30 sierpnia 2008

28 sierpnia 2008

26 sierpnia 2008

22. I już. Wigilia


Wystarczyło kilka dni, trochę mrozu i grudzień zaczął przypominać samego siebie. Co prawda szkolne tereny nie wyglądały jak wyciągnięte ze świątecznej kartki, ale zrobiło się wystarczająco zimowo, żeby wszyscy chętniej zaczęli spędzać czas na zewnątrz. Śnieg zadomowił się nie tylko na błoniach i dachach, ale oblepił także okna, ściany szklarni i szare, bezlistne drzewa. Spacery po Zakazanym Lesie nie były już takie proste — zwłaszcza w czarnej szacie Hogwartu  — ponieważ wszystko opanowała biel. Biały park, białe niebo, białe jezioro z maleńkim stateczkiem na zamarzniętej tafli. Aż piekły od tego oczy, choć podejrzewałam, że przeszywające powiewy na odkrytych błoniach również mogły mieć z tym coś wspólnego. 

Tymczasem wnętrze zamku aż kipiało od świątecznych ozdób, jak gdyby nauczyciele w porozumieniu ze skrzatami domowymi zapragnęli sprzeciwić się tej wszechobecnej bieli za drzwiami. Musiałam przyznać, że Flitwick w tym roku przeszedł samego siebie. Sople, którymi przyozdobił kamienne tralki, balustrady i kolumny, migotały urokliwie w świetle lamp i maleńkich świeczek o zapachu jabłek w cynamonie. Nudne ściany rozbłysły zielenią, czerwienią i złotem wspaniałych wieńców i girland, każdy cokolik, kredens czy samotna szafeczka została przystrojona garścią świątecznych bibelotów, a dwanaście gigantycznych choinek stanęło w Wielkiej Sali dwa tygodnie wcześniej niż zwykle, budząc w moim sercu słodko-gorzkie uczucia. 

Uwielbiałam Boże Narodzenie. Kochałam wszystkie święta — począwszy od Zaduszek, przez Wigilię, skończywszy na Wielkanocy — chociaż nie wierzyłam ani w Mikołaja, ani w Jezusa, ani w tabuny innych błogosławionych na chmurce. Dla mnie zawsze były to uroczystości rodzinne i cierpiałam na myśl, że w tym roku nie spędzę ich w Oreżnowie. Serce rwało mi się do domu z każdą grudniową sową od rodziców, z każdym wyobrażeniem wypieków mamy, wspólnego śpiewania, lepienia bałwanów i siedzenia po nocach w salonie. Widok tych wszystkich wspaniałych dekoracji w pierwszej chwili ucieszył oczy, ale bardzo szybko spowszedniał, bo chociaż nasze tandetne, stare ozdoby nie równały się z przepięknymi żywymi sowami, gigantycznymi czerwonymi lizakami i złotymi bombkami w szkole, z tymi nie wiązały się żadne wspomnienia. Jednocześnie sama uległam gwiazdkowej gorączce i bardzo chciałam wziąć udział w tym międzynarodowym Bożym Narodzeniu, a listy od mamy i taty zachęcające do dobrej zabawy ostatecznie zdjęły mi z barków ciężar poczucia winy. 

No i bal. 

W chwili, kiedy już wsiąknęłam w ten szkolny tryb, perspektywa wielkiej imprezy kręciła mnie dużo bardziej niż podczas sierpniowych zakupów na Pokątnej. Im bliżej Bożego Narodzenia, tym częściej na korytarzach dawało się odczuć dziwną mieszankę podekscytowania i nerwowości. Krążyły też coraz dziwniejsze plotki dotyczące rzekomych atrakcji, ale jednak Fatalne Jędze czy osiemset beczek miodu zamówionego przez Dumbledore’a nie robiły takiego wrażenia jak konieczność zdobycia partnera na bal. 

Cieszyłam się, że ten jeden kłopot kompletnie mnie nie dotyczył. Gdy tylko na tablicy ogłoszeń pojawiła się pierwsza wzmianka o eleganckiej imprezie i wyjściowych szatach, od razu umówiłam się z Victorem i teraz — spokojni i rozluźnieni — mogliśmy z królewską wyższością obserwować zmagania innych. 

— Zgadnij, z kim idzie Neville — mruknął Vipi w drodze na obiad, starając się nie wyglądać na zbyt rozbawionego. — Z Ginny. 

— Z Ginny Weasley

— Ano. Dam sobie rękę uciąć, że zgodziła się tylko dlatego, że jest w trzeciej klasie. 

— Peut-être, ale Neville jest miły, a wyobrażasz sobie iść z takim Malfoyem? Zgadnij, z kim on idzie. 

— Z Pansy Parkinson? — zapytał, a kiedy przytaknęłam, dodał: — Żadna niespodzianka. Ciekaw jestem, jak… 

Nie dowiedziałam się już, co jak, ponieważ dokładnie po drugiej stronie sali wejściowej u stóp schodów zrobiło się jakieś zamieszanie, wybuchły pojedyncze śmiechy i ktoś krzyknął. Stanęłam na palcach, ale nie musiałam się rozglądać, bo prawie w tej samej chwili rozpoznałam z tłumu głos Rona. Bardzo dziwnie oszalały, rozpaczliwy głos. 

— Fleur! Fleur, pójdziesz ze mną na bal? 

Oboje z Victorem stanęliśmy jak wryci, widząc między uczniami mizdrzącego się Gryfona. Poczułam zażenowanie na sam widok, ale tamten — zupełnie ignorując narastające szepty i chichoty — nie przestawał się nakręcać. 

— Fleur, czy zrobisz mi ten zaszczyt i wybierzesz się ze mną na bal? 

Twarz miał groteskowo wykrzywioną — jakby grał w jakimś słabym, głupkowatym przedstawieniu. A Delacour, która stała z Cedrikiem Diggorym prawie u wejścia do piwnicy, odwróciła się zniesmaczona i obrzuciła Rona tak zimnym, pogardliwym spojrzeniem, że wszystkie włosy na karku stanęły mi dęba. Cała sympatia, jaką do tej pory we mnie wzbudzała, prysła z tą jedną milczącą szpilą, która poszybowała w kierunku Weasleya i przeszyła go na wskroś. 

I chyba musiało być coś prawdziwego w tym porównaniu, ponieważ w tym samym momencie chłopak zastygł jak lodowa rzeźba i zamilkł. Wszyscy na moment zamarliśmy, atmosfera zrobiła się piekielnie niezręczna, aż Gryfon rzucił się pędem schodami na górę — prawdopodobnie w kierunku Wieży Gryffindoru. 

Przedstawienie się skończyło i wszyscy zaczęli się rozchodzić — część do swoich spraw, część do Wielkiej Sali na obiad. Obracając się bez przerwy za Fleur, nie mogłam uwierzyć, że po czymś takim potrafiła przejść ot tak do porządku dziennego. 

Dla niej to pewnie nie pierwszyzna, odezwał się z tyłu głowy cichy głosik. 

— Cieszę się, że mnie to nie spotka — odezwał się Victor, strzepując sobie teatralnie szatę na piersiach. 

— No nie wiem, nie wiem… 

Zrobił zdziwioną minę i parsknął śmiechem. 

— A co, rzucisz mnie? Własnego brata? Nie masz serca… 

— Nie, po prostu to nie wyglądało normalnie. To znaczy, normalnie jak na Rona — odparłam i zniżyłam lekko głos, kiedy przekroczyliśmy próg zatłoczonej komnaty. Przy stołach wciąż ślęczało mnóstwo osób. — To mi wyglądało na skutek Confundusa albo innego zaklęcia. 

— Tia, skutek zaklęcia pomieszania zmysłów pod wpływem ekstra laski. 

— Żeby nie było, że cię nie ostrzegałam — mruknęłam. Widząc zupełnie pustą część przy stole Ślizgonów, gdzie zwykle siedziała drużyna i nasza klasa, postanowiłam zjeść dzisiaj z Gryfonami, tym bardziej, że właśnie tam były największe luki. — Dużo u was zostaje? 

— Prawie wszyscy od czwartej klasy w górę. I dużo dzieciaków, nawet tych, których nikt nie zaprosił. Pewnie czekają do ostatniej chwili. Może nawet Crabbe’owi i Goyle’owi uda się kogoś wyrwać. Na przykład taką Zytę Bryll. 

— Biedna dziewczyna. Już bym wolała pójść z Filchem. Dzisiaj do mnie dotarło, że to będą nasze pierwsze święta poza domem, tu vois? Dziwne uczucie. 

Zajęliśmy puste miejsca gdzieś w połowie stołu między grupą niezainteresowanych pierwszaków i jeszcze bardziej obojętnych siódmoklasistów, a Victor zrobił nagle taką minę, jakby i na niego spłynęło boskie oświecenie. 

— Zapomniałem ci powiedzieć! — wykrzyknął i zgarnął sobie na talerz ostatni kawałek zapiekanki z wołowiną i lekko zastygniętym serem. — Rodzice zaprosili na święta babcię Darli, żeby nie musiała spędzać ich sama. 

— Ojej, to słodkie! — jęknęłam. 

Poczułam się jeszcze dziwniej, kiedy zdałam sobie sprawę, że ukłucie, jakie zwykle następowało, kiedy ktoś wspominał o Darli, nie było już takie mocne. 

Przystąpiliśmy do zwykłej w tej części miesiąca dyskusji na temat prezentów. Najchętniej porozmawiałabym na ten temat z Livią — mistrzynią wyszukiwania promocji — ale wciąż się do nas nie odzywała, poza tym miałam przeczucie, że temat złota nadal mógł być dla niej drażliwy. Zwłaszcza poruszany przeze mnie. 

Każdy powoli zaczynał żyć świętami i nawet na lekcjach dało się wyczuć wszechogarniający luz. Nie dotyczyło to oczywiście klasy Snape’a, który zachowywał się tak, jak gdyby Boże Narodzenie wymyślił ktoś, kto chciał mu wyjątkowo paskudnie zaszkodzić. Natomiast Binns chyba nie zdawał sobie sprawy, że w szkole miało odbyć się coś tak prozaicznego jak Gwiazdka, bo jego grudniowe wykłady nie różniły się niczym od pozostałych. 

No i McGonagall. Zaczęłam odnosić wrażenie, że przez ostatnie tygodnie widywałam ją częściej niż Gryfoni. Teraz domagała się prób codziennie przed kolacją i choć rozumiałam, że chciała zrobić na delegacjach duże wrażenie, czułam, że wynikało to wyłącznie z obaw. Byłam doskonale przygotowana do wigilijnego występu. 

Został tydzień do balu i teraz każdy mówił prawie tylko i wyłącznie o tym. Podczas porannej i wieczornej poczty sowy prawie nie wyrabiały z dostarczaniem paczek, a w salonie Ślizgonów pierwszy raz zaroiło się od kolorowych części garderoby, butów, tiar i fantazyjnych ozdób do włosów pokazywanych sobie nawzajem przez uczennice. Przypuszczałam, że w pozostałych trzech domach wyglądało to podobnie. Razem z Victorem, Arielką, Heleną i Lisą nadstawialiśmy uszu i podczas każdej długiej przerwy wymienialiśmy się plotkami na temat tego, kto umówił się z kim, kto komu odmówił i ile wydał na szatę wyjściową. Wszystkich najbardziej interesowała tożsamość partnerek Wiktora Kruma i Harry’ego Pottera, a kiedy się okazało, że Fleur Delacour zaprosiła Rogera Daviesa, w wielu męskich dormitoriach zapanowała żałoba. Podobnie wydarzyło się w dormitoriach dziewcząt, gdy po szkole rozniosły się wieści o Cho Chang i Cedriku Diggorym, którzy PODOBNO nie tylko zamierzali pójść wspólnie na bal, ale i PODOBNO zaczęli ze sobą chodzić

Nie czytałam Czarownicy, ale wprost marzyłam o szkolnej gazetce plotkarskiej. 

Wracając z jednej z ostatnich prób, pierwszy raz od wielu tygodni pragnęłam wyrwać się z przedświątecznego chaosu i zakopać się pod kocem w pustej sypialni. Spodziewałam się, że — może poza Glorią — nikogo tam nie zastanę, ponieważ większość wybierała się grupkami na kolację, dlatego zdziwiłam się na widok Malfoya samotnie przecinającego loch. Draco przemknął tuż obok mnie z szybkością wampira na amfetaminie, ale burza, jaka temu towarzyszyła, wydała się zaskakująca.

Nawet jak na Malfoya, tym bardziej że Malfoy nigdy nie szwendał się samotnie. 

Nigdy. 

Odprowadziwszy go wzrokiem do wyjścia, sama dostałam się najpierw do prawie pustego salonu, a potem na korytarz prowadzący do sypialni dziewcząt, gdzie doszedł mnie dźwięk głośnego, bardzo brzydkiego szlochu. Przystanęłam na moment, nasłuchując. 

Tak, zdecydowanie dochodził zza drzwi opatrzonych tabliczką z napisem czwarty rok

Zastałam Sapphire na podłodze przy własnym łóżku — z głową ukrytą w ramionach i zanoszącą się tak rozpaczliwym płaczem, że natychmiast połączyłam kropki. Podobnie jak wtedy, kiedy wpadła wściekła do dormitorium, w pierwszej chwili nie miałam pojęcia, jak się zachować, a i sama Ślizgonka zdawała się nie zauważać mojej obecności. Przemknęło mi przez myśl, żeby się wycofać, ale przed oczami znów stanął mi Malfoy — wzburzony i z tą jego paskudnie wykrzywioną gębą — i mnie samą ogarnęła wściekłość. Ruszyłam śmiało przez pokój i uklękłam przy przyjaciółce, kładąc jej delikatnie rękę na plecach. 

— Co się stało? — zapytałam łagodnie, ale gdy strzepnęła wściekle moją dłoń, dodałam ostrzej: — Nawet nie mów, żebym się nie interesowała, bo i tak będę. I nie uwierzę, że takie ryczenie jest bez powodu. 

Powoli i dramatycznie uniosła głowę, prezentując zalane łzami oblicze. W oczach płonęła czysta rozpacz. Czarna kredka i tusz spływały po policzkach, gromadząc się w głębokich bruzdach przy nosie, pod podbródkiem i w drobnych zmarszczkach na obu powiekach, podkład starł się w niektórych miejscach, ukazując czerwone czoło, a zwykle błyszczące, idealnie wyprostowane włosy wyglądały tak, jakby Sapphire dopiero co skończyła się za nie targać.

— Idź sobie! — wykrzyknęła błagalnie. — Dlaczego mnie dręczysz?! 

— Ja cię dręczę…? 

— Tak! Po prostu… zostaw… mnie… w spokoju…! — wrzasnęła, waląc po każdym słowie zaciśniętymi pięściami w swoje kolana. 

Nie mogłam na to patrzeć. Chwyciłam ją z całej siły za ramiona i przyparłam do boku łóżka, a ona, choć była dużo bardziej postawna ode mnie, nie zaczęła się szarpać. Nawet nie próbowała. Zastygła na moment, dysząc ciężko, a ja widziałam, jak sekunda po sekundzie twarz robiła się coraz bardziej czerwona i napięta. Zmarszczki w kącikach oczu pogłębiły się i Sapphire pękła. Zaszlochała raz jeszcze, ale tym razem bez złości, ciało nagle sflaczało, a ona sama załkała: 

— Miałaś rację! Tak, miałaś rację! Jesteś teraz zadowolona? 

W tamtej chwili poczułam się tak, jakby kafel uderzył mnie dokładnie w tył głowy. 

— Jak to…? 

— Z Malfoyem wszystko skończone! Nie idziemy razem na żaden bal! 

Brwi zadrgały jej szybko, a buzię wykrzywił bolesny grymas, jak gdyby wypowiedzenie tych słów jeszcze raz ją ugodziło. Postanowiłam zepchnąć na moment te wszystkie plotki o Pansy i Draconie oraz to, czego domyślałam się od początku semestru. 

— Eee… a kiedy było zaczęte? — zapytałam ostrożnie. 

— No i widzisz! — znów krzyknęła, ale teraz w tym koktajlu emocji dominowała frustracja. — Mam już dość! Mam serdecznie dość proszenia o to, żeby był wobec mnie fair i przestał się mnie wstydzić. Kiedy jesteśmy sami, jest inaczej, świetnie, jest… jest romantycznie i… i zawsze się stara, ale przy kolegach jestem już tylko kumpelą! Na początku to było fajne, takie… takie ekscytujące i w ogóle, ale zaczęło się robić męczące, a on… pokłóciliśmy się, a on teraz idzie z Parkinson i… i powiedział, że skoro go olałam, to on… on nie będzie uleg-gał manipu-manipulacji… 

Zaczęła się jąkać i ostatecznie urwała, bo dostała gwałtownego ataku czkawki. Korzystając z tego, że Sapphire się uspokoiła, uznałam, że mogłam ją bezpiecznie puścić i przywołałam ze swojego zapasu butelkę soku dyniowego. 

— Chodzicie ze sobą? — zapytałam. 

Przełknęła z trudem olbrzymi haust napoju i zakrztusiła się. 

— On nie mo… nie może się zdecydować. 

Pochyliła głowę i łzy znów zaczęły płynąć, robiąc jeszcze większy bałagan w jej i tak zrujnowanym makijażu. W połowie wściekła, w połowie dotknięta, chwyciłam jej policzki w obie dłonie i zmusiłam, by na mnie spojrzała. Teraz zamiast gorącej furii w przekrwionych oczach błyszczała jedynie pusta rezygnacja. 

— Malfoy to dupek i dzieciak — powiedziałam stanowczo i zaczęłam wycierać rękawem czarne zacieki na policzkach. — A ty zasługujesz na kogoś, kto nie będzie cię zwodził, bo jesteś piękna, mądra i taka tchórzliwa fretka nie jest ci do niczego potrzebna. 

Parsknęła śmiechem, ale bardzo szybko znów posmutniała. 

— Tylko że… nie mam żadnej pary, a do balu został tydzień — powiedziała wilgotnym głosem. — On pójdzie sobie z Parkinson, a ja będę podpierać ściany. 

         Stęknęła na samo wyobrażenie tej sytuacji, ale nie pozwoliłam jej się rozkręcić.

— Już o to się nie martw, założę się, że chłopaki ustawią się do ciebie w kolejce.

 

*

 

Pewność, z jaką to obwieściłam, okazała się niewypałem. Owszem, na początku grudnia kilku chłopców zaprosiło Sapphire na bal, ale ona wszystkich sukcesywnie spławiała i nawet jeśli Nott, Miles Bletchley czy Graham wciąż mieli ochotę z nią pójść, teraz było już za późno, bo wszyscy chłopcy, którzy nie przypominali Crabbe’a i Goyle’a, od dawna mieli partnerki. 

Temat był trudniejszy, niż się spodziewałam, bo nie chodziło o znalezienie jakiegokolwiek chłopaka, ale o takiego, na widok którego Malfoyowi wypadłyby te tlenione kudły. 

A czas uciekał. Parkinson puszyła się w dormitorium bardziej niż zwykle, Sapphire coraz bardziej gasła, chyba pogodziwszy się ze swoim losem „podpieraczki ścian”. W desperacji wpadłam na pomysł, żeby poprosić Victora, ale w oczach Dracona nie był partią godną jego zazdrości. I stałoby się oczywiste, że Sapphire poszła z moim bratem, ponieważ nikt inny nie chciał z nią pójść. 

Dlatego na trzy dni przed Wigilią — zasięgnąwszy języka wśród niektórych chórzystów — zaraz po śniadaniu ruszyłam na poszukiwanie Blaise’a Zabiniego. Zdziwiło mnie, że jako jeden z niewielu nie miał jeszcze partnerki, zwłaszcza że wszystkie dziewczyny, jakimi mógłby być zainteresowany posiadacz idealnie białych, równych zębów, pięknego czoła, wysokich kości policzkowych, mięsistych ust i czekoladowych, nieco skośnych oczu, były już od dawna zajęte. I to nie przez niego.

Znalazłam go na zaśnieżonym boisku, jak latał samotnie, wprawiwszy w ruch trzy piłki. Przez chwilę obserwowałam Ślizgona z ziemi i musiałam przyznać, że był dobry. Znacznie lepszy od Malfoya. Miał dużo naturalnego wdzięku i lekkości, które zachowywał nawet przy wietrze hulającym między wieżami i bramkami. Zręcznie unikał tłuczków, które — nie mając na oku żadnych innych celów — ścigały go zapamiętale, a zaczarowany kafel, który miał chyba przed nim uciekać, raz po raz zostawał pochwycony i przerzucony przez jedną ze złotych obręczy. Mimo nieco obojętnej, zimnej powłoki, chłopak miał w sobie dużo ciepła — znacznie więcej od swojego prawie najlepszego kumpla, wydawał się też wyraźnie dojrzalszy, prawie wycofany. 

Tak, Blaise Zabini doskonale nadawał się na partnera dla mojej przyjaciółki. 

Bardzo szybko mnie zauważył. Pomachał mi, a ja zrobiłam w odpowiedzi to samo, ale wylądował dopiero kilka minut później. Przyglądałam mu się, jak szedł powoli ze swoim Nimbusem 2001 nonszalancko zarzuconym na ramię, schowana pod wiatą, z której zwykle sędziowała pani Hooch. Miał nawet o wiele bardziej dostojny krok. Nie potrafiłam zrozumieć, jakim cudem do tej pory tego nie zauważyłam.

— Dobry jesteś. Startujesz w przyszłym roku do drużyny? — zagaiłam, wsuwając ręce głęboko do kieszeni. 

Zabini wydął usta i potrząsnął głową. Wyglądał teraz na jeszcze bardziej zblazowanego niż zwykle, ale gdy odpowiedział, głos miał zupełnie zwyczajny: 

— Nie, nie nadaję się do gier zespołowych. A ty? 

— Nie wiem. Chciałabym. — Przyśpieszyłam nieco kroku, chcąc do niego dołączyć, a on, o dziwo, zatrzymał się, by na mnie zaczekać. — Pochopnie ze wszystkiego zrezygnowałam, ale trudno. Stało się. Je ne peux changer le passé. 

— W takim razie trzymam kciuki. 

— Dzięki — odparłam. Prawdopodobnie prowadzilibyśmy tę lekko niezręczną gadkę o quidditchu do samego zamku, ale nie zamierzałam Blaise’owi mydlić oczu. Był na to za bystry. — Nadal nie masz nikogo na bal? 

Choć patrzyłam przed siebie na zawalony śniegiem park, kątem oka zauważyłam, jak Zabini na mnie spojrzał. Uśmiechnął się kącikiem ust — złośliwie i czarująco, jak to Zabini, a w policzkach zrobiły mu się dwa dołeczki. Całkiem urocze dołeczki. 

— Niezbyt taktowne pytanie. Nawet jak na ciebie. 

— Zgadza się. 

Czując na sobie jego wzrok, i ja na niego spojrzałam. Taksowaliśmy się w ten sposób przez dłuższą chwilę, coraz bardziej zwalniając kroku, aż w końcu zatrzymaliśmy się gdzieś na zupełnie zaśnieżonej ścieżce prowadzącej do cieplarni. Skakał wzrokiem od jednego mojego oka do drugiego, jakby chciał coś z nich wyczytać albo przewiercić się przez jedno z nich do wnętrza czaszki, ale nic z tego nie wyszło i chłopak parsknął cicho. 

— Nie, wciąż nikogo nie mam. 

Choć byłam tego prawie pewna, ulżyło mi. 

— Excellent! W takim razie pójdziesz z Sapphire — oznajmiłam z szerokim uśmiechem. 

Zrobił zdziwioną minę, ale zdumienie nie objęło oczu, które wciąż płonęły tym samym gorącym zaciekawieniem, jak zawsze, kiedy rozmowa go wciągała. 

— A Sapphire nie idzie przypadkiem z Malfoyem? — zapytał i tym razem to ja się skrzywiłam, więc znów zarechotał i dodał: — Załóżmy, że się zgodzę. Co z tego będę miał? 

Uśmiechnęłam się do niego tak słodko, jak tylko potrafiłam, jednocześnie patrząc na niego w sposób, jaki opanowałam dzięki niezliczonej ilości godzin spędzonych z McGonagall. Chwyciłam śmiało jego rękę — zaskakująco miękką i ciepłą — i mocno ścisnęłam. 

— Cudowne towarzystwo zabawnej i najlepiej ubranej dziewczyny z klasy — odpowiedziałam równie czule. 

Ani przez chwilę nie zwątpiłam w swój plan, choć i tak serce eksplodowało mi radością, kiedy Blaise kiwnął głową. Nie wyglądał na ani trochę zastraszonego czy niezadowolonego, nawet uśmiechał się leciutko, kiedy zmarznięci i z butami pełnymi wody wracaliśmy do szkoły. Blaise bardzo lubił Sapphire, zresztą nie był jedyny, ponieważ jej nie dało się nie lubić — może przez kontrast między jej estetyką i temperamentem, a może dlatego, że po prostu nie nadymała się poza własnym towarzystwem jak większość Ślizgonek, które znałam. 

Nie musiałam uprzedzać Zabiniego, by ta rozmowa została między nami. Poznaliśmy się jeszcze przed Hogwartem w domu Kilerów i przez te lata znajomości utwierdził mnie w przekonaniu, że był jednym z najbardziej dyskretnych, lojalnych chłopaków w jego wieku. 

I faktycznie. 

W przeddzień Wigilii podczas zaciętej wojny na śnieżki, którą urządziliśmy sobie nad jeziorem z Seamusem, Deanem i Vipim przybiegła do nas Sapphire — mocno zaróżowiona, w byle jak zapiętym płaszczu i tak rozpromieniona, że już wiedziałam, o co chodziło. Zachowałam jednak kamienną twarz, udając całkowicie pochłoniętą obrzucaniem chłopaków białymi kulkami, dopóki Ślizgonka sama nie wyciągnęła mnie z pola bitwy. 

— Blaise zaprosił mnie na bal — wypaliła na wydechu, chwytając mnie gorączkowo za ręce. Oczy jej pałały. — Sophie, tylko powiedz prawdę. Nie prosiłaś go o to? 

Szczęście najlepszej przyjaciółki czy jej kolejny płacz, wstyd i olbrzymie rozczarowanie? Wybór był prosty. Nawet brew mi nie drgnęła, kiedy zaprzeczałam — szeroko uśmiechnięta i bez jednego ukłucia wyrzutów sumienia. Odeszłyśmy na bok, żeby żaden z Gryfonów nie podsłuchał (Victor już zapewne strzygł uszami jak królik), bo Sapphire prawie wychodziła z siebie, żeby o wszystkim opowiedzieć. 

— Ale naprawdę go nie prosiłaś? 

— No co ty, mam co robić w życiu — odparłam z nonszalancją, wzruszając ramionami. — Ja tylko rozpuściłam plotkę, że jesteś wolna. Mówiłam, że wszystko się poukła… 

W tym samym momencie potwornie mocno zbita śnieżka świsnęła tuż obok jej ramienia i ugodziła mnie prosto w policzek. Zapiekło, ale powstrzymałam się przed złapaniem się za bolesne miejsce, uśmiechnęłam się tylko mściwie i obejrzałam w poszukiwaniu Deana. Ryczał ze śmiechu, pochylony do przodu i oparty rękami o własne kolana. Nic nie mówiąc, lewitowałam gigantyczną kopę śniegu i zwaliłam ją prosto na Thomasa — tak, że utonął pod białą górą wielkości Hagrida. Po błoniach poniosły się cztery kolejne śmiechy — Seamusa, Vipiego i Lavender z Parvati, które obserwowały tę bitwę spod wielkiego dębu. 

— Ale że Blaise… — wyszeptała Sapphire, odciągając mnie jeszcze trochę za ramię. — Myślałam, że on już kogoś ma, tylko trzyma to w tajemnicy jak zawsze. Wiesz, jaki on jest… A tu jak gdyby nigdy nic podchodzi do mnie zaraz po obiedzie i pyta, czy się przejdziemy. Podobno czekał do ostatniego momentu, bo myślał, że zejdę się z Draconem. Zgodziłam się, a on… — Urwała i jeszcze mocniej się zarumieniła. — A on dał mi różę. Wyczarował ją ot tak, z powietrza! 

— Ooo, naprawdę? — jęknęłam szczerze rozczulona. — Gdzie ją masz? 

Spostrzegłam w jej oczach cień dawnej hardości i błysk złośliwego uśmieszku w kącikach ust. 

— W dormitorium. Parkinson już urządziła sobie spa w naszym pokoju. I chyba Malfoy nas widział, jak rozmawialiśmy… ale to dobrze, niech nie myśli, że usycham za nim z tęsknoty czy coś… Niech sobie idzie z mopsicą, jeżeli chce. Jakoś nie widziałam kwiatka na jej szafce nocnej. — Ten fakt widocznie jeszcze bardziej poprawił jej humor, bo zachichotała w sposób, jakiego u niej jeszcze nigdy nie słyszałam. — Blaise zapytał, w jakim kolorze będę miała szatę, bo chciałby sobie transmutować poszetkę, żeby pasowała. Wyobrażasz sobie? Sophie, dlaczego ty idziesz na bal z Victorem? Nie wolałabyś iść z kimś, kto ci się podoba? 

Machnęłam ręką, czując, że i moje policzki nabrały kolorów. Z jakiegoś powodu uciekłam wzrokiem od oczu Sapphire — zdecydowanie zbyt przenikliwych. 

— Wolałabym, ale nikt aż na tyle mi się nie podoba — mruknęłam. — Zresztą i tak cały czas będziemy tańczyć razem, nie ma sensu zawracać komuś innemu głowy. 

Nie zagadywała mnie więcej, ale nie chciała też przyłączyć się do bitwy. W zamian za to przysiadła na chwilę obok Lavender i Parvati, ale i one bardzo szybko wróciły do zamku, kiedy zaczęło robić się ciemno. 

Oczywiście to nie było tak, że nie istniała osoba, z którą naprawdę chciałabym pójść na bal, ale pewnie nie zostałoby dobrze przyjęte, gdybym w Boże Narodzenie zjawiła się w Wielkiej Sali z kimś, kogo od lat uznawano za zmarłego. Poza tym i tak nic by z tego nie wyszło, ponieważ ten ktoś był wielce odpowiedzialny i rozsądny — zawsze, nawet wtedy, a może WŁAŚNIE WTEDY, kiedy w grę wchodziła dobra zabawa. 

Wojna zakończyła się bliżej nieokreślonym wynikiem, ponieważ wszyscy byliśmy już tak zziajani i przemoczeni, że dawno przestaliśmy liczyć, kto trafił kogo i z jakim skutkiem. Zamiast do dormitorium prosto pod gorący prysznic pobiegłam od razu do gabinetu nauczyciela obrony przed czarną magią, zahaczywszy tylko na moment o sypialnię Ślizgonek, gdzie ukryłam jedyny prezent, którego jeszcze nie wysłałam. Czekając pod drzwiami na charakterystyczny stukot drewnianej nogi, czułam w żołądku rosnący pęcherzyk ekscytacji pomieszanej z obawą znajomą z Oreżnowa, kiedy nadchodził czas, żeby przyznać się mamie do tego, że zrobiło się coś głupiego i teraz nie potrafiło się tego odkręcić. 

Otworzył mi jak zwykle w przebraniu Moody’ego — niezbyt zaskoczony samą wizytą, ale tym, jak wyglądałam.  

— Chyba powinnaś się przebrać. I ogrzać — dodał, gdy weszłam za nim do środka. 

Zatrzymałam się na moment przy wielkim, pękniętym lustrze z kotłującymi się w oddali kształtami. W mglistej powłoce zobaczyłam swoje niewyraźne odbicie — rozwiane włosy z topniejącymi plackami śniegu zlepiającymi część kosmyków, czerwona, roześmiana twarz z fioletowym śladem kulki ciśniętej niespodziewanie przez Deana i tak mokry, sfatygowany płaszcz, że mama na jego widok prawdopodobnie wylądowałaby w Świętym Mungu. Uśmiechnęłam się do siebie jeszcze szerzej i pociągnęłam Croucha dalej do sypialni, gdzie wcisnęłam mu w ręce paczkę.

Obejrzał ją z konsternacją, marszcząc już i tak pomarszczone czoło Szalonookiego, a ja splotłam ze sobą palce i podrygując delikatnie, czekałam na werdykt. Serce waliło mocno, jakbym wciąż obrzucała się z chłopakami śnieżkami. 

— Otwórz — ponagliłam go, czując niecierpliwość rozpierającą mi żołądek. 

— Och, to… krępujące, bo ja nic dla ciebie nie mam — odparł z zaskakującą szczerością, obracając w rękach niezbyt fachowo zapakowany prezent. Czarotaśma, którą skleiłam czerwono-zielony papier w choinki, wystawała spod złotej kokardy, która zresztą nie trzymała się tak solidnie, jak chciałam, bo kiedy Crouch obrócił pudełko do góry nogami, zawisła żałośnie na jednym maleńkim kawałeczku. — Szczerze mówiąc, w ogóle o tym nie pomyślałem, przykro mi. Dawno nie obchodziłem żadnych świąt. 

— Jak to: nic dla mnie nie masz? Uczysz mnie Imperiusa! Nawet nie wiesz, ile fajek koty wykradły dla mnie z torby Montague’a. Otwórz! 

Z komicznym skupieniem na twarzy rozrywał powoli kolorowy papier, aż jego oczom ukazało się pudełko po butach, a w nim album podobny do tego, jaki kiedyś oglądałam, ale bez wielkiego napisu Crouch na okładce. 

— Od teraz możesz zacząć gromadzić nowe wspomnienia — dodałam. — W środku masz moje zdjęcie z ostatniego występu w Leeds, możesz sobie wkleić, jeśli chcesz. 

Otworzył na pierwszej stronie i natychmiast zsunęła się z niej mała fotografia, którą złapał w powietrzu i obrócił, a na twarzy Moody’ego pojawił się jeden z tych uśmiechów, jakich prawdziwy eks-auror zapewne wolałby na niej nie oglądać — ciepły i czuły, łagodzący grube, błyszczące pasma blizn biegnących przez oba policzki. W sercu znów doświadczyłam małego wybuchu — podobnego do tego, kiedy Sapphire opowiadała o Zabinim. 

— Wiesz co — rzucił cicho, spoglądając na mnie znad albumu. — Może coś by się dla ciebie znalazło. 

Wsunął rękę do wewnętrznej kieszeni szaty i już wiedziałam, co zaraz z niej wyciągnie. Biała, niepodpisana koperta wylądowała na moich dłoniach, położona z taką ostrożnością, z jaką ksiądz podaje opłatek. Nie mogłam wyobrazić sobie lepszego zwieńczenia ostatniego przedświątecznego popołudnia. Zdjęłam płaszcz, mokre trzewiki i raz-dwa wszystko wysuszyłam, bo choć wiedziałam, że na list zostały rzucone wszystkie istniejące zaklęcia ochronne (w tym te zabezpieczające przed wilgocią), nie mogłam pozwolić, by zbliżyła się do niego choćby jedna kropla wody. 

— Trochę przykro — powiedziałam, moszcząc się w fotelu, który Barty przyciągnął mi pod sam kominek. — No wiesz, przykro, że dla nich wszystkich będą to bardzo nudne i smutne święta. Dosyć dziwne towarzystwo: Czarny Pan, Glizdogon, Nagini i twój ojciec. Och, dziękuję. 

Przyjęłam od Croucha szklankę gorącego kakao, a on sam uśmiechnął się lekko kątem ust. 

— Wątpię, by którykolwiek dbał o Boże Narodzenie. 

— Ja raczej miałam na myśli okazję do zrobienia jakiegoś interesu — wyjaśniłam ze śmiechem, podczas gdy Barty lewitował sobie filiżankę kawy do stolika. — Ludzie tego typu zawsze wykorzystują takie okazje, żeby knuć. Wiem, bo każdy konkurs, występ i koncert, w którym brałam udział, był tego pełen. Zwłaszcza na backstage’u. A teraz oni będą siedzieć sobie we czwórkę w wielkim domu, zmuszeni do słuchania Last Christmas w radiu. 

I on się zaśmiał niskim, chrapliwym śmiechem Moody’ego.  

— Masz rację, brzmi jak piekło. Jak nastrój przed występem? 

— McGonagall naciska na codzienne próby, ale dzisiaj dostałam wolne — odparłam rozpromieniona. — Oczywiście mam też zakaz szlajania się po błoniach, żeby się nie rozchorować… 

— Czego nie przestrzegasz. 

— Oczywiście. Ale ja się nie przeziębiam od tej historii z lisem, pamiętasz? 

— Pamiętam, pamiętam. 

Wciąż patrzył na mnie z pogodnym blaskiem w jedynym zdrowym oku, ale coś się w nim zmieniło — jakby ten przyjemny wieczór zaburzyło to jedno wspomnienie, które pojawiało się w najmniej oczekiwanym momencie, żeby zmącić spokój. 

Nie zagrzałam tam długo miejsca, choć ciepłe kakao, blask kominka, padający za oknem śnieg i towarzystwo Bartemiusza brzmiało dla mnie jak wieczór idealny, zwłaszcza po całym dniu spędzonym na zewnątrz z chłopakami. Wracając do dormitorium, wiedziałam, że w sypialni czekała mnie atmosfera poranka w dzień targowy i wcale się nie pomyliłam. Do tej pory jedyny barwny punkt naszego pokoju stanowiła malusieńka choinka przystrojona na złoto i czerwono przyniesiona przez Millicentę, ale kiedy tylko przekroczyłam próg, uderzył mnie prawdziwy korowód blasków i kolorów, głośne rozmowy, a zaraz potem duchota i mocny zapach owocowej herbaty. 

Dziewczyny zrobiły sobie dzień spa beze mnie, lecz tym razem wyjątkowo nie miałam im tego za złe. Czując na piersi obecność maleńkiej koperty, nie tęskniłam za plotkami i kręceniem włosów na wałki. 

Powinnam skupiać się wyłącznie na jutrzejszym występie, ale nie potrafiłam odciągnąć myśli od tego, przyniosłam w kieszeni.  

Zajrzałam tam dopiero po kolacji. Nie uczestniczyłam we wspólnym maseczkowaniu ani w malowaniu paznokci na czerwono, a żadna ze Ślizgonek nie była zaskoczona, że na dzień przed występem zasunęłam swoje kotary nienaturalnie wcześnie. Ignorując próby tłumienia chichotów koleżanek, cichutko rozkleiłam kopertę i palcami — jak zwykle odrobinę drżały — wysunęłam złożoną na pół karteczkę. 

Serce zabiło mi w piersi jak szalone, kiedy to zobaczyłam. Liścik był krótki i po francusku, pisany tą samą ręką — lekko i zamaszyście. 

 

Nie będzie to przyjemne, ale taka jest prawda — Twoja matka nigdy Cię nie chciała. Brzydziła się własnym pochodzeniem, nie potrafiła docenić krwi Salazara Slytherina, która nieszczęśliwie płynie i w jej żyłach. Liczyła, że może uda jej się wychować dziecko z dala od naszego świata, ale kiedy dostrzegła w Tobie pokłady mocy, których, jak szybko się zorientowała, nie zdoła poskromić, nie była w stanie dłużej Ciebie znosić, lecz to nie ona postanowiła umieścić Cię u Ghostów. Pewnie tego nie pamiętasz, ale zanim trafiłaś do Rosierów, a później do swojej obecnej rodziny, matka umieściła Cię w przytułku. Wiedziałem, co to znaczy, ponieważ sam się tam wychowałem. Nie chciałem dla Ciebie takiego losu. Spodziewałem się, że kiedy moją siostrę przytłoczy Twoje wychowanie, będę mógł sam się tym zająć, ale zanim to się stało, utraciłem swoją moc, a Rosier zrobił to, co jego zdaniem było dla Ciebie najlepsze. Dlaczego postanowiła zachować Twojego brata? Nie wiem. 

Teraz Ty mi o czymś napisz. Napisz o Ghostach. Chcę się dowiedzieć, czy jesteś w tej rodzinie szczęśliwa. 

 

Jak zwykle odczytałam to jeszcze kilka razy, by każde słowo dobrze zapadło mi w pamięci, a kiedy skończyłam, jeszcze przez długą chwilę leżałam na plecach i wpatrywałam się w ciemny baldachim, czując rosnące w klatce piersiowej ciepło.

Jak to możliwe, że stać go było na takie słowa, choć wszyscy bez wyjątku nazywali Voldemorta wcielonym złem? Wyglądało na to, że w każdym potworze tliła się odrobina uczucia — jakiś żal, tęsknota, może szczypta współczucia… Cokolwiek to było, skutkowało dobrem. Nie potrafiłam wyobrazić sobie lepszego miejsca niż Oreżnów i mimo tych wszystkich gorzkich słów, które dopiero co przeczytałam, nie potrafiłam ubolewać nad decyzją Melanii Serpens. 

Bardzo dobrze, że mnie oddała. Właśnie dzięki tej jednej rzeczy nie potrafiłam jej nienawidzić — niechcący uruchomiła ciąg wydarzeń, dzięki którym żyłam teraz najlepszym z możliwych żyć. 

Obróciłam się na brzuch i rozłożyłam sobie przybory do pisania, ale zanim sięgnęłam po długopis, z piersi zsunęła mi się koperta — zaskakująco ciężka jak na pustą kopertę. Zaciekawiona zajrzałam do środka i spostrzegłam przyklejoną do ścianki zżółkniętą karteczkę. Z bijącym mocno sercem wytrzepałam ją na poduszkę i musiałam przycisnąć sobie dłoń do ust, żeby nie krzyknąć. Z maleńkiego zdjęcia wielkości biletu na Hogwart Ekspres spoglądali na mnie Evan i Balbina na tle choinki. Oboje wciąż tacy młodzi i uśmiechnięci. Piękni jak dwa anioły. 

Cieniutka mgiełka łez na moment rozmazała obraz, ale pozbyłam się jej, szybko mrugając. Policzki zaczęły mnie boleć od uśmiechu. 

Ten z założenia nieprzyjemny list okazał się najprzyjemniejszy ze wszystkich, które do tej pory wysłał. Postawiłam zdjęcie na szczycie poduszki, opierając je o wezgłowie i tak pod okiem ciotki i wujka zaczęłam pisać odpowiedź. 

Również po francusku. 

Ze wszystkich rodzin, jakie mogłabym wybrać, gdybym miała taką moc, wybrałabym właśnie ich, chociaż prawie wszyscy to Gryfoni. O Serpensach nigdy nie myślałam jak o moich rodzicach. Nie miałam potrzeby nazywać mamy „mamą Bes”, a taty „tatą Sethim”, ponieważ mama zawsze była mamą, a tata tatą. To on nauczył mnie się porozumiewać, bo wcześniej mówiłam tylko po francusku, chociaż nie przypominam sobie, żebym zamieniła z Serpensem chociaż jedno słowo. Pamiętam, że zawsze zamykał się w pokoju i nie pozwalał dotykać instrumentów. Miał wielką kolekcję. A Sethi sam pokazał mi pianino i sam nauczył na nim grać, zachęcał do śpiewania i teraz wszystko, co potrafię, potrafię dzięki niemu. A mama…

 

*

 

Obudziłam się i to już. 

Wigilia. 

To było naprawdę dziwne uczucie — otworzyć oczy i zobaczyć szmaragdowozielone zasłony, a po ich rozsunięciu grzebiącą w kufrze Millicentę. Od zawsze w przeddzień Bożego Narodzenia witał mnie widok skośnego sufitu i zaśnieżony oreżnowski sad. 

Byłam cholernie ciekawa, co zastanę w Wielkiej Sali na niecałą dobę przed balem, ale kiedy dwie godziny później zjawiłyśmy się z Sapphire na późnym śniadaniu, z rozczarowaniem stwierdziłyśmy, że komnata wyglądała tak samo jak wczoraj. A jednak w powietrzu dało się wyczuć narastające świąteczne napięcie. Słodkie aromaty buchały z kuchni od samego rana i tylko mogłam sobie wyobrażać, jak pachniało w dormitorium Puchonów. 

Całe przedpołudnie spędziłam z Victorem, Seamusem i Deanem w klasie Flitwicka, grając w prowadzonego przez Vipiego „jednostrzała” w klimacie krwiożerczych świąt w świecie Cthulhu, a po ostatniej generalnej próbie w sali chóru sama zaszyłam się w niezbyt cichym salonie Ślizgonów, tworząc własną przygodę, w którą planowaliśmy zagrać w Sylwestra przed imprezą. Nie czułam samotności, której się obawiałam, spędzając Gwiazdkę poza domem i nawet te ozdoby — choć nie tak swojskie i kolorowe — poruszały w sercu prawie te same struny, które grały w Oreżnowie. Naprawdę przyjemnie było siedzieć sobie w pokoju wspólnym pod ciemnym oknem, popijać ukradzione z kuchni piwo kremowe, rozpisywać gotowe pomysły i raz na jakiś czas odrywać wzrok od pergaminu, żeby popatrzeć na olbrzymiego świerka w srebrze i złocie nieopodal rozpalonego kominka. 

A kiedy wszyscy powoli zaczęli przygotowywać się do uroczystej kolacji, poza błogim spokojem poczułam coś jeszcze — falę dzikiej ekscytacji. Jeszcze dwie godziny… jeszcze godzina… jeszcze trzydzieści pięć minut i wyjdę na scenę. 

Co prawda szaty wyjściowe obowiązywały dopiero jutro, ale już dziś prawie wszystkie uczennice postanowiły jakoś upiększyć się przed kolacją wigilijną. Prawie każda — dzięki gwiazdkowym zestawom Lady Magic-Manicure — miała długaśne, czerwone paznokcie, a zwykłe delikatne beżowe lub czarne cienie na powiekach zostały zastąpione przez kolorowe i błyszczące. I nikt — nawet Snape — nie mógł nic na to poradzić. 

Ja również byłam już gotowa. W szacie chóru i mocniejszym makijażu minęłam cztery stoły domów i ukrytymi schodkami dostałam się na backstage. Czekając na McGonagall, czułam w żołądku skurcz, ale nie taki, jak przed każdym występem, a jak przed złamaniem jakiegoś punktu regulaminu. 

 

~*~

 

Ten rozdział napisałam prawie w całości podczas mojego 12-godzinego wyzwania. Wahałam się, czy go ruszać, czy może zająć się czymś innym, bo to jednak nadal listopad, a tu już świąteczna atmosfera… Ale jak wstałam rano i zobaczyłam, ile przez noc nawaliło śniegu, decyzja podjęła się sama i jest. Zostało mi jeszcze ponad 5 godzin pisania, więc lecimy dalej, ale tym razem już coś aktualnego, a nie starocie. U starszej Sophie wyjątkowo też jest już prawie Boże Narodzenie. <3 

23 sierpnia 2008

21. Randki w składzikach na miotły


— Jego jajo wyje. 

Przesiadywanie w gabinecie nauczyciela obrony przed czarną magią stało się ostatnio moją ulubioną formą spędzania wolnego czasu. Wynikały z tego pewne korzyści, ponieważ już dawno nie miałam tak dobrych stopni z numerologii i historii magii, a Barty rozegrał przez ostatni tydzień więcej partii warcabów niż w ciągu całego swojego życia. Pogoda za oknem sprzyjała gniciu w zamku. Już dawno nie doświadczyłam tak mokrego, zimnego i szarego grudnia. 

— Okropnie wyje — dodałam. — Sama słyszałam. 

Siedział jak zwykle w przebraniu Moody’ego przy tym cholernie niewygodnym stoliku w sypialni i tonął w szkolnych wypracowaniach. 

— Nie angażuj się zbyt mocno. To niebezpieczne — mruknął, nie przestając notować. 

Uśmiechnęłam się, choć nawet na mnie nie patrzył. Zwycięstwo Harry’ego w pierwszym zadaniu nie uskrzydliło go ani trochę, jak gdyby było tylko jednym z oczywistych przystanków na drodze do celu, którym nie potrzebował się cieszyć. Spodziewałam się, że się obrazi, kiedy po wszystkim nazwałam go prawdziwym sztywniakiem, a on przytaknął i wrócił do pracy. Nigdy nie spotkałam tak zatwardziałego zadaniowca. Nawet Hermiona Granger miała w sobie więcej luzu. 

— Nie bój się, nie zrobi mi się nagle żal Harry’ego, jeśli będę używać jego imienia i porozmawiam z nim kilka razy na korytarzu — oznajmiłam lekko. — Poświęciłam kiedyś swoją elfkę, żeby zemścić się na Asmorghu Zdobywcy podczas wojny z Nilfgaardem, więc znam powagę sytuacji. 

Oderwał się na chwilę od pisania i spojrzał na mnie obojgiem oczu, a cień konsternacji pogłębił zmarszczki na jego czole. Roześmiałam się, bo bardzo często widziałam takie miny, kiedy wspominałam o swoich wiedźmińskich przygodach komuś, kto nigdy nie słyszał o grach fabularnych. 

— RPG. Wiedźmin. Nie? To taka gra — wyjaśniłam. — Miałam elfkę Nostellę, która straciła całą swoją rodzinę w łapance urządzonej przez Asmorgha. Nostella dostała szansę zemsty, bo odnalezienie Asmorgha okazało się prawie nie do zrobienia, ale Finnigan zgodził się nagiąć trochę zasady i nam w tym pomóc, jeżeli na końcu zmierzę się ze Zdobywcą. No, i Nostella zajebała Asmorgha, ale sama zginęła… Ech, przecież żartowałam. Naprawdę rozumiem, jaka jest stawka. Po czterech miesiącach możesz mi w końcu zaufać. 

Zaskoczenie na poszatkowanej twarzy Moody’ego z każdym kolejnym słowem zmieniało się w rozbawienie, a Crouch odsunął się nieco od stolika, z rozkoszą prostując plecy. 

— Nie chodzi o brak zaufania, ale o to, że może wydawać się podejrzane, że tyle wiesz — odparł równie miękko. — Nie do mnie należy ocena tego, czy można ci ufać. 

Powinnam poczuć ulgę, a jednak te słowa sprawiły, że mała szpileczka ukłuła mnie prosto w serce. Z dwojga złego chyba naprawdę wolałabym usłyszeć, że nie zasługiwałam na zaufanie. Wszystko było lepsze od tej koszmarnej neutralności.

— A właśnie, że do ciebie — oświadczyłam. — Bo mnie zależy, żebyś mi ufał. Ale masz rację, Harry musi sam sobie poradzić ze swoim wyjącym jajem. 

Zatrzasnęłam książkę do transmutacji, którą położyłam sobie godzinę temu na kolanach i od tamtej pory nie przewróciłam ani jednej strony. Zegarek na gzymsie kominka wskazywał niewyraźnie dwudziestą trzecią trzydzieści i wiedziałam, że Sapphire nie uwierzy, że spędziłam cały wieczór na błoniach, biegając, ale przynajmniej zdążę zająć łazienkę przed nią. 

— A ty nie masz już nic do nauki? — zagaił, obserwując, jak pakowałam do piórnika nietknięte przybory do pisania. 

Westchnęłam i przewróciłam oczami. 

— Jakbym słyszała mamę — mruknęłam. — Dogadalibyście się. Pourquoi? 

— Klasyfikacja? Na początku grudnia zawsze jest dużo pracy. Z tego, co wiem, biblioteka z dnia na dzień robi się coraz bardziej przeludniona. Wczoraj widziałem tam nawet twojego brata.

Wzruszyłam ramionami i zarzuciłam plecak na plecy. 

— Jestem skonana. McGonagall mnie ciśnie, prawie codziennie mam próby do występu świątecznego, bo wystawiamy skomplikowany magiczny pokaz, ćwiczę choreografię na konkurs — odpowiedziałam. — Poza tym planujemy z dziewczynami coś super, ale nie chcę ci wszystkiego mówić, bo to niebezpieczne i podejrzane, gdybyś tyle wiedział. 

Mrugnęłam do niego z uśmiechem, pomachałam na pożegnanie i pomknęłam w stronę wyjścia, jak zwykle odprowadzona przez magiczne oko. Imponowała mi jego dojrzałość i rozsądek, nawet to, jaki bywał zasadniczy, ale kiedy na tapet wpadał temat obowiązków szkolnych, Barty robił się upierdliwy jak Livia.

Doświadczenie nabrane przez lata szwendania się nocami po zamku pomogło mi dostosować krok do ciszy panującej na korytarzach, ale i tak miałam uszy otwarte, a oczy dookoła głowy. Tak na wszelki wypadek. Szkoła w okolicy północy paradoksalnie zdawała się żyć najbardziej, było słychać każde chrapnięcie portretu, skrzypnięcie zbroi, westchnienie drewnianych desek i wiatru za oknami. Byłam wyczulona na każdy szmer, a i tak prawie popuściłam ze strachu, kiedy zza drzwi jednej z komórek rozległ się jakiś ssąco-mlaskający dźwięk. W panice szurnęłam pod przeciwległą ścianę, cudem nie przewracając cokołu z tysiącletnim posążkiem, ale trąciłam go plecami i to wystarczyło, żeby potwór z kantorka się spłoszył. Sądząc po odgłosach, poleciały blaszane wiadra i jakieś szklane butle, a drzwi same się otworzyły i wypadły z nich miotły, ukazując jakiegoś opalonego chłopaka i… niekompletnie ubraną Livię. 

Jeżeli jakikolwiek widok mógł sprawić, że zaniemówię, to właśnie taki. 

Przeżyłam chyba najbardziej krępujące dziesięć sekund swojego życia, podczas których starałam się nie patrzeć, jak siostra bezładnie zapinała guziki koszuli, a jej towarzysz mocował się z rozrzuconą zawartością składzika. 

Spostrzegłam czarne włosy związane w kucyk i natychmiast rozpoznałam w nim tego samego ucznia Durmstrangu, z którym widziałam ją na trybunach podczas pierwszego zadania. Mimo nerwowych ruchów i wyraźnego zakłopotania wyglądał na bardzo przystojnego i w guście Livii: podkręcony, ciemny wąs i wysoka, barczysta sylwetka w typie Andrzeja Kmicica, w pasujących do śniadej cery krwistoczerwonych szatach — w tej chwili mocno wygniecionych i porozpinanych. 

— Co ty tu robisz? — rzuciła natarczywie, błyskając wściekle wytrzeszczonymi oczami. — Już prawie północ, dlaczego nie jesteś w dormitorium? 

— Miałam szlaban u Filcha — wypaliłam bez zastanowienia, przyglądając się, jak chłopak usuwał z podłogi jaskraworóżowy płyn do czyszczenia. Popłoch, w jaki wpadła Livia, dał mi szczątkowe poczucie przewagi. 

— U Filcha? 

— Tak. A ty? 

Rumieniec błyskawicznie wpełzł na jej policzki i byłam pełna podziwu, że dopiero teraz. Livia niby mimochodem odsunęła się od chłopaka na taką odległość, na ile pozwalały jej otwarte drzwi, a Bułgar nagle bardzo mocno zainteresował się ścianą po drugiej stronie korytarza. Napięcie w powietrzu było niemal fizycznie wyczuwalne. 

— A ja… ja pożyczałam od Evgenija książkę, bo… bo biblioteka była już zamknięta. 

Sama nie wierzyła w swoje kłamstwo, mówiły mi o tym jej rozbiegane oczy, ale grunt, by uwierzyła w moje. 

— Dobrze. No to… miłej lektury i dobranoc. 

— Dobranoc — odpowiedziała bardzo szybko i rozeszłyśmy się w różne strony, nawet na siebie nie patrząc. 

Zbiegając prędko po schodach do holu, czułam serce walące gdzieś w okolicy przełyku, jak gdybym to ja została przyłapana na migdaleniu się po nocach w komórce na miotły. I to jeszcze przez kogo. Przez siostrę, z którą aktualnie miałam kosę. Nie zazdrościłam Livii dzisiejszej nocy. Teraz, kiedy — bezpieczna i niewinna — czekałam w kolejce pod łazienką, aż Sapphire skończy suszyć włosy, nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Wyglądało na to, że żałoba po poprzednim chłopaku minęła i rozpoczął się proces wybaczania tej swojej głupiej, wrednej siostrze. 

Najwyższa pora. Kończył się pierwszy tydzień grudnia. 

A Evgenij był dużo przystojniejszy niż tamten liliput z Beauxbatons. 

 

*

 

Gdybym prowadziła pamiętnik, mogłabym w nim zapisać: sobota, szósty grudnia i nadal nie spadł ani jeden płatek śniegu. Za to pada. Koszmarnie pada. 

Byłam pewna, że gdyby w tym roku odbywały się szkolne rozgrywki quidditcha, boisko byłoby oblężone przez Gryfonów i Ślizgonów, którzy jako jedyni od lat przygotowywali się na najtrudniejsze warunki pogodowe. Ale teraz bure tereny wokół szkoły świeciły pustkami, chyba że ktoś z delegacji postanowił zaryzykować wycieczkę przez półpłynne błonia. Spodziewałam się, że wśród śmiałków wyjątkowo nie będzie Evgenija. Na śniadaniu usiadł najdalej, jak tylko się dało, a podczas obiadu, na który spóźniłam się po ćwiczeniach w sali chóru, nie spotkałam go wcale. Pochłonięta planowaniem kolejnej wizyty u Croucha i zgraniem jej z jeszcze jedną sekretną próbą z dziewczynami, możliwe, że na jakiś czas — prawdopodobnie do spotkania Vipiego — zapomniałabym o sprawie, gdyby nie kręcąca się pod Wielką Salą Livia. 

Pozwoliłam sobie na krótki uśmiech, widząc ją w perfekcyjnie wyprasowanej koszuli i idealnie ulizanych włosach spiętych w kucyk, z którego nie wymykał się ani jeden włosek. Intensywny wzrok siostry sprawił, że szybko przybrałam możliwie jak najbardziej niewinny wyraz twarz. Chciałam przystanąć, ale ona natychmiast zaciągnęła mnie w najbardziej odludną o tej porze dnia część sali wejściowej. 

— Wczoraj nie pożyczałam żadnej książki — wypaliła Gryfonka. 

— No co ty, nie gadaj — odparłam, nie kryjąc ironii. 

Nie skomentowała tego. 

— Spotykam się z Evgenijem. 

Dłonie, którymi ściskała mnie z całej siły za nadgarstki, były wilgotne i lodowate. W pierwszej chwili naprawdę miałam ochotę parsknąć śmiechem, ale widok tych okrągłych, pełnych oczekiwania i strachu oczu spowodował, że znów poczułam się zbita z tropu — podobnie jak wczoraj, kiedy Livia w pośpiechu próbowała doprowadzić ubranie do porządku. Jakby stała przede mną zupełnie inną osobę. Ten sam blond koński ogon, ta sama perfekcyjnie, prawie niewidocznie umalowana buzia, te same jasne oczy, ale nie ta Livia. Zupełnie inna energia. 

Wtem doznałam tego samego szoku co podczas pierwszego zadania, gdy pracownicy ministerstwa wprowadzili pierwszego smoka — ja już nie tylko podejrzewałam, jakie emocje targały moją siostrą. Ja byłam w stanie poczuć to wszystko na każdym odsłoniętym kawałku swojego ciała. Na dłoniach, przegubach, na kawałku szyi i bezpośrednio na twarzy. Nie tak intensywnie, jak wtedy na trybunach, o nie, to było po stokroć bardziej łagodne i jasne, lecz sposób był bardzo podobny. Jakby owionął mnie ciepły, niespokojny powiew tchnący czymś słodkim i rozpaczliwym. Nie miałam pojęcia, jak to nazwać. 

Musiałam zamrugać, żeby ocknąć się z tego niespodziewanego wrażenia. 

— Très bien… — wydukałam. — Nie wiem, co mam ci powiedzieć… to dobrze? 

— Właśnie chodzi o to, żebyś nic nie mówiła. Nikomu — wyszeptała z naciskiem, jeszcze mocniej wpijając się palcami w moje nadgarstki. — No wiesz… nikomu-nikomu

— W sensie… Vipiemu…? 

— NIKOMU. Ta papla zaraz każdemu wypaple, a w Gryffindorze teraz każdy kibicuje Harry’emu, nie chcę, żeby ktoś mnie brał za… zdrajczynię czy coś… Proszę. — Desperacja w jej głosie wydała mi się złowieszcza. — I rodzice… nie chcę, żeby się dowiedzieli po tym, co było na wakacjach. Proszę, jesteś mi to dłużna. 

Początkowo naprawdę zrobiło mi się jej żal, ale ostatnim zdaniem wymazała całą empatię, jaką do niej poczułam. Opuściłam ręce, które zaskakująco łatwo wyślizgnęły się z jej mokrego uścisku. 

— Dłużna? A to niby dlaczego? — oburzyłam się. 

— Nie wymsknie mi się o szlabanie u Filcha. Swoją drogą, za co tym razem? 

— Nie twoja sprawa — burknęłam. Lustrowałyśmy się przez dłuższą chwilę, podczas gdy hol powoli się wyludniał i nasza rozmowa w zacienionym kącie przy balustradzie zaczynała wyglądać coraz bardziej podejrzanie. W końcu westchnęłam ciężko i skinęłam głową. To była uczciwa umowa, zwłaszcza że i tak nie zamierzałam pisać o tym rodzicom, a wolałam utrzymać w jak największej tajemnicy swoje nocne eskapady. — Dobra. Ale wszystkie moje szlabany do końca tego roku zostają między nami, compris

Uniosła brew, odzyskując odrobinę dawnej liviowatości

— Wszystkie szlabany do końca roku? Planujesz jeszcze jakieś? 

— Bądźmy poważne…  

— Niby tak. — Gryzła się jeszcze przez moment w duchu, aż i ona wypuściła mocno powietrze przez nos i dodała: — Okej. Ale NAPRAWDĘ ani słowa. Zwłaszcza Victorowi. 

— Okej… Skąd ty go w ogóle wytrzasnęłaś? Poza Krumem nie widziałam, żeby któryś szwendał się po Hogwarcie. 

Teraz, kiedy atmosfera między nami się rozluźniła, ruszyłyśmy powoli najpierw w kierunku schodów, a później na górę, zachowując bezpieczny dystans od ostatniej grupki Gryfonów wracających z obiadu. Spostrzegłam, że policzki Livii znów spowił rumieniec, ale tym razem nie tak intensywnie różowy, a delikatny, prawie uroczy — na tyle, na ile mogłam nazwać ją uroczą

— Poznaliśmy się w bibliotece — odpowiedziała, uśmiechając się do siebie. — Chcieliśmy wypożyczyć tę samą książkę. Jak gobliny wkurzyły olbrzymów i żałowały

Romantyczne jak walki olbrzymów z goblinami. 

— I co, to coś poważnego? 

— Nie wiem, bardzo bym chciała… a jak tam ten twój plebiscyt? Jeszcze miesiąc, co? 

Nie zaprzątałam sobie tym głowy, dopóki Livia nie zapytała. Na dużej scenie czułam się zawsze jak ryba w wodzie, ale nie wchodziłam na nią prawie od roku i nagle to, co zjadłam na obiad, zrobiło w moim żołądku salto. Dokładnie tak. Trzydzieści siedem dni. Raczej nie miewałam tremy przed występami — nawet przed dużą publicznością — ale tym razem na samą myśl o błyskających fleszach i samonotujących piórach smagających mnie ogonkami po nosie zrobiło mi się odrobinę za ciepło. 

Całe szczęście ta rozmowa była już na tyle niezręczna, że Livia nie zwróciła uwagi na to, co rozkwitło mi purpurą na twarzy.

— Tak, to będzie naprawdę zaskakujące — mruknęłam, przeciągając ironicznie sylaby. — Tak zaskakujące, że wszystkim pospadają kapcie. 

Zwłaszcza McGonagall. 

 

*

 

Zachowanie tajemnicy Livii w sekrecie przed Victorem działało przez cały weekend, ale od poniedziałku zaczęło szwankować, a ja nie miałam pojęcia dlaczego. Raz czy dwa przyłapałam go na tym, jak lustrował mnie podczas śniadania i sama zaczęłam kwestionować swoje mistrzostwo w sprawianiu wrażenia niewinnej. Prawie niczego przed sobą nie ukrywaliśmy i po obiedzie byłam już pewna, że chodziło albo o Barty’ego, albo o Evgenija Koleva. 

Paląc w samotności na parapecie w sowiarni, starałam się wszystko podsumować. Do tej pory udawało mi się trzymać Croucha w tajemnicy. Mogłam śmiało powiedzieć, że wykazałam się — przynajmniej w moim wypadku — trudnym do wyjaśnienia rozsądkiem, a czas spędzany na próbach znacznie poobcinał wszelkie wycieczki do gabinetu nauczyciela obrony przed czarną magią. Innymi słowy — nic się nie zmieniło. 

Natomiast Livia… 

Żałowałam, że nie mogłam tak po prostu wejść bratu do głowy, jak wydawał się to robić Snape. Dodatkowo miałam solidne wątpliwości, by Victor z dnia na dzień nauczył się legilimencji i nabył umiejętność forsowania mojej bariery ochronnej. A jednak stawał się dziwnie milczący, kiedy szliśmy razem na fajkę, podczas posiłków bez przerwy uciekał wzrokiem do części stołu, przy której siedziała delegacja Durmstrangu i najgorsze w tym wszystkim było to, że i ja zaczęłam to robić. 

Paranoja. 

Okazja do dłuższego spotkania nadarzyła się dopiero po lekcjach. Wiedziałam, że coś się święciło, czując na korytarzu smród przypalonej szaty zapowiadający nadejście Neville’a, ale dopiero widok Vipiego, kiedy ten pojawił się na błyszczącym od deszczu dziedzińcu, wywołał we mnie mały szok. W odróżnieniu od Longbottoma poza zapachem palonej odzieży przyniósł ze sobą jeszcze smród wędzonego mięsa. 

— Przypomnij mi, dlaczego wybrałem opiekę nad magicznymi stworzeniami? — sapnął, ciskając torbę pod murek zadaszenia osłaniający placyk przed grudniowym wiatrem. 

— Cytuję: nie zamierzam siedzieć po nocach nad jakimiś durnymi wzorkami na runy, a z Hagridem będziemy mieć lajtowo

Zrobił minę, unosząc zaczerwienione i pokryte pęcherzami ręce. Z kilku największych bąbli sączyła się jakaś cuchnąca, przezroczysta ciecz. Całe moje dzieciństwo było pod symbolem poobdzieranych nóg, siniaków i strupów na kolanach, ale i tak skrzywiłam się z niesmakiem. Bez pytania wzięłam dłoń Victora i zaczęłam powoli przesuwać po niej różdżką — z góry na dół i z powrotem — recytując w pamięci: Vulnera Sanentur, Vulnera Sanentur, Vulnera Sanentur. 

— Kiedyś go zamkną za te sklątki i przysięgam, nie będzie mi go szkoda — marudził, krzywiąc się raz po raz, kiedy chłodny powiew omiatał największe pęcherze. — A sklątki do utylizacji. 

— Fais chier, aż tak? — mruknęłam. 

— Zgadnij, dlaczego nie poszedłem do pani Pomfrey? — syknął jadowicie, odwrócił się i podkasał tył szaty, nie zważając na opuchnięte palce. 

Musiałam użyć całej swojej silnej woli, żeby nie parsknąć śmiechem. 

Czarne spodnie od mundurka miał przepalone na wylot dokładnie na wysokości siedzenia, a wystający przez dziurę kawałek uda i pośladka również nosił na sobie pokaźny ślad po oparzeniu. Zrobiłam bardzo zmartwioną minę, czując narastające drżenie podbródka.

— O, sacrebleu… — wymamrotałam, przykładając sobie rękę do ust. — No… tak, faktycznie może lepiej, żeby nikt tego nie zobaczył… 

— Co masz na myśli? 

Skupiłam się z powrotem na jego okaleczonej dłoni, ale kątem oka spostrzegłam, że znów patrzył na mnie w ten sam sposób, co w Wielkiej Sali. 

— Nie, nic, po prostu też bym nie chciała, żeby cała klasa oglądała, jak pielęgniarka naprawia mi siedzenie. — Jeszcze chwilę przesuwałam różdżką to w górę, to w dół, aż skóra wessała białe zgrubienia i teraz zostało na niej tylko delikatne zaczerwienienie. — Dawaj drugą. 

— Ty coś wiesz — wypalił nagle, mrużąc oczy. 

— Ja? — Rzuciłam mu wyzywające spojrzenie. — A może ty? 

Życie z braćmi nauczyło mnie, że prawie zawsze najlepszą obroną był atak, więc dla podbicia efektu niby przypadkiem wbiłam palec w wilgotną ranę nad kanałem nadgarstka, aż Vipi zaskomlał przez zaciśnięte zęby. 

Tak. Z całą pewnością wiedział o Livii. Nie bawiłby się w podchody, gdyby chodziło o naprawdę poważny temat, ale dlaczego jej po prostu nie wsypał? Jego też zaszantażowała? Spróbowała wzbudzić litość? Albo oba na raz? Była inteligentna, ale czy cwana? Oboje zamilkliśmy na moment, zerkając na siebie co chwilę, a napięcie rosło na tle szumu rozbijającego się o bruk deszczu. Teraz już nie chodziło o samą Livię, a nietypowy brak zaufania, jaki między nami zawisł. 

Jemu chyba też przyszło to do głowy, bo dziwny upór przygasł w jego oczach, a Vipi burknął: 

— Może i coś wiem… 

— Coś o… schadzkach…? 

— W klasach…? 

— …w składzikach na miotły? 

Victor cofnął rękę, chociaż nie była jeszcze do końca wyleczona. Oczy znów mu błyszczały. 

— Livia i ten, no… 

— Evgenij Kolev. 

— Tak! — wykrzyknął. — Skąd o tym wiesz? 

— Przyłapałam ich w skrytce na miotły. Dosłownie chwilę przed północą — odparłam z diabelskim uśmieszkiem. — A ty? 

— Kilka razy wróciła do dormitorium po ciszy nocnej i w końcu postanowiłem ją śledzić — powiedział bardzo z siebie zadowolony, ale natychmiast skrzywił się z odrazą, jakby zaleciał go smród z dawno nieposprzątanej łazienki. — Obściskiwali się w klasie zaklęć. Normalnie i bezwstydnie na katedrze Flitwicka. Widziałem przez dziurkę od klucza. 

No pewnie, że przez dziurkę od klucza, bo jak inaczej? Uśmiechnęłam się do siebie i pokiwałam z uznaniem głową — czyli właśnie tak wyglądała ta słynna gryfońska odwaga. Co jak co, ale za żadne skarby świata nie posunęłabym się do tego, żeby podglądać Livię. 

— Ciekawe, dlaczego trzyma to w tajemnicy — dodał, odwracając się, żebym mogła odczarować mu siedzenie. — Myślisz, że to coś poważnego? 

— Czy ja wiem? Skoro tylko się całowali… zresztą to Livia, u niej nic nie jest na stałe. Myślę, że raczej się boi, że będziecie ją oceniać, bo umawia się z chłopakiem z Durmstrangu. Wiesz, po tym, jak Harry zaszalał na pierwszym zadaniu. Podobno cały Gryffindor mu kibicuje, a wiesz, jaka ona jest przewrażliwiona na punkcie tego, co ludzie powiedzą. 

— Wiem, ale to jest kretyńskie. 

— I ty mi to mówisz…? 

Urwałam i natychmiast zerwałam się na nogi, a Victor w ostatniej chwili zamachnął się szatą, żeby ukryć nieszczęśliwie poraniony tyłek, bo zza winkla wyłonił się Seamus — zdyszany, w przemoczonym mundurku i cały przesiąknięty smrodem spalenizny. Obie ręce miał owinięte czymś, co przypominało niezbyt czyste onuce. Widząc nas, stanął jak wryty. 

— Co tu robicie? — spytał zdumiony. 

— Palimy — odpowiedzieliśmy zgodnie, choć żadne z nas nie trzymało w ręku papierosa. 

Finniganowi najwyraźniej niewiele było potrzeba, bo tylko wzruszył ramionami i jak gdyby nigdy nic wyciągnął kalendarz. 

— Neville mówił, że was tu widział. To co, kiedy Wiedźmin? Mogę codziennie wieczorem do końca tygodnia, Dean też, tylko nie dzisiaj, bo odrabia szlaban u Snape’a. 

Błądząc myślami dookoła tematu siostry, bąknęłam coś niezrozumiałego. W tym momencie byłam przekonana, że nie groziła mi żadna poprawka i dostarczyłam raczej wszystkie zaległe eseje. 

Raczej. 

— Eee… ja też. Chyba. 

— Dobra, to zapisuję was na jutro. Zaraz po kolacji w klasie Flitwicka, co? 

Jak na komendę spojrzeliśmy na siebie przerażeni, a Victor natychmiast zaproponował inną losową nieużywaną salę. Na myśl, że Livia i Evgenij mogliby wpaść na nas w środku sesji, coś przewróciło mi się w żołądku. I nie byłam pewna, czego bardziej się bałam — odwetu, jaki mogłaby poczynić, żeby odwrócić od siebie uwagę, czy tego, że naprawdę stałaby się pośmiewiskiem jako ta praworządna uczennica łamiąca regulamin. I to z kim.

         Z chłopakiem z Durmstrangu.

Oboje odetchnęliśmy, kiedy Finnigan udał się do pani Pomfrey wyleczyć oparzenia, ale wcale nie zrobiło mi się lżej na sercu. 

— I co robimy? — zapytał Vipi, kiedy ruszyliśmy w drogę powrotną do zamku. 

W takich chwilach jak ta ubolewałam nad tym, że Hogwart nie posiadał jakiejś ogólnodostępnej świetlicy, w której można było usiąść i podyskutować bez udawania, że odrabiało się pracę domową. 

— Nie mam pojęcia. Chyba trzeba będzie ją uświadomić, że wiemy… że wiemy.  

Ale to okazało się o wiele trudniejsze, niż się spodziewaliśmy, ponieważ żadne z nas nie miało pomysłu, w jaki sposób należało ją uświadomić. Włóczyliśmy się po korytarzach dobrą godzinę, szczegółowo omawiając ten temat — zdecydowanie zbyt szczegółowo jak na powagę sytuacji, ale oboje odnajdywaliśmy w tym pewną satysfakcję, jakby nasze plotkowanie zostało usprawiedliwione. Przecież robiliśmy to dla dobra siostry. 

Trwało to cały poniedziałkowy wieczór, a następnie całe eliksiry i zaklęcia, które Gryfoni i Ślizgoni odbywali wspólnie. Podczas praktycznych zajęć z Flitwickiem, na których ćwiczyliśmy zaklęcie odsyłające, mogliśmy swobodnie rozmawiać, natomiast w lochach zapisaliśmy prawie sto malutkich karteczek pergaminu, które przekazywaliśmy sobie między lawendą, miętą pieprzową i suszonymi kawałeczkami krokodylego serca. Pod koniec lekcji Victorowi zamiast Eliksiru Uspokajającego udało się uwarzyć wielką, czarną kluchę, a ja — pochłonięta korespondencją — zatrzymałam się na cuchnącej bazie zawierającej kawałek rozpuszczonej stalówki i moją gumkę do włosów. Sądziłam, że upiekło nam się tylko dzięki Neville’owi, który odwrócił uwagę Snape’a, rozpuszczając kociołek, blat i kawałek własnego buta. 

Oszukiwanie Livii okazało się dużo łatwiejsze niż oszukiwanie siebie nawzajem, ale po obiedzie w końcu uznaliśmy, że tak dłużej być nie mogło. Nie czułam się komfortowo, wchodząc z nią w dziwne pakty, nawet gdybym miała ograniczyć swoje nocne eskapady na drugie piętro. Zaczailiśmy się na Livię u stóp schodów prowadzących do wieży Gryffindoru. Wkroczyłam niejako na nieznany mi teren, bo mimo moich kumpelskich relacji z niektórymi Gryfonami, nie zapuszczaliśmy się nawzajem pod swoje dormitoria. Podobnie jak w okolicy tajnego przejścia do salonu Ślizgonów, tutaj również znajdowały się publiczne toalety i właśnie tam — za spiralną poręczą dokładnie naprzeciwko drzwi — przytuliliśmy się do ściany i nasłuchiwaliśmy ostrego, przyśpieszonego stukotu. 

Gra w rozpoznawanie kroków, w którą bawiliśmy się w przeszłości na wakacjach, przyniosła teraz niespodziewane korzyści. 

Dokonaliśmy zmasowanego, dwuosobowego ataku. Mój marny wzrost zrekompensowała masa Victora i sekundę po tym, jak Livia pojawiła się na korytarzu, została przez nas wciągnięta prosto do damskiej toalety. Przerażona odskoczyła w ciemność i zanim zapaliły się lampy, zderzyła się plecami z umywalką. 

— Auu! Co wy… zwariowaliście…? — wydusiła z siebie, z trudem łapiąc oddech. W pierwszej chwili wyglądała na rozwścieczoną, ale widok naszych poważnych, zaciętych twarzy musiał sprowadzić ją na ziemię, bo zapytała już dużo spokojniej: — Co was ugryzło? 

— Wiemy o Evgeniju — rzucił stanowczo Victor. — To znaczy… wiemy, że wiemy. 

— I uważamy, że postępujesz głupio — dodałam. 

Chyba się zmieszała, bo poruszyła się nerwowo, patrząc rozbieganym wzrokiem to na mnie, to na brata, usta zadrżały jej, jak gdyby miała zamiar powiedzieć coś na swoją obronę, lecz nagle pobladła twarz siostry stężała, czoło wyprasowało się, a oczy nabrały takiej surowości, jakiej jeszcze u niej nie widziałam. 

— Nie prosiłam was o opinię — oznajmiła, prostując się — tylko o dyskrecję. I tak to jest o coś was prosić. Właśnie TACY jesteście. Skoro już sobie nawzajem wszystko wygadaliście, to chociaż bądźcie tak mili i zachowajcie to dla siebie, jasne? 

Przygotowując się na to spotkanie, nie byłam ani trochę zestresowana, ale w tym momencie doświadczyłam nieprzyjemnego tąpnięcia w żołądku, takiego, jakie czuje się wtedy, kiedy rozmowa, na której nam zależy, idzie nie w tym kierunku, w którym się zakłada. Popatrzyliśmy na siebie z Victorem i zdałam sobie sprawę, że on również był zbity z tropu. 

— Ale… — Zawahał się. — My nikomu nie zamierzaliśmy tego rozpowiadać, po prostu domyśliliśmy się… 

Urwał, więc postanowiłam go wesprzeć. 

— I chcieliśmy ci powiedzieć, że nikt nie pomyśli, że jesteś jakąś zdrajczynią, bo umawiasz się z kimś spoza Hogwartu. A jeśli tak, to jebać takich przyja… 

— Dobra, dobra — przerwała mi rozdrażniona. — Zachowajcie te swoje mądrości dla siebie i nie wtrącajcie się, co? 

Roztrąciła nas brutalnie ramionami i wymaszerowała z łazienki, trzaskając drzwiami. Miniaturowa ikona z gryfem w spódniczce zawieszona tuż pod okrągłym okienkiem tańczyła radośnie, szczerząc kły w idiotycznym uśmieszku, wyśmiewając nasze niepowodzenie. Spojrzałam na Vipiego, który odetchnął zrezygnowany i klapnął na zamkniętym sedesie w otwartej kabinie. 

— I co teraz? 

Wzruszyłam ramionami, choć w środku wszystkie wnętrzności krzyczały niezadowolone po tym niesprawiedliwym traktowaniu. W głowie na eliksirach ta rozmowa miała zdecydowanie inny przebieg, a na końcu Livia uśmiechała się z wdzięcznością i dziękowała za zapewnienie, że zawsze przy niej będziemy. 

No tak, zapomniałam, że to przecież Livia. 

— Nic. Jeżeli chce się obcałowywać z tym kolesiem po kanciapach, to niech sobie żyje w oblężonej twierdzy, na zdrowie — mruknęłam. Teraz mnie powoli zaczęła się udzielać jej złość. — Najwyżej wpadną na nas, jak będziemy szlachtować utopce. 

— I bardzo dobrze — podsumował. 

Rozeszliśmy się w milczeniu, każde pogrążone we własnych myślach. Czułam się dziwnie zmieszana po tej rozmowie — jakby siostra po części miała rację. Może i wtrąciliśmy się w sprawę z Evgenijem, ale czy ona na bieżąco nie wtrącała się w nasze życia? Miała pretensję o zerwaną umowę ze Spellphonium, odgrażała się, że doniesie rodzicom o fajkach i szlabanach i za każdym razem padał ten sam argument: jestem starsza. Miałam ochotę się komuś wygadać, ale Sapphire zniknęła zaraz po lekcjach, a Barty był ostatnią osobą, z którą chciałam poruszać ten temat. 

Dziecinny temat. 

Dużo zyskałam na spędzaniu czasu w jego towarzystwie. Dzięki niemu potrafiłam już zmuszać koty do podkradania drobnych przedmiotów z torby Pansy Parkinson, miał ogromną wiedzę z wielu tematów, pomagał mi przy pisaniu esejów i był jak chodząca encyklopedia, ale nie chodziło tylko o same korzyści. Po prostu lubiłam go. Nawet w tych nudziarsko-sztywniackich momentach i w przebraniu Moody’ego. Naprawdę go lubiłam i bardzo chciałam, żeby nareszcie przestał widzieć we mnie tego dzieciaka, jak czasami zdarzało mu się do mnie zwracać. 

Wyrzuciłam Livię z głowy dopiero trzy godziny później, kiedy przed kolacją zaczęłam pakować się na sesję. W pośpiechu przewalałam kufer w poszukiwaniu notatek, które sporządziłam sobie specjalnie na to spotkanie, kiedy na korytarzu rozległy się znajome przyśpieszone kroki, a chwilę później do sypialni wparowała Sapphire. Zanim ją zobaczyłam, poczułam ją — delikatną burzę, bardzo podobną do tej, z którą zetknęłam się podczas mojej nocnej rozmowy z siostrą. Natychmiast wypuściłam z rąk pęk rulonów i przysiadłam na piętach, ale nie zdążyłam się nawet odezwać, bo uderzył mnie niespodziewany widok zaciśniętych ust i rozmazanego makijażu. 

Sapphire przypominała teraz wściekłą pandę. 

— Co się…? 

— Nie interesuj się! — warknęła, przecięła pokój jak strzała i zamknęła się w łazience, z której prawie natychmiast poleciał dźwięk szumu wody w umywalce. 

Zupełnie zdezorientowana klapnęłam z powrotem na podłodze. Byłam przyzwyczajona do melancholijnych stanów przyjaciółki, jej wieczornego wylegiwania się w łóżku, obojętnych min i irytującego pofukiwania, ale prawie nigdy nie pokazywała łez. Nie tak otwarcie. A teraz, gdy przebiegała obok, byłam przekonana, że skrzywiła się jak na moment przed płaczem. 

Notatki znalazłam dziesięć minut później i przez cały ten czas towarzyszyła mi cisza, a ja znów biłam się z myślami. Zapukać? Nie zapukać? Odejść? Nie, chyba nie wypadało. Kilka razy podchodziłam do drzwi i przykładałam ucho do dziurki od klucza, ale poza płynącą wodą nie usłyszałam niczego, nawet tłumionego szlochu. 

Z bijącym sercem zaryzykowałam. 

Zapukałam. 

Nic. Cisza. 

Westchnęłam i podobnie jak przy sprawie z Livią — nie pomogło. Najwidoczniej faktycznie miałam się nie interesować. 

Odwróciłam się i zostawiłam przyjaciółkę w spokoju, będąc prawie pewna, że i tym razem chodziło o jakieś składzikowe randki. 

 

~*~

 

Wracam na chwilę do betowania Siostrzenicy, bo 1) trwa NaNoWriMo, 2) jutro czeka mnie 12-godzinny maraton pisania (tak na wszelki wypadek, jakby podczas samego NaNo było mi za lekko). Zobaczymy, ile uda mi się napisać, ale celuję przynajmniej w jeden rozdział, a później się zobaczy. Wyjątkowo na tegoroczne NaNoWriMo nie miałam żadnej konkretnej historii do nadgonienia i w sumie po zeszłym i jeszcze poprzednim listopadowym wyzwaniu cenię sobie tę wolność.