30 sierpnia 2008
28 sierpnia 2008
26 sierpnia 2008
23 sierpnia 2008
21. Randki w składzikach na miotły
— Jego jajo wyje.
Przesiadywanie w gabinecie nauczyciela obrony przed
czarną magią stało się ostatnio moją ulubioną formą spędzania wolnego czasu.
Wynikały z tego pewne korzyści, ponieważ już dawno nie miałam tak dobrych
stopni z numerologii i historii magii, a Barty rozegrał przez ostatni tydzień
więcej partii warcabów niż w ciągu całego swojego życia. Pogoda za oknem
sprzyjała gniciu w zamku. Już dawno nie doświadczyłam tak mokrego, zimnego i
szarego grudnia.
— Okropnie wyje — dodałam. — Sama
słyszałam.
Siedział jak zwykle w przebraniu Moody’ego przy tym
cholernie niewygodnym stoliku w sypialni i tonął w szkolnych
wypracowaniach.
— Nie angażuj się zbyt mocno. To niebezpieczne — mruknął,
nie przestając notować.
Uśmiechnęłam się, choć nawet na mnie nie patrzył.
Zwycięstwo Harry’ego w pierwszym zadaniu nie uskrzydliło go ani trochę, jak
gdyby było tylko jednym z oczywistych przystanków na drodze do celu, którym nie
potrzebował się cieszyć. Spodziewałam się, że się obrazi, kiedy po wszystkim
nazwałam go prawdziwym sztywniakiem, a on przytaknął i wrócił do pracy.
Nigdy nie spotkałam tak zatwardziałego zadaniowca. Nawet Hermiona Granger miała
w sobie więcej luzu.
— Nie bój się, nie zrobi mi się nagle żal Harry’ego,
jeśli będę używać jego imienia i porozmawiam z nim kilka razy na korytarzu — oznajmiłam
lekko. — Poświęciłam kiedyś swoją elfkę, żeby zemścić się na Asmorghu
Zdobywcy podczas wojny z Nilfgaardem, więc znam powagę sytuacji.
Oderwał się na chwilę od pisania i spojrzał na mnie
obojgiem oczu, a cień konsternacji pogłębił zmarszczki na jego czole.
Roześmiałam się, bo bardzo często widziałam takie miny, kiedy wspominałam o
swoich wiedźmińskich przygodach komuś, kto nigdy nie słyszał o grach
fabularnych.
— RPG. Wiedźmin. Nie? To taka gra — wyjaśniłam. — Miałam
elfkę Nostellę, która straciła całą swoją rodzinę w łapance urządzonej przez
Asmorgha. Nostella dostała szansę zemsty, bo odnalezienie Asmorgha okazało się
prawie nie do zrobienia, ale Finnigan zgodził się nagiąć trochę zasady i nam w
tym pomóc, jeżeli na końcu zmierzę się ze Zdobywcą. No, i Nostella zajebała
Asmorgha, ale sama zginęła… Ech, przecież żartowałam. Naprawdę rozumiem, jaka
jest stawka. Po czterech miesiącach możesz mi w końcu zaufać.
Zaskoczenie na poszatkowanej twarzy Moody’ego z każdym
kolejnym słowem zmieniało się w rozbawienie, a Crouch odsunął się nieco od
stolika, z rozkoszą prostując plecy.
— Nie chodzi o brak zaufania, ale o to, że może
wydawać się podejrzane, że tyle wiesz — odparł równie miękko. — Nie
do mnie należy ocena tego, czy można ci ufać.
Powinnam poczuć ulgę, a jednak te słowa sprawiły, że mała
szpileczka ukłuła mnie prosto w serce. Z dwojga złego chyba naprawdę
wolałabym usłyszeć, że nie zasługiwałam na zaufanie. Wszystko było lepsze od
tej koszmarnej neutralności.
— A właśnie, że do ciebie — oświadczyłam. — Bo
mnie zależy, żebyś mi ufał. Ale masz rację, Harry musi sam sobie poradzić ze
swoim wyjącym jajem.
Zatrzasnęłam książkę do transmutacji, którą położyłam
sobie godzinę temu na kolanach i od tamtej pory nie przewróciłam ani jednej
strony. Zegarek na gzymsie kominka wskazywał niewyraźnie dwudziestą trzecią
trzydzieści i wiedziałam, że Sapphire nie uwierzy, że spędziłam cały wieczór na
błoniach, biegając, ale przynajmniej zdążę zająć łazienkę przed nią.
— A ty nie masz już nic do nauki? — zagaił,
obserwując, jak pakowałam do piórnika nietknięte przybory do pisania.
Westchnęłam i przewróciłam oczami.
— Jakbym słyszała mamę — mruknęłam. — Dogadalibyście
się. Pourquoi?
— Klasyfikacja? Na początku grudnia zawsze jest dużo
pracy. Z tego, co wiem, biblioteka z dnia na dzień robi się coraz bardziej
przeludniona. Wczoraj widziałem tam nawet twojego brata.
Wzruszyłam ramionami i zarzuciłam plecak na plecy.
— Jestem skonana. McGonagall mnie ciśnie, prawie
codziennie mam próby do występu świątecznego, bo wystawiamy skomplikowany
magiczny pokaz, ćwiczę choreografię na konkurs — odpowiedziałam. — Poza
tym planujemy z dziewczynami coś super, ale nie chcę ci wszystkiego mówić, bo
to niebezpieczne i podejrzane, gdybyś tyle wiedział.
Mrugnęłam do niego z uśmiechem, pomachałam na pożegnanie
i pomknęłam w stronę wyjścia, jak zwykle odprowadzona przez magiczne oko.
Imponowała mi jego dojrzałość i rozsądek, nawet to, jaki bywał zasadniczy, ale
kiedy na tapet wpadał temat obowiązków szkolnych, Barty robił się upierdliwy
jak Livia.
Doświadczenie nabrane przez lata szwendania się nocami po
zamku pomogło mi dostosować krok do ciszy panującej na korytarzach, ale i tak
miałam uszy otwarte, a oczy dookoła głowy. Tak na wszelki wypadek. Szkoła w
okolicy północy paradoksalnie zdawała się żyć najbardziej, było słychać każde
chrapnięcie portretu, skrzypnięcie zbroi, westchnienie drewnianych desek i
wiatru za oknami. Byłam wyczulona na każdy szmer, a i tak prawie popuściłam ze
strachu, kiedy zza drzwi jednej z komórek rozległ się jakiś ssąco-mlaskający
dźwięk. W panice szurnęłam pod przeciwległą ścianę, cudem nie przewracając
cokołu z tysiącletnim posążkiem, ale trąciłam go plecami i to wystarczyło, żeby
potwór z kantorka się spłoszył. Sądząc po odgłosach, poleciały blaszane wiadra
i jakieś szklane butle, a drzwi same się otworzyły i wypadły z nich miotły,
ukazując jakiegoś opalonego chłopaka i… niekompletnie ubraną Livię.
Jeżeli jakikolwiek widok mógł sprawić, że zaniemówię, to
właśnie taki.
Przeżyłam chyba najbardziej krępujące dziesięć sekund
swojego życia, podczas których starałam się nie patrzeć, jak siostra bezładnie
zapinała guziki koszuli, a jej towarzysz mocował się z rozrzuconą zawartością
składzika.
Spostrzegłam czarne włosy związane w kucyk i natychmiast
rozpoznałam w nim tego samego ucznia Durmstrangu, z którym widziałam ją na
trybunach podczas pierwszego zadania. Mimo nerwowych ruchów i wyraźnego
zakłopotania wyglądał na bardzo przystojnego i w guście Livii: podkręcony,
ciemny wąs i wysoka, barczysta sylwetka w typie Andrzeja Kmicica, w pasujących
do śniadej cery krwistoczerwonych szatach — w tej chwili mocno
wygniecionych i porozpinanych.
— Co ty tu robisz? — rzuciła natarczywie,
błyskając wściekle wytrzeszczonymi oczami. — Już prawie północ,
dlaczego nie jesteś w dormitorium?
— Miałam szlaban u Filcha — wypaliłam bez
zastanowienia, przyglądając się, jak chłopak usuwał z podłogi jaskraworóżowy
płyn do czyszczenia. Popłoch, w jaki wpadła Livia, dał mi szczątkowe poczucie
przewagi.
— U Filcha?
— Tak. A ty?
Rumieniec błyskawicznie wpełzł na jej policzki i byłam
pełna podziwu, że dopiero teraz. Livia niby mimochodem odsunęła się od chłopaka
na taką odległość, na ile pozwalały jej otwarte drzwi, a Bułgar nagle bardzo
mocno zainteresował się ścianą po drugiej stronie korytarza. Napięcie w
powietrzu było niemal fizycznie wyczuwalne.
— A ja… ja pożyczałam od Evgenija książkę, bo… bo
biblioteka była już zamknięta.
Sama nie wierzyła w swoje kłamstwo, mówiły mi o tym jej
rozbiegane oczy, ale grunt, by uwierzyła w moje.
— Dobrze. No to… miłej lektury i dobranoc.
— Dobranoc — odpowiedziała bardzo szybko i
rozeszłyśmy się w różne strony, nawet na siebie nie patrząc.
Zbiegając prędko po schodach do holu, czułam serce walące
gdzieś w okolicy przełyku, jak gdybym to ja została przyłapana na migdaleniu
się po nocach w komórce na miotły. I to jeszcze przez kogo. Przez siostrę, z
którą aktualnie miałam kosę. Nie zazdrościłam Livii dzisiejszej nocy. Teraz,
kiedy — bezpieczna i niewinna — czekałam w kolejce pod
łazienką, aż Sapphire skończy suszyć włosy, nie mogłam powstrzymać uśmiechu.
Wyglądało na to, że żałoba po poprzednim chłopaku minęła i rozpoczął się proces
wybaczania tej swojej głupiej, wrednej siostrze.
Najwyższa pora. Kończył się pierwszy tydzień
grudnia.
A Evgenij był dużo przystojniejszy niż tamten liliput z
Beauxbatons.
*
Gdybym prowadziła pamiętnik, mogłabym w nim zapisać: sobota,
szósty grudnia i nadal nie spadł ani jeden płatek śniegu. Za to pada.
Koszmarnie pada.
Byłam pewna, że gdyby w tym roku odbywały się szkolne
rozgrywki quidditcha, boisko byłoby oblężone przez Gryfonów i Ślizgonów, którzy
jako jedyni od lat przygotowywali się na najtrudniejsze warunki pogodowe. Ale
teraz bure tereny wokół szkoły świeciły pustkami, chyba że ktoś z delegacji
postanowił zaryzykować wycieczkę przez półpłynne błonia. Spodziewałam się, że
wśród śmiałków wyjątkowo nie będzie Evgenija. Na śniadaniu usiadł najdalej, jak
tylko się dało, a podczas obiadu, na który spóźniłam się po ćwiczeniach w sali
chóru, nie spotkałam go wcale. Pochłonięta planowaniem kolejnej wizyty u
Croucha i zgraniem jej z jeszcze jedną sekretną próbą z dziewczynami, możliwe,
że na jakiś czas — prawdopodobnie do spotkania Vipiego — zapomniałabym
o sprawie, gdyby nie kręcąca się pod Wielką Salą Livia.
Pozwoliłam sobie na krótki uśmiech, widząc ją w
perfekcyjnie wyprasowanej koszuli i idealnie ulizanych włosach spiętych w
kucyk, z którego nie wymykał się ani jeden włosek. Intensywny wzrok
siostry sprawił, że szybko przybrałam możliwie jak najbardziej niewinny wyraz
twarz. Chciałam przystanąć, ale ona natychmiast zaciągnęła mnie w najbardziej
odludną o tej porze dnia część sali wejściowej.
— Wczoraj nie pożyczałam żadnej książki — wypaliła
Gryfonka.
— No co ty, nie gadaj — odparłam, nie
kryjąc ironii.
Nie skomentowała tego.
— Spotykam się z Evgenijem.
Dłonie, którymi ściskała mnie z całej siły za nadgarstki,
były wilgotne i lodowate. W pierwszej chwili naprawdę miałam ochotę parsknąć
śmiechem, ale widok tych okrągłych, pełnych oczekiwania i strachu oczu
spowodował, że znów poczułam się zbita z tropu — podobnie jak
wczoraj, kiedy Livia w pośpiechu próbowała doprowadzić ubranie do porządku.
Jakby stała przede mną zupełnie inną osobę. Ten sam blond koński ogon, ta sama
perfekcyjnie, prawie niewidocznie umalowana buzia, te same jasne oczy, ale nie
ta Livia. Zupełnie inna energia.
Wtem doznałam tego samego szoku co podczas pierwszego
zadania, gdy pracownicy ministerstwa wprowadzili pierwszego smoka — ja
już nie tylko podejrzewałam, jakie emocje targały moją siostrą. Ja byłam
w stanie poczuć to wszystko na każdym odsłoniętym kawałku swojego ciała. Na
dłoniach, przegubach, na kawałku szyi i bezpośrednio na twarzy. Nie tak
intensywnie, jak wtedy na trybunach, o nie, to było po stokroć bardziej łagodne
i jasne, lecz sposób był bardzo podobny. Jakby owionął mnie ciepły, niespokojny
powiew tchnący czymś słodkim i rozpaczliwym. Nie miałam pojęcia, jak to
nazwać.
Musiałam zamrugać, żeby ocknąć się z tego
niespodziewanego wrażenia.
— Très bien… — wydukałam. — Nie
wiem, co mam ci powiedzieć… to dobrze?
— Właśnie chodzi o to, żebyś nic nie mówiła. Nikomu — wyszeptała
z naciskiem, jeszcze mocniej wpijając się palcami w moje nadgarstki. — No
wiesz… nikomu-nikomu.
— W sensie… Vipiemu…?
— NIKOMU. Ta papla zaraz każdemu wypaple, a w
Gryffindorze teraz każdy kibicuje Harry’emu, nie chcę, żeby ktoś mnie brał za…
zdrajczynię czy coś… Proszę. — Desperacja w jej głosie wydała mi się
złowieszcza. — I rodzice… nie chcę, żeby się dowiedzieli po tym, co
było na wakacjach. Proszę, jesteś mi to dłużna.
Początkowo naprawdę zrobiło mi się jej żal, ale ostatnim
zdaniem wymazała całą empatię, jaką do niej poczułam. Opuściłam ręce, które
zaskakująco łatwo wyślizgnęły się z jej mokrego uścisku.
— Dłużna? A to niby dlaczego? — oburzyłam
się.
— Nie wymsknie mi się o szlabanie u Filcha. Swoją
drogą, za co tym razem?
— Nie twoja sprawa — burknęłam.
Lustrowałyśmy się przez dłuższą chwilę, podczas gdy hol powoli się wyludniał i
nasza rozmowa w zacienionym kącie przy balustradzie zaczynała wyglądać coraz
bardziej podejrzanie. W końcu westchnęłam ciężko i skinęłam głową. To była
uczciwa umowa, zwłaszcza że i tak nie zamierzałam pisać o tym rodzicom, a
wolałam utrzymać w jak największej tajemnicy swoje nocne eskapady. — Dobra.
Ale wszystkie moje szlabany do końca tego roku zostają między nami, compris?
Uniosła brew, odzyskując odrobinę dawnej liviowatości.
— Wszystkie szlabany do końca roku? Planujesz
jeszcze jakieś?
— Bądźmy poważne…
— Niby tak. — Gryzła się jeszcze przez
moment w duchu, aż i ona wypuściła mocno powietrze przez nos i dodała: — Okej.
Ale NAPRAWDĘ ani słowa. Zwłaszcza Victorowi.
— Okej… Skąd ty go w ogóle wytrzasnęłaś? Poza Krumem
nie widziałam, żeby któryś szwendał się po Hogwarcie.
Teraz, kiedy atmosfera między nami się rozluźniła,
ruszyłyśmy powoli najpierw w kierunku schodów, a później na górę, zachowując
bezpieczny dystans od ostatniej grupki Gryfonów wracających z obiadu.
Spostrzegłam, że policzki Livii znów spowił rumieniec, ale tym razem nie tak
intensywnie różowy, a delikatny, prawie uroczy — na tyle, na ile
mogłam nazwać ją uroczą.
— Poznaliśmy się w bibliotece — odpowiedziała,
uśmiechając się do siebie. — Chcieliśmy wypożyczyć tę samą książkę. Jak
gobliny wkurzyły olbrzymów i żałowały.
Romantyczne jak walki olbrzymów z goblinami.
— I co, to coś poważnego?
— Nie wiem, bardzo bym chciała… a jak tam ten twój
plebiscyt? Jeszcze miesiąc, co?
Nie zaprzątałam sobie tym głowy, dopóki Livia nie
zapytała. Na dużej scenie czułam się zawsze jak ryba w wodzie, ale nie
wchodziłam na nią prawie od roku i nagle to, co zjadłam na obiad, zrobiło w
moim żołądku salto. Dokładnie tak. Trzydzieści siedem dni. Raczej nie miewałam
tremy przed występami — nawet przed dużą publicznością — ale
tym razem na samą myśl o błyskających fleszach i samonotujących piórach
smagających mnie ogonkami po nosie zrobiło mi się odrobinę za ciepło.
Całe szczęście ta rozmowa była już na tyle niezręczna, że
Livia nie zwróciła uwagi na to, co rozkwitło mi purpurą na twarzy.
— Tak, to będzie naprawdę zaskakujące — mruknęłam,
przeciągając ironicznie sylaby. — Tak zaskakujące, że wszystkim
pospadają kapcie.
Zwłaszcza McGonagall.
*
Zachowanie tajemnicy Livii w sekrecie przed Victorem
działało przez cały weekend, ale od poniedziałku zaczęło szwankować, a ja nie
miałam pojęcia dlaczego. Raz czy dwa przyłapałam go na tym, jak lustrował mnie
podczas śniadania i sama zaczęłam kwestionować swoje mistrzostwo w sprawianiu
wrażenia niewinnej. Prawie niczego przed sobą nie ukrywaliśmy i po obiedzie
byłam już pewna, że chodziło albo o Barty’ego, albo o Evgenija Koleva.
Paląc w samotności na parapecie w sowiarni, starałam się
wszystko podsumować. Do tej pory udawało mi się trzymać Croucha w tajemnicy.
Mogłam śmiało powiedzieć, że wykazałam się — przynajmniej w moim
wypadku — trudnym do wyjaśnienia rozsądkiem, a czas spędzany na
próbach znacznie poobcinał wszelkie wycieczki do gabinetu nauczyciela obrony
przed czarną magią. Innymi słowy — nic się nie zmieniło.
Natomiast Livia…
Żałowałam, że nie mogłam tak po prostu wejść bratu do
głowy, jak wydawał się to robić Snape. Dodatkowo miałam solidne wątpliwości, by
Victor z dnia na dzień nauczył się legilimencji i nabył umiejętność forsowania
mojej bariery ochronnej. A jednak stawał się dziwnie milczący, kiedy szliśmy
razem na fajkę, podczas posiłków bez przerwy uciekał wzrokiem do części stołu,
przy której siedziała delegacja Durmstrangu i najgorsze w tym wszystkim było
to, że i ja zaczęłam to robić.
Paranoja.
Okazja do dłuższego spotkania nadarzyła się dopiero po
lekcjach. Wiedziałam, że coś się święciło, czując na korytarzu smród
przypalonej szaty zapowiadający nadejście Neville’a, ale dopiero widok Vipiego,
kiedy ten pojawił się na błyszczącym od deszczu dziedzińcu, wywołał we mnie
mały szok. W odróżnieniu od Longbottoma poza zapachem palonej odzieży przyniósł
ze sobą jeszcze smród wędzonego mięsa.
— Przypomnij mi, dlaczego wybrałem opiekę nad
magicznymi stworzeniami? — sapnął, ciskając torbę pod murek
zadaszenia osłaniający placyk przed grudniowym wiatrem.
— Cytuję: nie zamierzam siedzieć po nocach nad
jakimiś durnymi wzorkami na runy, a z Hagridem będziemy mieć lajtowo.
Zrobił minę, unosząc zaczerwienione i pokryte pęcherzami
ręce. Z kilku największych bąbli sączyła się jakaś cuchnąca, przezroczysta
ciecz. Całe moje dzieciństwo było pod symbolem poobdzieranych nóg, siniaków i
strupów na kolanach, ale i tak skrzywiłam się z niesmakiem. Bez pytania wzięłam
dłoń Victora i zaczęłam powoli przesuwać po niej różdżką — z góry na
dół i z powrotem — recytując w pamięci: Vulnera Sanentur, Vulnera
Sanentur, Vulnera Sanentur.
— Kiedyś go zamkną za te sklątki i przysięgam, nie
będzie mi go szkoda — marudził, krzywiąc się raz po raz, kiedy
chłodny powiew omiatał największe pęcherze. — A sklątki do
utylizacji.
— Fais chier, aż tak? — mruknęłam.
— Zgadnij, dlaczego nie poszedłem do pani Pomfrey? — syknął
jadowicie, odwrócił się i podkasał tył szaty, nie zważając na opuchnięte
palce.
Musiałam użyć całej swojej silnej woli, żeby nie parsknąć
śmiechem.
Czarne spodnie od mundurka miał przepalone na wylot
dokładnie na wysokości siedzenia, a wystający przez dziurę kawałek uda i
pośladka również nosił na sobie pokaźny ślad po oparzeniu. Zrobiłam bardzo
zmartwioną minę, czując narastające drżenie podbródka.
— O, sacrebleu… — wymamrotałam,
przykładając sobie rękę do ust. — No… tak, faktycznie może lepiej,
żeby nikt tego nie zobaczył…
— Co masz na myśli?
Skupiłam się z powrotem na jego okaleczonej dłoni, ale
kątem oka spostrzegłam, że znów patrzył na mnie w ten sam sposób, co w Wielkiej
Sali.
— Nie, nic, po prostu też bym nie chciała, żeby cała
klasa oglądała, jak pielęgniarka naprawia mi siedzenie. — Jeszcze
chwilę przesuwałam różdżką to w górę, to w dół, aż skóra wessała białe zgrubienia
i teraz zostało na niej tylko delikatne zaczerwienienie. — Dawaj
drugą.
— Ty coś wiesz — wypalił nagle, mrużąc
oczy.
— Ja? — Rzuciłam mu wyzywające spojrzenie. — A
może ty?
Życie z braćmi nauczyło mnie, że prawie zawsze najlepszą
obroną był atak, więc dla podbicia efektu niby przypadkiem wbiłam palec w
wilgotną ranę nad kanałem nadgarstka, aż Vipi zaskomlał przez zaciśnięte
zęby.
Tak. Z całą pewnością wiedział o Livii. Nie bawiłby się w
podchody, gdyby chodziło o naprawdę poważny temat, ale dlaczego jej po prostu
nie wsypał? Jego też zaszantażowała? Spróbowała wzbudzić litość? Albo oba na
raz? Była inteligentna, ale czy cwana? Oboje zamilkliśmy na moment, zerkając na
siebie co chwilę, a napięcie rosło na tle szumu rozbijającego się o bruk
deszczu. Teraz już nie chodziło o samą Livię, a nietypowy brak zaufania, jaki
między nami zawisł.
Jemu chyba też przyszło to do głowy, bo dziwny upór
przygasł w jego oczach, a Vipi burknął:
— Może i coś wiem…
— Coś o… schadzkach…?
— W klasach…?
— …w składzikach na miotły?
Victor cofnął rękę, chociaż nie była jeszcze do końca
wyleczona. Oczy znów mu błyszczały.
— Livia i ten, no…
— Evgenij Kolev.
— Tak! — wykrzyknął. — Skąd o
tym wiesz?
— Przyłapałam ich w skrytce na miotły. Dosłownie
chwilę przed północą — odparłam z diabelskim uśmieszkiem. — A
ty?
— Kilka razy wróciła do dormitorium po ciszy nocnej
i w końcu postanowiłem ją śledzić — powiedział bardzo z siebie
zadowolony, ale natychmiast skrzywił się z odrazą, jakby zaleciał go smród z
dawno nieposprzątanej łazienki. — Obściskiwali się w klasie zaklęć.
Normalnie i bezwstydnie na katedrze Flitwicka. Widziałem przez dziurkę od
klucza.
No pewnie, że przez dziurkę od klucza, bo jak inaczej?
Uśmiechnęłam się do siebie i pokiwałam z uznaniem głową — czyli
właśnie tak wyglądała ta słynna gryfońska odwaga. Co jak co, ale za żadne
skarby świata nie posunęłabym się do tego, żeby podglądać Livię.
— Ciekawe, dlaczego trzyma to w tajemnicy — dodał,
odwracając się, żebym mogła odczarować mu siedzenie. — Myślisz, że to
coś poważnego?
— Czy ja wiem? Skoro tylko się całowali… zresztą to
Livia, u niej nic nie jest na stałe. Myślę, że raczej się boi, że będziecie ją
oceniać, bo umawia się z chłopakiem z Durmstrangu. Wiesz, po tym, jak Harry
zaszalał na pierwszym zadaniu. Podobno cały Gryffindor mu kibicuje, a wiesz,
jaka ona jest przewrażliwiona na punkcie tego, co ludzie powiedzą.
— Wiem, ale to jest kretyńskie.
— I ty mi to mówisz…?
Urwałam i natychmiast zerwałam się na nogi, a Victor w
ostatniej chwili zamachnął się szatą, żeby ukryć nieszczęśliwie poraniony
tyłek, bo zza winkla wyłonił się Seamus — zdyszany, w przemoczonym
mundurku i cały przesiąknięty smrodem spalenizny. Obie ręce miał owinięte
czymś, co przypominało niezbyt czyste onuce. Widząc nas, stanął jak wryty.
— Co tu robicie? — spytał zdumiony.
— Palimy — odpowiedzieliśmy zgodnie, choć
żadne z nas nie trzymało w ręku papierosa.
Finniganowi najwyraźniej niewiele było potrzeba, bo tylko
wzruszył ramionami i jak gdyby nigdy nic wyciągnął kalendarz.
— Neville mówił, że was tu widział. To co, kiedy
Wiedźmin? Mogę codziennie wieczorem do końca tygodnia, Dean też, tylko nie
dzisiaj, bo odrabia szlaban u Snape’a.
Błądząc myślami dookoła tematu siostry, bąknęłam coś
niezrozumiałego. W tym momencie byłam przekonana, że nie groziła mi żadna
poprawka i dostarczyłam raczej wszystkie zaległe eseje.
Raczej.
— Eee… ja też. Chyba.
— Dobra, to zapisuję was na jutro. Zaraz po kolacji
w klasie Flitwicka, co?
Jak na komendę spojrzeliśmy na siebie przerażeni, a
Victor natychmiast zaproponował inną losową nieużywaną salę. Na myśl, że Livia
i Evgenij mogliby wpaść na nas w środku sesji, coś przewróciło mi się w
żołądku. I nie byłam pewna, czego bardziej się bałam — odwetu, jaki
mogłaby poczynić, żeby odwrócić od siebie uwagę, czy tego, że naprawdę stałaby
się pośmiewiskiem jako ta praworządna uczennica łamiąca regulamin. I to z
kim.
Z chłopakiem z Durmstrangu.
Oboje odetchnęliśmy, kiedy Finnigan udał się do pani
Pomfrey wyleczyć oparzenia, ale wcale nie zrobiło mi się lżej na sercu.
— I co robimy? — zapytał Vipi, kiedy
ruszyliśmy w drogę powrotną do zamku.
W takich chwilach jak ta ubolewałam nad tym, że Hogwart
nie posiadał jakiejś ogólnodostępnej świetlicy, w której można było usiąść i
podyskutować bez udawania, że odrabiało się pracę domową.
— Nie mam pojęcia. Chyba trzeba będzie ją
uświadomić, że wiemy… że wiemy.
Ale to okazało się o wiele trudniejsze, niż się
spodziewaliśmy, ponieważ żadne z nas nie miało pomysłu, w jaki sposób należało
ją uświadomić. Włóczyliśmy się po korytarzach dobrą godzinę, szczegółowo
omawiając ten temat — zdecydowanie zbyt szczegółowo jak na powagę
sytuacji, ale oboje odnajdywaliśmy w tym pewną satysfakcję, jakby nasze
plotkowanie zostało usprawiedliwione. Przecież robiliśmy to dla dobra
siostry.
Trwało to cały poniedziałkowy wieczór, a następnie całe
eliksiry i zaklęcia, które Gryfoni i Ślizgoni odbywali wspólnie. Podczas
praktycznych zajęć z Flitwickiem, na których ćwiczyliśmy zaklęcie odsyłające,
mogliśmy swobodnie rozmawiać, natomiast w lochach zapisaliśmy prawie sto
malutkich karteczek pergaminu, które przekazywaliśmy sobie między lawendą,
miętą pieprzową i suszonymi kawałeczkami krokodylego serca. Pod koniec lekcji
Victorowi zamiast Eliksiru Uspokajającego udało się uwarzyć wielką, czarną
kluchę, a ja — pochłonięta korespondencją — zatrzymałam się
na cuchnącej bazie zawierającej kawałek rozpuszczonej stalówki i moją gumkę do
włosów. Sądziłam, że upiekło nam się tylko dzięki Neville’owi, który odwrócił
uwagę Snape’a, rozpuszczając kociołek, blat i kawałek własnego buta.
Oszukiwanie Livii okazało się dużo łatwiejsze niż
oszukiwanie siebie nawzajem, ale po obiedzie w końcu uznaliśmy, że tak dłużej
być nie mogło. Nie czułam się komfortowo, wchodząc z nią w dziwne pakty, nawet
gdybym miała ograniczyć swoje nocne eskapady na drugie piętro. Zaczailiśmy się
na Livię u stóp schodów prowadzących do wieży Gryffindoru. Wkroczyłam niejako
na nieznany mi teren, bo mimo moich kumpelskich relacji z niektórymi Gryfonami,
nie zapuszczaliśmy się nawzajem pod swoje dormitoria. Podobnie jak w okolicy
tajnego przejścia do salonu Ślizgonów, tutaj również znajdowały się publiczne
toalety i właśnie tam — za spiralną poręczą dokładnie naprzeciwko
drzwi — przytuliliśmy się do ściany i nasłuchiwaliśmy ostrego,
przyśpieszonego stukotu.
Gra w rozpoznawanie kroków, w którą bawiliśmy się w
przeszłości na wakacjach, przyniosła teraz niespodziewane korzyści.
Dokonaliśmy zmasowanego, dwuosobowego ataku. Mój marny
wzrost zrekompensowała masa Victora i sekundę po tym, jak Livia pojawiła się na
korytarzu, została przez nas wciągnięta prosto do damskiej toalety. Przerażona
odskoczyła w ciemność i zanim zapaliły się lampy, zderzyła się plecami z
umywalką.
— Auu! Co wy… zwariowaliście…? — wydusiła
z siebie, z trudem łapiąc oddech. W pierwszej chwili wyglądała na
rozwścieczoną, ale widok naszych poważnych, zaciętych twarzy musiał sprowadzić
ją na ziemię, bo zapytała już dużo spokojniej: — Co was
ugryzło?
— Wiemy o Evgeniju — rzucił stanowczo
Victor. — To znaczy… wiemy, że wiemy.
— I uważamy, że postępujesz głupio — dodałam.
Chyba się zmieszała, bo poruszyła się nerwowo, patrząc
rozbieganym wzrokiem to na mnie, to na brata, usta zadrżały jej, jak gdyby
miała zamiar powiedzieć coś na swoją obronę, lecz nagle pobladła twarz siostry
stężała, czoło wyprasowało się, a oczy nabrały takiej surowości, jakiej jeszcze
u niej nie widziałam.
— Nie prosiłam was o opinię — oznajmiła,
prostując się — tylko o dyskrecję. I tak to jest o coś was prosić.
Właśnie TACY jesteście. Skoro już sobie nawzajem wszystko wygadaliście, to
chociaż bądźcie tak mili i zachowajcie to dla siebie, jasne?
Przygotowując się na to spotkanie, nie byłam ani trochę
zestresowana, ale w tym momencie doświadczyłam nieprzyjemnego tąpnięcia w
żołądku, takiego, jakie czuje się wtedy, kiedy rozmowa, na której nam zależy,
idzie nie w tym kierunku, w którym się zakłada. Popatrzyliśmy na siebie z Victorem
i zdałam sobie sprawę, że on również był zbity z tropu.
— Ale… — Zawahał się. — My
nikomu nie zamierzaliśmy tego rozpowiadać, po prostu domyśliliśmy się…
Urwał, więc postanowiłam go wesprzeć.
— I chcieliśmy ci powiedzieć, że nikt nie pomyśli,
że jesteś jakąś zdrajczynią, bo umawiasz się z kimś spoza Hogwartu. A jeśli
tak, to jebać takich przyja…
— Dobra, dobra — przerwała mi
rozdrażniona. — Zachowajcie te swoje mądrości dla siebie i nie
wtrącajcie się, co?
Roztrąciła nas brutalnie ramionami i wymaszerowała z
łazienki, trzaskając drzwiami. Miniaturowa ikona z gryfem w spódniczce
zawieszona tuż pod okrągłym okienkiem tańczyła radośnie, szczerząc kły w
idiotycznym uśmieszku, wyśmiewając nasze niepowodzenie. Spojrzałam na Vipiego,
który odetchnął zrezygnowany i klapnął na zamkniętym sedesie w otwartej
kabinie.
— I co teraz?
Wzruszyłam ramionami, choć w środku wszystkie wnętrzności
krzyczały niezadowolone po tym niesprawiedliwym traktowaniu. W głowie na
eliksirach ta rozmowa miała zdecydowanie inny przebieg, a na końcu Livia
uśmiechała się z wdzięcznością i dziękowała za zapewnienie, że zawsze przy niej
będziemy.
No tak, zapomniałam, że to przecież Livia.
— Nic. Jeżeli chce się obcałowywać z tym kolesiem po
kanciapach, to niech sobie żyje w oblężonej twierdzy, na zdrowie — mruknęłam.
Teraz mnie powoli zaczęła się udzielać jej złość. — Najwyżej wpadną
na nas, jak będziemy szlachtować utopce.
— I bardzo dobrze — podsumował.
Rozeszliśmy się w milczeniu, każde pogrążone we własnych
myślach. Czułam się dziwnie zmieszana po tej rozmowie — jakby siostra
po części miała rację. Może i wtrąciliśmy się w sprawę z Evgenijem, ale czy ona
na bieżąco nie wtrącała się w nasze życia? Miała pretensję o zerwaną umowę ze
Spellphonium, odgrażała się, że doniesie rodzicom o fajkach i szlabanach i za
każdym razem padał ten sam argument: jestem starsza. Miałam ochotę się
komuś wygadać, ale Sapphire zniknęła zaraz po lekcjach, a Barty był ostatnią
osobą, z którą chciałam poruszać ten temat.
Dziecinny temat.
Dużo zyskałam na spędzaniu czasu w jego towarzystwie.
Dzięki niemu potrafiłam już zmuszać koty do podkradania drobnych przedmiotów z
torby Pansy Parkinson, miał ogromną wiedzę z wielu tematów, pomagał mi przy
pisaniu esejów i był jak chodząca encyklopedia, ale nie chodziło tylko o same
korzyści. Po prostu lubiłam go. Nawet w tych nudziarsko-sztywniackich momentach
i w przebraniu Moody’ego. Naprawdę go lubiłam i bardzo chciałam, żeby nareszcie
przestał widzieć we mnie tego dzieciaka, jak czasami zdarzało mu się do mnie
zwracać.
Wyrzuciłam Livię z głowy dopiero trzy godziny później,
kiedy przed kolacją zaczęłam pakować się na sesję. W pośpiechu przewalałam
kufer w poszukiwaniu notatek, które sporządziłam sobie specjalnie na to
spotkanie, kiedy na korytarzu rozległy się znajome przyśpieszone kroki, a
chwilę później do sypialni wparowała Sapphire. Zanim ją zobaczyłam, poczułam ją — delikatną
burzę, bardzo podobną do tej, z którą zetknęłam się podczas mojej nocnej rozmowy
z siostrą. Natychmiast wypuściłam z rąk pęk rulonów i przysiadłam na piętach,
ale nie zdążyłam się nawet odezwać, bo uderzył mnie niespodziewany widok
zaciśniętych ust i rozmazanego makijażu.
Sapphire przypominała teraz wściekłą pandę.
— Co się…?
— Nie interesuj się! — warknęła, przecięła
pokój jak strzała i zamknęła się w łazience, z której prawie natychmiast
poleciał dźwięk szumu wody w umywalce.
Zupełnie zdezorientowana klapnęłam z powrotem na podłodze.
Byłam przyzwyczajona do melancholijnych stanów przyjaciółki, jej wieczornego wylegiwania
się w łóżku, obojętnych min i irytującego pofukiwania, ale prawie nigdy nie
pokazywała łez. Nie tak otwarcie. A teraz, gdy przebiegała obok, byłam
przekonana, że skrzywiła się jak na moment przed płaczem.
Notatki znalazłam dziesięć minut później i przez cały ten
czas towarzyszyła mi cisza, a ja znów biłam się z myślami. Zapukać? Nie
zapukać? Odejść? Nie, chyba nie wypadało. Kilka razy podchodziłam do drzwi i
przykładałam ucho do dziurki od klucza, ale poza płynącą wodą nie usłyszałam
niczego, nawet tłumionego szlochu.
Z bijącym sercem zaryzykowałam.
Zapukałam.
Nic. Cisza.
Westchnęłam i podobnie jak przy sprawie z Livią — nie
pomogło. Najwidoczniej faktycznie miałam się nie interesować.
Odwróciłam się i zostawiłam przyjaciółkę w spokoju, będąc
prawie pewna, że i tym razem chodziło o jakieś składzikowe randki.
~*~
Wracam na chwilę do betowania Siostrzenicy, bo 1) trwa NaNoWriMo, 2) jutro czeka mnie 12-godzinny maraton pisania (tak na wszelki wypadek, jakby podczas samego NaNo było mi za lekko). Zobaczymy, ile uda mi się napisać, ale celuję przynajmniej w jeden rozdział, a później się zobaczy. Wyjątkowo na tegoroczne NaNoWriMo nie miałam żadnej konkretnej historii do nadgonienia i w sumie po zeszłym i jeszcze poprzednim listopadowym wyzwaniu cenię sobie tę wolność.
21 sierpnia 2008
20. Pierwsze zadanie
Dzięki chorej punktualności Sapphire i mojemu sprytowi
udało nam się zająć cały pierwszy rząd na szczycie wieży umieszczonej dokładnie
naprzeciwko trybuny sędziowskiej.
— Czujecie? Ale smród — mruknął Dean, kiedy
nasza ośmioosobowa grupa siedziała już na długiej ławie tuż przed drewnianą
balustradą. Pozostałe rzędy również szybko się wypełniały, a towarzyszył temu
taki gwar, jakiego nie pamiętałam nawet z finałowych rozgrywek quidditcha. — Coś
jakby… gnojówka?
— Nie wiem, gdzie ty widziałeś taką gnojówkę. To
jest bardziej jak zgniłe jajka? — wtrącił Victor, ale Hermiona, która
dopiero co wcisnęła się między Rona i Neville’a, potrząsnęła energicznie
głową.
— Nie, to pachnie jak siarka — stwierdziła.
Byłam w stanie uwierzyć, że Granger potrafiłaby ją
rozpoznać bez wiedzy o tym, co kryło się za wysokim ogrodzeniem na krawędzi
parku i Zakazanego Lasu. Zaraz po wyjściu na błonia w powietrzu dało się wyczuć
delikatną nutę siarki, ale na trybunach jej smród wwiercał się w nos, przenikał
przez ubrania, ogarniał włosy i za nic w świecie nie dało się przed nim uciec.
Starając się nie krzywić, bez słowa przyglądałam się pozostałym sektorom, na
których aż roiło się od kolorowych czapek, tiar, powiewających na wietrze
włosów i szalików. Raz po raz błyskały odznaki z napisem Potter cuchnie.
Z nieprzyjemnym skurczem w żołądku rozpoznałam ekstrawagancki, jadowicie
zielony płaszczyk i żółtą trwałą Rity Skeeter, a niektórzy chyba zaczynali
podejrzewać, z czym miało mieć związek pierwsze zadanie, ponieważ po
olbrzymiej, otoczonej metalową barierką arenie kręcili się pracownicy z
Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami w charakterystycznych neonowo
pomarańczowych kombinezonach. Wejście do zielonego namiotu widocznego ze
szczytu szkolnych schodów łączyło się bezpośrednio z wytyczonym placem o
eliptycznym kształcie i wyglądało na to, że właśnie tam w tym momencie
zgromadzili się uczestnicy z opiekunami. Trybuny zajęte w większości przez
uczniów i nauczycieli biegły półkolem wzdłuż ogrodzenia, oddalone od niego o
jakieś dwadzieścia, może trzydzieści metrów — jakby to miało uchronić
widownię przed spotkaniem ze smoczym ogniem. Może pracownicy ministerstwa
rzucili na tę przestrzeń jakieś zaklęcia ochronne? Sami uzbrojeni w różdżki i
długie, metalowe pręty, sprawdzali barierki, a inni rozkładali coś na ziemi
dokładnie po drugiej stronie zielonej płachty namiotu.
— Co to jest? — zapytał Neville, gdy
pośród okrągłych, błękitnych przedmiotów błysnęło coś złotego. — Jakieś
kamienie czy…?
— Jaja — dokończył za niego Ron.
Przyglądał im się w ciszy, mrużąc oczy. Wyglądał, jakby w
każdej chwili miał zamiar stąd uciec, ale przez cały ten czas ani drgnął. Nie
poruszył się nawet w momencie, kiedy przy długim stole w loży honorowej pojawił
się Ludo Bagman ubrany w swój przyciasny, czarno-żółty strój Os z
Wimbourne.
Wtem Victor zarechotał drwiąco i szturchnął mnie mocno w
bok.
— Ej, patrz się na to. — Wskazał
podbródkiem wieżę obok, na której w mig zauważyłam ekscentryczne różowe futerko
w biało-czarną panterkę. — Ciekawe, gdzie zgubiła psiapsiółki.
Faktycznie. Livia przeciskała się między krzywiącymi się
uczniami, szukając miejsca jak najbliżej poręczy, ale zamiast grupki Gryfonek z
klasy towarzyszył jej tylko jakiś nieznany mi nastolatek w obszernym, obszytym
futrem płaszczu. Z tej odległości wypatrzyłam jedynie karnację podobną do tej,
jaką miał Krum, a także dłuższe, spięte w koński ogon kruczoczarne włosy. Był
też zdecydowanie wyższy od swojego bułgarskiego kolegi, bo przewyższał moją
siostrę o głowę.
— No pięknie — mruknęłam ze złośliwym
uśmieszkiem, obserwując, jak oboje usiłowali wcisnąć się do drugiego rzędu.
Uczeń z Durmstrangu taktownie podał jej rękę, kiedy przekraczała ławkę. — Bien
sûr, już kręci z nowym, ale to jej nie przeszkadza, żeby dalej się na mnie
złościć.
— Bo jeśli Livia może się na kogoś foszyć, to będzie
to robić.
Sapnęłam i wydęłam lekko usta, choć w środku trochę mi
ulżyło. Nowy chłopak oznaczał nowe emocje i nowe kłopoty, które miały szansę
przykryć tę całą sprawę z niespełnionym związkiem na odległość.
— Zobaczcie, zbierają się! — zawołał cicho
Seamus, pokazując palcem na sektor sędziowski, gdzie poza Bagmanem dało się
zauważyć wrzosową, niebotycznie spiczastą tiarę Dumbledore’a i wspinającą się
po schodach madame Maxime.
Nikt jednak nie zwrócił na nich uwagi, bo w tym samym
momencie zza wysokiego muru wyłonił się on. Olbrzymi, srebrno-niebieski smok
prowadzony na grubym łańcuchu przez przynajmniej tuzin mężczyzn w
pomarańczowych kombinezonach. Choć dobrze wiedziałam, że zaraz to zobaczę,
poczułam, jak obiad zrobił mi w żołądku zamaszyste salto. Nigdy dotąd nie
widziałam żywego smoka i aura, jaką wokół siebie roztaczał, wcisnęła mnie głębiej
w ławkę. Nie chodziło nawet o wygląd czy olbrzymie skrzydła, którymi się
podpierał, pełznąc w kierunku kupki jaj — magia, jaka z niego biła,
zapierała dech w piersiach. Nie byłam pewna, czy inni też to czuli. Większość
poderwała się na nogi, niektórzy wychylili się przez balustrady, chcąc lepiej
widzieć, kilkoro młodszych uczniów w naszej wieży rzuciło się do tyłu, jak
gdyby smok w każdej chwili miał zerwać się z łańcucha i spopielić wszystko, co
stało na jego drodze. Owszem, długie, ostre pazury i identyczne kolce wzdłuż
kręgosłupa robiły wrażenie, podobnie wielkie, czerwone ślepia, rozłożyste
skrzydła, które wystrzeliły na boki, kiedy gad wylądował lekko na szczycie
ogrodzenia tuż nad kupką jaj, ale ta magia… tak przeszywająca, ciemna
moc…
W pierwszej chwili nie mogłam oddychać i nie miało to nic
wspólnego z intensywnym smrodem siarki, który z siebie wydzielał.
— Otóż to, drodzy państwo! — rozległ się
magicznie wzmocniony głos Ludona Bagmana. — Smoki! Nasi reprezentanci
będą musieli wykazać się odwagą i zdolnościami radzenia sobie w kryzysowych
sytuacjach! Ale nie trzeba będzie z nimi walczyć, nie, nie obawiajcie się o
życie naszych drogich uczniów! Wszystko jest pod kontrolą, a w razie czego mamy
pod ręką piekielnie odważnych, najlepiej wykwalifikowanych pracowników z
Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami, którzy na smokach zjedli
zęby! Nie, każdy z uczestników ma tylko przejść obok swojego smoka i zdobyć
złote jajo! Złote jajo, w którym znajduje się wskazówka dotycząca drugiego
zadania! Czyli co, bułka z masłem! Przed państwem wspaniały szwedzki
krótkopyski, a my zapraszamy na scenę… Cedrika Diggory’ego! Cedrik, chodź do
nas! Przetrzyj szlaki pozostałym!
Minął pierwszy szok i trybunami wstrząsnęła eksplozja
wrzasków i oklasków, które smokowi wyraźnie nie przypadły do gustu, bo kłapnął
paszczą i wydał z siebie ostrzegawczy, bulgoczący odgłos.
— Smoki! — wysapała Sapphire. — O
kurczę, i ci ludzie z ministerstwa naprawdę mieliby dać takiemu radę, gdyby mu
odbiło? Skoro sklątki robią tyle spustoszenia, to co dopiero smok…!
— Smokom chyba nic ot tak nie odbija — mruknęłam. — Są
chyba całkiem inteligentne, nie? Kalkulują, czy im się opłaca.
Nie odpowiedziała, bo w tym samym momencie drzwi namiotu
się rozchyliły i w szparze stanął Cedrik. Upiornie blady i spięty wysunął się
powoli do przodu na lekko ugiętych nogach, nie odrywając wzroku od smoka. Obaj
nie wyglądali na zaskoczonych swoim widokiem i z jednakową ciekawością śledzili
każdy swój ruch. Widownia zamarła, dało się słyszeć tylko ciężki oddech
Bagmana, aż Diggory wykonał różdżką jakiś skomplikowany ruch, a jeden z
kamieni, w który celował, zaczął jaśnieć, rozciągać się i formować jak wielka
gruda plasteliny i po chwili zamiast kawałka skały naszym oczom ukazał się
biszkoptowy labrador. Zastygłam z obiema rękami zaciśniętymi na barierce,
obserwując poczynania psa.
— Co on wyprawia? — wyszeptał Ron, jak
gdyby nagle całe pierwsze zadanie przeniosło się do biblioteki.
Nikt nie odważył się wydać z siebie głośniejszego
dźwięku. Wszyscy bez wyjątku patrzyliśmy na labradora.
— Chyba chce go zdekoncentrować — odpowiedziała
cicho Hermiona. Kątem oka spostrzegłam, jak podgryzała swoje rękawiczki bez
palców. — Odwrócić jego uwagę.
Chłopak chyba faktycznie miał plan, bo pies to zbliżał
się, to odskakiwał, biegał, uginał przednie łapy, coraz bardziej drażniąc
smoka. Ten poruszył się niespokojnie i jeszcze mocniej rozłożył skrzydła, jakby
domyślał się, czego chciała ta irytująca, beżowa mrówka, a kiedy sapnął siwym
dymem, podmuch magii zmieszanej z falą siarkowego smrodu uderzył mnie w twarz.
Choć w czapce i grubym szaliku było mi zupełnie ciepło, po plecach poczułam
biegnący lodowaty dreszcz. Z trudem przełknęłam ślinę. Gdy strach minął, w
żołądku wydarzyło się coś jeszcze — ucisk ekscytacji podobny do tego,
który towarzyszył każdej niebezpiecznej wspinaczce na dach sowiarni albo
pierwszym próbom samodzielnego lotu bez miotły.
Solidny zastrzyk adrenaliny.
Czerwone oczy podążały za labradorem, a im szybsze i
większe półkola tamten pokonywał, tym rzadziej odrywały się od psa i zerkały na
Puchona. Cisza stawała się nie do zniesienia, oczekiwanie wprawiało powietrze w
nieprzyjemne drganie, aż Diggory — powoli, prawie niezauważalnie — zaczął
skradać się łukiem dokładnie wzdłuż ogrodzenia.
— Czyżby pierwszy uczestnik znalazł idealny sposób
na swojego smoka? — Pełen napięcia głos poniósł się miękko po
błoniach i natychmiast zawtórowało mu groźne warczenie.
Cedrik nie czekał. W tym samym momencie, gdy bestia
zamachała wściekle skrzydłami, rzucił się pędem do przodu, zaszczekał i
zaatakował z drugiej strony, gorąco zakotłowało się w wilgotnym, listopadowym
powietrzu i szwedzki krótkopyski raz jeszcze zabulgotał, kły błysnęły w zimnym,
błękitnym świetle i niebieskie, przypominające gazowe płomienie objęły jakąś
jedną trzecią areny. Nawet się nie zorientowałam, kiedy razem z całą resztą
poderwałam się na równe nogi i przechyliłam się mocno przez balustradę. Moje „putain
de merde!” zginęło w ogólnym wrzasku i okrzykach komentatora:
— Oooch! Prawie go trafił! Oj, to było bardzo
ryzykowne, bardzo, bardzo ryzykowne! Ale… ale zaraz! Tak, ma złote jajo!
Patrzcie, udało mu się! Co prawda nie bez obrażeń, ale Cedrik przechodzi
dalej!
Mrużąc oczy, starałam się wypatrzeć w dymie to, co
widział Bagman, ale dopiero kiedy na placu zaroiło się od pracowników w
pomarańczowych uniformach, spostrzegłam wysoką, chudą postać pędzącą przed
siebie ile sił w nogach — byle jak najdalej od smoka. W oczy rzucała
się nie tylko złota piłka wielkości kafla, ale i mocno dymiący rękaw
szaty.
— A teraz oceny sędziów!
Jak na komendę powędrowaliśmy wzrokiem za wzmocnionym
głosem prosto do loży sędziowskiej, w której przy długim stole siedzieli
kolejno Bagman, Karkarow, Dumbledore, Maxime i…
Jeszcze jeden fikołek w żołądku.
I pan Crouch.
Z gulą w gardle patrzyłam niewidzącymi oczami, jak w
powietrzu pojawiały się kolejne srebrne wstęgi formujące się w punkty. Przez
całe zamieszanie związane ze smokami, nauką zaklęcia przywołującego, artykułami
i ogólnym podnieceniem zupełnie zapomniałam o tym, że jednym z sędziów był
Bartemiusz Crouch. Człowiek, którego widziałam na tylu fotografiach, w tylu
prywatnych sytuacjach na kartach rodzinnego albumu, siedział teraz jak gdyby
nigdy nic między dyrektorką Beauxbatons i Bagmanem, może tylko trochę bardziej
zamyślony i blady niż podczas uroczystości wystawienia Czary Ognia.
Świadomość, że każdego dnia wracał do domu, w którym
mieszkał teraz Czarny Pan, była dla mnie jak kubeł zimnej wody.
Trochę znudzony, ale zupełnie trzeźwy — nie
sprawiał wrażenia człowieka pod wpływem Imperiusa. Żadnych chaotycznych ruchów
jak zaczarowany przeze mnie gołąb, żadnych nerwowych tików jak u myszy.
Tymczasem komentator już zapowiedział drugiego
uczestnika.
Strach sprawił, że cała uroda Fleur Delacour dziwnie się
rozmyła. Porcelanowa, lekko zaróżowiona cera przybrała odcień zsiadłego mleka i
niezdrowo błyszczała w nieprzyjemnym, zimnym świetle szarego popołudnia. W
odróżnieniu od Diggory’ego dziewczyna nawet nie próbowała sprawiać wrażenia
opanowanej. Dygotała niekontrolowanie na całym ciele, różdżką chodziła jej w
dłoni, kolana w obcisłych spodniach drżały, choć smok, który został jej
przydzielony — walijski zielony — bardziej przypominał
mocno wyrośniętą jaszczurkę niż potwora wylosowanego przez Puchona.
Harry miał rację — ona również zdawała sobie
sprawę z tego, co ją czeka. Przerażona, ale zupełnie trzeźwa zrobiła jeden
maleńki krok do przodu, jakby chciała zachować między sobą i stworem jak
największy dystans. Wszyscy (łącznie z Bagmanem) w ciszy przyglądaliśmy się,
jak powoli, bardzo powoli uniosła rękę, podobnie jak Cedrik wykonała w
powietrzu jakieś ruchy różdżką i… nic się nie stało. Żadnego błysku, huku,
żadnego kamienia transmutowanego w psa. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę,
że niewerbalne zaklęcie, którego użyła Fleur, jednak zadziałało. Smok najpierw
zaczął delikatnie kołysać się na szczycie płotu, skórzaste skrzydła oklapły mu
niczym dwa zwiędłe liście sałaty, a żółte ślepia zrobiły się senne.
Bagman chyba zrozumiał, co Francuzka chciała tym
osiągnąć, bo nie odezwał się ani słowem, przyciskał tylko palec ust, jak gdyby
nie do końca ufał ich opanowaniu. A Delacour, upewniwszy się, że wielki gad
dostatecznie przysnął, zaczęła ostrożnie posuwać się do przodu. Wolno, stopa za
stopą, bez żadnych gwałtownych ruchów. Wyglądała jak akrobatka poruszająca się
po linie, pod sobą mając tylko przepaść i pewną śmierć. Znajdowała się zbyt
daleko, bym mogła dostrzec jej twarz, ale byłam pewna, że przez cały ten czas
ani raz nie mrugnęła. Sama wstrzymałam oddech, chociaż jej nie kibicowałam, ale
to skupienie udzieliło się i mnie, i reszcie trybun.
Całe błonia na moment zamarły, a powietrze gęstniało z
każdym jej krokiem.
Choć nic tego nie zapowiadało, jakiś cichutki głosik
podpowiadał mi, że przecież nie mogło pójść Fleur tak łatwo.
Dokładnie na sekundę przed tragedią.
W momencie, gdy Delacour sięgała między szarozielonymi
jajami po to jedno złote, bestia zachrapała, głowa opadła jej na szeroką pierś,
a szczęki rozwarły się automatycznie i wystrzelił z nich krwistoczerwony
płomień.
Bagman starał się przekrzyczeć poruszony tłum.
— Oj, to nie było za mądre! Na gacie Merlina, ta
dziewczyna prawie straciła rękę… Trafił ją, ale… Ale, nie! NIE! Ma złote jajo!
Nie wyszła z tego bez szwanku, ale udało się! Brawa dla panny Delacour!
Nie musiał tego powtarzać. Wystarczyło, że dziewczyna wyczołgała
się spod buzujących kłębów ognia, sama nieco dymiąc, błonia wybuchły oklaskami
i głośnymi, przenikającymi się falami gwizdów. Nie wiadomo skąd pracownicy w
pomarańczowych szatach skoczyli z prętami, by uspokoić zdezorientowanego
smoka.
— O kurczę — wydyszał Ron. — W
życiu bym nie pomyślał, żeby go zahipnotyzować!
Wciąż gapił się z na wpół otwartą buzią w drzwi namiotu,
za którymi zniknęła Fleur. Występ dziewczyny, choć znacznie mniej spektakularny
niż popisy Cedrika, wywołał we wszystkich wieżach — zwłaszcza wśród
chłopców — ogromne poruszenie. Prawie nikt nie patrzył na oceny
sędziów, tylko stawał na palcach, pragnąc upewnić się, że gwieździe turnieju
nic się nie stało. Zerknęłam na Hermionę — zamiast na namiot
ostentacyjnie odwróciła głowę i nasze spojrzenia się spotkały. Grymas
niezadowolenia szybko złagodniał i dał się przezwyciężyć obawom, z którym i ja
walczyłam. Dwójka reprezentantów przeszła dalej. Zostało jeszcze dwóch.
— Drodzy państwo, mamy informacje z namiotu
medycznego. Pan Diggory oraz panna Delacour zostali opatrzeni przez szkolną
pielęgniarkę i mają się dobrze — oznajmił Bagman, kiedy na miejsce
walijskiego zielonego czterech mężczyzn prowadziło trzeciego smoka. Ospały, ale
największy jak dotąd przypominał prawdziwego mieszkańca piekielnych kręgów.
Gładka, czerwona łuska przechodziła od grzbietu przez boki w czerń, a złote
kolce zdobiące cały pysk tworzyły wokół niego coś na kształt aureoli. — A
teraz przed nami chiński ogniomiot! Diabelnie agresywny i inteligentny,
sprowadzony na to wydarzenie prosto z dalekich Chin!
Po występie Fleur pojawienie się na arenie Wiktora Kruma
spotkało się z gorącym powitaniem i tym razem w większości pochodziło od
dziewcząt. Byłam pewna, że na Krumie ciążyły olbrzymie oczekiwania — po
tym, czego nasłuchałam się w dormitorium i we własnej sypialni, wywnioskowałam,
że umięśniony, tajemniczy osiłek stający twarzą w twarz z cholernie groźnym
rodzajem smoka musiał działać na wyobraźnię. Nawet Hermiona, która dotąd
sprawiała wrażenie zirytowanej jego istnieniem, śledziła bacznie każdy ruch
Bułgara.
Ten nie czaił się jak Fleur czy Diggory.
Rzucił się pędem w kierunku kupki ciemnych, plamistych
jaj, na co wielki gad natychmiast odpowiedział ogniem, ale Krum był na to
przygotowany. Zanurkował pod cienkim snopem czerwonych płomieni i przetoczył
się zręcznie po ziemi, jakby nagle ciało przestało go ograniczać. Zagrzewany
coraz głośniejszymi okrzykami, błyskawicznie poderwał się na nogi, schylił się,
uskoczył przed kolejnym czerwonym pióropuszem i już był u smoczych stóp,
celując różdżką w olbrzymi pysk. W gardzieli dało się zauważyć buzujący zalążek
ognia. Instynktownie chwyciłam się za pierś, czując przez grubą warstwę szalika
i płaszcza, jak waliło mi serce. W porównaniu do dwóch pierwszych ten emanował
jeszcze bardziej przeszywającą, wręcz pulsującą ciemną magią. Coś
przerażającego i ekscytującego w jednym czasie — stać tam na dole i
chłonąć tę moc, przeżywać to, jak wsiąkała w żyły i mieszała się z własną. Z
trudem oderwałam wzrok od szczerzących się kłów i spojrzałam na Sapphire. Stała
przy barierce i podskakiwała jak szalona. Po drugiej stronie Victor wrzeszczał
ile sił w płucach. Jakim cudem byli w stanie znieść takie pokłady magii?
Nagle poczułam się słaba, rozbita, zagubiona — pierwszy
raz w związku z czymś, co tyczyło się czarów. Musiałam usiąść.
— Proooszę państwa! — krzyknął Bagman. — Ten
chłopak nie zamierza się bawić! Od razu przechodzi do rzeczy!
Smok najeżył się, potrząsnął kolczastym łbem i w
momencie, gdy wydał z siebie niski bulgot, Krum strzelił jakimś świszczącym
zaklęciem, które ugodziło gada prosto w oczy. Zawył rozpaczliwie, zaczął się
miotać i rzygać ogniem, gdzie popadło i tę chwilę wykorzystał Bułgar, żeby
pochwycić jajo. W powstałym zamieszaniu na arenę wlało się ze dwudziestu
treserów z metalowymi prętami.
— Ajajajaj, to było śmiałe, ale bardzo ryzykowne!
Widać, że krew ścigającego dała o sobie znać, bo pan Krum zdobył swoje jajo
najszybciej z całej trójki! — Zachrypnięty już niego głos komentatora
próbował przedrzeć się przez dziewczęce piski i głośne tupanie chłopców. — Tak,
to było bardzo odważne! A teraz punkty!
Nie byłam pewna, czy to przez smocze płomienie, czy przez
gigantyczne pokłady magii, ale zrobiło mi się nagle bardzo gorąco. Krew dudniła
w uszach jak po długim, męczącym biegu, w gardle paliło od powietrza
przesyconego siarką. Nigdy dotąd nie czułam czegoś podobnego — przyjemnego
i jednocześnie tak niewygodnego, że chyba tylko ucieczka pod strumień lodowatej
wody była w stanie zmyć to ciążące napięcie.
A Ludo Bagman wzywał właśnie ostatniego zawodnika — tego,
na którego od początku czekałam.
Stres zwinął mi wnętrzności w ciasny kłębek i dzięki temu
trochę oprzytomniałam. Przysiadłam na brzegu ławki i podparłam się łokciami o
kolana, trzymając kciuki tak mocno, że palce momentalnie zaczęły mi drętwieć.
Zerknęłam na Hermionę i zorientowałam się, że i ona siedziała na swoim miejscu,
gryząc z nerwów rękawiczkę. Nasze spojrzenia się skrzyżowały, ale Granger
zdołała tylko pokiwać nerwowo głową.
— Będzie dobrze — chciałam jej
odpowiedzieć, ale zrobiłam to bezgłośnie, bo przez gardło nie byłam w stanie
przepchnąć ani jednego słowa.
W tym samym czasie trybuny umilkły, bo w wejściu do
namiotu stanął ostatni uczestnik. Wydawał się o połowę mniejszy od pozostałej
trójki, zwłaszcza w porównaniu do smoka, który już czekał na niego tuż nad
kupką cementowoszarych jaj.
Gigantyczny. Największy ze wszystkich stał czujny i
wyprostowany na tylnych łapach, z lekko nastroszonymi skrzydłami i wyciągniętą
do przodu nieproporcjonalnie długą szyją. Cały czarny i pokryty kolcami nie
potrząsał nerwowo głową, nie warczał, świadomy swych imponujących rozmiarów.
Czarne jak smoła łuski pokrywały całe ciało — łącznie z brzuchem i
długim ogonem zakończonym pękiem kolców — a łeb zdobiły dwa
imponujące rogi. Żółte, kocie ślepia momentalnie namierzyły najmłodszego zawodnika
i dopiero wtedy do naszych uszu doszło ciche, ostrzegawcze gulgotanie.
— A teraz zobaczymy, co zaprezentuje nam Harry
Potter! — Bagman zdawał się nie dostrzegać powagi sytuacji. Nawijał
jak podczas meczu quidditcha, jakby za sekundę życie jednego z reprezentantów
nie miało zostać zmiażdżone przez olbrzymią, zakończoną czarnymi pazurami łapę. — Wisienka
na torcie, moi drodzy! Naszemu najmłodszemu uczestnikowi trafiła się największa
bestia, jaką udostępniło nam Biuro Wyszukiwania i Oswajania Smoków! Proszę
państwa, przed nami rogogon węgierski! To jeden z największych,
najniebezpieczniejszych smoków, nad którym czarodziejska różdżka była w stanie
zapanować. Rogogon zieje na odległość piętnastu metrów, ale to i tak nie ma
znaczenia, bo żeby zdobyć złote jajo, trzeba podejść praktycznie pod same łapy,
a samice tego gatunku są piekielnie terytorialne, tak więc uważaj, Harry!
Zza moich pleców i z sąsiedniej loży dało się słyszeć
chichoty (po jednym rozpoznałam Malfoya), ale kiedy tylko Gryfon wystąpił
naprzód, całe błonia jak raz ucichły, wpatrując się w uniesioną różdżkę
chłopaka. Zastygła w napięciu przestałam na moment oddychać, kiedy usta
Harry’ego bezgłośnie wypowiedziały tak często powtarzane wczoraj słowo — Accio.
Nic się nie stało.
Sekundy ciągnęły się jak roztopiony ser, Hermiona po
mojej prawej stronie siedziała naprężona ze strachu, rogogon przekrzywiał łeb
to w jedną, to w drugą stronę, a na zupełnie cichych od pewnego momentu
trybunach zaczęły narastać szepty. Najpierw pojedyncze, ledwo słyszalne, ale
zaczęły się napędzać, twarze w lożach naprzeciwko obracały się, mówiły coś do
siebie nawzajem, aż nagle gdzieś z oddali od strony zamku dał się słyszeć świst — jakby
strzała przecinała powietrze.
Obie z Hermioną obróciłyśmy się jak na komendę i wtedy to
zobaczyłyśmy — czarny kształt niczym rzucona zapałka mknął samotnie w
kierunku Gryfona. To był dopiero początek gry, ale węzeł, w który splotły się
moje wnętrzności, puścił. Poczułam się tak, jakby Harry już zdobył złote jajo.
Tłum ryknął potężnie. Cała rozpromieniona wymieniłam z Granger szerokie
uśmiechy, ale i te prawie natychmiast zgasły, bo w sekundzie, gdy chłopak
wskoczył na miotłę i wystrzelił w niebo, rogogon rozłożył szeroko skrzydła,
dobrze wiedząc, czego miał się zaraz spodziewać.
Potter zanurkował, jak gdyby to był tylko kolejny mecz
quidditcha. Lekko, pewnie, bez cienia strachu.
— Spójrzcie na to! Tylko na to spójrzcie! — zawołał
Bagman, próbując przekrzyczeć oklaski i bulgot wzburzonego smoka. — Jak
zgrabnie! Dawaj, Harry, dawaj!
Chłopak odleciał tak wysoko, że na moment stał się tylko
czarną kropką na tle szarych, rozmazanych chmur. Starałam się nie mrugać,
rozpaczliwie bojąc się przeoczyć choćby ułamek sekundy, zwłaszcza że Gryfon nie
zwalniał tempa. To spadał na rogogona jak bomba, to odlatywał, a smok tylko
kręcił głową i coraz bardziej nerwowo poruszał ogonem, jakby ta natrętna mucha
zaczęła go drażnić.
Pierwszy płomień, który wystrzelił z czarnej paszczy,
sprawił, że przycisnęłam obie ręce do ust, byle powstrzymać okrzyk, którego i
tak nikt by nie usłyszał — widownią wstrząsnęła eksplozja strachu i
podekscytowania, lecz gdy tumany ognia rozpłynęły się w powietrzu, Harry’ego
tam nie było. Wirował dookoła smoczej głowy jak szalony, rozpędzając się coraz
bardziej i bardziej, aż rozwścieczona bestia wyprostowała się i z
wyszczerzonymi zębami zaczęła pluć ognistymi kulami na prawo i lewo. W
powietrzu zakotłowało się od żaru, tak, że znów musiałam przysiąść. Energia
bijąca od rogogona zdeklasowała wszystkie poprzednie smoki razem wzięte.
— Co za talent! — Bagman wprost rozpływał
się nad Harrym, nie bacząc na chrypkę. — Patrzcie, jak ten chłopak
lata! Panie Krum, czy pan to widział? Chyba rośnie panu konkurencja! O
taak…!
Oklaski huknęły jak z armaty, kiedy Potter po raz kolejny
spektakularnie uniknął starcia ze smoczym ogniem. Rogogon najwyraźniej
zrozumiał, że w ten sposób nie pozbędzie się natrętnej muchy, bo kłapnął
wściekle szczękami i wprawił w ruch śmiercionośny ogon. Kilka razy był naprawdę
blisko, ale — inaczej niż w przypadku trzech poprzednich
reprezentantów — publicznością nie wstrząsały już krzyki przerażenia.
Jak gdyby na arenie trwał spektakl, a życiu chłopaka na miotle nic nie
zagrażało. Nawet ja w pewnym sensie przesiąkłam tym przekonaniem, bo nawet w
momencie, gdy jeden ze szpikulców drasnął ramię Harry’ego, zupełnie nic się nie
stało. Fruwał dalej, bez skrępowania sterując Błyskawicą, jakby nie była
miotłą, a jedną z jego kończyn.
I w chwili, kiedy wydawało się, że to przedstawienie
miało trwać w nieskończoność, pomiędzy machnięciem ogonem i kolejnym
strumieniem ognia czarny, rozmazany kształt przemknął pomiędzy smoczymi nogami
i złote jajo zniknęło.
Rogogon zorientował się dopiero za jakiś czas i ryknął w
niebo jak ugodzony zaklęciem, ale muchy już nie było. Stała z zapałką w ręce i
złotym blaskiem pod pachą po drugiej stronie areny, trzęsąc się jak
osika.
Błonia zamilkły, by w następnej sekundzie zadrżeć pod
wpływem pisków, braw i zaklęć wystrzeliwanych w niebo. Nie bacząc na wszystko,
rzuciłyśmy się sobie z Hermioną w objęcia, podskakując i wrzeszcząc jak
opętane. Seamus i Dean tupali głośno, Victor i Neville przyłączyli się do
wyczarowywania czerwonych i złotych iskier, Sapphire oklaskiwała Harry’ego
uprzejmie z szerokim uśmiechem na ustach. Tylko Ron stał przy barierce, gapiąc
się w namiot jak zahipnotyzowany.
— Nasz najmłodszy zawodnik najszybciej złapał jajo! — Mimo
zaklęcia wzmacniającego głos Bagmana trudno było usłyszeć na tle gwaru bijącego
z trybun. — No, no, pan Potter chyba ma szansę na zwycięstwo! Co za
zadanie! Co za emocje! A teraz narada sędziów… zaraz zobaczymy ostatnie
noty!
Teraz, kiedy już smoki zniknęły z pola widzenia, a ludzie
zaczęli kręcić się na swoich miejscach, oglądając się co chwilę na lożę
honorową, poczułam, że nareszcie odzyskałam oddech. Opadłam na swoje miejsce,
ciesząc się, że wszyscy byli tak zaaferowani tym, co działo się na dole, że nie
dostrzegli ataku mojej nagłej słabości. Obserwując srebrne wstęgi kształtujące
się w liczby, próbowałam upchnąć głęboko ten palący wstyd — jedyna
pozostałość po własnej niespodziewanej słabości.
Wzięła mnie z zaskoczenia. Starałam się wygrzebać z
pamięci podobną sytuację, ale w głowie miałam zupełną pustkę. Widywałam już
różne mroczne, magiczne stworzenia. Czułam lodowatą rozpacz dementorów,
słyszałam bazyliszka w ścianach zamku, uczyłam się Imperiusa, ale żadna z tych
rzeczy nie wywołała we mnie czegoś choćby zbliżonego do wstrząsu, jakiego
doznałam po zobaczeniu smoka. Jakim cudem Neville nawijał jak najęty? Banda
pierwszaków za moimi plecami wciąż podskakiwała i wymachiwała różdżkami. Dean
szczerzył się tymi swoimi ogromnymi zębiskami, jakby ktoś właśnie wyprawił mu
przyjęcie-niespodziankę. Byłam od nich wszystkich dziesięć razy lepsza, żadne
zaklęcie, które przerabialiśmy na zajęciach, nie sprawiało mi trudności. Jebana
Hermiona Granger poprosiła mnie o pomoc! A teraz oni wszyscy świetnie się
bawili, nieczuli na te ogromne pokłady mocy.
Poczułam się słaba. Cholernie słaba — jakby
ktoś wyrwał mi kręgosłup.
— Ej, bez kitu, Harry miał najlepszy pomysł z całej
czwórki.
— Dziwne, że Krum na to nie wpadł, nie? On to by
dopiero dał popis… i nie straciłby punktów za zniszczone jaja.
— Tak, ale jako jedyny nie oberwał.
— Tak czy siak idą łeb w łeb z Harrym. O kurczę,
może Bagman ma rację i Harry naprawdę ma szansę wygrać! Ale by było…
— Ja bym się tak na waszym miejscu nie podniecała,
to dopiero pierwsze zadanie…
— Jasne. Inaczej byś śpiewała, gdyby reprezentantem
był Ślizgon.
— Hej, Sophie! Sophie!
Drgnęłam na dźwięk własnego imienia. Obejrzałam się, ale
dopiero po chwili zorientowałam się, że głos Hermiony dochodził z dołu. Zajrzałam
przez poręcz i zobaczyłam, że Gryfonka stała nieopodal ogrodzenia i machała
rękami jak opętana. Zeszłam do niej, wciąż nieco rozkojarzona, ale dziewczyna
była tak rozemocjonowana, że nie zwróciła uwagi na moją niewyraźną minę.
Policzki płonęły jej niezdrowym rumieńcem, a rzęsy i powieki lśniły od łez.
Spostrzegłam też różowe ślady paznokci wszędzie na twarzy.
— Co się stało?
— Pogodzili się!
— Co…?
— Ron i Harry! — pisnęła. — Pogodzili
się! Chodź! Musimy napisać do Wąchacza!
Wspomnienie Syriusza trochę mnie otrzeźwiło. Czując się
bardzo dziwnie, dałam się jej zaciągnąć nie do namiotu, jak się spodziewałam, a
na skraj Zakazanego Lasu, gdzie spacerowały samotnie dwie osoby — jedna
niska, czarnowłosa i druga bardzo wysoka, z rudą kępą włosów na szczycie głowy.
Harry i Ron — jak mówiła Hermiona. Obaj spokojni i uśmiechnięci.
Weasley podniósł rękę i wezwał nas gestem, po czym wszyscy czworo skierowaliśmy
się wolno ku szkole, daleko od głównej ścieżki, na której roiło się teraz od
uczniów i nauczycieli.
Zaczerpnęłam gwałtownie zimnego powietrza.
— Pierwsze miejsce… C’est merveilleux, Harry — wyrzuciłam
na wydechu, starając się zmusić wargi do naturalnego uśmiechu, ale kąciki
zastygły i za żadne skarby świata nie chciały się poruszyć. — Gratuluję.
Założę się, że Flitwick da ci wybitny z zaklęcia przywołującego.
— Ex aequo z Krumem — wtrącił. — Ale
pierwsze zadanie z głowy. Zostało jeszcze dwa… i może jakoś to przeżyję.
— Nawet tak nie mów — żachnęła się
Hermiona.
— No dobrze, będę się starał nie przeżyć…
— Harry!
— No dobra, dobra…
Pogoda trafiła się jak na zamówienie — ledwo
wyszliśmy spod parasola drzew, a pracownicy ministerstwa zabrali się za
rozmontowywanie trybun, niebo raz-dwa pociemniało i z chmur puścił się lodowaty
kapuśniaczek. Słuchając, jak Złota Trójca — jak zwykł ich nazywać
Malfoy — rozbierała pierwsze zadanie na czynniki pierwsze, czułam się
w ich towarzystwie dziwnie samotna. To nie było moje miejsce. Ta Sophie sprzed
doby miała rację: to jest naturalny układ, który powstał, zanim ja i Harry
mogliśmy zdecydować, czy w ogóle chcemy w tym uczestniczyć.
Już uczestniczyliśmy.
To był prosty konflikt interesów.
A jednak udałam się z całą trójką do sowiarni, gdzie Ron
wywołał Świstoświnkę, a Harry pożyczył od Hermiony pióro, pergamin i zaczął
pisać.
— A widzieliście minę Karkarowa? — ciągnął
Ron. — Dał Harry’emu tylko cztery punkty. Dupek. Pewnie żałuje, że to
nie on wpadł na pomysł z tą miotłą. Założę się, że teraz główkuje, co mógłby
zrobić, skoro samo wciśnięcie Harry’ego do turnieju nie wystarczyło, żeby go
wykończyć.
Odwróciłam się od okna i spojrzałam na niego. Uśmiechał
się z mściwością godną głównego czarnego charakteru z komiksów, usiłując
utrzymać wyrywającą się sówkę.
— Uważasz, że to on wrzucił nazwisko Harry’ego do
czary? — zapytałam cicho.
— No pewnie. Przecież Karkarow to eks-śmierciożerca — odparł
takim tonem, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Wyprostował
palce i zaczął odliczać, a Świstoświnka wykorzystała ten moment nieuwagi, żeby
wyrwać się na wolność. — Najpierw akcja z Glizdogonem, Moody w
Hogwarcie, a teraz to… Połącz kropki.
Nie odpowiedziałam. Spojrzałam z powrotem w okno, za
którym na czystym fragmencie ciemniejącego nieba pojawiały się pierwsze blade
gwiazdy.
Niech łączą te swoje kropki. Nie zamierzałam wyrywać im
ołówka.
To jest naturalny układ.
~*~
Sama wizja opisywania zadań turniejowych z perspektywy
obserwatora wydawała mi się katorgą, w rzeczywistości okazało się to jeszcze
gorsze, niż przypuszczałam. A to i tak najbardziej dynamiczne z trzech zadań.
Nie mogę się doczekać porywającego gapienia się w nieruchomą taflę jeziora. I
to przez całą godzinę!