Dzięki chorej punktualności Sapphire i mojemu sprytowi
udało nam się zająć cały pierwszy rząd na szczycie wieży umieszczonej dokładnie
naprzeciwko trybuny sędziowskiej.
— Czujecie? Ale smród — mruknął Dean, kiedy
nasza ośmioosobowa grupa siedziała już na długiej ławie tuż przed drewnianą
balustradą. Pozostałe rzędy również szybko się wypełniały, a towarzyszył temu
taki gwar, jakiego nie pamiętałam nawet z finałowych rozgrywek quidditcha. — Coś
jakby… gnojówka?
— Nie wiem, gdzie ty widziałeś taką gnojówkę. To
jest bardziej jak zgniłe jajka? — wtrącił Victor, ale Hermiona, która
dopiero co wcisnęła się między Rona i Neville’a, potrząsnęła energicznie
głową.
— Nie, to pachnie jak siarka — stwierdziła.
Byłam w stanie uwierzyć, że Granger potrafiłaby ją
rozpoznać bez wiedzy o tym, co kryło się za wysokim ogrodzeniem na krawędzi
parku i Zakazanego Lasu. Zaraz po wyjściu na błonia w powietrzu dało się wyczuć
delikatną nutę siarki, ale na trybunach jej smród wwiercał się w nos, przenikał
przez ubrania, ogarniał włosy i za nic w świecie nie dało się przed nim uciec.
Starając się nie krzywić, bez słowa przyglądałam się pozostałym sektorom, na
których aż roiło się od kolorowych czapek, tiar, powiewających na wietrze
włosów i szalików. Raz po raz błyskały odznaki z napisem Potter cuchnie.
Z nieprzyjemnym skurczem w żołądku rozpoznałam ekstrawagancki, jadowicie
zielony płaszczyk i żółtą trwałą Rity Skeeter, a niektórzy chyba zaczynali
podejrzewać, z czym miało mieć związek pierwsze zadanie, ponieważ po
olbrzymiej, otoczonej metalową barierką arenie kręcili się pracownicy z
Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami w charakterystycznych neonowo
pomarańczowych kombinezonach. Wejście do zielonego namiotu widocznego ze
szczytu szkolnych schodów łączyło się bezpośrednio z wytyczonym placem o
eliptycznym kształcie i wyglądało na to, że właśnie tam w tym momencie
zgromadzili się uczestnicy z opiekunami. Trybuny zajęte w większości przez
uczniów i nauczycieli biegły półkolem wzdłuż ogrodzenia, oddalone od niego o
jakieś dwadzieścia, może trzydzieści metrów — jakby to miało uchronić
widownię przed spotkaniem ze smoczym ogniem. Może pracownicy ministerstwa
rzucili na tę przestrzeń jakieś zaklęcia ochronne? Sami uzbrojeni w różdżki i
długie, metalowe pręty, sprawdzali barierki, a inni rozkładali coś na ziemi
dokładnie po drugiej stronie zielonej płachty namiotu.
— Co to jest? — zapytał Neville, gdy
pośród okrągłych, błękitnych przedmiotów błysnęło coś złotego. — Jakieś
kamienie czy…?
— Jaja — dokończył za niego Ron.
Przyglądał im się w ciszy, mrużąc oczy. Wyglądał, jakby w
każdej chwili miał zamiar stąd uciec, ale przez cały ten czas ani drgnął. Nie
poruszył się nawet w momencie, kiedy przy długim stole w loży honorowej pojawił
się Ludo Bagman ubrany w swój przyciasny, czarno-żółty strój Os z
Wimbourne.
Wtem Victor zarechotał drwiąco i szturchnął mnie mocno w
bok.
— Ej, patrz się na to. — Wskazał
podbródkiem wieżę obok, na której w mig zauważyłam ekscentryczne różowe futerko
w biało-czarną panterkę. — Ciekawe, gdzie zgubiła psiapsiółki.
Faktycznie. Livia przeciskała się między krzywiącymi się
uczniami, szukając miejsca jak najbliżej poręczy, ale zamiast grupki Gryfonek z
klasy towarzyszył jej tylko jakiś nieznany mi nastolatek w obszernym, obszytym
futrem płaszczu. Z tej odległości wypatrzyłam jedynie karnację podobną do tej,
jaką miał Krum, a także dłuższe, spięte w koński ogon kruczoczarne włosy. Był
też zdecydowanie wyższy od swojego bułgarskiego kolegi, bo przewyższał moją
siostrę o głowę.
— No pięknie — mruknęłam ze złośliwym
uśmieszkiem, obserwując, jak oboje usiłowali wcisnąć się do drugiego rzędu.
Uczeń z Durmstrangu taktownie podał jej rękę, kiedy przekraczała ławkę. — Bien
sûr, już kręci z nowym, ale to jej nie przeszkadza, żeby dalej się na mnie
złościć.
— Bo jeśli Livia może się na kogoś foszyć, to będzie
to robić.
Sapnęłam i wydęłam lekko usta, choć w środku trochę mi
ulżyło. Nowy chłopak oznaczał nowe emocje i nowe kłopoty, które miały szansę
przykryć tę całą sprawę z niespełnionym związkiem na odległość.
— Zobaczcie, zbierają się! — zawołał cicho
Seamus, pokazując palcem na sektor sędziowski, gdzie poza Bagmanem dało się
zauważyć wrzosową, niebotycznie spiczastą tiarę Dumbledore’a i wspinającą się
po schodach madame Maxime.
Nikt jednak nie zwrócił na nich uwagi, bo w tym samym
momencie zza wysokiego muru wyłonił się on. Olbrzymi, srebrno-niebieski smok
prowadzony na grubym łańcuchu przez przynajmniej tuzin mężczyzn w
pomarańczowych kombinezonach. Choć dobrze wiedziałam, że zaraz to zobaczę,
poczułam, jak obiad zrobił mi w żołądku zamaszyste salto. Nigdy dotąd nie
widziałam żywego smoka i aura, jaką wokół siebie roztaczał, wcisnęła mnie głębiej
w ławkę. Nie chodziło nawet o wygląd czy olbrzymie skrzydła, którymi się
podpierał, pełznąc w kierunku kupki jaj — magia, jaka z niego biła,
zapierała dech w piersiach. Nie byłam pewna, czy inni też to czuli. Większość
poderwała się na nogi, niektórzy wychylili się przez balustrady, chcąc lepiej
widzieć, kilkoro młodszych uczniów w naszej wieży rzuciło się do tyłu, jak
gdyby smok w każdej chwili miał zerwać się z łańcucha i spopielić wszystko, co
stało na jego drodze. Owszem, długie, ostre pazury i identyczne kolce wzdłuż
kręgosłupa robiły wrażenie, podobnie wielkie, czerwone ślepia, rozłożyste
skrzydła, które wystrzeliły na boki, kiedy gad wylądował lekko na szczycie
ogrodzenia tuż nad kupką jaj, ale ta magia… tak przeszywająca, ciemna
moc…
W pierwszej chwili nie mogłam oddychać i nie miało to nic
wspólnego z intensywnym smrodem siarki, który z siebie wydzielał.
— Otóż to, drodzy państwo! — rozległ się
magicznie wzmocniony głos Ludona Bagmana. — Smoki! Nasi reprezentanci
będą musieli wykazać się odwagą i zdolnościami radzenia sobie w kryzysowych
sytuacjach! Ale nie trzeba będzie z nimi walczyć, nie, nie obawiajcie się o
życie naszych drogich uczniów! Wszystko jest pod kontrolą, a w razie czego mamy
pod ręką piekielnie odważnych, najlepiej wykwalifikowanych pracowników z
Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami, którzy na smokach zjedli
zęby! Nie, każdy z uczestników ma tylko przejść obok swojego smoka i zdobyć
złote jajo! Złote jajo, w którym znajduje się wskazówka dotycząca drugiego
zadania! Czyli co, bułka z masłem! Przed państwem wspaniały szwedzki
krótkopyski, a my zapraszamy na scenę… Cedrika Diggory’ego! Cedrik, chodź do
nas! Przetrzyj szlaki pozostałym!
Minął pierwszy szok i trybunami wstrząsnęła eksplozja
wrzasków i oklasków, które smokowi wyraźnie nie przypadły do gustu, bo kłapnął
paszczą i wydał z siebie ostrzegawczy, bulgoczący odgłos.
— Smoki! — wysapała Sapphire. — O
kurczę, i ci ludzie z ministerstwa naprawdę mieliby dać takiemu radę, gdyby mu
odbiło? Skoro sklątki robią tyle spustoszenia, to co dopiero smok…!
— Smokom chyba nic ot tak nie odbija — mruknęłam. — Są
chyba całkiem inteligentne, nie? Kalkulują, czy im się opłaca.
Nie odpowiedziała, bo w tym samym momencie drzwi namiotu
się rozchyliły i w szparze stanął Cedrik. Upiornie blady i spięty wysunął się
powoli do przodu na lekko ugiętych nogach, nie odrywając wzroku od smoka. Obaj
nie wyglądali na zaskoczonych swoim widokiem i z jednakową ciekawością śledzili
każdy swój ruch. Widownia zamarła, dało się słyszeć tylko ciężki oddech
Bagmana, aż Diggory wykonał różdżką jakiś skomplikowany ruch, a jeden z
kamieni, w który celował, zaczął jaśnieć, rozciągać się i formować jak wielka
gruda plasteliny i po chwili zamiast kawałka skały naszym oczom ukazał się
biszkoptowy labrador. Zastygłam z obiema rękami zaciśniętymi na barierce,
obserwując poczynania psa.
— Co on wyprawia? — wyszeptał Ron, jak
gdyby nagle całe pierwsze zadanie przeniosło się do biblioteki.
Nikt nie odważył się wydać z siebie głośniejszego
dźwięku. Wszyscy bez wyjątku patrzyliśmy na labradora.
— Chyba chce go zdekoncentrować — odpowiedziała
cicho Hermiona. Kątem oka spostrzegłam, jak podgryzała swoje rękawiczki bez
palców. — Odwrócić jego uwagę.
Chłopak chyba faktycznie miał plan, bo pies to zbliżał
się, to odskakiwał, biegał, uginał przednie łapy, coraz bardziej drażniąc
smoka. Ten poruszył się niespokojnie i jeszcze mocniej rozłożył skrzydła, jakby
domyślał się, czego chciała ta irytująca, beżowa mrówka, a kiedy sapnął siwym
dymem, podmuch magii zmieszanej z falą siarkowego smrodu uderzył mnie w twarz.
Choć w czapce i grubym szaliku było mi zupełnie ciepło, po plecach poczułam
biegnący lodowaty dreszcz. Z trudem przełknęłam ślinę. Gdy strach minął, w
żołądku wydarzyło się coś jeszcze — ucisk ekscytacji podobny do tego,
który towarzyszył każdej niebezpiecznej wspinaczce na dach sowiarni albo
pierwszym próbom samodzielnego lotu bez miotły.
Solidny zastrzyk adrenaliny.
Czerwone oczy podążały za labradorem, a im szybsze i
większe półkola tamten pokonywał, tym rzadziej odrywały się od psa i zerkały na
Puchona. Cisza stawała się nie do zniesienia, oczekiwanie wprawiało powietrze w
nieprzyjemne drganie, aż Diggory — powoli, prawie niezauważalnie — zaczął
skradać się łukiem dokładnie wzdłuż ogrodzenia.
— Czyżby pierwszy uczestnik znalazł idealny sposób
na swojego smoka? — Pełen napięcia głos poniósł się miękko po
błoniach i natychmiast zawtórowało mu groźne warczenie.
Cedrik nie czekał. W tym samym momencie, gdy bestia
zamachała wściekle skrzydłami, rzucił się pędem do przodu, zaszczekał i
zaatakował z drugiej strony, gorąco zakotłowało się w wilgotnym, listopadowym
powietrzu i szwedzki krótkopyski raz jeszcze zabulgotał, kły błysnęły w zimnym,
błękitnym świetle i niebieskie, przypominające gazowe płomienie objęły jakąś
jedną trzecią areny. Nawet się nie zorientowałam, kiedy razem z całą resztą
poderwałam się na równe nogi i przechyliłam się mocno przez balustradę. Moje „putain
de merde!” zginęło w ogólnym wrzasku i okrzykach komentatora:
— Oooch! Prawie go trafił! Oj, to było bardzo
ryzykowne, bardzo, bardzo ryzykowne! Ale… ale zaraz! Tak, ma złote jajo!
Patrzcie, udało mu się! Co prawda nie bez obrażeń, ale Cedrik przechodzi
dalej!
Mrużąc oczy, starałam się wypatrzeć w dymie to, co
widział Bagman, ale dopiero kiedy na placu zaroiło się od pracowników w
pomarańczowych uniformach, spostrzegłam wysoką, chudą postać pędzącą przed
siebie ile sił w nogach — byle jak najdalej od smoka. W oczy rzucała
się nie tylko złota piłka wielkości kafla, ale i mocno dymiący rękaw
szaty.
— A teraz oceny sędziów!
Jak na komendę powędrowaliśmy wzrokiem za wzmocnionym
głosem prosto do loży sędziowskiej, w której przy długim stole siedzieli
kolejno Bagman, Karkarow, Dumbledore, Maxime i…
Jeszcze jeden fikołek w żołądku.
I pan Crouch.
Z gulą w gardle patrzyłam niewidzącymi oczami, jak w
powietrzu pojawiały się kolejne srebrne wstęgi formujące się w punkty. Przez
całe zamieszanie związane ze smokami, nauką zaklęcia przywołującego, artykułami
i ogólnym podnieceniem zupełnie zapomniałam o tym, że jednym z sędziów był
Bartemiusz Crouch. Człowiek, którego widziałam na tylu fotografiach, w tylu
prywatnych sytuacjach na kartach rodzinnego albumu, siedział teraz jak gdyby
nigdy nic między dyrektorką Beauxbatons i Bagmanem, może tylko trochę bardziej
zamyślony i blady niż podczas uroczystości wystawienia Czary Ognia.
Świadomość, że każdego dnia wracał do domu, w którym
mieszkał teraz Czarny Pan, była dla mnie jak kubeł zimnej wody.
Trochę znudzony, ale zupełnie trzeźwy — nie
sprawiał wrażenia człowieka pod wpływem Imperiusa. Żadnych chaotycznych ruchów
jak zaczarowany przeze mnie gołąb, żadnych nerwowych tików jak u myszy.
Tymczasem komentator już zapowiedział drugiego
uczestnika.
Strach sprawił, że cała uroda Fleur Delacour dziwnie się
rozmyła. Porcelanowa, lekko zaróżowiona cera przybrała odcień zsiadłego mleka i
niezdrowo błyszczała w nieprzyjemnym, zimnym świetle szarego popołudnia. W
odróżnieniu od Diggory’ego dziewczyna nawet nie próbowała sprawiać wrażenia
opanowanej. Dygotała niekontrolowanie na całym ciele, różdżką chodziła jej w
dłoni, kolana w obcisłych spodniach drżały, choć smok, który został jej
przydzielony — walijski zielony — bardziej przypominał
mocno wyrośniętą jaszczurkę niż potwora wylosowanego przez Puchona.
Harry miał rację — ona również zdawała sobie
sprawę z tego, co ją czeka. Przerażona, ale zupełnie trzeźwa zrobiła jeden
maleńki krok do przodu, jakby chciała zachować między sobą i stworem jak
największy dystans. Wszyscy (łącznie z Bagmanem) w ciszy przyglądaliśmy się,
jak powoli, bardzo powoli uniosła rękę, podobnie jak Cedrik wykonała w
powietrzu jakieś ruchy różdżką i… nic się nie stało. Żadnego błysku, huku,
żadnego kamienia transmutowanego w psa. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę,
że niewerbalne zaklęcie, którego użyła Fleur, jednak zadziałało. Smok najpierw
zaczął delikatnie kołysać się na szczycie płotu, skórzaste skrzydła oklapły mu
niczym dwa zwiędłe liście sałaty, a żółte ślepia zrobiły się senne.
Bagman chyba zrozumiał, co Francuzka chciała tym
osiągnąć, bo nie odezwał się ani słowem, przyciskał tylko palec ust, jak gdyby
nie do końca ufał ich opanowaniu. A Delacour, upewniwszy się, że wielki gad
dostatecznie przysnął, zaczęła ostrożnie posuwać się do przodu. Wolno, stopa za
stopą, bez żadnych gwałtownych ruchów. Wyglądała jak akrobatka poruszająca się
po linie, pod sobą mając tylko przepaść i pewną śmierć. Znajdowała się zbyt
daleko, bym mogła dostrzec jej twarz, ale byłam pewna, że przez cały ten czas
ani raz nie mrugnęła. Sama wstrzymałam oddech, chociaż jej nie kibicowałam, ale
to skupienie udzieliło się i mnie, i reszcie trybun.
Całe błonia na moment zamarły, a powietrze gęstniało z
każdym jej krokiem.
Choć nic tego nie zapowiadało, jakiś cichutki głosik
podpowiadał mi, że przecież nie mogło pójść Fleur tak łatwo.
Dokładnie na sekundę przed tragedią.
W momencie, gdy Delacour sięgała między szarozielonymi
jajami po to jedno złote, bestia zachrapała, głowa opadła jej na szeroką pierś,
a szczęki rozwarły się automatycznie i wystrzelił z nich krwistoczerwony
płomień.
Bagman starał się przekrzyczeć poruszony tłum.
— Oj, to nie było za mądre! Na gacie Merlina, ta
dziewczyna prawie straciła rękę… Trafił ją, ale… Ale, nie! NIE! Ma złote jajo!
Nie wyszła z tego bez szwanku, ale udało się! Brawa dla panny Delacour!
Nie musiał tego powtarzać. Wystarczyło, że dziewczyna wyczołgała
się spod buzujących kłębów ognia, sama nieco dymiąc, błonia wybuchły oklaskami
i głośnymi, przenikającymi się falami gwizdów. Nie wiadomo skąd pracownicy w
pomarańczowych szatach skoczyli z prętami, by uspokoić zdezorientowanego
smoka.
— O kurczę — wydyszał Ron. — W
życiu bym nie pomyślał, żeby go zahipnotyzować!
Wciąż gapił się z na wpół otwartą buzią w drzwi namiotu,
za którymi zniknęła Fleur. Występ dziewczyny, choć znacznie mniej spektakularny
niż popisy Cedrika, wywołał we wszystkich wieżach — zwłaszcza wśród
chłopców — ogromne poruszenie. Prawie nikt nie patrzył na oceny
sędziów, tylko stawał na palcach, pragnąc upewnić się, że gwieździe turnieju
nic się nie stało. Zerknęłam na Hermionę — zamiast na namiot
ostentacyjnie odwróciła głowę i nasze spojrzenia się spotkały. Grymas
niezadowolenia szybko złagodniał i dał się przezwyciężyć obawom, z którym i ja
walczyłam. Dwójka reprezentantów przeszła dalej. Zostało jeszcze dwóch.
— Drodzy państwo, mamy informacje z namiotu
medycznego. Pan Diggory oraz panna Delacour zostali opatrzeni przez szkolną
pielęgniarkę i mają się dobrze — oznajmił Bagman, kiedy na miejsce
walijskiego zielonego czterech mężczyzn prowadziło trzeciego smoka. Ospały, ale
największy jak dotąd przypominał prawdziwego mieszkańca piekielnych kręgów.
Gładka, czerwona łuska przechodziła od grzbietu przez boki w czerń, a złote
kolce zdobiące cały pysk tworzyły wokół niego coś na kształt aureoli. — A
teraz przed nami chiński ogniomiot! Diabelnie agresywny i inteligentny,
sprowadzony na to wydarzenie prosto z dalekich Chin!
Po występie Fleur pojawienie się na arenie Wiktora Kruma
spotkało się z gorącym powitaniem i tym razem w większości pochodziło od
dziewcząt. Byłam pewna, że na Krumie ciążyły olbrzymie oczekiwania — po
tym, czego nasłuchałam się w dormitorium i we własnej sypialni, wywnioskowałam,
że umięśniony, tajemniczy osiłek stający twarzą w twarz z cholernie groźnym
rodzajem smoka musiał działać na wyobraźnię. Nawet Hermiona, która dotąd
sprawiała wrażenie zirytowanej jego istnieniem, śledziła bacznie każdy ruch
Bułgara.
Ten nie czaił się jak Fleur czy Diggory.
Rzucił się pędem w kierunku kupki ciemnych, plamistych
jaj, na co wielki gad natychmiast odpowiedział ogniem, ale Krum był na to
przygotowany. Zanurkował pod cienkim snopem czerwonych płomieni i przetoczył
się zręcznie po ziemi, jakby nagle ciało przestało go ograniczać. Zagrzewany
coraz głośniejszymi okrzykami, błyskawicznie poderwał się na nogi, schylił się,
uskoczył przed kolejnym czerwonym pióropuszem i już był u smoczych stóp,
celując różdżką w olbrzymi pysk. W gardzieli dało się zauważyć buzujący zalążek
ognia. Instynktownie chwyciłam się za pierś, czując przez grubą warstwę szalika
i płaszcza, jak waliło mi serce. W porównaniu do dwóch pierwszych ten emanował
jeszcze bardziej przeszywającą, wręcz pulsującą ciemną magią. Coś
przerażającego i ekscytującego w jednym czasie — stać tam na dole i
chłonąć tę moc, przeżywać to, jak wsiąkała w żyły i mieszała się z własną. Z
trudem oderwałam wzrok od szczerzących się kłów i spojrzałam na Sapphire. Stała
przy barierce i podskakiwała jak szalona. Po drugiej stronie Victor wrzeszczał
ile sił w płucach. Jakim cudem byli w stanie znieść takie pokłady magii?
Nagle poczułam się słaba, rozbita, zagubiona — pierwszy
raz w związku z czymś, co tyczyło się czarów. Musiałam usiąść.
— Proooszę państwa! — krzyknął Bagman. — Ten
chłopak nie zamierza się bawić! Od razu przechodzi do rzeczy!
Smok najeżył się, potrząsnął kolczastym łbem i w
momencie, gdy wydał z siebie niski bulgot, Krum strzelił jakimś świszczącym
zaklęciem, które ugodziło gada prosto w oczy. Zawył rozpaczliwie, zaczął się
miotać i rzygać ogniem, gdzie popadło i tę chwilę wykorzystał Bułgar, żeby
pochwycić jajo. W powstałym zamieszaniu na arenę wlało się ze dwudziestu
treserów z metalowymi prętami.
— Ajajajaj, to było śmiałe, ale bardzo ryzykowne!
Widać, że krew ścigającego dała o sobie znać, bo pan Krum zdobył swoje jajo
najszybciej z całej trójki! — Zachrypnięty już niego głos komentatora
próbował przedrzeć się przez dziewczęce piski i głośne tupanie chłopców. — Tak,
to było bardzo odważne! A teraz punkty!
Nie byłam pewna, czy to przez smocze płomienie, czy przez
gigantyczne pokłady magii, ale zrobiło mi się nagle bardzo gorąco. Krew dudniła
w uszach jak po długim, męczącym biegu, w gardle paliło od powietrza
przesyconego siarką. Nigdy dotąd nie czułam czegoś podobnego — przyjemnego
i jednocześnie tak niewygodnego, że chyba tylko ucieczka pod strumień lodowatej
wody była w stanie zmyć to ciążące napięcie.
A Ludo Bagman wzywał właśnie ostatniego zawodnika — tego,
na którego od początku czekałam.
Stres zwinął mi wnętrzności w ciasny kłębek i dzięki temu
trochę oprzytomniałam. Przysiadłam na brzegu ławki i podparłam się łokciami o
kolana, trzymając kciuki tak mocno, że palce momentalnie zaczęły mi drętwieć.
Zerknęłam na Hermionę i zorientowałam się, że i ona siedziała na swoim miejscu,
gryząc z nerwów rękawiczkę. Nasze spojrzenia się skrzyżowały, ale Granger
zdołała tylko pokiwać nerwowo głową.
— Będzie dobrze — chciałam jej
odpowiedzieć, ale zrobiłam to bezgłośnie, bo przez gardło nie byłam w stanie
przepchnąć ani jednego słowa.
W tym samym czasie trybuny umilkły, bo w wejściu do
namiotu stanął ostatni uczestnik. Wydawał się o połowę mniejszy od pozostałej
trójki, zwłaszcza w porównaniu do smoka, który już czekał na niego tuż nad
kupką cementowoszarych jaj.
Gigantyczny. Największy ze wszystkich stał czujny i
wyprostowany na tylnych łapach, z lekko nastroszonymi skrzydłami i wyciągniętą
do przodu nieproporcjonalnie długą szyją. Cały czarny i pokryty kolcami nie
potrząsał nerwowo głową, nie warczał, świadomy swych imponujących rozmiarów.
Czarne jak smoła łuski pokrywały całe ciało — łącznie z brzuchem i
długim ogonem zakończonym pękiem kolców — a łeb zdobiły dwa
imponujące rogi. Żółte, kocie ślepia momentalnie namierzyły najmłodszego zawodnika
i dopiero wtedy do naszych uszu doszło ciche, ostrzegawcze gulgotanie.
— A teraz zobaczymy, co zaprezentuje nam Harry
Potter! — Bagman zdawał się nie dostrzegać powagi sytuacji. Nawijał
jak podczas meczu quidditcha, jakby za sekundę życie jednego z reprezentantów
nie miało zostać zmiażdżone przez olbrzymią, zakończoną czarnymi pazurami łapę. — Wisienka
na torcie, moi drodzy! Naszemu najmłodszemu uczestnikowi trafiła się największa
bestia, jaką udostępniło nam Biuro Wyszukiwania i Oswajania Smoków! Proszę
państwa, przed nami rogogon węgierski! To jeden z największych,
najniebezpieczniejszych smoków, nad którym czarodziejska różdżka była w stanie
zapanować. Rogogon zieje na odległość piętnastu metrów, ale to i tak nie ma
znaczenia, bo żeby zdobyć złote jajo, trzeba podejść praktycznie pod same łapy,
a samice tego gatunku są piekielnie terytorialne, tak więc uważaj, Harry!
Zza moich pleców i z sąsiedniej loży dało się słyszeć
chichoty (po jednym rozpoznałam Malfoya), ale kiedy tylko Gryfon wystąpił
naprzód, całe błonia jak raz ucichły, wpatrując się w uniesioną różdżkę
chłopaka. Zastygła w napięciu przestałam na moment oddychać, kiedy usta
Harry’ego bezgłośnie wypowiedziały tak często powtarzane wczoraj słowo — Accio.
Nic się nie stało.
Sekundy ciągnęły się jak roztopiony ser, Hermiona po
mojej prawej stronie siedziała naprężona ze strachu, rogogon przekrzywiał łeb
to w jedną, to w drugą stronę, a na zupełnie cichych od pewnego momentu
trybunach zaczęły narastać szepty. Najpierw pojedyncze, ledwo słyszalne, ale
zaczęły się napędzać, twarze w lożach naprzeciwko obracały się, mówiły coś do
siebie nawzajem, aż nagle gdzieś z oddali od strony zamku dał się słyszeć świst — jakby
strzała przecinała powietrze.
Obie z Hermioną obróciłyśmy się jak na komendę i wtedy to
zobaczyłyśmy — czarny kształt niczym rzucona zapałka mknął samotnie w
kierunku Gryfona. To był dopiero początek gry, ale węzeł, w który splotły się
moje wnętrzności, puścił. Poczułam się tak, jakby Harry już zdobył złote jajo.
Tłum ryknął potężnie. Cała rozpromieniona wymieniłam z Granger szerokie
uśmiechy, ale i te prawie natychmiast zgasły, bo w sekundzie, gdy chłopak
wskoczył na miotłę i wystrzelił w niebo, rogogon rozłożył szeroko skrzydła,
dobrze wiedząc, czego miał się zaraz spodziewać.
Potter zanurkował, jak gdyby to był tylko kolejny mecz
quidditcha. Lekko, pewnie, bez cienia strachu.
— Spójrzcie na to! Tylko na to spójrzcie! — zawołał
Bagman, próbując przekrzyczeć oklaski i bulgot wzburzonego smoka. — Jak
zgrabnie! Dawaj, Harry, dawaj!
Chłopak odleciał tak wysoko, że na moment stał się tylko
czarną kropką na tle szarych, rozmazanych chmur. Starałam się nie mrugać,
rozpaczliwie bojąc się przeoczyć choćby ułamek sekundy, zwłaszcza że Gryfon nie
zwalniał tempa. To spadał na rogogona jak bomba, to odlatywał, a smok tylko
kręcił głową i coraz bardziej nerwowo poruszał ogonem, jakby ta natrętna mucha
zaczęła go drażnić.
Pierwszy płomień, który wystrzelił z czarnej paszczy,
sprawił, że przycisnęłam obie ręce do ust, byle powstrzymać okrzyk, którego i
tak nikt by nie usłyszał — widownią wstrząsnęła eksplozja strachu i
podekscytowania, lecz gdy tumany ognia rozpłynęły się w powietrzu, Harry’ego
tam nie było. Wirował dookoła smoczej głowy jak szalony, rozpędzając się coraz
bardziej i bardziej, aż rozwścieczona bestia wyprostowała się i z
wyszczerzonymi zębami zaczęła pluć ognistymi kulami na prawo i lewo. W
powietrzu zakotłowało się od żaru, tak, że znów musiałam przysiąść. Energia
bijąca od rogogona zdeklasowała wszystkie poprzednie smoki razem wzięte.
— Co za talent! — Bagman wprost rozpływał
się nad Harrym, nie bacząc na chrypkę. — Patrzcie, jak ten chłopak
lata! Panie Krum, czy pan to widział? Chyba rośnie panu konkurencja! O
taak…!
Oklaski huknęły jak z armaty, kiedy Potter po raz kolejny
spektakularnie uniknął starcia ze smoczym ogniem. Rogogon najwyraźniej
zrozumiał, że w ten sposób nie pozbędzie się natrętnej muchy, bo kłapnął
wściekle szczękami i wprawił w ruch śmiercionośny ogon. Kilka razy był naprawdę
blisko, ale — inaczej niż w przypadku trzech poprzednich
reprezentantów — publicznością nie wstrząsały już krzyki przerażenia.
Jak gdyby na arenie trwał spektakl, a życiu chłopaka na miotle nic nie
zagrażało. Nawet ja w pewnym sensie przesiąkłam tym przekonaniem, bo nawet w
momencie, gdy jeden ze szpikulców drasnął ramię Harry’ego, zupełnie nic się nie
stało. Fruwał dalej, bez skrępowania sterując Błyskawicą, jakby nie była
miotłą, a jedną z jego kończyn.
I w chwili, kiedy wydawało się, że to przedstawienie
miało trwać w nieskończoność, pomiędzy machnięciem ogonem i kolejnym
strumieniem ognia czarny, rozmazany kształt przemknął pomiędzy smoczymi nogami
i złote jajo zniknęło.
Rogogon zorientował się dopiero za jakiś czas i ryknął w
niebo jak ugodzony zaklęciem, ale muchy już nie było. Stała z zapałką w ręce i
złotym blaskiem pod pachą po drugiej stronie areny, trzęsąc się jak
osika.
Błonia zamilkły, by w następnej sekundzie zadrżeć pod
wpływem pisków, braw i zaklęć wystrzeliwanych w niebo. Nie bacząc na wszystko,
rzuciłyśmy się sobie z Hermioną w objęcia, podskakując i wrzeszcząc jak
opętane. Seamus i Dean tupali głośno, Victor i Neville przyłączyli się do
wyczarowywania czerwonych i złotych iskier, Sapphire oklaskiwała Harry’ego
uprzejmie z szerokim uśmiechem na ustach. Tylko Ron stał przy barierce, gapiąc
się w namiot jak zahipnotyzowany.
— Nasz najmłodszy zawodnik najszybciej złapał jajo! — Mimo
zaklęcia wzmacniającego głos Bagmana trudno było usłyszeć na tle gwaru bijącego
z trybun. — No, no, pan Potter chyba ma szansę na zwycięstwo! Co za
zadanie! Co za emocje! A teraz narada sędziów… zaraz zobaczymy ostatnie
noty!
Teraz, kiedy już smoki zniknęły z pola widzenia, a ludzie
zaczęli kręcić się na swoich miejscach, oglądając się co chwilę na lożę
honorową, poczułam, że nareszcie odzyskałam oddech. Opadłam na swoje miejsce,
ciesząc się, że wszyscy byli tak zaaferowani tym, co działo się na dole, że nie
dostrzegli ataku mojej nagłej słabości. Obserwując srebrne wstęgi kształtujące
się w liczby, próbowałam upchnąć głęboko ten palący wstyd — jedyna
pozostałość po własnej niespodziewanej słabości.
Wzięła mnie z zaskoczenia. Starałam się wygrzebać z
pamięci podobną sytuację, ale w głowie miałam zupełną pustkę. Widywałam już
różne mroczne, magiczne stworzenia. Czułam lodowatą rozpacz dementorów,
słyszałam bazyliszka w ścianach zamku, uczyłam się Imperiusa, ale żadna z tych
rzeczy nie wywołała we mnie czegoś choćby zbliżonego do wstrząsu, jakiego
doznałam po zobaczeniu smoka. Jakim cudem Neville nawijał jak najęty? Banda
pierwszaków za moimi plecami wciąż podskakiwała i wymachiwała różdżkami. Dean
szczerzył się tymi swoimi ogromnymi zębiskami, jakby ktoś właśnie wyprawił mu
przyjęcie-niespodziankę. Byłam od nich wszystkich dziesięć razy lepsza, żadne
zaklęcie, które przerabialiśmy na zajęciach, nie sprawiało mi trudności. Jebana
Hermiona Granger poprosiła mnie o pomoc! A teraz oni wszyscy świetnie się
bawili, nieczuli na te ogromne pokłady mocy.
Poczułam się słaba. Cholernie słaba — jakby
ktoś wyrwał mi kręgosłup.
— Ej, bez kitu, Harry miał najlepszy pomysł z całej
czwórki.
— Dziwne, że Krum na to nie wpadł, nie? On to by
dopiero dał popis… i nie straciłby punktów za zniszczone jaja.
— Tak, ale jako jedyny nie oberwał.
— Tak czy siak idą łeb w łeb z Harrym. O kurczę,
może Bagman ma rację i Harry naprawdę ma szansę wygrać! Ale by było…
— Ja bym się tak na waszym miejscu nie podniecała,
to dopiero pierwsze zadanie…
— Jasne. Inaczej byś śpiewała, gdyby reprezentantem
był Ślizgon.
— Hej, Sophie! Sophie!
Drgnęłam na dźwięk własnego imienia. Obejrzałam się, ale
dopiero po chwili zorientowałam się, że głos Hermiony dochodził z dołu. Zajrzałam
przez poręcz i zobaczyłam, że Gryfonka stała nieopodal ogrodzenia i machała
rękami jak opętana. Zeszłam do niej, wciąż nieco rozkojarzona, ale dziewczyna
była tak rozemocjonowana, że nie zwróciła uwagi na moją niewyraźną minę.
Policzki płonęły jej niezdrowym rumieńcem, a rzęsy i powieki lśniły od łez.
Spostrzegłam też różowe ślady paznokci wszędzie na twarzy.
— Co się stało?
— Pogodzili się!
— Co…?
— Ron i Harry! — pisnęła. — Pogodzili
się! Chodź! Musimy napisać do Wąchacza!
Wspomnienie Syriusza trochę mnie otrzeźwiło. Czując się
bardzo dziwnie, dałam się jej zaciągnąć nie do namiotu, jak się spodziewałam, a
na skraj Zakazanego Lasu, gdzie spacerowały samotnie dwie osoby — jedna
niska, czarnowłosa i druga bardzo wysoka, z rudą kępą włosów na szczycie głowy.
Harry i Ron — jak mówiła Hermiona. Obaj spokojni i uśmiechnięci.
Weasley podniósł rękę i wezwał nas gestem, po czym wszyscy czworo skierowaliśmy
się wolno ku szkole, daleko od głównej ścieżki, na której roiło się teraz od
uczniów i nauczycieli.
Zaczerpnęłam gwałtownie zimnego powietrza.
— Pierwsze miejsce… C’est merveilleux, Harry — wyrzuciłam
na wydechu, starając się zmusić wargi do naturalnego uśmiechu, ale kąciki
zastygły i za żadne skarby świata nie chciały się poruszyć. — Gratuluję.
Założę się, że Flitwick da ci wybitny z zaklęcia przywołującego.
— Ex aequo z Krumem — wtrącił. — Ale
pierwsze zadanie z głowy. Zostało jeszcze dwa… i może jakoś to przeżyję.
— Nawet tak nie mów — żachnęła się
Hermiona.
— No dobrze, będę się starał nie przeżyć…
— Harry!
— No dobra, dobra…
Pogoda trafiła się jak na zamówienie — ledwo
wyszliśmy spod parasola drzew, a pracownicy ministerstwa zabrali się za
rozmontowywanie trybun, niebo raz-dwa pociemniało i z chmur puścił się lodowaty
kapuśniaczek. Słuchając, jak Złota Trójca — jak zwykł ich nazywać
Malfoy — rozbierała pierwsze zadanie na czynniki pierwsze, czułam się
w ich towarzystwie dziwnie samotna. To nie było moje miejsce. Ta Sophie sprzed
doby miała rację: to jest naturalny układ, który powstał, zanim ja i Harry
mogliśmy zdecydować, czy w ogóle chcemy w tym uczestniczyć.
Już uczestniczyliśmy.
To był prosty konflikt interesów.
A jednak udałam się z całą trójką do sowiarni, gdzie Ron
wywołał Świstoświnkę, a Harry pożyczył od Hermiony pióro, pergamin i zaczął
pisać.
— A widzieliście minę Karkarowa? — ciągnął
Ron. — Dał Harry’emu tylko cztery punkty. Dupek. Pewnie żałuje, że to
nie on wpadł na pomysł z tą miotłą. Założę się, że teraz główkuje, co mógłby
zrobić, skoro samo wciśnięcie Harry’ego do turnieju nie wystarczyło, żeby go
wykończyć.
Odwróciłam się od okna i spojrzałam na niego. Uśmiechał
się z mściwością godną głównego czarnego charakteru z komiksów, usiłując
utrzymać wyrywającą się sówkę.
— Uważasz, że to on wrzucił nazwisko Harry’ego do
czary? — zapytałam cicho.
— No pewnie. Przecież Karkarow to eks-śmierciożerca — odparł
takim tonem, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Wyprostował
palce i zaczął odliczać, a Świstoświnka wykorzystała ten moment nieuwagi, żeby
wyrwać się na wolność. — Najpierw akcja z Glizdogonem, Moody w
Hogwarcie, a teraz to… Połącz kropki.
Nie odpowiedziałam. Spojrzałam z powrotem w okno, za
którym na czystym fragmencie ciemniejącego nieba pojawiały się pierwsze blade
gwiazdy.
Niech łączą te swoje kropki. Nie zamierzałam wyrywać im
ołówka.
To jest naturalny układ.
~*~
Sama wizja opisywania zadań turniejowych z perspektywy
obserwatora wydawała mi się katorgą, w rzeczywistości okazało się to jeszcze
gorsze, niż przypuszczałam. A to i tak najbardziej dynamiczne z trzech zadań.
Nie mogę się doczekać porywającego gapienia się w nieruchomą taflę jeziora. I
to przez całą godzinę!
~Cam.
OdpowiedzUsuń21 sierpnia 2008 o 12:51
Hej! Super rozdział ^^ Sophie to się taka mądra wydaje ^^ Pozdrawiam
21 sierpnia 2008 o 13:07
UsuńWydaje? Ona JEST mądra xD
~Gabika138
OdpowiedzUsuń21 sierpnia 2008 o 14:34
Spoko rozdział, bardzo ciekawy… Pzdr i zapraszam do mnie!violet-riddle.blog.onet.pl
22 sierpnia 2008 o 16:04
UsuńNa pewno wpadnę xD
~dream - toxic
OdpowiedzUsuń21 sierpnia 2008 o 14:49
spoko rozdzialczekam na nastepny
22 sierpnia 2008 o 16:04
UsuńJak zwykle komentarz wyjątkowo złożony xDD
~Olka
OdpowiedzUsuń21 sierpnia 2008 o 15:27
Super!! Ciekawie piszesz…..następny rozdział,który napiszesz będzie na pewno równie ciekawy jak wszystkie.
22 sierpnia 2008 o 16:03
UsuńDziękuję xD
~Olka
OdpowiedzUsuń21 sierpnia 2008 o 15:27
Super!! Ciekawie piszesz…..następny rozdział,który napiszesz będzie na pewno równie ciekawy jak wszystkie.
22 sierpnia 2008 o 16:03
UsuńDziękuję xD
~Brooke Davis
OdpowiedzUsuń21 sierpnia 2008 o 15:36
Sama nie wiem czemu lubię sceny z Malfoyem i Sophie. Jakoś tak…. ale ten rozdzialik jest świetny;] Ciekawe jak daleko Sophie się posunie aby Harry wygrał turniej? Zapraszma ponownie na http://www.one-tree-hill.blog.onet.pl
22 sierpnia 2008 o 16:03
UsuńOh, ona może posunąć się do wszystkiego, ale jak na razie to nikt nie wie, że ma tak mroczną rodzinkę xD
~Joanna
OdpowiedzUsuń21 sierpnia 2008 o 16:28
Jeśli chciałaś ocenę wystarczyło zwyczajnie poprosić ^^pobojowisko.go.pl
22 sierpnia 2008 o 16:02
UsuńWiesz, tacy ludzie, którzy zajmują się ocenami blogów nie mają czasu za bardzo xD
~Ecuadores_
OdpowiedzUsuń21 sierpnia 2008 o 19:07
Dzięki za komcia u mnie wpadaj jak Ci sie spomni o mnie :D:D
22 sierpnia 2008 o 16:00
UsuńNie ma sprawy, wpadnę xD
~AdriAnnkA
OdpowiedzUsuń21 sierpnia 2008 o 19:41
hej super! sorka, ze nie skomętowałam poprzedniej notki, ale nie miałam czasu na przeczytanie;D Na szczęście już to nadrobiłam ;) super notki;)podzr;*
22 sierpnia 2008 o 16:00
UsuńSpoko, rozumiem brak czasu xDD
~Gwiazdeczka
OdpowiedzUsuń21 sierpnia 2008 o 22:23
Zaklęcie mocne,niezłe właśnie zastanawiałam się nad nim dopóki nie znalazłam na końcu wytłumaczenia,rąbnąć smoka to w końcu nielada wyczyn.A co do Draco to wiesz,każdy lubi o nim czytać a już takie scenki no to …no:D Powoli łapię się w całości,ale jeszcze mi pewno zejdzie,póki co pozdrawiam
22 sierpnia 2008 o 16:00
UsuńNom, jak czytałam 4 część to trzeba było 6 drętwot żeby smoka oszołomić, ale cóż, lubię niemiecki i chciałam więcej od siebie dodać. A co do połapania się w całości, to spoko, ja miałam ten sam problem, jak zaczynałam lubić pottera xD
~Nn.
OdpowiedzUsuń21 sierpnia 2008 o 23:37
Świetny rozdział ^^Bardzo fajnie piszesz ,ale …krótko :P My (czytelnicy) chcemy jeszcze!Na pewno będę wpadać i jakbyś mogła powiadamiaj mnie o nowych notkach. :D I będzie Draco! Yeah xD[pevensie-kaspianx]
22 sierpnia 2008 o 15:58
UsuńPowiadomię Cię o newsach xD cieszę się, że do mnie wpadłaś xD nom, i mnie nie zwymyślałaś za spama xD taak, ten rozdział był krótki, nie chciałam tam nic więcej pisać, tylko to co do Pierwszego Zadania xD
Cameron_Riddle
OdpowiedzUsuń22 sierpnia 2008 o 10:20
Hej! Na http://www.cameron-riddle.blog.onet.pl ukazał się nowy rozdział :) Serdecznie zapraszam do przeczytania oraz do skomentowania.
~lidzia0408
OdpowiedzUsuń22 sierpnia 2008 o 11:43
ej!!! co ty gadasz jakie nudne?? twoje notki sa CIEKAWE!!!! dotarlo?? CIEKAWE i super sie je czyta a ta tez fajniuska czekam na nasteepne:) buski;*wpadnij do mniewww.yarabi-my-love.blog.onet.plpozdrawiam
22 sierpnia 2008 o 15:56
UsuńWydaje mi się, że już komentowałam tą Twoją notkę, ale zrobię to jeszcze raz xD
~lidzia0408
OdpowiedzUsuń22 sierpnia 2008 o 11:44
ej!!! co ty gadasz jakie nudne?? twoje notki sa CIEKAWE!!!! dotarlo?? CIEKAWE i super sie je czyta a ta tez fajniuska czekam na nasteepne:) buski;*wpadnij do mniewww.yarabi-my-love.blog.onet.plpozdrawia
22 sierpnia 2008 o 15:55
UsuńSchlebiasz mi xD wpadnę i dodam koma xD
~DiabeLna_KsiezniCzka
OdpowiedzUsuń22 sierpnia 2008 o 15:01
Super rozdział Zapraszam na Na http://moja-prawdziwa-powiesc.blog.onet.pl/ pojawiła się kolejna notka ;) Mam nadzieje,ze zajrzysz i skomentujesz
22 sierpnia 2008 o 15:54
UsuńZajrzałam, skomentowałam, czego chcieć więcej ? xDD
natalka_m@op.pl
OdpowiedzUsuń22 sierpnia 2008 o 16:29
Ja także dodałam Cię do linków ^^A Twój spam nie była tak karygodny ,aby „suszyć Ci o niego głowę” (cytując moją nauczycielkę) xDDD[pevensie-kaspianx]Nn.
22 sierpnia 2008 o 17:08
UsuńHehehe, nie wspominaj o nauczycielach w czasie Wakacji, bo to psuje nastrój xDD
~Nadia
OdpowiedzUsuń22 sierpnia 2008 o 20:43
Nie przesadzaj, rozdział wcale nie był nudny! A Sophie rzeczywiście jest baaardzo mądra. Ja PODOBNO xD też jestem mądra, ale po takiej wskazówce na trytony bym nie wpadła. I strasznie mi się podobało, jak Sophie załatwiła Ritę. A niech się udławi tym swoim piórem! Nowy rozdział przeczytam, jak tylko się pojawi, ale pewnie znowu nie będę mieć czasu od razu skomentować, ale nie martw się, nie zapomnę! xDxD
23 sierpnia 2008 o 11:01
UsuńHehe, jak się zna treść „czary ognia” to też się jest mądrym xD jak ja [mam wygórowane mniemanie o sobie, wiem o tym ^^] xD
skazana@onet.eu
OdpowiedzUsuń23 sierpnia 2008 o 11:41
ciekawe ;] :D Fajny pomysł na to zaklęcie :DU mnie nowa notka. niemodna
23 sierpnia 2008 o 12:48
UsuńDzięki, ale pisz notki częściej, ok ? xD
Brillen
OdpowiedzUsuń7 września 2008 o 19:50
Kurde ale Sophie jest mądra xD Ja bym na to nie wpadła xD Za żadne skarby xD Rozdział mi się spodobał:)lg-potter.xx.pl
8 września 2008 o 17:59
UsuńZ małą pomocą Barty’ego i dobrą znajomością z Potterem to mogło być łatwiejsze, niż na to wygląda xD