31 maja 2010

Rozdział 264

Drugi raz tej nocy coś mnie obudziło. Były to jakieś trzaski, jakby ktoś próbował dostać się do mojego pokoju przez okno. Uniosłam się nieco na łóżku i ubrałam okulary, leżące na szafce nocnej. Kiedy wytężyłam wzrok zauważyłam, że rzeczywiście ktoś jest za oknem. I rzeczywiście ten ktoś próbował dostać się do środka. Zobaczyłam tylko mignięcie otwieranej szyby, burzę czarnych, rozwianych włosów i postać mężczyzny, który wylądował tuż przy moim łóżku.
- Armand – wyszeptałam. – To ty?
- Tak – odpowiedział, uspokajająco gładząc moje włosy. – Magnus mi powiedział… Nie mam do ciebie żalu, potrzebowałaś tego.
- Potrzebowałam – zgodziłam się. – Ale… Armandzie, nie chcę od ciebie krwi. Wystawiłam się na słońce po to, żeby odżyć. Muszę sama sobie poradzić.
Wampir przygryzł na chwilę wargi, przypatrując się mojej prawej ręce.
- Dobrze, to twoja decyzja – mruknął. – Jeśli jednak zmieniłabyś zdanie… Wiesz, że jeżeli odniosłaś ostatnio jakieś rany, mogą się na nowo otworzyć. Gdybym dał ci krew, nie groziłoby ci to.
- Jeśli coś takiego się stanie, to będziesz wiedział – odparłam.
Milczeliśmy przez chwilę. Podczas tej kłującej w uszy ciszy zerknęłam na zegarek. Wskazywał dwadzieścia minut po drugiej. Znów poczułam się zmęczona, ale obecność Armanda nie pozwoliłaby mi zasnąć. Podczas gdy on wzrok miał utkwiony w podłodze, pogrążony we własnych myślach, ja dyskretnie mu się przyglądałam. Znów wydał mi się piękny, długie, czarne rzęsy ocieniały mu zapadnięte, białe policzki. Nie wyglądał wcale jak maska, przeciwnie, na jego twarzy malował się niepokój i zaduma. Włosy miał trochę napuszone, a ubrany był, co mnie zdziwiło, w szkarłatny płaszcz, co było raczej zwyczajem Mariusa.

- Kradniesz styl Mariusa? – zapytałam.
Armand drgnął na dźwięk mojego głosu. Uśmiechnął się krzywo, zupełnie jakby myślami nadal był daleko stąd.
- Nie, taki po prostu kupiłem płaszcz – odparł. – Nie mam takiego świra jak Marius. Mimo że to wielki wampir i czarodziej, jest trochę…
Skwitowałam to śmiechem. Skąd ja to znam. Dziwne. Wielcy ludzie, zamiast zachowywać się poważnie, jak na ich pozycję przystało, robią na odwrót i są zupełnie inny, niż by od nich oczekiwali tego wszyscy. Chociaż powiem szczerze, że Marius budził we mnie spory respekt, nie było chyba osoby, do której żywiłam taki szacunek. Nigdy nie dał mi się poznać z tej swojej „stukniętej” strony.
- Dlaczego nosisz okulary? – spytał cicho Armand, patrząc mi tym razem prosto w oczy.
- Rodzice też mnie o to pytali – odpowiedziałam. – Słabo widzę. Ale to z czasem ustąpi. Tak samo jak moje ciało znów przybierze normalny kolor i konsystencję. Teraz nie przypomina skóry, tylko jakieś suche płaty uschniętej trawy.
Z wyrazem bezgranicznego obrzydzenia na twarzy spojrzałam na swoje trupie dłonie. Zawsze miałam długie, chude palce, ale teraz wyglądały jeszcze bardziej nienaturalnie, niż zwykle. Opadłam z powrotem na poduszki. Armand miał rację. Stare rany chyba się zaczynały powoli otwierać albo po prostu ja byłam osłabiona. Wolałam na wszelki wypadek jednak nie nadwyrężać kręgosłupa.
- Po co tu przyszedłeś? – zapytałam Armanda.
- Chciałem cię zobaczyć – rzekł. – Tęskniłem za tobą. Tak długo się nie widzieliśmy.
Pochylił się, żeby pocałować moje spierzchnięte usta. Nie poczułam się skrępowana. Między mną a Armandem taka pozostawała czułość, mimo że o mało nie zniszczyło to mojego i Barty’ego uczucia.
- Jesteś zmęczona, śpij – dodał już o wiele ciszej. – Bardzo ci to będzie teraz potrzebne.
Zdjął mi okulary, a palcami zamknął moje powieki, które natychmiast rozwarłam.
- Zostań jeszcze chwilę – poprosiłam.
- Zostanę tak długo, dopóki nie zaśniesz.
Z ulgą zamknęłam oczy. Poczułam, jak włosy Armanda łaskoczą mi twarz, a on całuje mnie lekko w policzek. Za sprawą jego magii odpłynęłam w krainę snów, gdzie mogłam na chwilę odciąć się od moich problemów…

*

Rano Armanda już nie było. Nic zresztą dziwnego, słońce zrobiłoby z niego to, co ze mną. Okulary leżały porzucone na poduszce obok mnie. Mój Mistrz musiał je tam zostawić, zanim odszedł. Wcisnęłam je sobie na nos i odnalazłam słabym wzrokiem zegar. Wskazywał dziewiątą rano. Niemożliwe, że tak długo spałam. Chciałam się poruszyć, wstać, ale nie mogłam. Kiedy podniosłam się trochę, poczułam, jakby moje kości były w wielu miejscach złamane. Nastawione, ale nie zrośnięte. Z ciężkim westchnieniem opadłam z powrotem na poduszki. Leżałam tak przez chwilę myśląc, co dalej robić. Chyba pootwierały się też stare złamania, które nabyłam dzięki Sapphire. Oddychałam niespokojnie. Bałam się, że już nigdy nie będę miała takich kości, jakie miałam dawniej. Mogłam jednak poprosić Armanda o trochę krwi. Przynamniej widziałabym o wiele lepiej.

Podniosłam bolącą prawą rękę i dotknęłam nią ledwo widocznego Mrocznego Znaku. Chwilę później do mojego pokoju wszedł Czarny Pan z dość zatroskaną miną.
- O co chodzi? – spytał, siadając na brzegu mojego łóżka.
- Pamiętasz ten dzień, kiedy Sapphire mnie połamała?
- Tak.
- Armand odwiedził mnie w nocy – powiedziałam wymijająco. – Powiedział mi, że wszystkie moje stare rany mogą się otworzyć. I chyba też wróciły te złamania, nie wiem. Nie mogę się ruszyć, bo wszystko mnie boli.
Czarny Pan wsunął pode mnie dłonie, żeby mnie posadzić, ale dosłownie rozjechałam mu się w rękach. Nie mogłam utrzymać się w pionie za nic. Kiedy usłyszałam nieprzyjemne, jeżące włos na głowie chrobotanie w kręgosłupie, zrezygnowałam z prób wyprostowania się.
- Coś wymyślę, zobaczysz – obiecał mi. – Słuchaj, Spirydion przyszedł, za chwilę do ciebie przyjdzie, tylko zamienię z nim kilka słów.
Ułożył mnie z powrotem na plecach, po czym wyszedł z pokoju. Rzeczywiście poczułam zapach Spirydiona. Musiał stać na korytarzu tuż za drzwiami, bo czułam go wyjątkowo mocno. Wytężyłam wampiryczny słuch, żeby móc podsłuchać.

- Jak się czuje? – był to głos mojego młodszego brata.
- Wszystko się zesrało – odpowiedział mu Voldemort takim tonem, jakbym już umarła. – Kiedy Sapphire zepchnęła ją ze schodów, połamała wszystkie kości. Niby się zrosły, ale teraz znów są połamane. Nie chcę z tym sam nic robić, żeby jej nie zaszkodzić. Trzeba czekać na Armanda, on zrobi, co będzie trzeba.
- Uważam, że nie ma sensu go szukać – mruknął Spirydion tak cicho, że ledwo go dosłyszałam. – Może być teraz wszędzie.
- Tak, też tak myślę.
Przez chwilę milczeli. Mimo że dzieliły nas drzwi, a ja byłam nadal trochę otępiała przez ten mój mały pożar, słyszałam ich głosy doskonale, choć były trochę przytłumione.
- Krew bardzo by jej pomogła – odezwał się Spirydion. – Czytałem, że wampiry młodnieją i regenerują się po wypiciu krwi.
- No tak, ale nie jestem pewien, czy będzie chciała – odpowiedział mu Voldemort. – Sophie mówi na to „próba ognia”. Chyba sama chce się wyleczyć.
Znów milczenie. Usłyszałam jednak inne odgłosy. Klamka drgnęła, a do środka wszedł mój młodszy brat, za nim Czarny Pan. Uśmiechnęłam się lekko na widok Spirydiona. Bardzo chciałam go zobaczyć.
- Cieszę się, że przyszedłeś – wyszeptałam.
Spojrzałam na wuja. On usiadł przy mnie, podwinął rękaw i podsunął mi nadgarstek pod nos.
- Wiesz… masz rację, sama chcę się wyleczyć – powiedziałam mu, patrząc mu przepraszająco w oczy. – Ale chcę widzieć już normalnie, mam dość tych okularów. Zdejmij mi je.
Voldemort zdjął mi je z nosa i odłożył na szafkę nocną. Podniosłam prawą, mniej bolącą i mniej połamaną rękę, zacisnęłam palce dookoła nadgarstka wuja z zadziwiającą jak na mój stan siłą i wbiłam zęby w delikatną skórę wewnątrz jego prawego przedramienia. Usta natychmiast wypełniły mi się krwią. Nie chciałam wypić za dużo, żeby to nie uderzyło mi do głowy. Dlatego po kilku sekundach, kiedy usłyszałam dudnienie, bicie serca Czarnego Pana, równające się powoli z moim, odwróciłam głowę i otarłam usta wierzchem dłoni na wszelki wypadek, gdyby została na nich odrobina krwi.

- Dziękuję – powiedziałam po długiej chwili milczenia, otwierając oczy.
Obraz był już tak ostry, jak zawsze. Moje oczy wróciły do normy. Przez chwilę przyglądałam się z wdzięcznością wujowi, zastanawiając się, jak mogłabym go grzecznie wyprosić.
- Chciałabym porozmawiać przez kilka minut ze Spirydionem… - zaczęłam, ale Voldemort wstał, zanim skończyłam zdanie.
- Jeśli będziesz czegoś potrzebować, zawołaj – powiedział, zanim wyszedł.
Odczekałam, aż zamknie drzwi. Dopiero wtedy mogłam porozmawiać z bratem.
- Co się dzieje w szkole? – spytałam. – Ktoś kogoś zabił? Filch powiesił kogoś pod sufitem za kostki?
Spirytus roześmiał się, ale pokręcił głową. Okazało się, że w Hogwarcie nic się większego nie wydarzyło. Tylko moje zniknięcie wzbudziło plotki. Począwszy od porwania przez Lorda Voldemorta i Śmierciożerców, skończywszy na zjedzeniu jaja ognistego skorpiona. Bardzo bawiły mnie te plotki. Kilka pierwszoklasistek z Hufflepuffu widziało, jak płonęłam, co natychmiast rozeszło się po szkole, tworząc nowe domysły. Teraz niektórzy podejrzewali Sapphire o podpalenie mnie. W większości historii grałam rolę tragicznej bohaterki, zdradzonej przez przyjaciółkę, która podpaliła mnie, aby uciec z Draconem Malfoyem do Azji, gdzie mieli teraz wziąć ślub i przejść na buddyzm.

- Nie żartuj, naprawdę tak sądzą? – zapytałam z uśmiechem na twarzy.
- No tak, ale wiesz, jakie głupoty ludzie potrafią wymyśleć.
Przez chwilę zaśmiewaliśmy się z tego, aż w końcu rozbolały mnie połamane żebra, więc musiałam zdusić śmiech i uspokoić się.
- Odwiedzisz mnie jeszcze? – spytałam, kiedy Spirydion wstał, żeby wyjść. – Wydaje mi się, że długo nie ruszę się z łóżka.
- Kiedy tylko będziesz chciała – odpowiedział, uśmiechnął się i wyszedł.
Ja, chcąc zastosować się do rady Armanda, naciągnęłam kołdrę zdrową ręką aż pod brodę i zamknęłam oczy czekając, aż nadejdzie sen.

*

Był to chyba jakiś dziwny, zapuszczony budynek, coś w rodzaju szkoły albo kamienicy. Okna zabite były deskami, choć niektóre z nich były powyrywane, a ceglane, ciemnobrązowe ściany były zwęglone, jakby ktoś spróbował podpalić budynek.
Ktoś przeszedł szybko przez wąską ulicę i wemknął się do środka przed strasznie skrzypiące, drewniane drzwi. Nawet ich za sobą nie zamknął, tak mu się spieszyło. Był to mężczyzna, ubrany w czarny płaszcz, z kapturem narzuconym na głowę. Wbiegł po poobtłukiwanych schodach na najwyższe piętro. Był to bardzo niebezpieczny, grożący zawaleniem budynek, więc każdy normalny człowiek bałby się tu wchodzić. Mężczyzna jednak spodziewał się kogoś na górze spotkać. I nie zawiódł się.
Owa kamienica okazała się zwykłym magazynem drewna. Na strychu, na największym klocku drewna siedziała dziewczyna o jasnobrązowych, kręconych włosach. Ubrana była w zieloną, koronkową sukienkę, na stopach miała jedynie plażowe klapki. Uśmiechnęła się szeroko, kiedy ujrzała podejrzanego mężczyznę. Ten zrzucił z głowy kaptur i przeczesał palcami grzywę słomianych włosów i również się uśmiechnął.
- Już myślałam, że nie przyjdziesz – powiedziała dziewczyna cichym, namiętnym głosem.
- Nigdy bym nie opuścił takiego spotkania – odpowiedział Barty, podchodząc do dziewczyny.
Objął ją, ona zarzuciła mu ręce na szyję, a ich usta spotkały się w namiętnym pocałunku. Opadli na drewnianą, brudną podłogę, gdzie kurz mieszał się z drewnianymi wiórami. Ona zapomniała przy nim o całym świecie, on – o swojej misji.

~*~


No i już. Zakładam, że będzie wiele oburzonych osób, zbulwersowanych zakończeniem, ale musiałam tak zrobić. Nie radzę się jednak obrażać, tylko czytać dalej. Od razu mówię, że nie pożałujecie. Chciałam dzisiaj zmienić szablon, ale skoro Sophie nadal jest tak poparzona, niech jeszcze zostanie. Dedykacja dla Nieśmiertelnej :*