się totalnym palantem i maniakiem kontroli, od razu zaczął wypytywać, czy to prawda, że nadal widuję się z Maurycym, a ja na to, że tak, przecież jesteśmy w jednym domu i mamy dość neutralne relacje po rozstaniu… Już mówiłam dziewczynom, na początku myślałam, że tylko się droczy, ale gościu zaczął kręcić nosem, warczeć, ale tak, wiecie, na poważnie, że on sobie nie wyobraża, żeby jego dziewczyna utrzymywała kontakty z byłymi… No, w każdym razie poczekałam, aż skończy tę swoją przemowę, a potem powiedziałam mu, że żeby mógł sobie coś zacząć wyobrażać, musiałabym najpierw zostać jego dziewczyną. Wstałam i wyszłam. Mówię wam, baby, aż coś się we mnie gotowało, chyba rzuciłam jakąś kurwą, aż tu — ni z gruchy, ni z pietruchy — pojawia się Benedykt Vesyl i mówi: “Taka ładna dziewczyna i takie brzydkie słowa, ładnie to tak?”, a ja mu odpowiedziałam… wiecie, dalej trochę podkurzona… “A tak, musi być jakaś równowaga”... 

Choć opis tego nieplanowanego spotkania brzmiał jak historia wyjęta z obyczajówki, z przyjemnością jej wysłuchałam. Nie stroniłam od obgadywania Klemensa Browna, zachwycania się idealnymi kruczoczarnymi włosami Benedykta z Ravenclawu, a na koniec wzięłam aktywny udział w tworzeniu rankingu najprzystojniejszych chłopaków w szkole. Nie byłam ani trochę zdziwiona, że Tom Riddle znalazł się w pierwszej trójce. Po całym dniu rodzinnych dramatów Serpensów z przyjemnością skupiłam się na czymś, czym powinna żyć przeciętna osiemnastolatka. I nie poświęciłam ani sekundy na to, co pomyślałby sobie Riddle, gdyby mnie teraz zobaczył. 

Dopiero kiedy wybiła dwudziesta pierwsza, a ja wyszłam z łazienki, robiąc sobie na głowie turban z ręcznika, atmosfera w pokoju drastycznie się zmieniła. Śmiechy ustały, a zamiast rozmów o wyższości męskiej charyzmy nad wyrzeźbioną klatą natknęłam się na drobną sprzeczkę. Barbara jak zwykle była w kontrze do reszty Puchonek. 

— Już jest po dziewiątej, to chyba przesada — burknęła, spoglądając na zegarek. 

— Esmeralda? — zapytałam, a dziewczyny pokiwały głowami. 

— Ale przecież wrócili z Hogsmeade, widziałam ich na błoniach — dodała Amelia. 

— Jest już po godzinie policyjnej. Kto jak kto, ale ty powinnaś ją respektować — odpowiedziała Barbara, celując w koleżankę oskarżycielsko palcem. Bones nie wyglądała na przejętą. 

— I kto to mówi — odparła rozbawiona. — To nie ja przez całą szóstą klasę wymykałam się do biblioteki, żeby “pouczyć się na eliksiry” z Willem Hauke. Warto zaznaczyć — po godzinie policyjnej. 

— Ale to nie to samo! — obruszyła się, choć napięła się i zaczęła nerwowo przestawiać kosmetyki na szafce nocnej. — N-naprawdę się uczyliśmy, poza tym byliśmy pod okiem bibliotekarki… 

— Tiaa, zwłaszcza wtedy między regałami w Dziale Człowieka… 

— …a Esmeralda nie wróciła nawet na kolację! 

— Jest dorosła — wtrąciłam się z własnego boksu, czując, że dziewczyny nie zamierzały tak po prostu zostawić tego tematu. — Nie możecie jej chronić przed światem. 

— Niby masz rację, ale nie widziałaś jej rok temu — powiedziała Flora. — Przez dwa miesiące chodziła z Hektorem Brollem z Ravenclawu, a gryzła się tym chyba z sześć… 

— A za pół roku zdaje owutemy i powinna się na tym skupić — wpadła jej w słowo Hoffmann i zaczęła rozwodzić się nad wpływem złamanego serca na sen i problemy z koncentracją. 

Żałowałam, że w ogóle się odezwałam. Nie miałam prawa dąsać się na ową sławną, ale byłam już zmęczona Barbarą i jej tendencją do matkowania. Wsunęłam dyskretnie piersiówkę z eliksirem pod poduszkę, udając, że szukałam porzuconej w pościeli różdżki. Materac już dawno nie kusił tak swoją miękkością. Po całym dniu poza szkołą jedyne, o czym marzyłam, to ciepła, pachnąca kołdra i tykanie zegara jako jedyny dźwięk w dormitorium. 

A los jakby ze mnie zakpił, bo w tym samym momencie drzwi otworzyły się z trzaskiem, a w progu pojawiła się zaginiona Puchonka — zupełnie zdrowa i cała w skowronkach. 

— Było cu-dow-nie! — oznajmiła, nim którakolwiek z nas zdążyła choćby otworzyć usta. Tanecznym krokiem przecięła sypialnię i rzuciła się na łóżko. — Myślałam, że zabierze mnie do pani Puddifoot, ale okazało się, że zarezerwował stolik w Wodnej Nimfie

Siostry Bones i Flora wybałuszyły oczy, podczas gdy Esmeralda szukała czegoś, żeby wsadzić tam swoją przywiędniętą różę. 

— Myślałam, że tam nie wpuszczają uczniów — wtrąciła Amelia. 

— Ja też! Ale widocznie status syna pani minister zrobił swoje. I złoto też. Nawet nie chciał słyszeć o dzieleniu rachunku, zapłacił za wszystko! Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jakie tam są ceny! — Wcisnęła kwiatek do znalezionej pustej butelki po kremowym piwie i wypełniła ją wodą z różdżki. — Oczywiście złoto to nie wszystko, ale to bardzo miły gest. Zwłaszcza że na początku pierwszego spotkania nie wiadomo, czy będzie drugie… 

Nie mogłam przestać się uśmiechać, słuchając niezwykle drobiazgowego opisu randki. Dziewczyny również spijały z ust koleżanki każde jej słowo i nie wiedzieć czemu tylko Barbara i Milicenta wyglądały na coraz bardziej rozdrażnione. Wymieniły nawet pełne obaw spojrzenia podczas opowieści o bitwie na śnieżki, która przyczyniła się do spóźnienia na kolację. Choć każda z tu obecnych niejednokrotnie wykradała z kuchni przeróżne łakocie, Truman wydęła usta, kiedy Esmeralda napomknęła o nielegalnej kolacji podanej im w kuchni przez skrzaty domowe. 

— Nie podoba mi się to — oznajmiła półgłosem Hoffmann, gdy Puchonka nareszcie zamknęła się w łazience. 

— Dlaczego? — zdziwiła się Aurelia. — Zachował się bardzo ładnie, po dżentelmeńsku. Odprowadził ją pod dormitorium, pocałował w rękę… a wiadomo, co chłopcy w tym wieku mają w głowach. 

— Wiem i właśnie dlatego mu nie ufam. Jenkins nie jest pierwszym lepszym napaleńcem. To cwaniaczek i wie, jak manipulować… 

— A Esmeralda nie jest pierwszą lepszą kretynką — wtrąciłam spokojnie, zanim na dobre się rozjuszyła. — Nie da się nabrać na różę i drogą kolację. Niech się tym cieszy, póki może, bo owutemy już prawie za pasem. A my chodźmy już spać, co? 

Zaciągając kotarę w swoim boksie, czułam, że Livia byłaby dumna, słysząc moje słowa. Rozsądek, nauka i zero plotek — czyli dokładnie to, czym Sophie Serpens nie splamiła się podczas siedmiu lat w Hogwarcie. Wsłuchana w cichy szmer wody, zasypiałam z tępym uciskiem w brzuchu i obrazem siostry pod powiekami. Spodziewałam się, że może tym razem mi się przyśni, ale nie. Kiedy następnego dnia budzik jak zwykle zadzwonił punkt szósta, w głowie wciąż odtwarzałam swoją wędrówkę po pustym Oreżnowie. Śniłam o tym coraz częściej — zaskakująco często jak na napięcie, jakiego zaczynałam doświadczać w związku z podjęciem decyzji. I choć rodzinny dom wyglądał dokładnie tak, jak podczas dobiegających końca wakacji, miałam wrażenie, że to nie był on. Nienaturalna cisza i całkowity brak ludzi upodabniał to miejsce raczej do pustej poczekalni lub dworca — przejścia, w którym utknęłam i nie potrafiłam się wydostać. 

Dopiero sowa domagająca się zapłaty za dostarczenie Proroka Codziennego sprawiła, że wróciłam na ziemię. Pamiętając, co wczorajszego wieczora powiedział Riddle, zaczęłam uważniej niż zazwyczaj przeglądać każdą stronę. Spodziewałam się czegoś subtelnego, jakiegoś wtrącenia w krótkim artykuliku gdzieś między nekrologiem i ogłoszeniem sprzedaży używanych mioteł, ale tym razem nie musiałam się zbytnio wysilać. 

Artykuł dotyczący protestów w sercu gmachu ministerstwa zajmował prawie całą pierwszą stronę. Nagłówek głosił: 


Zamieszki podczas Marszu Prawa Charłaków


Zaplanowana na piątek demonstracja mająca zwrócić uwagę na problemy charłaków żyjących w społeczności czarodziejów bardzo szybko zmieniła się w zamieszki wymagające działania aurorów. 

Stowarzyszenie Pomocy Charłakom założone przez Idris Oakby już lat twierdzi, że jest marginalizowana i ignorowana przez ministerstwo. Jak twierdzi rzeczniczka SPC, Amanda Dvorak, ma się to przejawiać między innymi poprzez niedostępność ministerialnych stanowisk dla charłaków, a także całkowitym wymogiem posiadania różdżki: 

“Różdżka od dawna przestała być wyłącznie symbolem przynależności do świata czarodziejów. Obecnie stanowi przede wszystkim dowód tożsamości. Bez różdżki nie ma możliwości samodzielnego korzystania z miejsc publicznych jak Szpital Świętego Munga czy ulica Pokątna. Założenie konta w banku również jest znacznie utrudnione. Jesteśmy UZALEŻNIENI od obcych ludzi, zdani na ich łaskę i niełaskę, a wyraźny spadek tolerancji wobec charłaków nie napawają optymizmem. Nie w sytuacji, kiedy niespodziewanie potrzebujemy skorzystać z pomocy uzdrowiciela i dostajemy w twarz zgniłą pomarańczą”, ogłasza pani Dvorak. 

Według rzeczniczki SPC, członkowie stowarzyszenia podczas trwania demonstracji przedstawili szereg postulatów, kierując je bezpośrednio do pani minister Eugenii Jenkins. Domagają się przede wszystkim oficjalnego uznania ich społeczności za grupę wymagającą wsparcia ze strony ministerstwa. Organizacja apeluje o rozszerzenie bezpłatnej edukacji magicznej oraz dostosowanie stanowisk pracy niewymagających bezwzględnego korzystania z różdżek, co miałoby przyczynić się do ograniczenia wykluczenia charłaków ze magicznej społeczności. 

Demonstracja przebiegała spokojnie do momentu pojawienia się przeciwników organizacji. Nie są to pierwsze zamieszki podczas trwania demonstracji SPC, natomiast pierwsze, które skończyły się interwencją aurorów. Zatrzymano trzy osoby, a manifestacja została przerwana. W wyniku zamieszek zostały uszkodzone dwie witryny sklepowe oraz towar wyceniony na tysiąc galeonów, dwa sykle i cztery knuty. 


Automatycznie przemiosłam wzrok na stół Ślizgonów. Pozostał jednakowo nonszalancko obojętny, ale ze spojrzeń, jakie posyłali sobie starsi uczniowie, wyczytałam, że chyba odnaleźli w gazecie to, o czym wspomniał Tom. Uczestnictwo w niedzielnej sielance w puchońskiej piwniczce już dawno nie budziło we mnie takiego zniecierpliwienia. Pora kolacji wydawała się tak odległa, jakby miała się odbyć co najmniej w przyszłym stuleciu, a sam posiłek ciągnął się boleśnie długo, ubarwiany narzekaniem Leo na nieustający deszcz ze śniegiem podczas treningu. Odetchnęłam dopiero po sprzedanej koleżankom wymówce i zamiast do gabinetu profesora Beery’ego wślizgnęłam się prosto do lochów. 

I faktycznie — na miejscu wkroczyłam w już trwającą dyskusję poruszającą aktualne nastroje w ministerstwie magii. Na zwykle chłodnych, zblazowanych ślizgońskich twarzach próżno było szukać stoicyzmu. Tym razem nikt się nie pojedynkował, nikt nie siedział w kącie z nielegalną lekturą na kolanach — wszyscy zgromadzili się przy stołach i pod ścianami. Przysłuchiwali się kilku najgłośniejszym chłopakom, kiwając gorliwie głowami i uśmiechając się cynicznie za każdym razem, gdy ktoś rzucił jakąś pogardliwą uwagę. 

— Charłackie stowarzyszenia nie powinny mieć prawa istnieć! — grzmiał Avery, wymachując pięścią. Oczy miał wytrzeszczone, a policzki czerwone ze wzburzenia. — Jeszcze chwila i stwierdzą, że samo nauczanie magii ich dyskryminuje i trzeba się będzie chować z różdżkami po kątach! 

Przysiadłam na wolnym skraju ławki, podczas gdy tłum zafalował pod wpływem pomruków i kolejnej serii kiwania głowami. Ktoś z głębi sali dodał: 

— Racja! Daj palec, a wezmą całą rękę, wejdą ci na plecy i nasrają na głowę. 

Uderzył mnie panujący tu chaos. Ludzie wymieniali się uwagami z sąsiadami, nie bacząc na to, że mówił ktoś inny — tym bardziej, że Riddle wcale nie krył swojej obecności w centralnym miejscu pod biblioteczką z książkami. Jako jeden z nielicznych nie dał się ponieść złości — tak skrajnie odmiennie od dorosłego Voldemorta, który rzadko kiedy zachowywał powściągliwość, kiedy w grę wchodzili śmierciożercy. Manipulował ich swoimi własnymi emocjami, dokładnie tak, jak mu pasowało, a teraz stał oparty o regał i obserwował. Dopiero gdy ilość nakładających się na siebie rozmów zaczęła zmieniać się w rejwach, wyprostował się i zrobił krok naprzód. To wystarczyło, by gwar rozmów stopniowo zelżał, aż w zupełności ucichł, zostawiając po sobie zawieszone w powietrzu oczekiwanie. 

— Według statystyk z ostatnich siedemdziesięciu lat charłaki stanowią dokładnie od jednego do trzech procent czarodziejskiego społeczeństwa w Europie — rzekł, patrząc kolejno na każdą zastygłą w napięciu twarz. — Tak duża rozbieżność może wynikać z braku istnienia rejestrów charłaków, co osobiście uważam za błędne. Natomiast co do samego istnienia stowarzyszeń, sam nie dostrzegam w tym wielkiego zagrożenia. Dobrze jest znać stanowisko mniejszości, choć owa mniejszość nie powinna dyktować warunków większości. Ustrój jest taki, jaki jest. 

— Jest gówniany — wtrącił Avery, a osoby stojące najbliżej Toma poruszyły się nerwowo. 

Riddle jednak nie dał po sobie poznać, że ubodła go ta uwaga. Wargi drgnęły mu w pobłażliwym uśmiechu, który — co zaskakujące — objął również oczy, a sam Ślizgon skinął lekko głową. 

— Nie zgadzam się — powiedział uprzejmie. — Żyjemy w czasach, w których przywódca powinien być chciany, a nie narzucony. Ale powinien też dbać przede wszystkim o dobro grupy, dzięki którym ma władzę. W tym przypadku mam na myśli czarodziejów czystej krwi, co absolutnie nie stoi w sprzeczności z interesami charłaków. Nikt nie zakazuje im powołać własnego ministra i założyć własne ministerstwo. 

Kapka ironii barwiącej tę wypowiedź momentalnie wywołała lawinę szyderczego śmiechu, która tylko pogłębiła uśmiech Riddle’a. Skrzyżował ramiona na piersiach i przez chwilę zdawał się napawać tym widokiem jak ojciec, który obserwuje postęp swoich wychowanków. 

— Bardzo jestem ciekaw — rzucił prześmiewczo Lestrange — gdzie by sobie urządzili kwaterę główną. Bez dostępu do różdżek mogliby się ulokować między budą z piwem i goblińskim golibrodą na Nokturnie… 

— Ej, hola, hola, jaki dostęp do różdżek? — wtrącił się ktoś jeszcze. — Od tego to już krok od różdżek dla goblinów, a chyba wszyscy pamiętają, czym to się skończyło? 

— Wszyscy, taa, jasne! — zaśmiał się Selwyn. — Wszyscy ci, których interesują wojny goblinów, czyli nikogo poza tobą! 

— Akurat znajomość historii jest bardzo istotna, jeżeli interesuje cię kariera polityczna. Po prostu to ty jesteś za głupi, żeby dostrzegać takie niuanse… 

Oderwałam wzrok od chłopców i spojrzałam z powrotem na Riddle’a, ale pod szafą już go nie było. Wyłowiłam go z tłumu dopiero w momencie, gdy zmaterializował się w pobliżu gdzieś między jakimś tłustym ramieniem i długimi, sięgającymi pośladków falowanych blond włosów. Nie musiał nic mówić. Wystarczyło jedno spojrzenie i Rowle, który siedział na ławce naprzeciwko mnie, natychmiast zwolnił miejsca. 

— Nic nie mówisz — odezwał się Tom, wychyliwszy się nieco do przodu. Z rozbawieniem odkryłam, że złączył ze sobą dłonie w sposób, jaki tak często widywałam u Dumbledore’a. — Spodziewałem się, że zechcesz podzielić się własnymi doświadczeniami. 

— Aha, więc tym dla was jestem — odparłam słodko z pokrętnym uśmieszkiem. — Egzotyczną ciekawostką. Nie, nie mam się czym dzielić. U nas charłaki nie zakładają własnych stowarzyszeń ani nie walczą o prawa do pracy na prestiżowych stanowiskach. 

— Znają swoje miejsce? 

— Ale dlaczego tak ostro? Po prostu wybieramy mniej ugodowych ministrów. — Tym razem to ja skrzyżowałam ręce na piersiach i również się pochyliłam. Wydawał się rozbawiony tą sytuacją, która mnie zaczynała działać mi na nerwy. — Porozmawiajmy na poważnie. Dobrze wiesz, że minął już czas rządów “Wielkich Czystokrwistych”. Nie ma się co dziwić, że teraz każdy, kto ma w rodzinie mieszańców i szlamy, będzie wspierał innych mieszańców i tak to się kręci. To naturalne, że rozwój sprzyja liberalizacji.

— Tylko do pewnego momentu — rzekł. — Wahadło waha się raz w jedną, raz w drugą. Jeszcze kilka lat i znów się odbije. 

— Samo się nie odbije. 

Znów się uśmiechnął, ale już nie tak wystudiowanie. W jego oczach błysnęła ciekawość. 

— Dlaczego zawsze musisz być w kontrze? — zapytał i przysunął się jeszcze trochę bliżej. 

— Nie w kontrze — odparłam, starając się nie zabrzmieć zbyt ostro. — Staram się być po prostu twoim kubłem zimnej wody. 

Chyba naprawdę go to rozbawiło, bo roześmiał się w sposób całkowicie pozbawiony tej ironicznej, nonszalanckiej maniery, jaką porzucał wyłącznie w towarzystwie nauczycieli. 

— Uważasz, że moja głowa potrzebuje takiego kubła? 

— Każda wielka głowa go potrzebuje. — Nie wydawał się zakłopotany tym komplementem. — Pewnie już ktoś ci to mówił, ale nadawałbyś się na polityka. Potrafisz zjednać sobie ludzi. 

— Naprawdę? — zapytał, unosząc drwiąco brwi. I znów ten ironiczny chichot. — Nie zauważyłem. 

Nie chciałam się z nim więcej droczyć. Poświęciłam temu dużo czasu. Zdecydowanie zbyt dużo, a byłam pewna, że wraz z dniem wręczenia dyplomów stracę nad nim tę odrobinę kontroli, jaką miałam w Hogwarcie. A nastroje społeczne poza szkołą tylko ułatwiały Riddle’owi ewolucję w Lorda Voldemorta, jakiego znałam. 

— Nie żartuję — odpowiedziałam. — Pracując w ministerstwie, mógłbyś realnie wpłynąć na przyszłość społeczności czarodziejów. 

Tak, zdecydowanie słyszał to zbyt wiele razy, by wyglądać na zaskoczonego. A jednak ta uwaga chyba coś w nim poruszyła — coś, co sprawiło, że poczułam ukłucie niepokoju. Ciekawość, która początkowo pojawiła się w jego oczach, zbladła, jakbym go… rozczarowała? 

— Urzędy mnie nie pociągają. Te formalne spotkania, procedury… — Udał ziewnięcie. — Ministerialne rozporządzenia wiążą ręce. 

Zimno. Bardzo zimno. Zdecydowanie nie ten kierunek. 

— Ach, teraz rozumiem, marzy ci się monarchia — odparłam z tą samą nutką sarkazmu, co on, ale i on zakończył tę grę. Podparł się rękami o blat i lekko uniósł nad ławą, przygotowując się do odejścia. 

— Raczej aktywizm — rzucił z uśmiechem. 

Oddalił się, żeby porozmawiać z Rosierem, którego złote loki zamajaczyły mi gdzieś w oddali po drugiej stronie pomieszczenia. Choć tego wieczora Riddle nie zamienił ze mną więcej ani jednego słowa, nie mogłam na niego nie patrzeć, nie gnieść w sobie tej dręczącej myśli: co takiego się wydarzyło, że stał się tak bardzo oderwany od rzeczywistości. Nawet ja — wiedząc o nim to, co wiedziałam w tej chwili — poszłabym za nim w ciemno, gdyby pozostał przy hasłach, które głosił jako młody człowiek. 

A może — zadudniło mi w głowie, kiedy godzinę później stukałam w beczkę w rytm “Helga Hufflepuff” — właśnie tego mu trzeba? Owego kubła zimnej wody, który miał studzić jego szaleństwo? 

A co, jeśli to dlatego Dumbledore mnie tu wysłał? Nie po to, żebym zabiła Toma Riddle’a, ale żebym została tu z nim na zawsze? 


~*~


Nie wierzę, że udało mi się napisać rozdział tak, żeby zdążyć go opublikować w osiemnastą rocznicę istnienia SCP w Internecie. Mogę śmiało powiedzieć, że jestem dumna z tego, jak wyglądał mój ostatni rok z SCP. Dużo zbetowałam, opublikowałam pięć nowych rozdziałów, jeszcze więcej zaplanowałam, a teraz powoli zbliżamy się do finału podróży w czasie. Zdaję sobie sprawę z tego, że wątek podróży w czasie (zwłaszcza w wykonaniu Rowling) jest kontrowersyjny, ale ja jakoś nigdy nie traktowałam tego bardzo serio. Znacznie bardziej mierzi mnie średnio logiczny wątek różdżek i tego, jak zmieniają właścicieli (nadal mam traumę po zgłębianiu tego tematu do końcówki pierwszej części Chwały) albo ogłupiania śmierciożerców i samego Voldemorta, kiedy fabule to pasuje, bo przecież piętnastoletni bohaterowie muszą uciec z Departamentu Tajemnic. 

Tak czy siak — podeszłam do tematu tych podróży wyjątkowo na luzie i pierwszy raz opłaciło się nie panikować, bo wygląda na to, że wszystko mi się zepnie tak, jak powinno. 


*Nous ne pouvons exister l'un sans l'autre Nie możemy istnieć bez siebie