Ledwo przywykłam do pustego dormitorium i cichej Wielkiej Sali, już trzeba było z powrotem przyzwyczajać się do tłumów i gwaru na korytarzach. Na błoniach zaroiło się od spacerowiczów, starsi zrobili sobie z jeziora olbrzymie lodowisko i gajowy Ogg spędzał teraz większość czasu na zewnątrz, przeganiając wszystkich z powrotem na brzeg. Czysta karta, z jaką zaczęliśmy nowy semestr, sprzyjał leniuchowaniu przed kominkiem, choć zarówno siódmo, jak i piątoklasiści zaczęli czuć na plecach pierwsze groźne oddechy owutemów i SUM-ów. Ja niespecjalnie przeżywałam powrót do szkolnej rutyny, ponieważ nie wróciłam do Hogwartu w celu zdobywania wiedzy i dobrych ocen, ale sam fakt istnienia stycznia sprawił, że koniec roku szkolnego (a co za tym idzie - i koniec czasu na podjęcie ostatecznej decyzji) wydawał się niepokojąco bliski.
Każdy miał swój egzamin. Uczniowie, Tom i ja.
Poza Dumbledore’em i Merrythought nauczyciele wciąż byli jedną nogą na feriach świątecznych i przez pierwszy tydzień organizowali bardzo luźne, przyjemne zajęcia. Profesor Slughorn nawet nie odsłonił tablicy, robiąc z eliksirów dwie godziny spotkania Klubu Ślimaka w wersji próbnej, Dumbledore ustawił nas w okręgu, pośrodku którego umieścił kukłę ludzkich rozmiarów i wszyscy mieliśmy za zadanie transmutować jej części tak, żeby wyglądała jak najzabawniej. Flitwick jak zwykle zorganizował zaklęcia pełne gier i zabaw, a na zielarstwie mogliśmy swobodnie nudzić się i dyskutować, ponieważ Beery przegadał całą lekcję z panem Weissem - nauczycielem latania.
Siostra Łucja wybrała zupełnie inną ścieżkę niż jej wigilijna towarzyszka (Merrythought zorganizowała na pierwszej obronie przed czarną magią sprawdzian z rozdziału, który zadała na ferie) i pierwszy kwadrans religii poświęciła na świąteczne pogaduszki.
- No dobrze - ucięła łagodnie, kiedy klasa trochę za bardzo się rozbrykała. - A teraz przejdziemy sobie do tematu lekcji. Moja propozycja jest taka, żebyście to wy zaproponowali go zaproponowali. Jest coś, co chcielibyście poruszyć? Może coś, co przyszło wam do głowy podczas Bożego Narodzenia?
Poczułam się tak, jakby spłynęła na mnie światłość - prosto z Nieba i w otoczeniu tłustych aniołków na chmurkach.
Natychmiast podniosłam rękę, a jasne oczy zakonnicy zrobiły się okrągłe, gdy skinęła głową, udzielając mi głosu.
- Na dzień przed feriami profesor Slughorn zaprosił na swoje przyjęcie wampira - zaczęłam, czując węzełek zaciskający się na żołądku. Klasa momentalnie zamarła. - Jestem ciekawa, jak czarodziejska część Kościoła Katolickiego podchodzi do ich zwyczajów i tego, że w ogóle istnieją.
- Masz na myśli coś konkretnego? - zapytała.
- Tak. Koncepcję duszy nieśmiertelnej. - Wyprostowałam się, czując na sobie spojrzenia wszystkich. Tom spoglądał jak zwykle jedynie z półprofilu. - W miejscu, z którego pochodzę, jest dość dużo wampirów, stanową one realną, choć dość hermetyczną grupę. I wiem, że nie wszyscy wybrali swój los.
Zaintrygowałam ją. Jak zwykle, kiedy spodziewała się burzliwej dyskusji, wyszła zza kontuaru i przysiadła na brzegu, krzyżując ręce na piersiach. Oczy jej migotały.
- Dobrze, zacznijmy więc od duszy nieśmiertelnej - zaproponowała. - Tę ideę poruszano stopniowo od pierwszego wieku naszej ery wiele razy przez świętych Kościoła Katolickiego, ale oficjalnie koncepcja “duszy nieśmiertelnej” została ogłoszona na Soborze Laterańskim w 1215 roku i zapisano ją jako obowiązującą doktrynę. Temat, który proponuje Liubov, nie jest niczym nowym nie tylko w czarodziejskiej filozofii, ale od wieków jest poruszany przez uczonych “KK”. Na przykład Święty Thamrodes z Nikopolis jako pierwszy pisał o wampiryzmie jako o chorobie, przekleństwie, które stopniowo pochłania ludzką duszę uwięzioną na wieki w martwym ciele. Z czasem dowiedzieliśmy się, że ciało wampira nie jest martwe, a niejako “zamrożone” w czasie, natomiast koncepcja uwięzionej duszy przywarła najsilniej i ma najwięcej zwolenników. I, tak, dobrze się komponuje z koncepcją duszy nieśmiertelnej. Tak długo, jak długo żyje ciało, zamieszkuje w nim dusza.
- Czyli to taka trochę… odwrotność od tego, co dzieje się w duszą po pocałunku dementora - odezwała się nieśmiało Flora McManus, podnosząc rękę, a zakonnica przytaknęła.
- Patrząc na ilość zgromadzonych przez wieki zapisków, muszę przyznać, że ten temat budził znacznie więcej emocji niż nieśmiertelna dusza zwykłego człowieka - dodała nauczycielka, uśmiechając się na widok zastygłych w zaciekawieniu twarzy. - I nie ma się czemu dziwić, mrok, wróżby i czarna magia wydają się bardziej pociągające ze względu na swoją tajemniczość i niebezpieczeństwo. Do piątego wieku pojawiło się mnóstwo teorii, w których wraz z momentem przemiany człowiek umiera, z duszą dzieje się to, co po każdym innym rodzaju śmierci, natomiast ciało zostaje przejmowane w posiadanie przez demona. Z czasem pojawiły się twierdzenia, że dusza zostaje zniszczona, inni, że trafia do Czyśćca, a Święty Aurelianus słynący z bardzo radykalnych poglądów był przekonany, że przemiana w wampira definitywnie i nieodwracalnie niszczy duszę. Nie ma dla niej ratunku nawet po zniszczeniu wampira. Tak - dodała, widząc moją minę - Aurelianus miał bardzo dehumanizujące poglądy na temat każdej istoty “nieludzkiej”, nawet jeśli kiedyś była człowiekiem, więc, tak, jego zdaniem wampir nie “umierał”. Aktualnie Kościół Katolicki jest znacznie bardziej liberalny w tej kwestii, zwłaszcza że wampiry, jak powiedziałaś, tworzą małe, zamknięte społeczności i nie angażują się w sprawy Kościoła. Wampir jako osoba “poza czasem” i z duszą na zawsze związaną z ciałem - czyli ani żywa, ani martwa - nie może przyjąć żadnego sakramentu, ponieważ sakramenty są zarezerwowane wyłącznie dla żywych ludzi.
Słuchając tego, czułam, jak krew zaczynała się we mnie burzyć, choć zdawałam sobie sprawę, że - jak zwykle w tej klasie - siostra Łucja mówiła wyłącznie o urojeniach jednej z wielu instytucji hierarchicznej, której nie tolerowałam.
- A co z tymi, którzy nie chcieli zostać zmienieni? - zapytałam. - Czy nie jest tak, że żeby zostać “potępionym”, trzeba świadomie grzeszyć?
- No nie, są przecież nieochrzczone dzieci… - wtrącił Krukon z kręconymi włosami.
- Ale grzech pierworodny to chyba nie to samo.
Oboje popatrzyliśmy na zakonnicę, a ona obdarzyła nas uśmiechem charakterystycznym dla właściciela gromady brykających kociąt.
- Katechizm Kościoła Katolickiego nie porusza otwarcie tematu losu nieochrzczonych dzieci, ale wiemy z niego, że Kościół może jedynie się za nie modlić i wierzyć, że Bóg w swoim miłosierdziu je zbawi - rzekła. - Natomiast nie mówi nic na temat zbawienia wampirów. Z tego, co mi wiadomo, nikt nie pochylił się nad rozróżnieniem tego, czy zgoda na przemianę lub jej brak coś zmienia w kontekście ich duszy. Z całą pewnością znacznie lepiej w społeczeństwie będzie postrzegany wampir, który jest “na diecie” niż taki, który regularnie pije ludzką krew.
- Co w ogóle jedzą wampiry “na diecie”? - wtrąciła się Flora.
- Piją krew zwierząt - odparłam. - Ale od lat trwają prace nad syntetyczną krwią.
- Żeby każdy wampir mógł sobie wstąpić do sklepu i kupić butelkę “eko-krwi”? - rzucił Leo. - Jak oranżadę?
Przez klasę przeszedł szmer nerwowych śmiechów, ale żart ani trochę nie ostudził entuzjazmu. Pierwszy raz od końca przerwy świątecznej dało się wyczuć w sali lekcyjnej takie zaangażowanie.
- Niestety żadna dieta nie może sprawić, że wampir zostanie dopuszczony do sakramentów. Czy też Nieba lub Czyśćca, jak mówi Święty Alenir Krukoszept - dodała nauczycielka. - Oczywiście każdy może należeć do wspólnoty, uczestniczyć w mszy, modlić się, jednym słowem: wierzyć.
- A co na to Bóg? - odezwał się nagle Riddle, a ja odniosłam wrażenie, że dopiero teraz zrobiło się w klasie idealnie cicho. Nawet dźwięk płatków śniegu zderzających się z impetem o szyby umilkł. Wszystkie pary oczu spoczęły na Tomie.
Atmosfera zmieniła się i chyba każdy to zauważył, nawet zakonnica, ponieważ uśmiech zamarzł na jej ustach - trudno było powiedzieć, czy przez śmiałość pytania, czy ton, jakim zostało zadane.
Uprzejmie, ale z nutką groźby. Wyraźnie słyszalnej groźby.
- Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników - zacytowała siostra Łucja, wychodząc powoli przed biurko.
Riddle zdawał się wpatrywać w nią prowokująco, z lekkim rozbawieniem - przynajmniej to wyczytałam z jego nieruchomego półprofilu.
- Mateusz - odparł krótko. - Skoro tak, dlaczego - czysto filozoficznie - wampir jest potępiany za zabijanie? Zabija, ale dzięki miłosierdziu zostanie mu to wybaczone.
- Niekoniecznie, ponieważ w tym momencie wchodzą całe na biało grzechy przeciwko Duchowi Świętemu. - Odzyskała nieco swój lekki ton. - Nie grzesz zuchwale w nadziei na Boskie miłosierdzie. I dotyczą wszystkich, nie tylko wampirów.
- Problem w tym - kontynuował Tom - że wampiry nie mogą się bez tego obyć. Muszą to robić, żeby się posilić. Zabijanie jest zgodne z ich naturą - taką, jaką stworzył Bóg. Stworzył ich na swój obraz i podobieństwo, czy tak? W takim razie dlaczego jedni są przez niego karani, a inni nie? Idąc dalej, dlaczego w oczach Boga jeden rodzaj miłości jest obrzydliwy, a drugi piękny? Jaka to sprawiedliwość, gdzie jedni są z góry przez swoją naturę skazani na Piekło? Przez naturę, której nie wybrali?
Spoglądali na siebie przez pełną napięcia chwilę, ale nauczycielka nie wydawała się zbita z tropu. Wręcz przeciwnie, w jej oczach zapaliły się błyski bardzo podobne do tych, które pojawiały się w oczach Toma, kiedy w dyskusji próbował zapędzić mnie w kozi róg. Podjęła wyzwanie.
- No dobrze. Zatem sprawiedliwość kontra miłosierdzie - zwróciła się z energią do całej klasy. - Co jest waszym zdaniem ważniejsze, biorąc pod uwagę grzeszną naturę człowieka?
Napięcie prysło jak kolorowa bańka i choć nikt nie słuchał już z taką uwagą, reszta chętniej wzięła udział w dyskusji. Riddle nie odezwał się do końca zajęć i choć jego twarz odzyskała wyraz zwykłego grzecznego zainteresowania, wiedziałam, że coś to w nim poruszyło. Wyczułam to. Chaotyczne ruchy ciemnej siły - jak drgająca nerwowo końcówka ogona rozdrażnionego kota.
Temat wampirów już więcej nie wrócił, ale byłam zadowolona. Wszyscy dostali to, czego chcieli. Kiedy rozbrzmiał dzwonek, zabrałam swoje rzeczy, starając się mieć Riddle’a cały czas w zasięgu wzroku, choć nie zdawał się śpieszyć. Dołączyłam do niego na korytarzu, gdzie - inaczej niż zwykle - nie dołączył do niego żaden Ślizgon. Nie było śladu nawet po Rosierze.
- Rozkręciłeś się - rzuciłam rozbawiona. - Nigdy cię takiego nie widziałam. W każdym razie nie w tej klasie.
- Cenię dyskusje, o ile jest o czym dyskutować.
- Czy mam przez to rozumieć, że już przeczytałeś?
Tom spojrzał na mnie z ukosa i spostrzegłam na jego profilu dokładnie to, co kwadrans wcześniej na twarzy siostry Łucji, kiedy rozmawiali.
- Owszem - odparł. - Cenne spojrzenie na ten rodzaj magii. Ostatecznie żałuję, że nie miałem okazji poznać gościa Slughorna.
- Nie wróciłeś na przyjęcie?
Zaprzeczył krótko.
- Miałem inne rzeczy do roboty. Ale jeśli chciałabyś podyskutować, możesz przyjść w niedzielę po kolacji. Tam, gdzie ostatnio.
- Niedziela wieczór? Wtedy, kiedy wszyscy łapią ostatki spokoju przed poniedziałkiem? - zdziwiłam się, myśląc nad wymówką dla swoich Puchonów. - Proponuję sobotę i, uwierz mi, wszyscy odetchną.
- W sobotę będą inne atrakcje - odparł, a martwe, obojętne usta ożyły i wykrzywiły się w enigmatycznym uśmieszku. - Zobaczysz.
Skinął lekko głową i przyśpieszył kroku, by zniknąć w odnodze korytarza zupełnie pozbawionego tłoku - zapewne jak zwykle w gonitwie za swoimi Wielkimi i Tajemniczymi Sprawami Głównego Złego, a ja jedyne, co mogłam w tym momencie zrobić, to odprowadzić go wzrokiem i pójść za tłumem.
Nie musiałam długo czekać, żeby zobaczyć. O sobotnich atrakcjach dowiedziałam się jeszcze tego samego wieczora w dormitorium Puchonów - jak zawsze dusznym i przeludnionym.
- Łap zaproszenie!
Refleks ścigającego odezwał się dokładnie w momencie, kiedy Joachim wtargnął na szczyt antresoli i rzucił w moją stronę rulonik przewiązany znajomą fioletową wstążką. Złapałam go w locie, upuszczając ciężki grymuar, który zsunął mi się z brzucha i z głuchym tąpnięciem upadł na parkiet. Stęknęłam niezadowolona i - wyciągnięta wygodnie w fotelu z podnóżkiem - przywołałam sobie zaproszenie na kolejne spotkanie Klubu Ślimaka.
- Znów jakiś bal? Polecam się, ja też potrafię tańczyć - dodał Rottermund i opadł z westchnieniem na kanapę, którą w całości zajmowała jego siostra.
- Przykro mi, tym razem to zwykła posiadówka - mruknęłam, zaglądając do środka. - W sobotę o szesnastej trzydzieści. Założę się, że chce wybadać, kto odwiedził swojego arcyważnego wujka, a kto przepierdział w stołek całe ferie.
Joachim zarechotał, kokosząc się na poduszce, na której Esmeralda trzymała swoje nogi. Patrzyłam na tę scenę z ukłuciem tęsknoty w sercu - Spajk robił nam dokładnie to samo, puszczając dla efektu bąki (zwłaszcza kiedy chciał przegonić dziewczynki albo Livię). Dopiero gdy Rottermund otrzymał celny cios piętą prosto w udo, wróciłam do książki, którą wypożyczyłam w bibliotece zaraz po świętach. Znalazłam tam wyjaśnienie liczby 296, do której przypisano psychozy afektywne. Psychozom maniakalno-depresyjnym poświęcono piekielnie długi rozdział z licznymi badaniami. Długa, dokładna lista objawów przestawiona suchym, medycznym językiem, nie robiła na mnie takiego wrażenia jak to, na co natknęłam się w historii choroby Anzelma. Impulsywność, lekkomyślne zachowania, pobudzenie psychoruchowe, urojenia wielkościowe w epizodach maniakalnych czy przygnębienie, niska samoocena, zaburzenia snu i apetytu oraz myśli samobójcze w epizodach depresyjnych nie działały na wyobraźnię tak jak “zaobserwowane u pacjenta powierzchniowe rany całego ciała”, “samorozmowy prowadzone w dormitorium” czy “lewitacja samochodu na siebie samego”. Opisy przypadków były naprawdę fascynujące, ale nie potrafiłam traktować tego jako ciekawostki, mając przed oczami Emmanuela spod czternastki wcierającego sobie stolec we włosy. I chyba musiałam wyglądać na zbyt wciągniętą w lekturę, bo wypieki na mojej twarzy nie uszły uwadze Esmeraldy.
- G-I-Z-P… - wydukała Puchonka, kręcąc głową tak, żeby odczytać napis na okładce. - Globalny Indeks Zaburzeń Psychicznych… Na jaki to przedmiot, bo do niczego mi nie pasuje?
- Na żaden. Wypożyczyłam do poczytania, ot tak, z ciekawości - odparłam i uświadomiłam sobie, że Sophie Serpens nigdy nie powiedziałaby czegoś takiego. Nie o książce ważącej tyle co dorosły kot.
- A o czym czytasz?
Ton, jakim zapytała, sprawił, że wyjrzałam zza książki. Nikt nie pytał w ten sposób wyłącznie z czystej ciekawości.
- O psychozach maniakalno-depresyjnych - odparłam powściągliwie. - Bardzo ciekawa jednostka chorobowa.
- O tak, bardzo ciekawa - potwierdziła z nutką ironii. - Ale powiem ci, że teoria nawet nie stoi obok tego, jak to wygląda w rzeczywistości. Moja babcia na to chorowała.
- Chorowała?
- Już nie żyje.
Nagle zrobiło mi się bardzo niewygodnie w tym nonszalanckim rozwaleniu się na fotelu i w następnej sekundzie już siedziałam sztywno wyprostowana jak cała klasa na religii. Serce zabiło mi mocniej z nadzieją, że usłyszę coś gorszego. Coś, co mogłoby usprawiedliwić Anzelma.
- To znaczy, że ona… no wiesz…?
Esmeralda marszczyła przez moment czoło, dopóki nie rozszyfrowała, co miałam na myśli. Roześmiała się perliście i machnęła ręką.
- Pytasz, czy się zabiła? Ach, nie! Nie, babcia miała sto dwanaście lat, dostała udaru - oznajmiła w taki sposób, jakby opowiadała o ekscytujących planach na wakacje. - Ale tata i jego bracia mieli z babcią Lidką przeprawy, oj, tak. Kiedy miała manię, dawała popalić. Grała po nocach na fortepianie i paliła papierosy na tony. O tak, kurzyła jak smok, pamiętasz, Joachim, nawet kazała sobie wsadzić do trumny paczkę Popiołków. Podobno w młodości częściej popadała w melancholię, ale ja jej takiej nie pamiętam.
- Panowała nad swoją mocą w okresach choroby?
- O tak! Nie przypominam sobie, żeby choroba jakoś wpływała na jej moce, chociaż pod koniec życia już rzadko kiedy czarowała - wyjaśniła. - Była kilka razy w Świętym Mungu i w Jeziorzanach, ale kiedy piła eliksiry tak, jak należy, prawie wcale nie było widać, że coś jest nie tak. To znaczy… była trochę dziwaczna, ale chyba każdy stary czarodziej z czasem dziwaczeje. Jak sobie pomyślę o Slughornie albo o Dumbledorze… Wiesz, po czym było widać, że zbliża się epizod? Babcia robiła sobie coraz mocniejsze makijaże i kiedy nawet na Pokątnej ludzie zaczynali się za nią oglądać, to był znak, że trzeba się wybrać do Notta.
- A babcia wcale nie miała na to ochoty - wtrącił Joachim. - Raz uciekła z domu po tym, jak dziadek umówił ją na prywatną wizytę. Byliśmy wtedy na pierwszym roku, to było na jakiś tydzień przed Bożym Narodzeniem. Rodzice oczywiście o niczym nam nie napisali, ale nie musieli, bo przecież istnieje Prorok Codzienny. Wyobraź sobie, że jesteś już jedną nogą w Hogwart Ekspresie, masz spakowane wszystkie skarpetki, a tu ni z gruchy, ni z pietruchy z trzeciej strony Proroka atakuje cię ze zdjęcia twoja własna babcia w podomce, makijażu “na clowna” i w wielkim wieńcu z ostrokrzewu na głowie.
Esmeralda wybuchnęła śmiechem i w odpowiedzi zaczęła snuć kolejną historię o samotnej wycieczce czarownicy na skradzionej miotle dziadka Elmiruka nad morze. Przysłuchiwałam się temu z gasnącym uśmiechem na ustach, bo choć wyskoki babki Lidki musiały kosztować rodzinę Rottermundów sporo nerwów i choć domyślałam się, że o wielu rzeczach rodzeństwo mi nie mówiło, nie wyczułam w tych relacjach mroku bijącego z historii Anzelma. Wręcz przeciwnie, seniorka wydawała się szalenie pozytywna, wręcz pocieszna - jak ktoś, o kim można było powiedzieć, cytując Globalny Indeks Zaburzeń Psychicznych: impulsywna, lekkomyślna w zachowaniu, pobudzona psychoruchowo, pod wpływem urojeń wielkościowych.
W końcu zdałam sobie sprawę, że nie chciałam dłużej słuchać o zabawnych numerach babci Lidki i naprawdę ucieszyłam się, kiedy na schodach pojawiła się Barbara, dźwigając ze sobą wykradzioną z kuchni blachę jabłecznika.
*
W pierwszym tygodniu po świętach chyba nikt nie myślał jeszcze o owutemach, nawet nauczyciele, Tom był pierwszym, który zaczął. Przynajmniej takie miałam podejrzenia, ponieważ przestałam widywać go z resztą Ślizgonów, a zaczęłam w bibliotece. Często. Znacznie częściej niż wcześniej. Zdawał się wtedy nie życzyć sobie żadnego towarzystwa, lecz nie to budziło moje obawy, a fakt, że coraz częściej tak po prostu znikał. I gdybym sama w każdej wolnej chwili nie przesiadywała w Pokoju Życzeń, pomyślałabym, że właśnie tam się wybierał.
Tak, jak się spodziewałam, sobotnie spotkanie Ślimaków, jak zwykli to nazywać moi koledzy z Hufflepuffu, wypadło ekstremalnie blado - przynajmniej w porównaniu do bożonarodzeniowego przyjęcia. Slughorn przyjął nas przy długim, prostokątnym stole w swoim gabinecie, który odzyskał dawne wymiary. Choć wciąż nieporównywalnie bardziej przytulny od reszty szkolnych pomieszczeń prezentował się naprawdę ubogo bez kolorowych światełek, ciężkich, przysłaniających ściany kotar i choinek uginających się pod ciężarem bordowych i złotych ozdób. Nie zmieniły się tylko trzy rzeczy - muzyka, słodki poczęstunek i ekscentryczny strój profesora. Zaczynałam podejrzewać, że jego garderoba musiała być jeszcze wspanialsza niż w czasach, kiedy w Hogwarcie rezydował Lockhart, a ja znajdowałam swego rodzaju rozrywkę w analizowaniu tego. Tego wieczora Mistrz Eliksirów wystąpił w jednej ze swoich fikuśnych, bogato zdobionych kamizelek w zielone i srebrne pasy, która świetnie łączyła się z czarną, bufiastą koszulą i spodniami w kolorze butelkowej zieleni. Profesor był dziś dumnym przedstawicielem swego domu.
I dokładnie tak, jak podejrzewałam, kiedy Joachim przyniósł mi zaproszenie, nauczyciel skupił się dzisiaj na świątecznych historiach - bynajmniej nie dla pielęgnowania wspomnień. Na pierwszy ogień poszedł Selwyn, który z miną zblazowanego gagatka snuł długą opowieść o kuligu, który spędził wraz z rodzicami w towarzystwie Harolda Minchuma i jego żony - najbardziej pewnego kandydata na ministra magii. Siedzący tuż obok Ślizgona Eugeniusz Jenkins zdawał się być dla profesora niewidzialny.
- Ciebie, Tom, nie muszę pytać - zarechotał, aż jego wielki brzuch zaczął podskakiwać nad blatem stołu. - Ty co roku wybierasz nasze stare śmieci, co? Tak w ogóle to w tym roku Hogwart opustoszał, dosłownie OPUSTOSZAŁ! Ilu nas tam było przy stole, może ze dwudziestu? Liubov też z nami została, powiedz, drogie dziecko, jak ci się podobały święta w Hogwarcie? Chyba bardziej przytulne niż tam u was, co?
Uśmiechnął się kokieteryjnie i choć czułam się trochę nieswojo po tym, jak potraktował Jankinsa, odpowiedziałam identycznym uśmiechem. Slughorna po prostu nie dało się nie lubić, zwłaszcza w jego młodszych latach - o niebo bardziej energicznego i zaczepnego niż za moich czasów.
- Oczywiście, panie profesorze - przyznałam, a on tylko machnął ręką.
- Tak tylko czarujesz, moja droga, tak tylko czarujesz. Ale coś troszkę pozwiedzałaś na tej przepustce?
- Zgadza się, zwiedziłam sobie Pokątną, Bank Gringotta i trochę mugolskiej części miasta - przyznałam. Kątem oka spostrzegłam ruch na zastygłej twarzy Riddle’a. Usta, które po słowach Slughorna odzyskały dawny obojętny wyraz, drgnęły ironicznie, jak gdyby bez wiary w moje słowa. - Chciałam w stu procentach wykorzystać to, że tu jestem.
- Ambitnie! Po prostu nie mogę się nadziwić, że nie jesteś Ślizgonką! - zawołał, kręcąc z dezaprobatą głową, choć na pyzatej twarzy czerwienił się uśmiech. - A jak nasza druga panna z wymiany? Były zagraniczne wojaże?
Za każdym razem, kiedy ktoś wspominał Melanię - a nie działo się to zbyt często - wszystko przewracało mi się w żołądku. Korzystając, że wszyscy na nią spojrzeli, spojrzałam i ja. W niczym się nie zmieniła, lecz ja zaczęłam dostrzegać, że to, co na początku wzięłam za zarozumiałość lub nadąsanie, w rzeczywistości coraz bardziej wyglądało na zakłopotanie. Może to tylko światło, a może po prostu chciałam to zobaczyć, ale zapadnięte, woskowe policzki pokryły się delikatnym różem, jak gdyby nie spodziewała się, że Mistrz Eliksirów zwróci na nią uwagę. Oczy momentalnie nabrały surowości.
- Z babcią my odwiedziły ciotkę - odparła, nie podnosząc głosu.
Jej odpowiedź zlała się ze szmerem w dalszej części stołu - zupełnie inaczej niż w przypadku Toma, bo gdy ten się odzywał, wszelkie rozmowy natychmiast milkły. Ale wystarczyło, że Slughorn usłyszał. Zamoczył usta w pucharze z winem, kiwając z uznaniem głową.
- A, tak, jestem pewien, że mało kto przy tym stole nie wie - dodał - że ciotka panny Serpens, Adelaida Serpens, była sławną aktorką komediową w Paryżu. Podobno jej gwiazda świeciła jasno, bardzo jasno, ale też bardzo krótko, tak, ze względu na potworną chorobę. Niestety nie miałem okazji się przekonać, w tamtych czasach nie było mi po drodze z Paryżem…
W tym samym momencie na raz ścisnęły mi się boleśnie wszystkie wnętrzności. Zareagowałam instynktownie. To była jedyna taka szansa. Wyłowiłam spośród rzędu siedzących naprzeciwko najbliższe oczy - niebieskie i okrągłe - i bez zastanowienia rzuciłam Imperiusa. Eugeniusz Jenkins nawet nie drgnął.
Zapytaj, czy była u tej ciotki aktorki.
- Byłaś u tej ciotki aktorki?
Oczywiście zabrzmiało to idiotycznie - i pytanie, i lekko nieprzytomny ton, ale tak, jak na odpowiedź Melanii, i teraz niewielu zwróciło na Gryfona większej uwagi. Ślizgonka obrzuciła go niechętnym, osądzającym spojrzeniem, a ja zastygłam w oczekiwaniu, nie mogąc się nie gapić.
- Nie. Ona nie żyje - zakomunikowała i dopiero w tej chwili wszyscy się na nią obejrzeli. Dźwięczny głos Melanii przeciął powietrze jak piekielnie ostry sztylet. - Byłam u drugiej ciotki. Jest uzdrowiciel w Święty Mungo.
Ostrożnie i delikatnie - tak delikatnie, jak tylko potrafiłam - wślizgnęłam się jej do głowy. Niezbyt głęboko, ledwo musnęłam przestrzeń dookoła najświeższych myśli i wydobyłam z nich Aurorę Vetulani. Nic więcej, żadnych konkretów, żadnej choćby zamazanej twarzy, ale to wystarczyło. Nikt się nie zorientował, przy stole wciąż panowała ta sama atmosfera letniego zainteresowania i tylko serce biło mi odrobinę mocniej.
Warto było zjawić się tu choćby wyłącznie po tę jedną informację.
Miałam ochotę skakać z radości, ale w zamian za to wsunęłam sobie do ust łyżeczkę lekko podtopionych lodów miętowych.
A Slughorn ciągnął swoje opowieści.
- Oj, wielka szkoda, naprawdę wielka szkoda. Pamiętam, jak uczyłem obie panny Serpens, szalenie uprzejme, ambitne i takie dojrzałe, ach, to była sama przyjemność, chociaż miały odrobinę lżej niż ty, Melanio, bo od początku były dwujęzyczne. Pamiętam, tak, to było naprawdę zabawne, jak na początku czasami przełączały się na francuski. Nic nie rozumiałem! Aż wstyd się przyznać, ponieważ za czasów mojej młodości to był bardzo popularny język, bardzo piękny i romantyczny, ale językiem eliksirów od wieków był angielski i niemiecki, więc na tym się skupiłem…
I zaczął snuć długą historię swoich przepraw z nauką niemieckiego oraz brakiem talentów językowych, jaką obciążony jest cały ród Ślimaków, a ja miałam okazję trochę odetchnąć. Dobrze wiedziałam, że o Anzelmie nie opowie niczego, choć gdzieś głęboko tliła się nadzieja, że chociaż wspomni, nawiąże, zrobi minę, spojrzy znacząco… Ale nie, Horacy Slughorn nigdy nie przyznałby się do takiego ucznia, tak, jak nigdy nie przyznał się do sympatii, jaką darzył młodego Voldemorta. Przez cały szósty i siódmy rok przez jego anegdotki przewijały się setki nazwisk, ale nigdy nie padł wśród nich Tom Riddle. Musiał wiedzieć, bo przecież o ile bardziej intrygująca od sieroty-Ślizgona o wątpliwym pochodzeniu była Aurora Vetulani - po prostu prymuska i po prostu uzdrowicielka? I o ile mniej interesujący był chłopiec, który nie panował nad własną chorobą?
- A kto tu nam jeszcze został? Rosier! - zaśpiewał mocno już podchmielony nauczyciel. Wyjadł już wszystkie kandyzowane ananasy ze swojej świątecznej puszki i zabierał się za następne, a w butelce, z której bez przerwy sobie dolewał, zostało na dnie może ze dwa łyki krwistoczerwonego trunku. - Was zawsze gdzieś wywieje za granicę! Gdzie tym razem?
- W Bergen, panie profesorze. Ja, moja narzeczona i nasi rodzice. Same święta spędziliśmy w kurorcie, ale na resztę ferii przenieśliśmy się na morze, mój ojciec wykupił wycieczkę promem. Oczywiście sto procent czarodziejów, poznaliśmy ludzi z kilku krajów, trafił się nawet taki jeden Egipcjanin, ale większość czasu spędziliśmy z wielką rodziną Szkotów, zwłaszcza z dwójką braci. I jestem ciekaw - tu uśmiechnął się szczwanie - czy pan ich pamięta, bo oni pana tak. Ambrosius i Hori Ghost…
Na moment odebrało mi dech, krew uderzyła do głowy i reszta słów Evana utonęła w tym piekielnym szumie. Serce nie galopowało już jak podczas rozmów o Aurorze i Adelaidzie. Zupełnie przestało bić i dopiero głośny śmiech nauczyciela sprawił, że odzyskałam przytomność umysłu.
- Hori, Hori… coś mi to mówi, ale pamięć już nie ta! Pracują w Departamencie Magicznych Gier i Sportów, zgadza się? Coś mi świta, że był tam kiedyś jakiś Ghost.
- Zimno, panie profesorze, badają miotły w Portree. Żona Ambrosiusa mówi wyłącznie po angielsku, mówię panu, jak ciężko zrozumieć ten szkocki akcent… Koszmar! Ale tyle szczęścia, że nie odzywała się za dużo. Już umówiliśmy się na przyszły rok na narty.
Wszystko we mnie szalało. Dziwnie zniekształcony głos Rosiera dobiegał do mnie jak z drugiego końca wielkiej, pustej sali - dudniący i odległy. Myśli rozbijały się o wnętrze czaszki, trzaskając i rozbijając się o fragmenty zasłyszanych zdań.
…ale większość czasu spędziliśmy z wielką rodziną Szkotów, zwłaszcza z dwójką braci… coś mi świta, że był tam kiedyś jakiś Ghost… w Departamencie Magicznych Gier i Sportów… umówiliśmy się na przyszły rok na narty…
- Hori Ghost… Hori Ghost… - mamrotał Slughorn, podkręcając wąsa.
Hori Ghost. Mój dziadek.
- Ach, tak! Już pamiętam! Już sobie przypominam, chociaż z niczego, czym można byłoby się chwalić. Pamiętam, że był strasznym leserem, ale to strasznym! Leserem i wagarowiczem, ale diabelnie sympatycznym, no nie dało się go nie lubić, nawet jeśli widziało się go na lekcji dopiero trzeci raz, a listopad już się kończył. Skubaniec zawsze miał jakąś wymówkę, a co najgorsze - zawiesił głos, robiąc wielkie oczy - ściągnął na złą ścieżkę moją ulubioną uczennicę - Urszulę Nostitiz. Dalej się widują?
- Widują? - Ślizgon parsknął śmiechem. - Są już z dziesięć lat po ślubie i mają dwójkę dzieci.
Albin i Balbina.
Kolejna szpila. Jeszcze jeden ucisk w żołądku.
Mocny. Tak mocny, że momentalnie zrobiło mi się niedobrze.
Skoro Hori Ghost miał już syna i córkę, to oznaczało, że niedługo miał się pojawić na świecie mój ojciec. I to naprawdę niedługo, bo dwudziestego drugiego października 1973 roku, co oznaczało, że Balbina miała już jakieś dwa latka. Moja ukochana, śliczna ciotka Balbina.
Poczułam gorąco pod powiekami i nie byłam już w stanie słuchać, jak Lestrange pieprzył o gigantycznym balu w posiadłości Blacków. Ostatkiem sił, wytężając każdą odpowiedzialną za to komórkę, przywołałam na twarz byle jaki uśmiech - jakikolwiek, byle tylko był - i wstałam, rzuciwszy zdumionemu Slughornowi przepraszające spojrzenie.
- Toaleta - bąknęłam najciszej, jak potrafiłam, po czym, nie czekając na pozwolenie, wysunęłam się z gabinetu.
Na gumowych nogach, z potem płynącym mi ciurkiem po plecach, jakimś cudem prawie po omacku dotarłam do najbliższej łazienki. I tam wszystko puściło - musiało puścić, bo po świątecznych rewelacjach nie miałam już miejsca na te wszystkie emocje. Widok swojego odbicia w lustrze - wstrząśniętej, żółtoszarej twarzy Liubov - tylko trochę przywołał mnie do porządku. Na tyle, by drżącymi, lepkimi rękami wydłubać z kieszeni fiolkę i wlać sobie jej zawartość do gardła, choć na kolejną porcję eliksiru wielosokowego było przynajmniej o kwadrans za wcześnie.
A później coś się we mnie skręciło i wybuchnęłam płaczem. Nie dbałam o to, czy wykafelkowane ściany toalety tłumiły ten szloch - brzydki, głośny, przeplatany jakimś szaleńczym, jeszcze gorszym śmiechem. Cała się trzęsłam. Gdzieś w ostatnim odruchu rozsądku chyba próbowałam podeprzeć się o umywalkę, ale ostatecznie i tak osunęłam się na kolana, gdzie wyłam prosto w podłogę, zalewając łzami lodowate płytki. Włosy oblepiły mi twarz, właziły do oczu i nosa, do otwartych ust, jak gdyby próbowały powstrzymać ten niepohamowany wodospad, ale nie było już odwrotu.
Wszystko się wylewało. Nie tylko to, co kotłowało się we mnie od chwili przekroczenia progu zmieniacza czasu - tego było dużo więcej. Każdy dzień zawieszenia w domu Voldemorta, rozpaczliwa szarpanina między nim i Oreżnowem. Tama pękła i zalał mnie ogrom tęsknoty, której nie szło już opanować. I gdyby nie to, że trzęsłam się teraz jak w febrze, popędziłabym z powrotem do gabinetu Slughorna i wydusiła z Rosiera każdą najmniejszą informację o Ghostach. Wszystko, by choć zobaczyć znajomą twarz - coś, co chociaż dotykało mojego świata. Znajomy podbródek dziadka Horiego - identyczny jak ten, który miał tata. Promienny uśmiech ciotki Balbiny. Cokolwiek, byle mieć pewność, że nie byli tylko częścią mojego urojenia.
Uczepiłam się tej myśli z taką mocą, że dałam radę dźwignąć się na nogi, a tam nad umywalką znów przywitała mnie Liubov - cała zasmarkana i czerwona, z rudymi puklami przyklejonymi tu i ówdzie do mokrej skóry i szaleństwem w oczach. Zupełnie obca postać.
Wstrząśnięta tym widokiem rzuciłam się do kranu, ale nim zdążyłam doprowadzić się do porządku, drzwi za moimi plecami skrzypnęły, a przez zaciśnięte powieki zobaczyłam słaby, niebieskawy blask lamp z korytarza. Serce znów załomotało mi w okolicy gardła i instynktownie oderwałam dłonie od twarzy.
W drzwiach stała Melania Serpens z towarzyszącą jej koleżanką.
Po chwilowej uldze zwaliło się na mnie przytłaczające uczucie wstydu, ale dziewczyny zrobiły tylko takie miny, jakby właśnie stanęły oko w oko z kosmitą, popatrzyły na siebie i bez słowa zniknęły w oddzielnych kabinach. Pulsowanie w skroniach powoli zaczęło odpuszczać, a a korytarza zaczęły dobiegać najpierw narastające, a później oddalające się kroki i rozmowy wielu osób.
Jak długo tu przesiedziałam?
Raz-dwa wytarłam się rękawem, rzuciłam ostatnie niezbyt pewne spojrzenie na odbicie wystraszonej dziewczyny z podpuchniętymi oczami i ostrożnie wysunęłam się z na korytarz. Choć światło tutaj ledwo rozpraszało mrok, po łazienkowych ciemnościach niemal atakowało siatkówkę.
Po Ślizgonach nie było śladu, choć z gabinetu nauczyciela eliksirów wciąż dobiegały zduszone dźwięki gramofonu. Jak najszybciej opuściłam miejsce zbrodni, starając się iść niezbyt szybko, ale i nie ryzykując ponownego spotkania z Melanią i jej koleżanką, a kiedy minęłam tajne przejście do dormitorium Ślizgonów, puściłam się pędem prosto do piwnicy. Westchnęłam ciężko i wystukałam o beczkę dobrze znany rytm, zastanawiając się, jak przetrwać do jutra.
*
Czaiłam się na Rosiera już od obiadu. Wymyślenie najmniej podejrzanego, najlepszego ze wszystkich możliwych sposobów na rozpoczęcie tematu Ghostów zajęło mi niecałe dziesięć minut pod prysznicem i przez calusieńką niedzielę starałam się wejść w energię osoby wyluzowanej. Kluczem w tym wszystkim była postawa, nie słowa. Problem w tym, że nie czułam się ani trochę zrelaksowana, nie mówiąc o pewności siebie.
Co zrobię, jeśli wybuchnę niekontrolowanym śmiechem, a na koniec znów się rozpłaczę?
Najwyżej zrzucę winę na Joachima, Leo i Proszek Niepohamowanego Chichotu od Zonka.
Albo powiem, że mam okres. Tak, okres - to jest dobre, peszy wszystkich nastoletnich chłopców.
Takie rozważania towarzyszyły mi przez całą drogę do biblioteki, gdzie - zgodnie z treścią podsłuchanej rozmowy - spotkałam zdyszanego Rosiera. Niby przypadkiem wpadłam na niego przy kontuarze - tłumaczącego się pani Mortemore z piekielnie cennego zagubionego egzemplarza Zaczarowanych cyferek. Bibliotekarka zignorowała moje dobry wieczór, zerkając znad haczykowatego nosa na karteczkę, którą jej podsunęłam.
- Botaniczne źródła energii zaklęć destrukcyjnych - przeczytała tak idealnie wystudiowanym szeptem, jak gdyby nie była już w stanie odzywać się w inny sposób. - To jest w Dziale Ksiąg Zakazanych.
- Tak, wiem - odparłam, uśmiechając się słodko. Rosier po mojej prawicy zamarł na moment, kiedy bibliotekarka studiowała karteczkę podpisaną przez profesora Beery’ego. - Zielarstwo do owutemów.
Kobieta wydała z siebie ironiczne “Mhm”, ale ostatecznie pomaszerowała jak żołnierz w kierunku wspomnianego działu, nakazując Rosierowi czekać. Oczywiście nie zrobił tego. Wymknął się, kiedy tylko podskakujący koczek Mortemore zniknął za pierwszym regałem. Bibliotekarka nie skomentowała tego niespodziewanego zdematerializowania się, choć sposób, w jaki odnotowywała nazwisko Liubov przy tytule książki, powiedział mi, że bardzo nie chciałam się znaleźć w ciele Evana, kiedy następny raz się tutaj zjawi.
Nie byłam zaskoczona, gdy zobaczyłam go czekającego na korytarzu. W bezpiecznej odległości od drzwi i na wpół zasłonięty posągiem Wolfganga Kręciwąsa.
- Dziękuję, kupiłaś mi trochę czasu - rzucił półgębkiem, oglądając się za siebie.
Momentami nie mogłam uwierzyć, że miałam przed sobą jednego z najbardziej poszukiwanych, niebezpiecznych czarnoksiężników lat osiemdziesiątych - spoconego ze strachu przed mierzącą metr pięćdziesiąt bibliotekarką.
- Nigdy nie zgubiłeś książki? - zdziwiłam się, nie kryjąc uśmiechu. - Nie zliczę, ile razy miałam szla… yhm, no. Każdemu może się zdarzyć.
- Była z Działu Ksiąg Zakazanych.
- Och.
Przez chwilę szliśmy w milczeniu, mijając ostatnich Krukonów kierujących się po kolacji do swojej wieży. Napięcie, jakie czułam podczas wczorajszego zlotu Ślimaków, zaczęło budzić mi się w żołądku. Starałam się wymyślić jakiś pretekst, by płynnie przejść do tematu Melanii Kalkstein, ale Rosier wyręczył mnie, odzywając się jako pierwszy.
- Celujesz w wybitny? Z zielarstwa?
- Hmm? - Potrzebowałam sekundy, żeby skojarzyć. - Ach, Botaniczne źródła energii zaklęć destrukcyjnych! Tak, między innymi.
Bo przecież nie po to, żeby zdobyć informacje na temat składników do nieistniejącej w 1973 roku trucizny przeciwko jego przyjacielowi.
W oczach Rosiera zapaliły się figlarne iskierki.
- Zatem… Mistrzyni Eliksirów czy uzdrowicielka?
Mogłam udać tajemniczą albo dodać kolejne kłamstwo do ciągnącej się już po ziemi listy “do zapamiętania”, więc po prostu znów się uśmiechnęłam i wzięłam go pod rękę, jak zwykłam robić, kiedy zbyt długo naigrywałam się z Victora. Poczułam przez sekudnę, jak Ślizgon zesztywniał, ale zupełnie kumpelski, pozbawiony podtekstów dotyk szybko go rozluźnił i Rosier przysunął się bliżej, tak, że teraz sunęliśmy przez hol ramię w ramię - miałam wrażenie, że dużo mniej skrępowani niż zaraz po wyjściu z biblioteki.
- Jeszcze się zobaczy - odpowiedziałam wymijająco.
Wielka bryła lodu w klatce piersiowej, której nie byłam w stanie wypłakać wczoraj w łazience, chyba zaczynała powoli topnieć.
- Jesteś jak Riddle - rzucił z oskarżycielską nutą w głowie. - Z niego też za żadne skarby nie wyciągniesz tego, co wydedukował na poradach zawodowych.
- Może po prostu jeszcze nie wie? Im więcej możliwości, tym trudniej się zdecydować…
- O nie - przerwał mi stanowczo, kręcąc głową. - On dobrze wie, czego chce.
- A ty? - zapytałam szybko, nim się rozkręcił. Tym razem wyjątkowo ostatnie, o czym chciałam rozmawiać, to Tom Riddle. - Ferie z narzeczoną, co? Nie była zazdrosna o ulubienicę Slughorna?
Kątem oka spostrzegłam, jak się zarumienił.
- O kogo?
- Urszula Nostitiz. Prymuska ze słabością do łobuzów - jak ty - rzuciłam, a subtelny róż na jego policzkach pogłębił się jeszcze mocniej.
Dopiero teraz spostrzegłam, że Evan miał w sobie coś z Barty’ego - podobną wrażliwość, którą pamiętałam z lat dziecięcych. Serce ścisnęło mi się pod wpływem pragnienia przywarcia do tego ciepłego ramienia, wtulenia się w miękkie ramiona, ale jedyne, co mogłam robić, to patrzeć. Delektować się tym, że był. I choć z Rosierem nie łączyła mnie ani jedna kropla krwi, ta tęsknota miała zupełnie inne konotacje niż w przypadku Riddle’a - była czysta i niewinna jak potrzeba matczynej lub ojcowskiej pieszczoty.
- Urszula? Co za brednie - odparł szybko i zachichotał nerwowo. - Ona ma ze trzydzieści pięć lat i, przypominam, dwójkę dzieci. Nie, ani mi to w głowie, Melania zachowuje się wzorowo, ta przerwa dobrze nam zrobiła. Planujemy ślub na przyszłe lato.
- Cieszę się. To naprawdę cudowna nowina. - Naprawdę. Oczywiście. - Też zamierza się zaangażować? Wiesz, w waszą organizację.
- W naszą organizację? - zdziwił się i choć dzielnie zniósł mój świdrujący wzrok, zdołałam wychwycić wahanie w jego głosie.
- Nie mydlij mi oczu, zbyt poważnie traktujecie te spotkania, żeby zostawić je w szkolnych murach.
Tak naprawdę nie miałam prawa wiedzieć, jak to traktowali - poza pierwszą i jedyną wizytą w ich sali ćwiczeń więcej tam nie zajrzałam, a wszyscy, których tam widziałam, nigdy nawet się nie zająknęli na temat kolejnej daty ani tego, co tam robili. Jak gdyby praktykowali jakiś pokręcony Kult Lwiogłowego Pająka czy innego dziwactwa rodem z książek fantasy.
Nie musiał nic mówić, choć oczywiście próbował mnie przekonać, że Melania Kalkstein - jak na Krukonkę - miała mocno Ślizgońską osobowość, poglądy. Kiedy mijaliśmy gabinet nauczyciela eliksirów, z opowieści Rosiera wynikało, że jego narzeczona trafiła do Ravenclawu właściwie tylko ze względu na tradycję rodzinną, jak gdyby przynależność do domu naprawdę miała decydujące znaczenie w przypadku rozwoju przekonań.
- Czyli rozumiem - odezwałam się, gdy skończył swoją tyradę - że Melania podziela wasze poglądy?
Żywe ogniki w jego oczach nieco przygasły, ale spróbował nadrobię miną.
- Jest przeciwna Eugenii Jenkins - odparł wymijająco.
Skinęłam tylko głową i pociągnęłam temat rejsu promem, który Rosier chętnie podchwycił. Wpatrując się w coraz głębsze cienie na jego twarzy, miałam wrażenie, że uczestniczył w tej rozmowie tylko ciałem, dogłębnie coś rozważając. I ja również. To, co Evan miał do powiedzenia na temat Horiego Ghosta, nie zajmowało mnie już tak bardzo jak wczoraj, zwłaszcza że nie było tego zbyt dużo.
Miałam ochotę popchnąć Ślizgona na ścianę i potrząsnąć nim, aż się ocknie.
Od kiedy pod koniec trzeciej klasy dowiedziałam się o istnieniu zmieniaczy czasu, nigdy nie myślałam o chęci wpływania na sprawy, których podróżnik w czasie nie powinien dotykać. Zawsze wydawało mi się to oczywiste, dopóki nie pojawiłam się w przeszłości Rosiera. I nie miało żadnego znaczenia, że przecież prędzej czy później ożeni się z moją ciotką, ponieważ TERAZ nie mogłam patrzeć na to, jak marnował czas z inną kobietą. Z kobietą, która do niego nie pasowała i której nie kochał, choć jeszcze o tym nie wiedział.
Płonęłam z frustracji.
Na salę dotarliśmy w ciszy, trawiąc wnioski ze wspólnej rozmowy.
Na miejscu zupełnie nic się nie zmieniło, tylko ludzie patrzyli na mnie odrobinę bardziej przyjaźnie. Spostrzegłam też dużo więcej Ślizgonów, których kojarzyłam z grona niewielkiej sekty Riddle’a. Yaxley, którego nie widziałam podczas mojej pierwszej, szarpnął głową na przywitanie, a Selwyn zerwał się od stołu i na swoich nieproporcjonalnie długich nogach w trzech susach był już przy nas.
- I jak tam, Złotko, Mortemore udobruchana? - zagadnął, klepiąc Evana w ramię. - A ty, Onoprijenko, masz na dziś wieczór jakieś plany?
- To zależy, jak mocno wybiegasz w ten wieczór - odparłam, ale uśmieszek, z jakim zadał to pytanie, szybko utracił swoją dwuznaczność.
- Proponuję pojedynek, bo czemu nie?
Zrobił ruch ręką w kierunku przystającej sali, gdzie właśnie Avery stawiał na nogi otępiałą Dianę Parkinson. Po ostatnich emocjonalnych perturbacjach perspektywa walki na niezbyt grzeczne zaklęcia wywołała przyjemny ucisk w żołądku, więc natychmiast się zgodziłam.
- Jesteś tego pewny? - zapytałam, widząc nieproporcjonalnie duże zainteresowanie, jakie wywołały nasze przygotowania.
Ci, którzy nie byli pogrążeni w gorących dyskusjach przy stołach, rzucili swoje zajęcia i zgromadzili się w wydzielonej części komnaty oddzielonej od niej czymś, co przypominało przezroczystą ścianę z grubego szkła. Uśmieszki, jakie temu towarzyszyły, pozwoliły mi sądzić, że Selwyn - tak, jak pamiętałam go z jego lat w szeregach Lorda Voldemorta - wciąż pozostawał tak samo naiwny, tylko teraz był w tym znacznie bardziej uroczo beztroski.
Jakkolwiek Selwyn mógł być uroczy z tym swoim smrodkiem nieświeżych włosów i homofobicznym poczuciem humoru.
- Pewny jak tego, że tu stoję! - odkrzyknął z drugiego końca sali, wyciągając różdżkę.
Nie czekał z atakiem jak Tom. Zaklęcie Ślizgona rozświetliło pomieszczenie na fioletowo, ale zanim dotarło do celu, zostało wessane przez moją różdżkę, zakręcone i wystrzelone z powrotem, zmuszając go do wyczarowania mlecznobiałej tarczy, która popękała pod wpływem siły uderzenia. Pierwsze śmiechy utonęły w szumie wiatru, który wypełnił salę i poderwał chłopaka w powietrze na jakieś dwa, trzy metry i bez trudu obróciłam do góry nogami, aż wierzchnia szata i zbyt luźne nogawki opadły, odsłaniając błyszczące lakierki i wystające z nich łydki obciągnięte do połowy w skarpetki w świąteczne pierniczki. Oczywiście Selwyn nie pozostał mi dłużny, bo choć wciąż pozostawał zawieszony do góry nogami, bez trudu wystrzelił ku mnie coś, co przypominało żywe obślizgłe i najeżone kolcami pnącza - diabelskie sidła na sterydach. Nim spaliłam je wszystkie, ten jakimś cudem zneutralizował mój Levicorpus i powtórzył Diabelskie Jęzory, które znów wciągnęłam. W porównaniu do pokładów ciemnej mocy, z jaką zetknęłam się podczas pojedynku z Riddle’em, magia Selwyna prawie nie opuszczała jego ciała, wyczuwałam jedynie delikatną strużkę na końcu różdżki, lecz już wyraźnie zabarwioną czarną magią. Fachowo radził sobie ze wszystkimi pozycjami - turniejowymi, jak zwykłam to nazywać, by irytować Voldemorta - ale w tym pojedynku brakowało emocji. Wszystko było zbyt poprawne i przewidywalne, więc po kilku kolejnych dość potężnych jak na osiemnastolatka zaklęciach zakończyłam to, wysyłając Selwyna jeszcze raz pod sufit i z całą mocą z powrotem na podłogę.
Byłam pod wrażeniem - całkiem sprawnie stłumił jęczenie, choć na dłuższą chwilę wyraźnie zabrakło mu oddechu. Oklaski zmieszane ze śmiechami i głupimi komentarzami oglądających nas uczniów szybko ucichły, w sali momentalnie zapanowała atmosfera nerwowego oczekiwania, bo w wejściu łączącym obie komnaty pojawił się Riddle z towarzyszącym mu Lestrange’em i Averym. Cała trójka uśmiechała się z politowaniem na widok próbującego dźwignąć się z podłogi kolegi, a Tom rzekł:
- Dobrze chronisz korpus, ale za bardzo odsłaniasz nogi. Gdybyś poświęcił im tyle uwagi, co reszcie ciała, uniknąłbyś podróży pod sufit. I kroki, Selwyn. Jak na tak długie nogi, robisz zbyt małe kroki. Niepotrzebnie drobisz w miejscu, tracisz przez to energię. Korzystaj ze swojego atutu. Skracaj i zwiększaj dystans, twoje warunki fizyczne pozwalają ci robić to szybciej niż większości czarodziejów.
Nikt więcej się nie roześmiał, choć głos Riddle’a brzmiał mocno prześmiewczo. Wszystkie oczy bez wyjątku wpatrywały się w niego z uwielbieniem. Policzki pokonanego Ślizgona pokryte błyszczącą warstewką potu zapłonęły niezdrowo, ale nie śmiał na mnie spojrzeć.
- Tak, jak zwykle - mruknął, próbując zamaskować buntowniczy ton. - A Onoprijenko? Jak poszło jej nogom?
- Nie potrzebuję turniejowych technik, dopóki reszta jest skuteczna - odpowiedziałam natychmiast i zanim Selwyn odpowiedział coś, żeby odszczeknąć, doskoczyłam do niego i raz jeszcze powaliłam na ziemię. Tym razem zwykłym zaklęciem oszałamiający. - Ty nie masz ani tego, ani tego.
Wyglądał na urażonego tą uwagą, ale przyjął pomocną dłoń. Nie lubiłam Selwyna - ani jako ucznia, ani tym bardziej jako dorosłego. Naprawdę trudno było mi się przekonać do większości z nich, wiedząc, że za kilkadziesiąt lat uciekną jak szczury z tonącego okrętu, byle tylko uniknąć Azkabanu. Yaxley, Wilkes, Rowle, Nott, Macnair… Patrzyłam na te znajome, odmłodzone twarze, które z ekscytacją śledziły ten krótki pojedynek. Patrzyłam i chciało mi się rzygać - bez względu na to, czego życzyłam Riddle’owi, bo nie chodziło o ocalenie tych wszystkich dusz, a o lojalność, której nie miał prawie żaden z nich.
Kiedy towarzystwo już się rozeszło, zbiegłam po schodkach do komnaty ze stołami, skąd obserwował nas Tom. Lekkim skinieniem głowy zaoferował jeden z nich - zupełnie pusty, jak gdyby oczekiwał na jego przybycie, a ja chętnie skorzystałam. Czułam, że Riddle miał do powiedzenia coś więcej niż rady na temat poprawnej pracy nóg.
- Co to za mroczne moce podpuściły Selwyna do tego pojedynku? - zapytał drwiąco, siadając na końcu długiej ławy. Ja zajęłam miejsce dokładnie naprzeciwko.
- Te mroczne siły to, zdaje się, Travers, Nott i Crabbe - odparłam.
I chyba dobrze mi się zdawało, bo wymieniona trójka nie przestawała natrząsać się ze Ślizgona, choć cała reszta już dawno wróciła do swoich spraw. Gdy wróciłam wzrokiem do Toma, znów analizował każdy kawałeczek mojej twarzy, jak gdyby zamierzał zapamiętać położenie wszystkich piegów, pieprzyków i nierówności. Już dawno przestało mnie to peszyć. Błyskawicznie przywykłam do ludzkiej formy jego oczu i tego - inaczej niż oblicze Voldemorta - ile wciąż zdradzały emocji.
- Ominęła cię historia Rowle’a. Arcyciekawa - zadrwił.
Wiedziałam, że nawiąże do tego, że wczoraj nie wróciłam.
- Było mi słabo. Slughorn zawsze nagrzewa jak w piekle.
- Nie wyglądasz na kogoś, komu “bywa słabo”.
- Naprawdę cię interesuje, co robiłam w toalecie? - zapytałam wyzywająco, uśmiechając się kątem ust, a oczy Riddle’a błysnęły intensywnie.
- Ze słyszenia wiem, że w hogwarckich toaletach panuje dziwne natężenie niebezpiecznych i nielegalnych wydarzeń. Zwłaszcza w damskich toaletach - odparł.
- Czemu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że odpowiadacie za przynajmniej dziesięć procent tych nielegalnych? Ale widzę, że jeszcze nie podzieliłeś się z kolegami nową lekturą. - Widząc, że jego brwi powędrowały do góry, dodałam: - Nie zauważyłam na półce Hematurgii Wysokiego Ryzyka.
- Póki co zgłębiam w samotności - odpowiedział, a cienie nadające jego twarzy zawadiackiego wyrazu zniknęły, czyniąc ją bardziej poważną. - Przejrzałem pobieżnie szkolne zbiory i asortyment dwóch księgarni na Pokątnej. Okazuje się, że nie dysponują żadnymi interesującymi pozycjami w tym temacie, co mnie nie zdumiewa, ponieważ do magii krwi w tej części Europy podchodzi się dość sceptycznie.
- Dlaczego?
Słaby uśmiech zadrgał mu na ustach.
- Bo postrzega się ją za prymitywną i trudną do okiełznania.
- Żadnych czarnomagicznych konotacji?
- Nie tym razem.
O dziwo ani kropli ironii w jego głosie.
- Ale oczywiście mogą mieć z nią coś wspólnego - ciągnęłam uparcie. Byłam ciekawa, czy już wymyślił ten swój rytuał z kością ojca i tak dalej, czy jeszcze nie przypuszczał, że kiedyś będzie potrzebował odzyskać ciało. Ale z całą pewnością już poznał koncepcję podzielonej duszy. I podzielił własną. - Nie ma mitologii, która nie łączyłaby krwi z potęgą życia wiecznego, a tego nie dostaniesz sobie ot tak.
Roześmiał się cicho, jak gdyby naprawdę go to rozbawiło.
- Ozyrys, Dionizos, Odyn, Jezus i te sprawy?
- Właśnie - wyszeptałam, wpatrując się w niego z uwagą. Moje serce nieznacznie przyśpieszyło. - Magia krwi nie jest pierwotna, tylko obrazoburcza. Kojarzy się albo ze składaniem ofiar z ludzi, albo z kanibalizmem. Albo z jednym i drugim i dlatego niewielu to eksplorowało. Ale nie wszystko musi od razu prowadzić do krzywdy.
Dziwny głód zapalił się w jego ciemnych oczach, barwiąc je zwyczajowo na czerwono.
- O ile dobrze pamiętam, Noctivandus uznaje krew odebraną siłą za najbardziej potężną.
Niezupełnie o to mi chodziło, ale przecież nie mogłam powiedzieć wprost. Chodziło o to, by sam do tego doszedł, a po ogniu, jaki płonął na jego twarzy, wiedziałam, że prędzej czy później tak się stanie. Ostatecznie mogłam pozwolić sobie na droczenia się.
- Przecież to tylko akademickie rozważania.
- Och, oczywiście. Czysta teoria - rzekł, nawet nie próbując ukryć ironii. - Właśnie dlatego tu jesteś. Nie mogłabyś rozprawiać o kanibalistycznych praktykach w tym waszym wypchanym dzierganymi kocykami saloniku.
- Zaglądałeś do każdego dormitorium? - zapytałam, a triumfalny, niemal diabelski uśmiech rozlał mu się na całej twarzy.
- Wyłącznie w ramach zaproszenia.
Zdawał się w ogóle nie zwracać uwagi na to, co działo się w reszcie sali, choć przecież ci wszyscy ludzie nie zjawili się tu tylko po to, żeby ze sobą dyskutować. Oni zbierali się dookoła Riddle’a, pragnęli go słuchać, złaknieni choćby jednego zdania - tego, by ich nauczał. Pokazał, w jaki sposób można zgłębiać subtelności ciemnych mocy, wydobywać je z siebie pod samym nosem nauczycieli. Byłam skłonna się założyć, że każdego jednego w tych dwóch pomieszczeniach najbardziej podniecał właśnie ten konkretny fakt. Riddle wyciągnął rękę i niby od niechcenia musnął naszyjnik, który wysunął się zza kołnierzyka, gdy wychyliłam się mocniej do przodu.
- Minerały też świetnie służą magii i tak, jak krew, mają dwoistą naturę - ciągnął Tom, wpatrując się zmrużonymi oczami w ceglastą łezkę. Czułam, jak kiwała się łagodnie pod wpływem równomiernych szturchnięć koniuszka jego palca i to wystarczyło, by zalała mnie fala ciepła. - Zwłaszcza srebro. Niszczy i chroni. Czasem jednocześnie, jeżeli użyjesz go w sposób przemyślany.
- W takim razie dałeś mi go w ramach ochrony czy żeby mi dokopać? - zapytałam, uśmiechając się kokieteryjnie. - Chyba już dawno nie miałeś takiej konkurencji w walce o tytuł pierwszego absolwenta, co?
Nie pociągnął żartu, wciąż wpatrując się w naszyjnik.
- W teorii w połączeniu z hematytem ma zapobiegać wykrwawianiu się z magicznej mocy, ale równie dobrze można powiedzieć, że jest po prostu ładny - odparł takim tonem, jak gdyby samo użycie tego słowa nie potrafiło przejść mu przez gardło bez użycia ironii.
Zachichotałam pod nosem.
- Zatem dostałam dodatkową kostkę do rzutu na obronę?
Dopiero wtedy podniósł wzrok, a wyraz zadumy na jego twarzy rozpłynął się, ustępując miejsca rozbawieniu.
- Jesteś z tych pryszczatych wyrzutków, którzy siedzą na historii magii w ostatnim rzędzie i grają pod ławką w wojny goblinów z olbrzymami?
- Masz kilku takich wyrzutków w swojej grupie - upomniałam go. - Swoją drogą, to ciekawe, z jaką dziwną mieszanką “się przyjaźnisz”.
Niezdrowo ambitni, bogaci, nielubiani, zniewalająco piękni, szpetni, nieśmiali, towarzyscy, skryci i absolutnie wszyscy osobliwi - musiał sobie z tego zdawać sprawę i chyba nawet schlebiała mu ta uwaga.
- Nikogo nie wykluczamy - odpowiedział wymijająco.
- Poza wszystkimi z wątpliwym statusem krwi.
Lekko wzruszył ramionami.
- Zawsze istnieją jakieś kryteria. Ale ty nasze spełniasz, więc w czym problem?
Chyba pierwszy raz powiedział w tym temacie coś tak otwarcie.
- W niczym. Nie dbam o to, czy je spełniam, czy nie, ponieważ mam pewne podejrzenia, że bez względu na status mojej krwi i tak by mnie nie dotyczyły.
Wyprostował się z miną sugerującą pewne niedowierzanie. Wiedziałam, że stąpałam po cienkim lodzie, ale nie tak cienkim, jak w przypadku dorosłego Voldemorta. Z Riddle’em mogłam pozwolić sobie na więcej - i nie tylko dlatego, że był znacznie mniej doświadczony w swojej voldemortowatości, po prostu czułam, że pośród otaczającego go wazeliniarstwa fascynował go ten przejaw arogancji.
- Jesteś bardzo pewna siebie - rzucił, zniżając głos do szeptu. Wyraźnie dało się w tym usłyszeć nutkę groźby, choć na tle gadaniny była zaledwie szmerem.
- Nie, tylko znakomicie czaruję.
Brwi drgnęły mu pobłażliwie.
- Szlamy nigdy nie osiągną takiej mocy. Po prostu nie.
- W każdej rasie zdarzają się wyjątki. Ale zastanawia mnie jedno. Jak w przyszłym tygodniu zniesiesz gorycz porażki - zakomunikowałam i również się wyprostowałam. Jeżeli miałam trzymać się na uboczu, mój czas w ich tajemniczym klubie dobiegał końca. Mówiło mi to też mrowienie w koniuszkach palców - ciało nie chciało przechodzić kolejnej bolesnej przemiany i domagało się następnej dawki eliksiru wielosokowego. Widząc szczere zdumienie na obliczu Toma, dodałam: - Mecz. Ślizgoni kontra Gryfoni.
Prychnął z pogardą - oczywiście ta jedna cecha perfekcyjnie pokrywała się z cechami Voldemorta, którego znałam. Był ponad tymi wszystkimi trywialnymi rozrywkami, a zwłaszcza ponad sportem.
- Nie obchodzi mnie to.
Jego głos ociekał kpiną - tym rodzajem jadowitego, zawstydzającego cynizmu wtapiającego się prosto w serce, ale już dawno minęły czasy, kiedy robiło to na mnie wrażenie. Wstałam, szykując się do wyjścia. Mrowienie powoli ogarniało stopy i dłonie.
- Och, nie bądź takim snobem - prychnęłam z uśmiechem. - W tej części semestru wszyscy kochają quidditch.
*
I tak też w istocie było.
Szkoła na nowo zwariowała na punkcie międzydomowych rozgrywek. Szybko się okazało, że i w latach siedemdziesiątych rywalizacja Ślizgonów z Gryfonami rozgrzewała jednakowo wszystkie trzy domy - a może tylko trzy, bo Puchoni jak zwykle chrupali kociołkowe pieguski, popalali zioło i obserwowali wszystko z bezpiecznego dystansu. Jako doświadczona uczestniczka szkolnych dramatów odnalazłam się w tej nowej rzeczywistości zaskakująco łatwo, choć nie mogłam nie ekscytować się grą.
Sędzia wypuścił piłki, a kiedy ostry gwizdek przeciął powietrze, obie drużyny wystrzeliły w powietrze i mecz się rozpoczął.
Bardzo brakowało mi miotły. Choć latanie nie powodowało tak silnych emocji jak scena, z ukłuciem zazdrości w sercu obserwowałam z trybun pana Weissa i czternaście napiętych, pochłoniętych walką sylwetek - siedem w złocie i czerwieni, siedem w zieleni i srebrze. Nie mogłam nie kibicować Ślizgonom. Zauważyłam, że podobnie jak za moich szkolnych czasów Slytherin nie miał zbyt wielu fanów - w sektorze zdominowanym przez Hufflepuff byłam jedyną osobą, która wymachiwała chorągiewką w barwach Domu Węża. Oczywiście to, w jaki sposób wyglądała aktualna punktacja, działało w tym temacie na korzyść Gryfonów - znajdowali się na samym szczycie, a spektakularna wygrana Krukonów w przedświątecznym meczu z Puchonami umieściła Ravenclaw na drugim miejscu. Esmeralda była wniebowzięta, choć ani trochę nie interesowała się quidditchem. Po bożonarodzeniowym przyjęciu profesora Slughorna nie zmieniło się zupełnie nic w jej relacji z Jenkinsem - wciąż wysyłali sobie dwuznaczne spojrzenia, uśmiechali się do siebie na korytarzach, a w dzień meczu tuż przed śniadaniem Rottermund życzyła Eugeniuszowi powodzenia - jako jedna z trzech dziewczyn, ale (naprawdę w to wierzyłam) to do niej jego usta rozciągnęły się najszerzej. Tak określiła to Barbara, choć i jej to rodzące się uczucie się nie podobało.
Hoffmann i jej cholernie dobra intuicja.
Pół godziny później musiałam pogodzić się z porażką. Co prawda razem z Leo szybko policzyliśmy, ile potrzebowali punktów, żeby mieć szansę na puchar, ale Flint notorycznie przepuszczał piłkę przez obręcze, a szukający postawił kropkę nad i, dając się zwieść Aleksandrze Bell i zamiast ze zniczem w garści skończył z miotłą wbitą pionowo w pokryte śniegiem boisko. I właśnie tak mecz zakończył się po niecałych czterdziestu pięciu minutach z wynikiem sto dwadzieścia do trzystu czterdziestu.
Właściwie nie było kogo bronić - Slytherin przerżnął tak, że nawet Puchoni mogli poczuć się mistrzami quidditcha.
Komentator snuł jeszcze długie i ochrypłe przewidywania na temat szans każdego z domów na złoto, ale nikt już go nie słuchał. Puchoni na trybunach jeszcze przez chwilę entuzjastycznie oklaskiwali zwycięzców, Esmeralda zdarła sobie całe gardło, wrzeszcząc i wymachując czerwoną flagą jak opętana, a widownia tonąca w purpurze i złocie skutecznie zagłuszała buczenie i gwizdanie dochodzące z wieży zajętej przez kibiców drużyny przeciwnej, ale mróz i silny wiatr, jaki hulał sobie na tej wysokości, szybko zmotywował nas do opuszczenia trybun. Rozprawiając z Joachimem i Leo na temat każdego błędu, jaki popełniła drużyna Ślizgonów, jednym uchem próbowałam wyłapać rozmowę koleżanek dotyczącą najbliższego wypadu do Hogsmeade - następnej w kolejce atrakcji przed wiosną, której wypatrywali wszyscy zmęczeni zimą i przedzieraniem się przez zaspy wysokości siedzącego labradora.
- Truman, nie siej plotek, jaki trzeci, no jaki trzeci? - wcięła się Amelia, kiedy tłum uczniów wylał się już na błonia, mrużąc oczy pod wpływem ostrego, styczniowego słońca. - Hogsmeade ma być dziesiątego lutego przed walentynkami.
Przez grupkę Puchonów, którzy to usłyszeli, przetoczył się jęk zawodu.
- Kurczę, a już się nastawiłem…
- Świetnie, Mona znów będzie chciała iść do Puddifoot. I jeden wypad zmarnowany…
- A Macmillan mówił, że będzie trzeciego…
- Nie rozumiem, skąd to zdziwienie - przerwała Florze Bones podniesionym głosem, żeby do wszystkich to dotarło. - Rokrocznie lutowa wycieczka jest maksymalnie blisko walentynek i zawsze kogoś to dziwi. Data została potwierdzona na czwartkowym spotkaniu prefektów.
- I przecież zawsze chodzi o to, żebyśmy zostawili w kawiarniach jak najwięcej złota - dodała Barbara takim tonem, jak gdyby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem. - A kiedy jest na to najlepszy czas? Wiadomo, że przed świętami i przed walentynkami.
Puchoni dostali chyba aż zbyt dużo informacji, ponieważ nikt nie odezwał się więcej na temat Hogsmeade, a ja zdusiłam w sobie przeciągłe westchnienie. Podobnie jak Flora miałam nadzieję na szybsze wyrwanie się ze szkoły, ale niekoniecznie po to, żeby przesiedzieć pół dnia w przesadnie różowej, dusznej kawiarence.
Potrzebowałam wysłać sowę - koniecznie taką bez obrączki z herbem szkoły.
Ale nie martwiłam się. Zawsze istniało przejście w garbie jednookiej wiedźmy.
~*~
Cieszę się, że wydarzenia w planie poukładały się tak, że ten spokojniejszy rozdział przypadł akurat na początek grudnia (bo wtedy był posany). Nie jestem jakoś bardzo zmęczona po tegorocznym NaNo, ale czuję się zmęczona OGÓLNIE. Mam wrażenie, że wychodzi ze mnie stres ostatnich tygodni (zarówno prywatny, jak i pracowy) - i jest tego w takich ilościach, że pierwszy raz od nie pamiętam kiedy ucieczka w pisanie nie pomaga. Chyba nie tylko Sophie w tym momencie jedzie na oparach cierpliwości.