21 sierpnia 2008

20. Pierwsze zadanie

 

Dzięki chorej punktualności Sapphire i mojemu sprytowi udało nam się zająć cały pierwszy rząd na szczycie wieży umieszczonej dokładnie naprzeciwko trybuny sędziowskiej. 

— Czujecie? Ale smród — mruknął Dean, kiedy nasza ośmioosobowa grupa siedziała już na długiej ławie tuż przed drewnianą balustradą. Pozostałe rzędy również szybko się wypełniały, a towarzyszył temu taki gwar, jakiego nie pamiętałam nawet z finałowych rozgrywek quidditcha. — Coś jakby… gnojówka? 

— Nie wiem, gdzie ty widziałeś taką gnojówkę. To jest bardziej jak zgniłe jajka? — wtrącił Victor, ale Hermiona, która dopiero co wcisnęła się między Rona i Neville’a, potrząsnęła energicznie głową. 

— Nie, to pachnie jak siarka — stwierdziła. 

Byłam w stanie uwierzyć, że Granger potrafiłaby ją rozpoznać bez wiedzy o tym, co kryło się za wysokim ogrodzeniem na krawędzi parku i Zakazanego Lasu. Zaraz po wyjściu na błonia w powietrzu dało się wyczuć delikatną nutę siarki, ale na trybunach jej smród wwiercał się w nos, przenikał przez ubrania, ogarniał włosy i za nic w świecie nie dało się przed nim uciec. Starając się nie krzywić, bez słowa przyglądałam się pozostałym sektorom, na których aż roiło się od kolorowych czapek, tiar, powiewających na wietrze włosów i szalików. Raz po raz błyskały odznaki z napisem Potter cuchnie. Z nieprzyjemnym skurczem w żołądku rozpoznałam ekstrawagancki, jadowicie zielony płaszczyk i żółtą trwałą Rity Skeeter, a niektórzy chyba zaczynali podejrzewać, z czym miało mieć związek pierwsze zadanie, ponieważ po olbrzymiej, otoczonej metalową barierką arenie kręcili się pracownicy z Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami w charakterystycznych neonowo pomarańczowych kombinezonach. Wejście do zielonego namiotu widocznego ze szczytu szkolnych schodów łączyło się bezpośrednio z wytyczonym placem o eliptycznym kształcie i wyglądało na to, że właśnie tam w tym momencie zgromadzili się uczestnicy z opiekunami. Trybuny zajęte w większości przez uczniów i nauczycieli biegły półkolem wzdłuż ogrodzenia, oddalone od niego o jakieś dwadzieścia, może trzydzieści metrów — jakby to miało uchronić widownię przed spotkaniem ze smoczym ogniem. Może pracownicy ministerstwa rzucili na tę przestrzeń jakieś zaklęcia ochronne? Sami uzbrojeni w różdżki i długie, metalowe pręty, sprawdzali barierki, a inni rozkładali coś na ziemi dokładnie po drugiej stronie zielonej płachty namiotu.

— Co to jest? — zapytał Neville, gdy pośród okrągłych, błękitnych przedmiotów błysnęło coś złotego. — Jakieś kamienie czy…? 

— Jaja — dokończył za niego Ron. 

Przyglądał im się w ciszy, mrużąc oczy. Wyglądał, jakby w każdej chwili miał zamiar stąd uciec, ale przez cały ten czas ani drgnął. Nie poruszył się nawet w momencie, kiedy przy długim stole w loży honorowej pojawił się Ludo Bagman ubrany w swój przyciasny, czarno-żółty strój Os z Wimbourne. 

Wtem Victor zarechotał drwiąco i szturchnął mnie mocno w bok.  

— Ej, patrz się na to. — Wskazał podbródkiem wieżę obok, na której w mig zauważyłam ekscentryczne różowe futerko w biało-czarną panterkę. — Ciekawe, gdzie zgubiła psiapsiółki. 

Faktycznie. Livia przeciskała się między krzywiącymi się uczniami, szukając miejsca jak najbliżej poręczy, ale zamiast grupki Gryfonek z klasy towarzyszył jej tylko jakiś nieznany mi nastolatek w obszernym, obszytym futrem płaszczu. Z tej odległości wypatrzyłam jedynie karnację podobną do tej, jaką miał Krum, a także dłuższe, spięte w koński ogon kruczoczarne włosy. Był też zdecydowanie wyższy od swojego bułgarskiego kolegi, bo przewyższał moją siostrę o głowę. 

— No pięknie — mruknęłam ze złośliwym uśmieszkiem, obserwując, jak oboje usiłowali wcisnąć się do drugiego rzędu. Uczeń z Durmstrangu taktownie podał jej rękę, kiedy przekraczała ławkę. — Bien sûr, już kręci z nowym, ale to jej nie przeszkadza, żeby dalej się na mnie złościć. 

— Bo jeśli Livia może się na kogoś foszyć, to będzie to robić. 

Sapnęłam i wydęłam lekko usta, choć w środku trochę mi ulżyło. Nowy chłopak oznaczał nowe emocje i nowe kłopoty, które miały szansę przykryć tę całą sprawę z niespełnionym związkiem na odległość. 

— Zobaczcie, zbierają się! — zawołał cicho Seamus, pokazując palcem na sektor sędziowski, gdzie poza Bagmanem dało się zauważyć wrzosową, niebotycznie spiczastą tiarę Dumbledore’a i wspinającą się po schodach madame Maxime. 

Nikt jednak nie zwrócił na nich uwagi, bo w tym samym momencie zza wysokiego muru wyłonił się on. Olbrzymi, srebrno-niebieski smok prowadzony na grubym łańcuchu przez przynajmniej tuzin mężczyzn w pomarańczowych kombinezonach. Choć dobrze wiedziałam, że zaraz to zobaczę, poczułam, jak obiad zrobił mi w żołądku zamaszyste salto. Nigdy dotąd nie widziałam żywego smoka i aura, jaką wokół siebie roztaczał, wcisnęła mnie głębiej w ławkę. Nie chodziło nawet o wygląd czy olbrzymie skrzydła, którymi się podpierał, pełznąc w kierunku kupki jaj — magia, jaka z niego biła, zapierała dech w piersiach. Nie byłam pewna, czy inni też to czuli. Większość poderwała się na nogi, niektórzy wychylili się przez balustrady, chcąc lepiej widzieć, kilkoro młodszych uczniów w naszej wieży rzuciło się do tyłu, jak gdyby smok w każdej chwili miał zerwać się z łańcucha i spopielić wszystko, co stało na jego drodze. Owszem, długie, ostre pazury i identyczne kolce wzdłuż kręgosłupa robiły wrażenie, podobnie wielkie, czerwone ślepia, rozłożyste skrzydła, które wystrzeliły na boki, kiedy gad wylądował lekko na szczycie ogrodzenia tuż nad kupką jaj, ale ta magia… tak przeszywająca, ciemna moc… 

W pierwszej chwili nie mogłam oddychać i nie miało to nic wspólnego z intensywnym smrodem siarki, który z siebie wydzielał. 

— Otóż to, drodzy państwo! — rozległ się magicznie wzmocniony głos Ludona Bagmana. — Smoki! Nasi reprezentanci będą musieli wykazać się odwagą i zdolnościami radzenia sobie w kryzysowych sytuacjach! Ale nie trzeba będzie z nimi walczyć, nie, nie obawiajcie się o życie naszych drogich uczniów! Wszystko jest pod kontrolą, a w razie czego mamy pod ręką piekielnie odważnych, najlepiej wykwalifikowanych pracowników z Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami, którzy na smokach zjedli zęby! Nie, każdy z uczestników ma tylko przejść obok swojego smoka i zdobyć złote jajo! Złote jajo, w którym znajduje się wskazówka dotycząca drugiego zadania! Czyli co, bułka z masłem! Przed państwem wspaniały szwedzki krótkopyski, a my zapraszamy na scenę… Cedrika Diggory’ego! Cedrik, chodź do nas! Przetrzyj szlaki pozostałym! 

Minął pierwszy szok i trybunami wstrząsnęła eksplozja wrzasków i oklasków, które smokowi wyraźnie nie przypadły do gustu, bo kłapnął paszczą i wydał z siebie ostrzegawczy, bulgoczący odgłos. 

— Smoki! — wysapała Sapphire. — O kurczę, i ci ludzie z ministerstwa naprawdę mieliby dać takiemu radę, gdyby mu odbiło? Skoro sklątki robią tyle spustoszenia, to co dopiero smok…! 

— Smokom chyba nic ot tak nie odbija — mruknęłam. — Są chyba całkiem inteligentne, nie? Kalkulują, czy im się opłaca.

Nie odpowiedziała, bo w tym samym momencie drzwi namiotu się rozchyliły i w szparze stanął Cedrik. Upiornie blady i spięty wysunął się powoli do przodu na lekko ugiętych nogach, nie odrywając wzroku od smoka. Obaj nie wyglądali na zaskoczonych swoim widokiem i z jednakową ciekawością śledzili każdy swój ruch. Widownia zamarła, dało się słyszeć tylko ciężki oddech Bagmana, aż Diggory wykonał różdżką jakiś skomplikowany ruch, a jeden z kamieni, w który celował, zaczął jaśnieć, rozciągać się i formować jak wielka gruda plasteliny i po chwili zamiast kawałka skały naszym oczom ukazał się biszkoptowy labrador. Zastygłam z obiema rękami zaciśniętymi na barierce, obserwując poczynania psa. 

— Co on wyprawia? — wyszeptał Ron, jak gdyby nagle całe pierwsze zadanie przeniosło się do biblioteki. 

Nikt nie odważył się wydać z siebie głośniejszego dźwięku. Wszyscy bez wyjątku patrzyliśmy na labradora. 

— Chyba chce go zdekoncentrować — odpowiedziała cicho Hermiona. Kątem oka spostrzegłam, jak podgryzała swoje rękawiczki bez palców. — Odwrócić jego uwagę. 

Chłopak chyba faktycznie miał plan, bo pies to zbliżał się, to odskakiwał, biegał, uginał przednie łapy, coraz bardziej drażniąc smoka. Ten poruszył się niespokojnie i jeszcze mocniej rozłożył skrzydła, jakby domyślał się, czego chciała ta irytująca, beżowa mrówka, a kiedy sapnął siwym dymem, podmuch magii zmieszanej z falą siarkowego smrodu uderzył mnie w twarz. Choć w czapce i grubym szaliku było mi zupełnie ciepło, po plecach poczułam biegnący lodowaty dreszcz. Z trudem przełknęłam ślinę. Gdy strach minął, w żołądku wydarzyło się coś jeszcze — ucisk ekscytacji podobny do tego, który towarzyszył każdej niebezpiecznej wspinaczce na dach sowiarni albo pierwszym próbom samodzielnego lotu bez miotły. 

Solidny zastrzyk adrenaliny. 

Czerwone oczy podążały za labradorem, a im szybsze i większe półkola tamten pokonywał, tym rzadziej odrywały się od psa i zerkały na Puchona. Cisza stawała się nie do zniesienia, oczekiwanie wprawiało powietrze w nieprzyjemne drganie, aż Diggory — powoli, prawie niezauważalnie — zaczął skradać się łukiem dokładnie wzdłuż ogrodzenia. 

— Czyżby pierwszy uczestnik znalazł idealny sposób na swojego smoka? — Pełen napięcia głos poniósł się miękko po błoniach i natychmiast zawtórowało mu groźne warczenie. 

Cedrik nie czekał. W tym samym momencie, gdy bestia zamachała wściekle skrzydłami, rzucił się pędem do przodu, zaszczekał i zaatakował z drugiej strony, gorąco zakotłowało się w wilgotnym, listopadowym powietrzu i szwedzki krótkopyski raz jeszcze zabulgotał, kły błysnęły w zimnym, błękitnym świetle i niebieskie, przypominające gazowe płomienie objęły jakąś jedną trzecią areny. Nawet się nie zorientowałam, kiedy razem z całą resztą poderwałam się na równe nogi i przechyliłam się mocno przez balustradę. Moje „putain de merde!” zginęło w ogólnym wrzasku i okrzykach komentatora: 

— Oooch! Prawie go trafił! Oj, to było bardzo ryzykowne, bardzo, bardzo ryzykowne! Ale… ale zaraz! Tak, ma złote jajo! Patrzcie, udało mu się! Co prawda nie bez obrażeń, ale Cedrik przechodzi dalej! 

Mrużąc oczy, starałam się wypatrzeć w dymie to, co widział Bagman, ale dopiero kiedy na placu zaroiło się od pracowników w pomarańczowych uniformach, spostrzegłam wysoką, chudą postać pędzącą przed siebie ile sił w nogach — byle jak najdalej od smoka. W oczy rzucała się nie tylko złota piłka wielkości kafla, ale i mocno dymiący rękaw szaty. 

— A teraz oceny sędziów! 

Jak na komendę powędrowaliśmy wzrokiem za wzmocnionym głosem prosto do loży sędziowskiej, w której przy długim stole siedzieli kolejno Bagman, Karkarow, Dumbledore, Maxime i… 

Jeszcze jeden fikołek w żołądku. 

I pan Crouch. 

Z gulą w gardle patrzyłam niewidzącymi oczami, jak w powietrzu pojawiały się kolejne srebrne wstęgi formujące się w punkty. Przez całe zamieszanie związane ze smokami, nauką zaklęcia przywołującego, artykułami i ogólnym podnieceniem zupełnie zapomniałam o tym, że jednym z sędziów był Bartemiusz Crouch. Człowiek, którego widziałam na tylu fotografiach, w tylu prywatnych sytuacjach na kartach rodzinnego albumu, siedział teraz jak gdyby nigdy nic między dyrektorką Beauxbatons i Bagmanem, może tylko trochę bardziej zamyślony i blady niż podczas uroczystości wystawienia Czary Ognia. 

Świadomość, że każdego dnia wracał do domu, w którym mieszkał teraz Czarny Pan, była dla mnie jak kubeł zimnej wody. 

Trochę znudzony, ale zupełnie trzeźwy — nie sprawiał wrażenia człowieka pod wpływem Imperiusa. Żadnych chaotycznych ruchów jak zaczarowany przeze mnie gołąb, żadnych nerwowych tików jak u myszy. 

Tymczasem komentator już zapowiedział drugiego uczestnika. 

Strach sprawił, że cała uroda Fleur Delacour dziwnie się rozmyła. Porcelanowa, lekko zaróżowiona cera przybrała odcień zsiadłego mleka i niezdrowo błyszczała w nieprzyjemnym, zimnym świetle szarego popołudnia. W odróżnieniu od Diggory’ego dziewczyna nawet nie próbowała sprawiać wrażenia opanowanej. Dygotała niekontrolowanie na całym ciele, różdżką chodziła jej w dłoni, kolana w obcisłych spodniach drżały, choć smok, który został jej przydzielony — walijski zielony — bardziej przypominał mocno wyrośniętą jaszczurkę niż potwora wylosowanego przez Puchona. 

Harry miał rację — ona również zdawała sobie sprawę z tego, co ją czeka. Przerażona, ale zupełnie trzeźwa zrobiła jeden maleńki krok do przodu, jakby chciała zachować między sobą i stworem jak największy dystans. Wszyscy (łącznie z Bagmanem) w ciszy przyglądaliśmy się, jak powoli, bardzo powoli uniosła rękę, podobnie jak Cedrik wykonała w powietrzu jakieś ruchy różdżką i… nic się nie stało. Żadnego błysku, huku, żadnego kamienia transmutowanego w psa. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że niewerbalne zaklęcie, którego użyła Fleur, jednak zadziałało. Smok najpierw zaczął delikatnie kołysać się na szczycie płotu, skórzaste skrzydła oklapły mu niczym dwa zwiędłe liście sałaty, a żółte ślepia zrobiły się senne. 

Bagman chyba zrozumiał, co Francuzka chciała tym osiągnąć, bo nie odezwał się ani słowem, przyciskał tylko palec ust, jak gdyby nie do końca ufał ich opanowaniu. A Delacour, upewniwszy się, że wielki gad dostatecznie przysnął, zaczęła ostrożnie posuwać się do przodu. Wolno, stopa za stopą, bez żadnych gwałtownych ruchów. Wyglądała jak akrobatka poruszająca się po linie, pod sobą mając tylko przepaść i pewną śmierć. Znajdowała się zbyt daleko, bym mogła dostrzec jej twarz, ale byłam pewna, że przez cały ten czas ani raz nie mrugnęła. Sama wstrzymałam oddech, chociaż jej nie kibicowałam, ale to skupienie udzieliło się i mnie, i reszcie trybun. 

Całe błonia na moment zamarły, a powietrze gęstniało z każdym jej krokiem. 

Choć nic tego nie zapowiadało, jakiś cichutki głosik podpowiadał mi, że przecież nie mogło pójść Fleur tak łatwo. 

Dokładnie na sekundę przed tragedią. 

W momencie, gdy Delacour sięgała między szarozielonymi jajami po to jedno złote, bestia zachrapała, głowa opadła jej na szeroką pierś, a szczęki rozwarły się automatycznie i wystrzelił z nich krwistoczerwony płomień. 

Bagman starał się przekrzyczeć poruszony tłum. 

— Oj, to nie było za mądre! Na gacie Merlina, ta dziewczyna prawie straciła rękę… Trafił ją, ale… Ale, nie! NIE! Ma złote jajo! Nie wyszła z tego bez szwanku, ale udało się! Brawa dla panny Delacour! 

Nie musiał tego powtarzać. Wystarczyło, że dziewczyna wyczołgała się spod buzujących kłębów ognia, sama nieco dymiąc, błonia wybuchły oklaskami i głośnymi, przenikającymi się falami gwizdów. Nie wiadomo skąd pracownicy w pomarańczowych szatach skoczyli z prętami, by uspokoić zdezorientowanego smoka. 

— O kurczę — wydyszał Ron. — W życiu bym nie pomyślał, żeby go zahipnotyzować! 

Wciąż gapił się z na wpół otwartą buzią w drzwi namiotu, za którymi zniknęła Fleur. Występ dziewczyny, choć znacznie mniej spektakularny niż popisy Cedrika, wywołał we wszystkich wieżach — zwłaszcza wśród chłopców — ogromne poruszenie. Prawie nikt nie patrzył na oceny sędziów, tylko stawał na palcach, pragnąc upewnić się, że gwieździe turnieju nic się nie stało. Zerknęłam na Hermionę — zamiast na namiot ostentacyjnie odwróciła głowę i nasze spojrzenia się spotkały. Grymas niezadowolenia szybko złagodniał i dał się przezwyciężyć obawom, z którym i ja walczyłam. Dwójka reprezentantów przeszła dalej. Zostało jeszcze dwóch. 

— Drodzy państwo, mamy informacje z namiotu medycznego. Pan Diggory oraz panna Delacour zostali opatrzeni przez szkolną pielęgniarkę i mają się dobrze — oznajmił Bagman, kiedy na miejsce walijskiego zielonego czterech mężczyzn prowadziło trzeciego smoka. Ospały, ale największy jak dotąd przypominał prawdziwego mieszkańca piekielnych kręgów. Gładka, czerwona łuska przechodziła od grzbietu przez boki w czerń, a złote kolce zdobiące cały pysk tworzyły wokół niego coś na kształt aureoli. — A teraz przed nami chiński ogniomiot! Diabelnie agresywny i inteligentny, sprowadzony na to wydarzenie prosto z dalekich Chin! 

Po występie Fleur pojawienie się na arenie Wiktora Kruma spotkało się z gorącym powitaniem i tym razem w większości pochodziło od dziewcząt. Byłam pewna, że na Krumie ciążyły olbrzymie oczekiwania — po tym, czego nasłuchałam się w dormitorium i we własnej sypialni, wywnioskowałam, że umięśniony, tajemniczy osiłek stający twarzą w twarz z cholernie groźnym rodzajem smoka musiał działać na wyobraźnię. Nawet Hermiona, która dotąd sprawiała wrażenie zirytowanej jego istnieniem, śledziła bacznie każdy ruch Bułgara. 

Ten nie czaił się jak Fleur czy Diggory. 

Rzucił się pędem w kierunku kupki ciemnych, plamistych jaj, na co wielki gad natychmiast odpowiedział ogniem, ale Krum był na to przygotowany. Zanurkował pod cienkim snopem czerwonych płomieni i przetoczył się zręcznie po ziemi, jakby nagle ciało przestało go ograniczać. Zagrzewany coraz głośniejszymi okrzykami, błyskawicznie poderwał się na nogi, schylił się, uskoczył przed kolejnym czerwonym pióropuszem i już był u smoczych stóp, celując różdżką w olbrzymi pysk. W gardzieli dało się zauważyć buzujący zalążek ognia. Instynktownie chwyciłam się za pierś, czując przez grubą warstwę szalika i płaszcza, jak waliło mi serce. W porównaniu do dwóch pierwszych ten emanował jeszcze bardziej przeszywającą, wręcz pulsującą ciemną magią. Coś przerażającego i ekscytującego w jednym czasie — stać tam na dole i chłonąć tę moc, przeżywać to, jak wsiąkała w żyły i mieszała się z własną. Z trudem oderwałam wzrok od szczerzących się kłów i spojrzałam na Sapphire. Stała przy barierce i podskakiwała jak szalona. Po drugiej stronie Victor wrzeszczał ile sił w płucach. Jakim cudem byli w stanie znieść takie pokłady magii? 

Nagle poczułam się słaba, rozbita, zagubiona — pierwszy raz w związku z czymś, co tyczyło się czarów. Musiałam usiąść. 

— Proooszę państwa! — krzyknął Bagman. — Ten chłopak nie zamierza się bawić! Od razu przechodzi do rzeczy! 

Smok najeżył się, potrząsnął kolczastym łbem i w momencie, gdy wydał z siebie niski bulgot, Krum strzelił jakimś świszczącym zaklęciem, które ugodziło gada prosto w oczy. Zawył rozpaczliwie, zaczął się miotać i rzygać ogniem, gdzie popadło i tę chwilę wykorzystał Bułgar, żeby pochwycić jajo. W powstałym zamieszaniu na arenę wlało się ze dwudziestu treserów z metalowymi prętami. 

— Ajajajaj, to było śmiałe, ale bardzo ryzykowne! Widać, że krew ścigającego dała o sobie znać, bo pan Krum zdobył swoje jajo najszybciej z całej trójki! — Zachrypnięty już niego głos komentatora próbował przedrzeć się przez dziewczęce piski i głośne tupanie chłopców. — Tak, to było bardzo odważne! A teraz punkty! 

Nie byłam pewna, czy to przez smocze płomienie, czy przez gigantyczne pokłady magii, ale zrobiło mi się nagle bardzo gorąco. Krew dudniła w uszach jak po długim, męczącym biegu, w gardle paliło od powietrza przesyconego siarką. Nigdy dotąd nie czułam czegoś podobnego — przyjemnego i jednocześnie tak niewygodnego, że chyba tylko ucieczka pod strumień lodowatej wody była w stanie zmyć to ciążące napięcie. 

A Ludo Bagman wzywał właśnie ostatniego zawodnika — tego, na którego od początku czekałam. 

Stres zwinął mi wnętrzności w ciasny kłębek i dzięki temu trochę oprzytomniałam. Przysiadłam na brzegu ławki i podparłam się łokciami o kolana, trzymając kciuki tak mocno, że palce momentalnie zaczęły mi drętwieć. Zerknęłam na Hermionę i zorientowałam się, że i ona siedziała na swoim miejscu, gryząc z nerwów rękawiczkę. Nasze spojrzenia się skrzyżowały, ale Granger zdołała tylko pokiwać nerwowo głową. 

— Będzie dobrze — chciałam jej odpowiedzieć, ale zrobiłam to bezgłośnie, bo przez gardło nie byłam w stanie przepchnąć ani jednego słowa. 

W tym samym czasie trybuny umilkły, bo w wejściu do namiotu stanął ostatni uczestnik. Wydawał się o połowę mniejszy od pozostałej trójki, zwłaszcza w porównaniu do smoka, który już czekał na niego tuż nad kupką cementowoszarych jaj. 

Gigantyczny. Największy ze wszystkich stał czujny i wyprostowany na tylnych łapach, z lekko nastroszonymi skrzydłami i wyciągniętą do przodu nieproporcjonalnie długą szyją. Cały czarny i pokryty kolcami nie potrząsał nerwowo głową, nie warczał, świadomy swych imponujących rozmiarów. Czarne jak smoła łuski pokrywały całe ciało — łącznie z brzuchem i długim ogonem zakończonym pękiem kolców — a łeb zdobiły dwa imponujące rogi. Żółte, kocie ślepia momentalnie namierzyły najmłodszego zawodnika i dopiero wtedy do naszych uszu doszło ciche, ostrzegawcze gulgotanie. 

— A teraz zobaczymy, co zaprezentuje nam Harry Potter! — Bagman zdawał się nie dostrzegać powagi sytuacji. Nawijał jak podczas meczu quidditcha, jakby za sekundę życie jednego z reprezentantów nie miało zostać zmiażdżone przez olbrzymią, zakończoną czarnymi pazurami łapę. — Wisienka na torcie, moi drodzy! Naszemu najmłodszemu uczestnikowi trafiła się największa bestia, jaką udostępniło nam Biuro Wyszukiwania i Oswajania Smoków! Proszę państwa, przed nami rogogon węgierski! To jeden z największych, najniebezpieczniejszych smoków, nad którym czarodziejska różdżka była w stanie zapanować. Rogogon zieje na odległość piętnastu metrów, ale to i tak nie ma znaczenia, bo żeby zdobyć złote jajo, trzeba podejść praktycznie pod same łapy, a samice tego gatunku są piekielnie terytorialne, tak więc uważaj, Harry! 

Zza moich pleców i z sąsiedniej loży dało się słyszeć chichoty (po jednym rozpoznałam Malfoya), ale kiedy tylko Gryfon wystąpił naprzód, całe błonia jak raz ucichły, wpatrując się w uniesioną różdżkę chłopaka. Zastygła w napięciu przestałam na moment oddychać, kiedy usta Harry’ego bezgłośnie wypowiedziały tak często powtarzane wczoraj słowo — Accio

Nic się nie stało. 

Sekundy ciągnęły się jak roztopiony ser, Hermiona po mojej prawej stronie siedziała naprężona ze strachu, rogogon przekrzywiał łeb to w jedną, to w drugą stronę, a na zupełnie cichych od pewnego momentu trybunach zaczęły narastać szepty. Najpierw pojedyncze, ledwo słyszalne, ale zaczęły się napędzać, twarze w lożach naprzeciwko obracały się, mówiły coś do siebie nawzajem, aż nagle gdzieś z oddali od strony zamku dał się słyszeć świst — jakby strzała przecinała powietrze. 

Obie z Hermioną obróciłyśmy się jak na komendę i wtedy to zobaczyłyśmy — czarny kształt niczym rzucona zapałka mknął samotnie w kierunku Gryfona. To był dopiero początek gry, ale węzeł, w który splotły się moje wnętrzności, puścił. Poczułam się tak, jakby Harry już zdobył złote jajo. Tłum ryknął potężnie. Cała rozpromieniona wymieniłam z Granger szerokie uśmiechy, ale i te prawie natychmiast zgasły, bo w sekundzie, gdy chłopak wskoczył na miotłę i wystrzelił w niebo, rogogon rozłożył szeroko skrzydła, dobrze wiedząc, czego miał się zaraz spodziewać. 

Potter zanurkował, jak gdyby to był tylko kolejny mecz quidditcha. Lekko, pewnie, bez cienia strachu. 

— Spójrzcie na to! Tylko na to spójrzcie! — zawołał Bagman, próbując przekrzyczeć oklaski i bulgot wzburzonego smoka. — Jak zgrabnie! Dawaj, Harry, dawaj! 

Chłopak odleciał tak wysoko, że na moment stał się tylko czarną kropką na tle szarych, rozmazanych chmur. Starałam się nie mrugać, rozpaczliwie bojąc się przeoczyć choćby ułamek sekundy, zwłaszcza że Gryfon nie zwalniał tempa. To spadał na rogogona jak bomba, to odlatywał, a smok tylko kręcił głową i coraz bardziej nerwowo poruszał ogonem, jakby ta natrętna mucha zaczęła go drażnić. 

Pierwszy płomień, który wystrzelił z czarnej paszczy, sprawił, że przycisnęłam obie ręce do ust, byle powstrzymać okrzyk, którego i tak nikt by nie usłyszał — widownią wstrząsnęła eksplozja strachu i podekscytowania, lecz gdy tumany ognia rozpłynęły się w powietrzu, Harry’ego tam nie było. Wirował dookoła smoczej głowy jak szalony, rozpędzając się coraz bardziej i bardziej, aż rozwścieczona bestia wyprostowała się i z wyszczerzonymi zębami zaczęła pluć ognistymi kulami na prawo i lewo. W powietrzu zakotłowało się od żaru, tak, że znów musiałam przysiąść. Energia bijąca od rogogona zdeklasowała wszystkie poprzednie smoki razem wzięte. 

— Co za talent! — Bagman wprost rozpływał się nad Harrym, nie bacząc na chrypkę. — Patrzcie, jak ten chłopak lata! Panie Krum, czy pan to widział? Chyba rośnie panu konkurencja! O taak…! 

Oklaski huknęły jak z armaty, kiedy Potter po raz kolejny spektakularnie uniknął starcia ze smoczym ogniem. Rogogon najwyraźniej zrozumiał, że w ten sposób nie pozbędzie się natrętnej muchy, bo kłapnął wściekle szczękami i wprawił w ruch śmiercionośny ogon. Kilka razy był naprawdę blisko, ale — inaczej niż w przypadku trzech poprzednich reprezentantów — publicznością nie wstrząsały już krzyki przerażenia. Jak gdyby na arenie trwał spektakl, a życiu chłopaka na miotle nic nie zagrażało. Nawet ja w pewnym sensie przesiąkłam tym przekonaniem, bo nawet w momencie, gdy jeden ze szpikulców drasnął ramię Harry’ego, zupełnie nic się nie stało. Fruwał dalej, bez skrępowania sterując Błyskawicą, jakby nie była miotłą, a jedną z jego kończyn. 

I w chwili, kiedy wydawało się, że to przedstawienie miało trwać w nieskończoność, pomiędzy machnięciem ogonem i kolejnym strumieniem ognia czarny, rozmazany kształt przemknął pomiędzy smoczymi nogami i złote jajo zniknęło. 

Rogogon zorientował się dopiero za jakiś czas i ryknął w niebo jak ugodzony zaklęciem, ale muchy już nie było. Stała z zapałką w ręce i złotym blaskiem pod pachą po drugiej stronie areny, trzęsąc się jak osika. 

Błonia zamilkły, by w następnej sekundzie zadrżeć pod wpływem pisków, braw i zaklęć wystrzeliwanych w niebo. Nie bacząc na wszystko, rzuciłyśmy się sobie z Hermioną w objęcia, podskakując i wrzeszcząc jak opętane. Seamus i Dean tupali głośno, Victor i Neville przyłączyli się do wyczarowywania czerwonych i złotych iskier, Sapphire oklaskiwała Harry’ego uprzejmie z szerokim uśmiechem na ustach. Tylko Ron stał przy barierce, gapiąc się w namiot jak zahipnotyzowany. 

— Nasz najmłodszy zawodnik najszybciej złapał jajo! — Mimo zaklęcia wzmacniającego głos Bagmana trudno było usłyszeć na tle gwaru bijącego z trybun. — No, no, pan Potter chyba ma szansę na zwycięstwo! Co za zadanie! Co za emocje! A teraz narada sędziów… zaraz zobaczymy ostatnie noty! 

Teraz, kiedy już smoki zniknęły z pola widzenia, a ludzie zaczęli kręcić się na swoich miejscach, oglądając się co chwilę na lożę honorową, poczułam, że nareszcie odzyskałam oddech. Opadłam na swoje miejsce, ciesząc się, że wszyscy byli tak zaaferowani tym, co działo się na dole, że nie dostrzegli ataku mojej nagłej słabości. Obserwując srebrne wstęgi kształtujące się w liczby, próbowałam upchnąć głęboko ten palący wstyd — jedyna pozostałość po własnej niespodziewanej słabości. 

Wzięła mnie z zaskoczenia. Starałam się wygrzebać z pamięci podobną sytuację, ale w głowie miałam zupełną pustkę. Widywałam już różne mroczne, magiczne stworzenia. Czułam lodowatą rozpacz dementorów, słyszałam bazyliszka w ścianach zamku, uczyłam się Imperiusa, ale żadna z tych rzeczy nie wywołała we mnie czegoś choćby zbliżonego do wstrząsu, jakiego doznałam po zobaczeniu smoka. Jakim cudem Neville nawijał jak najęty? Banda pierwszaków za moimi plecami wciąż podskakiwała i wymachiwała różdżkami. Dean szczerzył się tymi swoimi ogromnymi zębiskami, jakby ktoś właśnie wyprawił mu przyjęcie-niespodziankę. Byłam od nich wszystkich dziesięć razy lepsza, żadne zaklęcie, które przerabialiśmy na zajęciach, nie sprawiało mi trudności. Jebana Hermiona Granger poprosiła mnie o pomoc! A teraz oni wszyscy świetnie się bawili, nieczuli na te ogromne pokłady mocy. 

Poczułam się słaba. Cholernie słaba — jakby ktoś wyrwał mi kręgosłup. 

— Ej, bez kitu, Harry miał najlepszy pomysł z całej czwórki. 

— Dziwne, że Krum na to nie wpadł, nie? On to by dopiero dał popis… i nie straciłby punktów za zniszczone jaja. 

— Tak, ale jako jedyny nie oberwał. 

— Tak czy siak idą łeb w łeb z Harrym. O kurczę, może Bagman ma rację i Harry naprawdę ma szansę wygrać! Ale by było… 

— Ja bym się tak na waszym miejscu nie podniecała, to dopiero pierwsze zadanie… 

— Jasne. Inaczej byś śpiewała, gdyby reprezentantem był Ślizgon. 

— Hej, Sophie! Sophie! 

Drgnęłam na dźwięk własnego imienia. Obejrzałam się, ale dopiero po chwili zorientowałam się, że głos Hermiony dochodził z dołu. Zajrzałam przez poręcz i zobaczyłam, że Gryfonka stała nieopodal ogrodzenia i machała rękami jak opętana. Zeszłam do niej, wciąż nieco rozkojarzona, ale dziewczyna była tak rozemocjonowana, że nie zwróciła uwagi na moją niewyraźną minę. Policzki płonęły jej niezdrowym rumieńcem, a rzęsy i powieki lśniły od łez. Spostrzegłam też różowe ślady paznokci wszędzie na twarzy. 

— Co się stało? 

— Pogodzili się! 

— Co…? 

— Ron i Harry! — pisnęła. — Pogodzili się! Chodź! Musimy napisać do Wąchacza! 

Wspomnienie Syriusza trochę mnie otrzeźwiło. Czując się bardzo dziwnie, dałam się jej zaciągnąć nie do namiotu, jak się spodziewałam, a na skraj Zakazanego Lasu, gdzie spacerowały samotnie dwie osoby — jedna niska, czarnowłosa i druga bardzo wysoka, z rudą kępą włosów na szczycie głowy. Harry i Ron — jak mówiła Hermiona. Obaj spokojni i uśmiechnięci. Weasley podniósł rękę i wezwał nas gestem, po czym wszyscy czworo skierowaliśmy się wolno ku szkole, daleko od głównej ścieżki, na której roiło się teraz od uczniów i nauczycieli. 

Zaczerpnęłam gwałtownie zimnego powietrza. 

— Pierwsze miejsce… C’est merveilleux, Harry — wyrzuciłam na wydechu, starając się zmusić wargi do naturalnego uśmiechu, ale kąciki zastygły i za żadne skarby świata nie chciały się poruszyć. — Gratuluję. Założę się, że Flitwick da ci wybitny z zaklęcia przywołującego. 

— Ex aequo z Krumem — wtrącił. — Ale pierwsze zadanie z głowy. Zostało jeszcze dwa… i może jakoś to przeżyję. 

— Nawet tak nie mów — żachnęła się Hermiona. 

— No dobrze, będę się starał nie przeżyć… 

— Harry! 

— No dobra, dobra…

Pogoda trafiła się jak na zamówienie — ledwo wyszliśmy spod parasola drzew, a pracownicy ministerstwa zabrali się za rozmontowywanie trybun, niebo raz-dwa pociemniało i z chmur puścił się lodowaty kapuśniaczek. Słuchając, jak Złota Trójca — jak zwykł ich nazywać Malfoy — rozbierała pierwsze zadanie na czynniki pierwsze, czułam się w ich towarzystwie dziwnie samotna. To nie było moje miejsce. Ta Sophie sprzed doby miała rację: to jest naturalny układ, który powstał, zanim ja i Harry mogliśmy zdecydować, czy w ogóle chcemy w tym uczestniczyć. 

Już uczestniczyliśmy. 

To był prosty konflikt interesów. 

A jednak udałam się z całą trójką do sowiarni, gdzie Ron wywołał Świstoświnkę, a Harry pożyczył od Hermiony pióro, pergamin i zaczął pisać. 

— A widzieliście minę Karkarowa? — ciągnął Ron. — Dał Harry’emu tylko cztery punkty. Dupek. Pewnie żałuje, że to nie on wpadł na pomysł z tą miotłą. Założę się, że teraz główkuje, co mógłby zrobić, skoro samo wciśnięcie Harry’ego do turnieju nie wystarczyło, żeby go wykończyć. 

Odwróciłam się od okna i spojrzałam na niego. Uśmiechał się z mściwością godną głównego czarnego charakteru z komiksów, usiłując utrzymać wyrywającą się sówkę. 

— Uważasz, że to on wrzucił nazwisko Harry’ego do czary? — zapytałam cicho. 

— No pewnie. Przecież Karkarow to eks-śmierciożerca — odparł takim tonem, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Wyprostował palce i zaczął odliczać, a Świstoświnka wykorzystała ten moment nieuwagi, żeby wyrwać się na wolność. — Najpierw akcja z Glizdogonem, Moody w Hogwarcie, a teraz to… Połącz kropki. 

Nie odpowiedziałam. Spojrzałam z powrotem w okno, za którym na czystym fragmencie ciemniejącego nieba pojawiały się pierwsze blade gwiazdy. 

Niech łączą te swoje kropki. Nie zamierzałam wyrywać im ołówka. 

To jest naturalny układ. 

 

~*~

 

Sama wizja opisywania zadań turniejowych z perspektywy obserwatora wydawała mi się katorgą, w rzeczywistości okazało się to jeszcze gorsze, niż przypuszczałam. A to i tak najbardziej dynamiczne z trzech zadań. Nie mogę się doczekać porywającego gapienia się w nieruchomą taflę jeziora. I to przez całą godzinę! 

37 komentarzy:

  1. ~Cam.
    21 sierpnia 2008 o 12:51

    Hej! Super rozdział ^^ Sophie to się taka mądra wydaje ^^ Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 21 sierpnia 2008 o 13:07
      Wydaje? Ona JEST mądra xD

      Usuń
  2. ~Gabika138
    21 sierpnia 2008 o 14:34

    Spoko rozdział, bardzo ciekawy… Pzdr i zapraszam do mnie!violet-riddle.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  3. ~dream - toxic
    21 sierpnia 2008 o 14:49

    spoko rozdzialczekam na nastepny

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 22 sierpnia 2008 o 16:04
      Jak zwykle komentarz wyjątkowo złożony xDD

      Usuń
  4. ~Olka
    21 sierpnia 2008 o 15:27

    Super!! Ciekawie piszesz…..następny rozdział,który napiszesz będzie na pewno równie ciekawy jak wszystkie.

    OdpowiedzUsuń
  5. ~Olka
    21 sierpnia 2008 o 15:27

    Super!! Ciekawie piszesz…..następny rozdział,który napiszesz będzie na pewno równie ciekawy jak wszystkie.

    OdpowiedzUsuń
  6. ~Brooke Davis
    21 sierpnia 2008 o 15:36

    Sama nie wiem czemu lubię sceny z Malfoyem i Sophie. Jakoś tak…. ale ten rozdzialik jest świetny;] Ciekawe jak daleko Sophie się posunie aby Harry wygrał turniej? Zapraszma ponownie na http://www.one-tree-hill.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 22 sierpnia 2008 o 16:03
      Oh, ona może posunąć się do wszystkiego, ale jak na razie to nikt nie wie, że ma tak mroczną rodzinkę xD

      Usuń
  7. ~Joanna
    21 sierpnia 2008 o 16:28

    Jeśli chciałaś ocenę wystarczyło zwyczajnie poprosić ^^pobojowisko.go.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 22 sierpnia 2008 o 16:02
      Wiesz, tacy ludzie, którzy zajmują się ocenami blogów nie mają czasu za bardzo xD

      Usuń
  8. ~Ecuadores_
    21 sierpnia 2008 o 19:07

    Dzięki za komcia u mnie wpadaj jak Ci sie spomni o mnie :D:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 22 sierpnia 2008 o 16:00
      Nie ma sprawy, wpadnę xD

      Usuń
  9. ~AdriAnnkA
    21 sierpnia 2008 o 19:41

    hej super! sorka, ze nie skomętowałam poprzedniej notki, ale nie miałam czasu na przeczytanie;D Na szczęście już to nadrobiłam ;) super notki;)podzr;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 22 sierpnia 2008 o 16:00
      Spoko, rozumiem brak czasu xDD

      Usuń
  10. ~Gwiazdeczka
    21 sierpnia 2008 o 22:23

    Zaklęcie mocne,niezłe właśnie zastanawiałam się nad nim dopóki nie znalazłam na końcu wytłumaczenia,rąbnąć smoka to w końcu nielada wyczyn.A co do Draco to wiesz,każdy lubi o nim czytać a już takie scenki no to …no:D Powoli łapię się w całości,ale jeszcze mi pewno zejdzie,póki co pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 22 sierpnia 2008 o 16:00
      Nom, jak czytałam 4 część to trzeba było 6 drętwot żeby smoka oszołomić, ale cóż, lubię niemiecki i chciałam więcej od siebie dodać. A co do połapania się w całości, to spoko, ja miałam ten sam problem, jak zaczynałam lubić pottera xD

      Usuń
  11. ~Nn.
    21 sierpnia 2008 o 23:37

    Świetny rozdział ^^Bardzo fajnie piszesz ,ale …krótko :P My (czytelnicy) chcemy jeszcze!Na pewno będę wpadać i jakbyś mogła powiadamiaj mnie o nowych notkach. :D I będzie Draco! Yeah xD[pevensie-kaspianx]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 22 sierpnia 2008 o 15:58
      Powiadomię Cię o newsach xD cieszę się, że do mnie wpadłaś xD nom, i mnie nie zwymyślałaś za spama xD taak, ten rozdział był krótki, nie chciałam tam nic więcej pisać, tylko to co do Pierwszego Zadania xD

      Usuń
  12. Cameron_Riddle
    22 sierpnia 2008 o 10:20

    Hej! Na http://www.cameron-riddle.blog.onet.pl ukazał się nowy rozdział :) Serdecznie zapraszam do przeczytania oraz do skomentowania.

    OdpowiedzUsuń
  13. ~lidzia0408
    22 sierpnia 2008 o 11:43

    ej!!! co ty gadasz jakie nudne?? twoje notki sa CIEKAWE!!!! dotarlo?? CIEKAWE i super sie je czyta a ta tez fajniuska czekam na nasteepne:) buski;*wpadnij do mniewww.yarabi-my-love.blog.onet.plpozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 22 sierpnia 2008 o 15:56
      Wydaje mi się, że już komentowałam tą Twoją notkę, ale zrobię to jeszcze raz xD

      Usuń
  14. ~lidzia0408
    22 sierpnia 2008 o 11:44

    ej!!! co ty gadasz jakie nudne?? twoje notki sa CIEKAWE!!!! dotarlo?? CIEKAWE i super sie je czyta a ta tez fajniuska czekam na nasteepne:) buski;*wpadnij do mniewww.yarabi-my-love.blog.onet.plpozdrawia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 22 sierpnia 2008 o 15:55
      Schlebiasz mi xD wpadnę i dodam koma xD

      Usuń
  15. ~DiabeLna_KsiezniCzka
    22 sierpnia 2008 o 15:01

    Super rozdział Zapraszam na Na http://moja-prawdziwa-powiesc.blog.onet.pl/ pojawiła się kolejna notka ;) Mam nadzieje,ze zajrzysz i skomentujesz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 22 sierpnia 2008 o 15:54
      Zajrzałam, skomentowałam, czego chcieć więcej ? xDD

      Usuń
  16. natalka_m@op.pl
    22 sierpnia 2008 o 16:29

    Ja także dodałam Cię do linków ^^A Twój spam nie była tak karygodny ,aby „suszyć Ci o niego głowę” (cytując moją nauczycielkę) xDDD[pevensie-kaspianx]Nn.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 22 sierpnia 2008 o 17:08
      Hehehe, nie wspominaj o nauczycielach w czasie Wakacji, bo to psuje nastrój xDD

      Usuń
  17. ~Nadia
    22 sierpnia 2008 o 20:43

    Nie przesadzaj, rozdział wcale nie był nudny! A Sophie rzeczywiście jest baaardzo mądra. Ja PODOBNO xD też jestem mądra, ale po takiej wskazówce na trytony bym nie wpadła. I strasznie mi się podobało, jak Sophie załatwiła Ritę. A niech się udławi tym swoim piórem! Nowy rozdział przeczytam, jak tylko się pojawi, ale pewnie znowu nie będę mieć czasu od razu skomentować, ale nie martw się, nie zapomnę! xDxD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 23 sierpnia 2008 o 11:01
      Hehe, jak się zna treść „czary ognia” to też się jest mądrym xD jak ja [mam wygórowane mniemanie o sobie, wiem o tym ^^] xD

      Usuń
  18. skazana@onet.eu
    23 sierpnia 2008 o 11:41

    ciekawe ;] :D Fajny pomysł na to zaklęcie :DU mnie nowa notka. niemodna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 23 sierpnia 2008 o 12:48
      Dzięki, ale pisz notki częściej, ok ? xD

      Usuń
  19. Brillen
    7 września 2008 o 19:50

    Kurde ale Sophie jest mądra xD Ja bym na to nie wpadła xD Za żadne skarby xD Rozdział mi się spodobał:)lg-potter.xx.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 8 września 2008 o 17:59
      Z małą pomocą Barty’ego i dobrą znajomością z Potterem to mogło być łatwiejsze, niż na to wygląda xD

      Usuń