Mrozy puściły dopiero w marcu, co nie oznaczało, że nastała wiosna. Zaczął się sezon ulew, które zmyły z błoni zalegający śnieg i w końcu zamiast przez białe połacie trzeba było brnąć przez lodowate, błotne jeziora, jeżeli chciało się dostać na zielarstwo albo opiekę nad magicznymi stworzeniami.
Wyjątkowo współczułam zawodnikom drużyn — wszystkim bez wyjątku.
Wyglądało jednak na to, że tylko na zewnątrz temperatura nie przekraczała pięciu stopni. Nastroje poza szkołą zaczęły udzielać się również uczniom i atmosfera z tygodnia na tydzień robiła się coraz bardziej gorąca. Szkolne problemy wciąż dominowały w życiu każdego przeciętnego hogwartczyka, ale nie dało się nie zauważyć, że napięcia w czarodziejskim społeczeństwie nie były mu obojętne. Niby nic wielkiego, łatwego do przeoczenia, przez co bardziej niebezpieczne niż otwarta wrogość. Dostrzegałam to na co dzień w drobiazgach, zwłaszcza że choć Liubov szybko zyskała sobie wielu kolegów, wciąż w pewnych sytuacjach pozostawała obca. Nie uczestniczyłam w tym i chyba właśnie dlatego widziałam więcej.
Zaskakująco nikt nikogo nie wyzywał. Słowo “szlama” nie padało publicznie, a o charłakach mówiono wyłącznie w kontekście informacyjnym, natomiast podział między domami stawał się z tygodnia na tydzień coraz bardziej wyraźny. A właściwie podział między Slytherinem i resztą domów. Coraz rzadziej widywałam uczniów Domu Węża w towarzystwie ludzi spoza lochów. Początkowo zaczęłam się obawiać, czy nie wpłynie to na moje relacje z Riddle’em i resztą samozwańczych Rycerzy Walpurgii, ale pochodzenie Liubov musiało działać jak ochronna tarcza. Wciąż otrzymywałam regularne zaproszenia na spotkania w podziemiach i tylko Barbara patrzyła na mnie spod byka, kiedy między lekcjami rozmawiałam z Evanem albo Lestrange’em. Starsi rzucali prześmiewcze uwagi tak, żeby nauczyciele nie słyszeli, natomiast wśród młodszych zapanowała moda na głośne miauczenie za każdym razem, kiedy na korytarzu pojawiał się ktoś z mugolskiej rodziny. Nie byłam zdziwiona, że robili to głównie Ślizgoni.
Czy w zaciszu dormitoriów Krukoni i Gryfoni pozwalali sobie na złośliwe komentarze? Mogłam się tylko domyślać, choć byłam pewna, że nie sięgali swoim rywalom do pięt. Spotkania w lochach błyskawicznie zmieniły się w forum dyskusyjne. Nauka zeszła na boczny tor i teraz mało kto okupował salę pojedynków albo biblioteczkę, chyba że ktoś sprowadził jakiś manifest polityczny z czasów Emeryka Złego lub Welesora Żmijora.
Tak — dopiero wtedy pierwszy raz poczułam, że miałam do czynienia z prawdziwymi prekursorami śmierciożerców.
Oczywiście Riddle nieustannie trzymał rękę na pulsie i stopował otwartą wrogość, choć mina, z jaką to robił, upodabniała go do opiekuna strofującego niesforne dzieciaki. Doskonale wiedział, do czego to prowadziło. Wszystko miał pod kontrolą.
Dokładnie jak dorosły Voldemort. Przed oczami stanęła mi ostatnia uroczysta kolacja w jego domu i już wiedziałam, że zgromadzenia Rycerzy Walpurgii to tylko wierzchołek góry lodowej.
Bardziej niż ich poglądy martwił mnie brak otwartego dostępu do nich. Jak daleko zaszli? Znając przyszłość, mogłam się tylko domyślać.
Marsze Prawa Charłaków ustały, ale ich duch wciąż błąkał się po wilgotnych korytarzach lochów. Dziennikarze Proroka Codziennego nie dawali o nim zapomnieć, publikując przynajmniej dwa razy w tygodniu jakiś artykuł podsumowujący roszczenia SPC i pokrętne tłumaczenia minister Jenkins. A ja, choć na co dzień nie przeżywałam tych wydarzeń jak ci, których one dotyczyły, coraz częściej łapałam się na tym, że i mnie zaczynały irytować.
— Refundacja szkoleń czarowania ze zbiórek! Skandal! Po prostu skandal! — perorował Rowle. — Niech się cieszą, że mają dostęp do Dziurawego Kotła! Chociaż moim zdaniem ci, którzy nie są sobie w stanie otworzyć przejścia na Pokątną, nie powinni być na nią wpuszczani, bo i po co? Co niby sobie tam kupią? Miotłę? Po co? Chyba tylko po to, żeby zamieść podwórko. Jeżeli ministerstwo chce, niech sobie refunduje szkolenia, proszę bardzo, ale niech nie angażuje w to porządnych czarodziejów…
— Hola, hola, Rowle — wtrącił z rozdrażnieniem Selwyn — Jakie ministerstwo magii? Ministerstwo nie ma własnego złota. To złoto pochodzi z naszych podatków. Z skawy mojego i twojego starego, a niedługo z mojej, no, i może z twojej, jeśli jakimś cudem uda ci się zaliczyć eliksiry i znaleźć robotę.
Ślizgon wyglądał na szczerze zszokowanego, ale zanim zebrał słowa na jakiś komentarz, ktoś rzucił ironicznie, że może wprowadzą obowiązkowe nauczanie w mugolskich szkołach przed jedenastym rokiem życia i rozmowa z charłaków błyskawicznie przeskoczyła na tematy okołomugolskie.
— To może zachęcić szlamy do forsowania swoich postulatów — oznajmiła Diana Parkinson. Jej dźwięczny, wysoki głosik rozbrzmiał wyraźnie na tle dudniących i męskich. — I wcale bym się nie zdziwiła, gdyby pojawiły się naciski na przymusową asymilację dzieci przed pójściem do Hogwartu. W zeszłym tygodniu na numerologii słyszałam, jak Sylwia Weber powiedziała Oliwii Di Bari, że mugole dawno temu przeskoczyli czarodziejów w rozwoju technologicznym, bo my nadal używamy świec, a oni korzystają z żarówek. Jakby, mała, może twoi starzy mają lampy na prąd, ale to ja w każdej chwili mogę transmutować ci nos w wielką marchewkę.
— Chyba ktoś cię uprzedził — wtrąciła jej koleżanka i obie zaśmiały się szyderczo.
Przykład Diany nakręcił kolejne i przez następny kwadrans wszyscy prześcigiwali się, żeby opowiedzieć własne zasłyszane historie. Byłam pewna, że część zmyślono lub mocno wypaczono, ale nie miałam im tego za złe — w Rycerzach Walpurgii wrzało ze złości podsycanej strachem. A im bardziej wsiąkałam w lata siedemdziesiąte, tym lepiej ich rozumiałam. Wielu wciąż żyło jaskrawymi opowieściami z wojny, w której uczestniczyli ich rodzice — co bardziej zaskakujące, w większości w wojnę mugoli zaangażowali się mieszańcy, którzy teraz najgłośniej apelowali o wyrozumiałość wobec szlam i charłaków.
— Podlewają coś, co trzeba zdusić w zarodku — rzucił Lestrange, unosząc się lekko na swoim krześle. W ciepłym świetle świec jego rumiana z emocji twarz i włosy związane w wysoki koński ogon zdawały się płonąć. — Na mugoloznawstwie mogą nam wciskać ciemnotę o chłodzących szafach na żywność. Może im się wydaje, że uwierzymy, że mugole to takie cielątka, które wymagają ochrony, ale każdy z nas potrafi czytać. Wystarczy sięgnąć po pierwszą lepszą książkę do historii, żeby się dowiedzieć, że mugole są niezrównoważeni i głupsi od czarodziejów. Nie wyciągają wniosków z historii, na przestrzeni trzech pokoleń popełniają w kółko te same błędy, a ich skok technologiczny… NIE, ROWLE, daj mi skończyć! A ich skok technologiczny w przyszłości może stanowić dla nas zagrożenie. Nie wnoszą do świata niczego poza chaosem i zanieczyszczeniem środowiska. A szlamy to mieszanka wybuchowa! Z dostępem do magii, dziedzicznym obciążeniem mugolskimi słabościami i, nie daj Bóg, posiadaniem większości w rządzie, stają się zwyczajnie niebezpieczni!
Ta krótka mowa nie przypadła większości do gustu, ale było widać, że w Lestrange’u to rosło. Rosło w każdym z nich i z coraz większą mieszanką niedowierzania obserwowałam ich na co dzień — tak doskonale udających tę dystyngowaną neutralność. Po każdym takim spotkaniu czułam się coraz bardziej rozbita. Niechęć do śmierciożerców, których znałam, wciąż gdzieś tam się przebijała, lecz czas i regularne — zdawać by się mogło, że coraz częstsze — spotkania w lochach zacierały obraz znudzonych oportunistów na rzecz młodych buntowników.
— Każdy jest do czegoś potrzebny, nawet mugol — odezwał się cicho Tom. Wyrozumiałość w tonie jego głosu zabrzmiała naprawdę zwodniczo. — To, że gumochłon nie jest inteligentny, nie oznacza, że jest bezużyteczny. Korzystamy z nich przy tworzeniu wielu przydatnych eliksirów. Wszyscy pełnimy w społeczeństwie jakieś role, ale istotne jest, żeby się ich trzymać.
Rzeczywiście — na początku było słowo.
Zamarłam jak większość, kiedy się odzywał. Wstał, aby ci, którzy stawali na palcach i wyciągali głowy, mogli go zobaczyć, choć zdawał się mówić bezpośrednio do Lestrange’a. Dawno zdążyłam się przekonać, że od tego, co powie Riddle, zależało myślenie wielu Ślizgonów — już tutaj, w szkole — ale fakt, że i ja stawałam się na to coraz bardziej podatna, powodował dreszcze na moich plecach. I nie były one ani trochę przyjemne.
— Znaczną część ferii zimowych spędziłem nad statystykami — ciągnął nieco wyższym tonem, przemierzając wzrokiem od jednej twarzy do drugiej. Pobłażliwe uśmieszki i znaczące spojrzenia wymieniane z sąsiadami nie umknęły jego uwadze, bo i on zaśmiał się sucho, bez śladu poczucia humoru. — Zgadza się, niezbyt ekscytujące, zwłaszcza w porównaniu do Ciemnej Alchemii Przemian Alchimiora, ale dość przydatne. Po kilku posiedzeniach w bibliotece przyszło mi do głowy, że w Hogwarcie brakuje przedmiotu poświęconego analizie aktualnych wydarzeń oraz historii współczesnej czarodziejów. A chwilę później zdałem sobie sprawę, że nauczanie takiej magicznej socjologii nie mogłoby się obejść bez ministerialnych wpływów i raz-dwa wyleczyłem się z tego pomysłu. Według badań z 1970 roku, mimo znacznego ogólnego spadku urodzeń, zauważono znaczny przyrost urodzeń szlam. W zestawieniu z danymi sprzed dwudziestu lat to prawie dwadzieścia procent. W zestawieniu z naszymi dywagacjami sprzed kilku spotkań wychodzi na to, że, mówiąc prościej, za kilkanaście lat wybory do Wizengamotu oraz wybory ministra mogą okazać się dla czarodziejów czystej krwi nieopłacalne. Wiedząc to dziś, możemy wpłynąć na jutro. To dobrze, że w ministerstwie wciąż dominują stare, wpływowe rodziny, ale obawiam się, że to ostatni dzwonek, żeby pochylić się nad niektórymi dekretami, zwłaszcza nad tymi dziurawymi. Bo wbrew temu co mówisz, Lestrange, zdarzają się takie wynaturzenia jak inteligentne szlamy.
Serce zabiło mi mocniej na to, co powiedział. Bywały momenty, że brzmiał naprawdę racjonalnie — jak teraz — a ja się zastanawiałam, ile w tym było mojego wpływu, a ile resztek człowieczeństwa, które zatracił poprzez szaleństwo i dzielenie duszy. Za każdym razem, kiedy czułam, że dawałam się na to nabrać, z uporem maniaka wracałam do wszystkich złych momentów, w których go nienawidziłam, a jednak… nie potrafiłam nie przyznawać mu racji.
I nie chodziło tylko o charyzmę. Osiemnastoletni Lord Voldemort po prostu wiedział, co należało zrobić.
Coś musiało przemknąć przez moją twarz, bo zatrzymał na niej wzrok odrobinę dłużej niż na twarzach innych.
— Wszyscy zgadzają się z tym, co mówię — rzekł z prowokującym uśmieszkiem — ale ty jak zwykle masz wobec tego jakieś obiekcje.
Jak zwykle, no tak.
Po prostu nie mogłam nie odpowiedzieć uśmiechem.
— Tym razem nie — odparłam słodko. — Walka z systemem zgodnie z prawem ma sens, jeżeli na koniec nie chce się wylądować we własnym więzieniu. Albo upieczonym przez smoka jak Fiodor Czernogrom. Z drugiej strony jestem zwolenniczką stwierdzenia, że prawo ma służyć człowiekowi, a nie człowiek prawu i, tak, członkowie wielkich czystokrwistych rodów powinni wyjąć głowy z własnych tyłków, jeżeli nadal chcą mieć coś do powiedzenia.
Kilka osób — podobnie jak podczas mowy Toma — pokiwało gorliwie głowami, stojący tuż obok mnie Avery zaklaskał bezgłośnie w dłonie i mruknął “brawo”, a Selwyn dodał:
— Zgadza się! Prawo musi ewoluować!
Ktoś w głębi tłumu prychnął z pogardą.
— Tak? A niby jak? Z takim ministrem magii? Nie żebym miał coś przeciwko babom na stanowiskach, ale Jenkins jest wybitną niemotą…
I rozpoczęła się kolejna fala narzekań — tym razem na panią minister. Jeszcze długo czułam na sobie wzrok Riddle’a, który znów nabrał wody w usta i tylko się przysłuchiwał, jak kilku Ślizgonów przez następny kwadrans typowało datę odwołania pani minister. Gdy wybiła dwudziesta druga, z żalem zaczęłam zbierać się do wyjścia, ale koniec spotkania nie oznaczał końca dyskusji. Ludzie zbili się w kilkuosobowe grupki, nie przerywając rozmów. Tego wieczora naprawdę żałowałam, że nie mogłam udać się z nimi do dormitorium. Podejrzewałam, że właśnie tam w najbliższym otoczeniu Toma ten pozwoli sobie na znacznie śmielsze wypowiedzi, a i ja nigdy się nie spodziewałam, że kiedykolwiek z zaciekawieniem będę brała udział w omawianiu spraw związanych z ministerstwem.
Przykleiłam się do Rosiera, który z niewiadomych mi przyczyn niespecjalnie angażował się w polityczne dywagacje.
— Mam to na co dzień w domu — wyjaśnił, kiedy wyszliśmy na korytarz. Pierwsze grupki zniknęły nam z oczu, ale niewyraźne ślady ich rozmów wciąż odbijały się echem od wilgotnych ścian lochu. — Mój ojciec był przez dwadzieścia lat Naczelnym Magiem Wizengamotu, dopóki nie dopadło go smocza ospa.
— Och, bardzo mi przykro…
— Co? Ach, nie! — Parsknął śmiechem. — Wykaraskał się z tego, ale uznał, że Naczelny Mag nie może wyglądać jak potwór Frankensteina i zrezygnował, chociaż jestem pewien, że to był tylko pretekst. No wiesz, ojczulek ma już swoje lata, za cztery miesiące dobija osiemdziesiątki, pewnie nie chciał, żeby w końcu sami go wyrzucili.
Ciekawość ścisnęła mnie od środka. Jakimś cudem Liubov i Evan nie zamienili do tej pory ani słowa na temat planów Rosiera na “po szkole”, ale wcale nie byłam zdziwiona jego odpowiedzią. I choć ostatecznie — może trochę wbrew sobie — wylądował w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów, nigdy nie mówił o pracy z zaangażowaniem, z jakim robił to tata.
— Pewnie w końcu tak czy siak tam skończę — dodał i wydął usta w gorzkim uśmiechu. — Należy podtrzymywać rodzinne tradycje i takie tam… Poza tym potrzebujemy ludzi na odpowiednich stanowiskach, a nie ma lepszego miejsca niż Wizengamot.
Czy w tym momencie miał na myśli szpiegowanie, czy jeszcze naiwnie wierzył, że jego przyszły pan widział w nim idealny materiał na szpiega? Trudno było wyczytać coś z tych błękitnych oczu, które przygasły nieco na myśl o czekającej go przyszłości. Znów poczułam ścisk, ale tym razem z żalu. Miałam ochotę go przytulić, lecz zdobyłam się tylko na pytanie.
— Skoro nie ministerstwo, to co innego? Ale nie patrz na SUM-y, to nie porady zawodowe. I zignoruj to całe zbawianie świata czarodziejów. Tylko ty i twoje marzenia. Co by to było?
Spodziewałam się, że zacznie rozmyślać, ale on od razu roześmiał się z zakłopotaniem.
— Wiódłbym życie szczęśliwego bezrobotnego, przejadałbym majątek starego i zacnego rodu Rosierów, a na korcie tenisowym ojca zrobiłbym ogromny egzotyczny ogród — odpowiedział. — Posadziłbym wzdłuż alei sto śpiewających judaszowców, żeby śpiewały za każdym razem, kiedy zbliża się wichura. Tak, wiem, to krezusowe fanaberie, ale można pomarzyć. A ty? Co byś robiła, gdybyś nie była prymuską skazaną na sukces?
Zachichotałam niezręcznie na dźwięk słowa prymuska, ale to, co powiedział Evan, trąciło jakąś schowaną głęboko strunę i zrobiło mi się jakoś tak… boleśnie błogo.
— Judaszowcowa aleja brzmi dobrze, ale to chyba nie w moim stylu — odpowiedziałam i zawiesiłam głos, czując, jak kąciki ust same drgnęły mi w uśmiechu. — Wolę domek na drzewie. W lesie. I wędkowanie.
— Wędkowanie? — powtórzył rozbawiony Rosier.
— Tak — przytaknęłam śmiało. — Mój tata ma łódkę i zawsze na wakacjach… ojej!
To ostatnie wyrwało mi się zdecydowanie zbyt głośno jak na tę godzinę. Zatrzymałam się z sercem tłukącym się gdzieś w przełyku — ledwo kilka kroków dalej wyszedł nam na spotkanie olbrzymi bury kot. Puchaty ogon przypominający miotełkę do sprzątania kurzu miał wysoko uniesiony i lekko ugięty przy końcu. Zaniemówiłam, patrząc, jak zwierzę otarło się bokiem o ścianę tuż przy tajnym przejściu do dormitorium Ślizgonów, a potem leniwie zaczęło się łasić do nóg Evana. Z całych sił próbowałam walczyć ze zwężającą się krtanią, ale łzy i tak zamgliły mi oczy.
— Alergia? — zapytał.
— O nie! — zaprzeczyłam natychmiast, pociągając nosem. — Po prostu… miałam kiedyś dokładnie taką samą kotkę, ale odeszła. Była już bardzo stara.
— Przykro mi — odpowiedział takim tonem, jakby naprawdę zrobiło mu się mnie żal. Schylił się, żeby ją podnieść, a ona w pierwszej chwili zaparła się łapami. Miałam ochotę się roześmiać. Zapomniałam, jak nie lubiła, kiedy brało się ją na ręce. — Moja ma na imię Gloria, jest pół…
— …pół-kugucharem — wpadłam mu w słowo. Nie mogłam się powstrzymać. Wyciągnęłam rękę i dałam jej do obwąchania, dopiero potem zanurzyłam palce w gęstym, pierzastym futrze na karku. Znów ta słodka, bolesna nostalgia. — Nie lubisz, jak cię podnoszą bez pytania, co, królewno? Moja też była takim małym złośliwcem i obrażała się, kiedy dostawała za mało uwagi.
— Ale jak za dużo, to też niedobrze — dodał z powagą Rosier i oboje zachichotaliśmy w zrozumieniu.
Brzydki, spłaszczony pyszczek Glorii nie wyrażał ani odrobiny zadowolenia, choć cichutkie, przytłumione mruczenie świadczyło zgoła o czymś innym.
— Nie jesteś taka nieczuła, prawda? — szepnęłam z czułością, gdy przymknęła z rozkoszą złotawe ślepia.
— Skąd wzięłaś swojego? — zapytał znienacka Evan. — Moja babka prowadziła hodowlę pół-kugucharów, Estella Black, może ją znasz? Nie słyszałem, żeby ktoś w tej części Europy krzyżował kuguchary.
— Nie, mój to przybłęda. Nie był rasowy — odparłam szybko i odsunęłam się jak najbliżej wyjścia, by nie zmuszać Rosiera do udawania, że jego dormitorium znajdowało się gdzieś indziej. — Do zobaczenia jutro u Slughorna.
Odmachał mi nieco zdumiony z Glorią leniwie przewieszoną mu przez ramię. Znów ten nieprzyjemny ucisk niepokoju w żołądku — jak zawsze, kiedy nieprzemyślanie wprowadzałam w życiorys Liubov jakieś strzępy własnej historii. Może niepotrzebnie, bo przecież to tylko kot, a jednak właśnie te okruchy — teraz wyraźnie to czułam — sprawiały, że jeszcze udało mi się nie zwariować.
*
Z dnia na dzień robiło się coraz cieplej i to nie tylko na błoniach — głównie na lekcjach siódmoklasistów, gdzie odbywały się już prawie wyłącznie powtórki do owutemów. Musiałam przyznać, że choć nie dbałam o swoje wyniki, również poddałam się przedegzaminacyjnej gorączce. Pierwszy raz czułam, że naprawdę mogłabym dobrze wypaść.
Obawiałam się, że zbliżające się sprawdziany mocno ograniczą moje spotkania z Riddle’em, ale nagle — zupełnie naturalnie — z mglistego badania własnych granic ewoluowały we wspólną naukę. Nawet się nie zorientowałam, kiedy te przeciągające się sesje na błoniach zaczęły sprawiać mi przyjemność. Poza czytaniem i odpytywaniem się nawzajem z opanowanego materiału dużo dyskutowaliśmy, pochłaniając przy tym ukradzione przeze mnie jedzenie i paląc ogromne ilości zioła. Nie potrafiłam widzieć w nim sadysty, który groził śmiercią moim siostrom. Nawet nie starałam się go dostrzec. Po prostu żyłam swym najlepszym życiem, jakie mogłam w tej sytuacji wieść, czując na plecach gorący oddech kończącego się czasu.
Co zaskakujące, największą zabawę mieliśmy podczas przerabiania materiału na mugoloznawstwo. Trudno było mi zgadnąć, czy to zasługa czarodziejskich papierosków, gry, czy w Tomie pozostała jeszcze odrobina człowieczeństwa, ale momentami wydawał się… po prostu wesoły. Jakby naprawdę miał tylko osiemnaście lat i żadnego morderstwa na sumieniu. Starałam się nad tym nie zastanawiać. W innym razie mogłabym szybko dojść do wniosku, że wcale nie byłam lepsza.
Wolałam skupić się na wojnach krzyżackich.
— Niemców mogę ci zaliczyć, ale odejmuję punkt za Ludolfingów. Pominęłaś Henryka I Ptasznika. — Zanotował coś krótko ołówkiem w podręczniku, który trzymał sobie nad twarzą, po czym zachichotał złośliwie. — Akurat ty Ptasznika mogłaś zapamiętać.
Leżeliśmy na wznak na szczycie niewielkiego wzniesienia — ledwo kilka metrów od miejsca, w którym za kilkanaście lat Dumbledore miał posadzić Bijącą Wierzbę. Trawa miała ulubiony kolor mojej mamy — ten świeży i jasnozielony, który utrzymuje się do pierwszego upalnego dnia. Słońce zmierzało już powoli ku zachodowi, przemykając między pierzastymi chmurkami i barwiąc niebo na różowo, a wiatr wypełniał płuca powietrzem pachnącym młodą łąką. Wystarczyło przymknąć oczy, by na ułamek sekundy przenieść się do Oreżnowa. Właśnie ten smak miało szczęście podczas tych spotkań. Wydawały mi się bardziej intymne niż wszystkie poprzednie, nawet to na dachu sowiarni.
Jakbym znów wymykała się z Victorem do naszego domku na drzewie.
— Zacznijmy od Imperium Karolińskiego. Początek jego trwania to, zaraz, niech sobie przypomnę… 750 rok?
— 751…
— Tak, do 846 roku. A władcy idą tak: Pepin Krótki, Karloman I, Karol I Wielki, Karol Młodszy, Ludwik I Pobożny, Karol II Łysy, Ludwik II Jąkała… Jąkała! Wyobraź sobie istnieć w historii świata między Henrykiem VIII Tudorem i Iwanem IV Groźnym jako JĄKAŁA! — Zaczęłam się śmiać. Śmiałam się tak długo, aż rozbolał mnie brzuch i nie byłam w stanie zaczerpnąć powietrza. — Ja mam chyba już dość, normalnie… normalnie to by mnie nie bawiło…
Spostrzegłam zaskakująco mało powściągliwy uśmieszek na jego ustach i przemknęło mi przez myśl, że może i on był choć odrobinę upalony.
— Zaczekaj, aż dotrzesz do Jana I Pogrobowca — mruknął, kładąc sobie zamknięty podręcznik na piersi. Tym razem to on przymknął oczy, zbliżył papierosa do ust i zaciągnął się krótko. — Kolejny powód, żeby nimi gardzić. Słyszałaś kiedyś o czarnoksiężniku Azraelonie Co Zgubił Różdżkę albo Velmoranie Wąsiku?
— O Velmoranie Wąsiku nie — przyznałam i przewróciłam się na brzuch. — Ale czytałam o Mefodiju Od Rozlanego Mleka. Naprawdę! Mefodij był jednym z pierwszych ruskich ministrów magii. Możesz go znać jako Mefodija Ratiborowicza, twórcę…
— …Szatańskiej Pożogi — wtrącił cicho i otworzył oczy. Świadomość, że wiedziałam coś, czego on nie wiedział, ukształtowała w moim sercu coś podobnego do mściwej satysfakcji. — Pierwszy minister, który wyraził zgodę na karanie śmiercią mugoli w ramach odwetu za prześladowanie czarodziejów. Dlaczego Od Rozlanego Mleka?
— Podobno piekielnie bał się zamachu na własne życie, a ostatecznie zginął, poślizgnąwszy się na mleku, które niechcący rozlał jego skrzat — wyjaśniłam. — Myślę, że jest w tym tyle samo prawdy, co plotek rozsiewanych przez jego przeciwników.
— Tyle wspaniałych czynów, żeby na koniec stać się Tym Od Mleka — dokończył z ironią.
Mimo wszystko wydawał się tym niesłychanie zaciekawiony — jak zawsze, kiedy pojawiała się okazja poznania czegoś przydatnego. A ja znów nie byłam w stanie sobie wytłumaczyć, jak to się stało, że prawie całkowicie zatracił zdolność tak wnikliwej analizy.
— Dlatego musisz na siebie uważać, Tomie Riddle’u, Chłopcze, Któremu Słoń Nadepnął Na Ucho. — Spodziewałam się, że się obruszy, skrzywi jak Voldemort, którego znałam, ale on tylko się zaśmiał i uniósł się lekko na łokciu. — Ale nie martw się. Twoja tajemnica kompletnego braku delikatności w obchodzeniu się z pianinem jest ze mną bezpieczna.
Lustrował mnie przez chwilę, jakby zamierzał się odgryźć, ale zamiast tego wrócił do kartkowania podręcznika.
— Dobrze, Liubov I Jędzowata — zatrzymał się palcem na wybranym akapicie — rok wprowadzenia zakazu małżeństw między czarodziejami i mugolami.
— 1002.
— Przez kogo?
— Gromir Czarowinowicz. Wycofane dwieście pięćdziesiąt lat później.
— Z jakiego powodu?
— Ustawa Neutralnego Współistnienia, brat ówczesnego ministra Żmijewa Krukowa ożenił się z mugolką. Trzy najważniejsze wydarzenia z tym związane?
— To ja zadaję pytania.
— Zawsze tak odpowiadasz, kiedy nie wiesz?
Prawie niewidoczna zmarszczka pojawiła się między jego brwiami. Trwająca ułamek sekundy cisza zaburzyła dynamikę pytań i odpowiedzi, ale Riddle doskonale wiedział. I byłam pewna, że znał historię mugoli lepiej od niektórych uczniów pochodzących z mugolskich rodzin.
— Zamieszki w gmachu ministerstwa, aresztowanie Krukowa — zaczął wymieniać — i wrzucenie smoczego łajna do jego gabinetu. Wyjątkowo bezkrwawo.
— Fakt, że jego poprzednikowi przypisuje się stworzenie Szatańskiej Pożogi, nie oznacza, że okrucieństwo w rosyjskim ministerstwie jest na porządku dziennym. Herpon Podły, Barnabasz Deverill, Emeryk Zły? Nie słyną z dobroczynności, a śmiem przypuszczać, że ich badania nie zawiodły ich do Europy Wschodniej — odparłam, porzuciwszy prowokujący ton. — Patrząc na to wszystko z lotu ptaka, śmiem przypuszczać, że im bliżej Uralu, tym ludzi mniej to obchodzi.
Musiało go to poruszyć, bo usiadł, nie dbając o książkę, która zsunęła się w trawę. Promienie słońca przenikające przez chmury stworzyły mu wokół głowy coś na kształt aureoli upiornie kontrastującej z ciemną, prawie pozbawioną detali postacią. Pod światło widziałam jedynie niewyraźny zarys czarnych brwi i uśmiechu drgającego na wąskich ustach.
— To, że się o czymś nie mówi, nie oznacza, że problem nie istnieje — rzekł.
— Zgadza się, ale tu nie chodzi tylko o zatajanie pewnych spraw. Choć, owszem, nie da się ukryć, że to również ma miejsce. Ale wskaż mi ministra, który nigdy tego nie robił. Chodzi mi o to, że każdy tam żyje swoim życiem. Te różnice między czarodziejami i mugolami są tak wdrukowane w nasze umysły, że mugoli się zwyczajnie ignoruje. To wy — dodałam, widząc, jak twarz mu drgnęła — nadajecie im zdolności, których potem się obawiacie. Bo w jaki sposób mieliby wam zagrażać? Własną technologią — owszem. Ale jak mieliby skraść coś, czego nie da się ukraść? Rozumiem publiczne oskarżenia, strach znakomicie formuje masy, ale Grindelwald czy Czarowinowicz byliby głupcami, gdyby sami w to wierzyli.
Dopiero teraz pojęłam, że nie tylko powtarzałam słowa Liubov z listów — ja sama je czułam. Każde z nich we mnie rezonowało i nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego tak późno.
— Może w takim razie to ty powinnaś rozważyć karierę w ministerstwie? — spytał i choć wiedziałam, że starał się nie brzmieć, jakby traktował to poważnie, gdzieś głęboko liczył, że może tak się stanie. Że przystanę do niego, by budować zaplecze jego potęgi. W innym wypadku nie byłoby tego wszystkiego. Nie byłoby wspólnej nauki i długich rozmów, bo już dawno wyszliśmy w tej znajomości poza wzajemną ciekawość.
— Być może jeszcze nie zdecydowałam, co chciałabym robić w życiu, ale jestem pewna, że nie to — oznajmiłam. Lekkość, jaka zwykle wypełniała te wspólne popołudnia, nagle zaczęła się ulatniać jak powietrze ze źle związanego balona. — Chciałabym zbudować dobry świat dla tych, na których mi zależy. Nie wiem, jak to zrobić, ale… ale zrobię to.
Choć nie widziałam jego oczu, wiedziałam, że nie odrywał ode mnie wzroku.
— Zatem żadnego altruizmu?
W pierwszej chwili zamierzałam zaprzeczyć. To ja miałam być tą, która otrzeźwia, sprowadza na dobrą drogą, ale pomyślałam o umowie dotyczącej Oreżnowa, którą rodzice podpisali z Weasleyami. O Darli, która umarła, ponieważ uznałam, że będę dobra i wielkoduszna, pomagając Hagridowi podczas sprawy Hardodzioba. Hagridowi, którego nawet tak naprawdę nie lubiłam.
— Żadnego — odpowiedziałam miękko. Nawet uśmiech przyszedł mi zaskakująco łatwo. — Tak, żadnego. W przeszłości nadłożyłam czyjeś problemy nad kogoś bliskiego. Zrobiłam to, bo byłam dziecinna i naiwna, ale to już nigdy się nie powtórzy. Liczą się tylko ci, których kocham.
Słuchał z uwagą, jakby naprawdę mi współczuł. Prawie dałam się nabrać. Prawdopodobnie nigdy od momentu przekroczenia progu zmieniacza czasu nie odsłoniłam się przed Riddle’em tak jak teraz, ale czułam, że jeżeli chciałam iść dalej, flirt i ciekawe rozmowy już nie wystarczyły. Musiałam oddać kawałek siebie, by mógł na nim żerować — w tym jednym nie różnił się niczym od dorosłego Voldemorta. Potrzebował pewności, że pozostawał w cieniu bardziej niż ten, którym manipulował. A ja zamierzałam mu to dać.
— Ostatecznie każdy patrzy na swój interes — stwierdził. — Nie widzę w tym nic złego i poniekąd doceniam gotowość do przyznania tego faktu.
— Idealny system jest idealny, dopóki istnieje na papierze — wtrąciłam.
— O ile zawsze tworzą go wyłącznie ludzie.
— Rozwiniesz?
Coś mrocznego zabarwiło jego głos, choć przypuszczałam, że nie było w tym niczego poza ciekawością. Obrócił się lekko, a część twarzy wyłoniła się z cienia, zalana czerwonym blaskiem zachodzącego słońca. Płonęła fascynacją.
— Na lekcji u Leniart poruszyłaś kiedyś temat rosyjskich wampirów — podjął. — I przyszło mi do głowy, że to niemożliwe, by tworzyły tak liczną grupę, jednocześnie nie kontrolując rządu.
Roześmiałam się, mimo że znów poczułam się zbita z tropu. Mogłam śmiało założyć, że od początku zaplanował rozdział z książki, który chciał powtarzać, aby poruszyć ten temat. A może po prostu wykorzystał sytuację?
— Wampiry na co dzień nie interesują się ludźmi tak, jak czarodzieje nie interesują się mugolami. Żyją swoim życiem… lub nie-życiem, jeżeli chcemy być dokładni. Chociaż… — Urwałam, widząc, jak wnikliwie na mnie spojrzał. — Zanim zaczęłam zgłębiać temat, sama tak myślałam. Że z racji wybitnych zdolności i ogromnego doświadczenia mogą wydawać się świetnymi przywódcami, ale to raczej ludzkie wyobrażenie o nich. Jestem pewna, że istnieją tacy, którzy od wieków angażują się w działania ministerstwa, ale są to jednostki i robią to wyłącznie w ramach walki z nieśmiertelnością.
Riddle okazał chłodne zdumienie.
— Walki z nieśmiertelnością? — powtórzył, unosząc brwi. — Jak można z tym walczyć?
Mnie z kolei nie zdziwił ani trochę. Zdałam sobie sprawę, że gdybyśmy w końcu do tego nie dotarli, odczułabym nawet pewne rozczarowanie. Zwłaszcza że sama miałam ochotę z nim o tym podyskutować. Chciałam wiedzieć, na jakim etapie był. Jak bardzo paliło go pragnienie nieśmiertelności tu i teraz, kiedy wciąż zmagał się z problemami ucznia.
Usiadłam, krzyżując nogi.
— Wyobraź sobie, jak to jest żyć dwa i pół tysiąca lat, patrzeć, jak twoi bliscy odchodzą, rozpada się cały świat, jaki znasz — odparłam z zapałem. — Na początku może wydawać się fascynujące. Podróżujesz, bogacisz się, nic cię nie ogranicza, ale czy pewność, że nigdy nie umrzesz, nie sprawia, że życie traci blask? Każdy potrzebuje jakiegoś celu. Wyobrażam sobie, że niektórzy angażują się w życia swoich rodzin, no wiesz, taka opieka z tylnego siedzenia. Ja właśnie tak bym zrobiła, gdybym była wampirzycą.
Nie krył już swych żądzy. Intensywność jego spojrzenia paliła mi skórę, ale czułam, że tym razem nie próbował przeniknąć do mojego umysłu. Po prostu słuchał, lecz sposób, w jaki to robił, sprawił, że serce zabiło mi mocniej. W tych ciemnych, błyszczących oczach był głód, jakiego jeszcze dotąd nie widziałam. Nie głód niespełnionego pożądania, nie tęsknota, nawet nie frustracja. To był głód wiedzy.
— Wampiry nie rozmnażają się w ten sposób — zauważył. — Tworzą klany, nie mają rodzin.
— Kiedy zostaną przemienieni, owszem, ale zdarza się, że niektórzy mieli rodziny za życia. Dzieci albo rodzeństwo… i dbają o nich — sprecyzowałam. — Przez wieki, pokolenie po pokoleniu, a ani rodzina, ani nawet reszta świata nie mają o tym pojęcia. Chociaż…
— Chociaż?
— Chociaż Rosjanie robili pewne eksperymenty — podjęłam ostrożnie. Zawiesiłam głos, kalkulując pod wpływem jego badawczego spojrzenia. Ile mogłam powiedzieć z tego, co wiedziałam z historii mamy i to, co sama przeżyłam? W tamtym momencie czułam, że jeszcze tylko kilka dobrze przemyślanych słów i będzie mój, choć wszystkie możliwe czerwone lampki migały jak szalone. Ostrożnie. Tylko ostrożnie. — Wysnuto hipotezy, według których istniała szansa rozmnożenia istoty, która nie została do końca przemieniona. Coś jak… sztuczna hybryda czarodzieja i wampira.
Nie dbałam o to, że maskarada, nad którą pracowałam przez prawie cały rok, mogła runąć. Czułam, że jeżeli to miało wpłynąć na Riddle’a, było warto. Było warto ryzykować, jeżeli to miało go uchronić od śmierci.
— To brzmi nieprawdopodobnie i jednocześnie jak coś, nad czym Rosjanie mogliby eksperymentować — mruknął, gładząc długim palcem dolną wargę. — Gdzie o tym przeczytałaś? Jak zdobyłaś dostęp do badań?
Zaśmiałam się figlarnie, czując rumieniec oblewający policzki.
— Wszystko musisz wiedzieć? — spytałam, ale już wiedziałam, że da się pozbyć byle uśmiechem. — To, nad czym niewymowni pracują w Departamencie Tajemnic, jest strzeżone, ale czasami coś wypłynie i zmienia się później w plotki.
Wyraz jego twarzy pozostawał całkowicie niezgłębiony, gdy analizował każdy kawałeczek mojej, jak gdyby oczekiwał, że tym razem uda mu się wyczytać z niej kłamstwo. Nawet nie liczyłam, że uwierzy, ale miałam nadzieję, że chociaż zagra ze mną w tę grę, pociągany naturalnym pragnieniem zdobywania wiedzy.
I zagrał.
— Czy to miały być eksperymenty na ludziach?
— Eksperymenty na ludziach, na próbkach krwi wampira… Nie wyobrażam sobie wampira, który godzi się na to, by grupa szalonych naukowców mierzyła mu kły.
— Doskonały zbiór cech czarodzieja i wampira — wtrącił, a ja przytaknęłam.
Choć wciąż przyglądał mi się dość podejrzliwie, czułam, że nie mógł się powstrzymać, by tego nie pociągnąć. Dał się porwać emocjom — tak jak ja.
— Idea nadczłowieka — dodałam z sercem dobijającym się do gardła. — To coś, co cię pociąga, prawda?
— Nie — zaprzeczył lekko. — Nie interesuje mnie idea czegokolwiek, co zawiera w sobie słowo “człowiek”.
— W takim razie zostaje ci przemiana w wampira — rzuciłam żartobliwie, na co zrobił minę i wzruszył ramionami.
— Zależność od krwi i ciemności, słabość podczas dnia — zaczął wymieniać, prostując po każdym przykładzie jeden palec. Oczywiście nie mógł sobie darować tej kapki ironii. — To nie dla mnie.
Chyba odpuścił tę powagę, lecz nie wydawało mi się to ani odrobinę kojące. Wręcz przeciwnie, złowieszczo szybko przestał wypytywać, a już dawno zdążyłam się przekonać, jak był dociekliwy. Podejrzewałam, że mogłabym w ciemno założyć się o tysiąc galeonów, że jeszcze tego samego wieczora pomaszeruje do Działu Ksiąg Zakazanych.
Dobrze. Niech szuka. Niech o mnie myśli. Niech szuka innej ścieżki i może — ale tylko może — zrobi to, sądząc, że odkrył to wszystko sam.
Tak, Lord Voldemort mógłby tak pomyśleć.
— Istniejąc jako żywy obiekt, zawsze będziesz od czegoś zależny. Od pokarmu, snu czy konieczności posiadania fizycznej formy — wyjaśniłam. Nie zamierzałam szczędzić mu protekcjonalnego tonu. — Wygląda więc na to, że pragniesz zostać duchem.
Bez słowa wyciągnął mi z dłoni papierosa i wsunął go sobie do ust, by przez dłuższą chwilę palić z pewnym namaszczeniem, obserwując szare kłęby dymu coraz mniej widoczne na tle bajecznie kolorowego nieba.
— W ten sposób pozbawiłbym się przyjemności wynikających z posiadania ludzkiej formy, więc również nie — rzekł, na co westchnęłam teatralnie i potrząsnęłam głową.
— W takim razie nie wiem, jak mam ci pomóc. To jedyne, co mogę ci na tę chwilę zaoferować.
Automatycznie powędrował wzrokiem ku torbie, z której wyciągnęłam dwie butelki piwa. Parsknął śmiechem, jakbym naprawdę go zaskoczyła, ale przyjął jedno bez protestowania.
— Skąd to wzięłaś?
— Zwędziłam — odparłam i zębami otworzyłam swoją, nim położyłam się z powrotem na trawie.
— Nie jestem zaskoczony.
Wydawał się czymś szczerze rozbawiony, ale resztę komentarza zachował dla siebie. Ze wspólnej nauki nie zostało nic więcej, a temat wampirów został tymczasowo porzucony, ale byłam już na tyle upalona i podpita, że więcej o tym nie myślałam. Pierwszy raz od dawna poczułam w związku z nim całkowity, niczym niezmącony spokój. Mogłam tak leżeć, dyskutować lub milczeć, aż słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, a błonia ogarnęły właściwe dla początków wiosny wilgoć i chłód.
Wróciłam do dormitorium bardzo zadowolona, choć niewiele zapamiętałam z nauki historii. No, może tylko to, że Kazimierz III miał długie nogi. A może chodziło o Zygmunta? Ostatecznie nie miało to żadnego znaczenia, bo mimo licznych pokus, by tu zostać, wiedziałam, że owutemy do niczego mi się nie przydadzą. A już z całą pewnością nie przyda mi się stopień z mugoloznawstwa.
Gdy wchodziłam do sypialni, wciąż przyjemnie szumiało mi w głowie od wypalonych jointów i kradzionego piwa, dlatego rajwach, na który się natknęłam, sprawił, że zamarłam w pół kroku z ręką na klamce. Rozpasieczoną Barbarę tłumaczącą coś namiętnie na środku pokoju widywałam średnio raz na miesiąc, ale kompletnie nie rozumiałam, dlaczego Esmeralna zalewała się łzami, skoro jeszcze po obiedzie świergotała jak wróbelek nad dzisiejszą randką. Zresztą to przecież Esmeralda. Esmeralda nie płakała, a teraz siedziała na łóżku i szlochała brzydko w ramię tulącej ją Flory.
— Co się stało? — zapytałam, ostrożnie zamykając drzwi.
Barbara natychmiast spiorunowała mnie wzrokiem.
— Jenkins! Eugeniusz Jenkins się stał!
No tak, mogłam dodać dwa do dwóch, chociaż luźne podejście Esmeraldy do tej znajomości i jej aktualny stan nadal mi się nie spinały, więc postanowiłam zaryzykować kolejne złowrogie spojrzenie koleżanki i bąknęłam niezbyt mądrze:
— Jak się stał?
— Ten… ten… wypacykowany goguś ZAŁOŻYŁ SIĘ z kolegami, że… że…
— Że zaciągnie mnie do łóżka — dokończyła za nią stłumionym głosem Esmeralda i odsunęła się od koleżanki. Wyglądała okropnie. Twarz miała całą w brodowych plamach, z granatową obwódką rozpuszczonego tuszu do rzęs wokół oczu i mieszanką smarków i łez cieknących aż na kołnierzyk pomiętej koszuli. — To stało się wczoraj, a dzisiaj mieliśmy się spotkać w Holu Hieroglifów, wiecie, w tym na dole… i… i on faktycznie już tam czekał, tyle że… że z kolegami…
Skrzywiła się, wargi jej zadrżały i znów zaczęła głośno szlochać, a ja wytrzeszczyłam oczy. Cała lekkość, z jaką schodziłam do piwnicy, uleciała ze mnie jak powietrze z dziurawego balonu. W pierwszej chwili miałam ochotę ją przytulić, jak zrobiła to Flora, ale Barbara jakby to wyczuła i sama zrobiła w moim kierunku kilka gniewnych kroków.
— To wasza wina. Twoja — pokazała palcem na przejętą Aurelię — twoja — wycelowała palcem w Amelię — i twoja — wskazała na mnie — bo głupio ją podjudzałyście i proszę. Mamy to, co mamy. — Sapnęła ciężko i skrzyżowała ręce na piersiach. — Wiedziałam, że tak będzie. Wiedziałam i mówiłam, zgadza się, Mili? Tak było, a teraz…
Urwała, bo Esmeralda znów odsunęła się od Flory, ocierając gwałtownie oczy rękawami.
— Nie, to nie ich wina — rzuciła ze złością. — To ja dałam się zrobić jak głupia.
— Barbara ma rację, ten dupek od początku wydawał się śliski — mruknęłam.
Wiedziałam, że cokolwiek w tej chwili powiem, nie pomoże Esmeraldzie ani nie sprawi, że Hoffmann przestanie łypać na nas spod byka, ale czułam, że coś należało zrobić. Przysiadłam na krawędzi swojego łóżka, ale prawie natychmiast wstałam. Choć Eugeniusz Jenkins wydawał mi się do tej pory do bólu nijaki, teraz jawił mi się niczym Draco Malfoy, zanim jeszcze zaczął spotykać się z Sapphire — obrzydliwy, małostkowy, podły gnojek.
— Nie możemy tego tak zostawić — wycedziła Barbara, a zaciśnięte w pięści dłonie zaczęły jej dygotać. Millicenta potaknęła bezdźwięcznie, a siostry Bones wymieniły zaniepokojone spojrzenia.
— Trzeba go dopaść po treningu i zmusić, żeby cię…
— Nie. — Wyprostowała się tak opanowana i stanowcza, jakiej jeszcze nigdy jej nie widziałam. — Nie chcę. Są owutemy, nie chcę robić żadnych awantur, przeżywać znów tego wstydu… Chcę o tym zapomnieć. Po prostu wszystkie uznajmy, że Eugeniusz Jenkins nigdy nie istniał w moim życiu, zgoda?
Bardzo niechętnie przytaknęłyśmy. Wślizgnęłam się do swojego boksu, żeby tylko nie patrzeć na Barbarę, ale czułam, że i ona robiła wszystko, żeby na mnie nie spojrzeć. Nie spodobał mi się pomysł puszczenia tej sprawy płazem, choć dobrze wiedziałam, że naciskanie na Esmeraldę tylko ją rozzłości. Zamknęła się w łazience, żeby doprowadzić się przed kolacją do porządku, ale — inaczej niż w moim dawnym dormitorium — reszta Puchonek nie zaczęła natychmiast o niej rozmawiać. Ciężkie milczenie, które między nami zawisło, było trudne do zniesienia, ale szybko się okazało, że temat nie zatrzymał się na drzwiach sypialni siódmoklasistek.
Co prawda wkroczenie Esmeraldy do Wielkiej Sali nie skończyło się eksplozją śmiechu wszystkich czterech stołów, ale już następnego dnia przy śniadaniu dało się wyczuć lekką zmianę atmosfery. Wiele par oczu — w większości dziewczęcych i gryfońskich — śledziło nas zaraz po przyjściu, kilka młodszych uczennic pokazywało nas sobie palcami na korytarzu, a tuż po obiedzie mijani nas w drodze do biblioteki chłopcy z Gryffindoru otwarcie cmokali i uśmiechali się podle, wpatrując się bezpośrednio w Esmeraldę. Przed kolacją już miałyśmy pewność — oni wiedzieli, a wyglądało na to, że nie byli ostatni.
Miałam ochotę dorwać Eugeniusza Jenkinsa i wsadzić mu złotego znicza w dupę, zwłaszcza że plotka pęczniała z każdym kolejnym dniem. Znużeni ciągłym maglowaniem tematu egzaminów uczniowie z chęcią podchwycili temat, a zamieszanie w sprawę syna obecnego ministra dodawała pikanterii. I tak po tygodniu cała szkoła huczała od plotek, jakoby Esmeralda Rottermund oddała się ścigającemu Gryfonów w szatni po treningu, nie dbając o to, że pod prysznicem miał znajdować się pałkarz, który ochoczo potwierdzał tę wersję wydarzeń.
Czy któryś z nauczycieli chociaż kiwnął palcem, żeby wyjaśnić tę sprawę?
Oczywiście, że nie. A ja nie byłam tym ani trochę zdziwiona.
*
Rzygałyśmy z Barbarą utyskiwaniem na Jenkinsa, ale Esmeralda trwała stanowczo przy swojej decyzji, by nie ruszać gówna, bo wtedy ponoć bardziej śmierdzi. Nie zgadzałam się z tym — nie sądziłam, by mogło śmierdzieć bardziej, gdyby dostało ze dwa ciosy pałką przez grzbiet.
Zjadała mnie nie tylko wściekłość, ale i wyrzuty sumienia, bo Hoffman może i była nadmiernie wścibska, ale miała rację: częściowo odpowiadałam za to, co teraz przeżywała Esmeralda. Chcąc mieć jak najwięcej czasu na spotkania z Riddle’em i zebrania Rycerzy Walpurgii, bezmyślnie pchnęłam ją w ramiona tego dupka. Byłam kompletnie zaślepiona i dopiero teraz do mnie dotarło, że powtarzałam te same błędy. Tym razem również — tak samo, jak w przeszłości — odpychałam i okłamywałam każdego, kto się o mnie troszczył, bo widziałam tylko Voldemorta. Ale teraz nie mogłam zasłaniać się tym, że byłam dziecinna i zmanipulowana. To ja manipulowałam.
Miałam obsesję. Choć od momentu przekroczenia progu Hogwartu zdawałam sobie z tego sprawę, dopiero w tej chwili tak realnie to poczułam. Na wskroś. Do głębi. Jeżeli nie chciałam, by ten rok okazał się stratą czasu, musiałam coś z tym zrobić.
Zaczęłam od zignorowania prośby Esmeraldy.
Namierzenie Eugeniusza Jenkinsa okazało się banalnie proste. Jak wielu chłopców w jego wieku interesował się prawie wyłącznie quidditchem, zwłaszcza w okresie kończącego się sezonu. A z racji tego, że należał do drużyny, złapanie go po treningu było tylko kwestią czasu.
Zaczaiłam się w korytarzu na siódmym piętrze prowadzącym bezpośrednio do spiralnej klatki schodowej, na szczycie której znajdował się portret Grubej Damy. Podobnie jak za moich czasów w Hogwarcie, tak i teraz znajdowała się tam płytka wnęka z gobelinem, za którym wybudowano tajny korytarz, w którym zdarzało nam się z Victorem podpalać papierosy. Sądząc po nieobecności siedmiu Gryfonów przy stole podczas kolacji, byłam przekonana, że lada chwila usłyszę ich wracających do wieży, ale kwitłam na miejscu jeszcze grubo ponad dwie godziny. Czując narastające rozdrażnienie, zaczęłam się zastanawiać, czy nie wrócili do dormitorium podczas kolacji. Mogli chcieć zakończyć trening wcześniej ze względu na deszcz i zakraść się po drodze do kuchni, ale punktualnie o dwudziestej drugiej ciszę na korytarzu zakłóciły słabo tłumione głosy sporej grupki chłopaków.
Serce zabiło mi mocniej, gdy kroki i chichoty nasiliły się na poziomie gobelinu i szybko zaczęły się oddalać. Bezgłośnie wysunęłam się na zewnątrz — niecałe dwa metry za plecami uczniów. Siedmiu przemoczonych Gryfonów z oklapniętymi włosami nawet się nie zorientowało, kiedy zrównałam się z nimi i mocnym ruchem ręki szarpnęłam Eugeniusza Jenkinsa za ramię.
— Chyba mamy do pogadania — syknęłam, gdy ścigający zastygł na ułamek sekundy z wyrazem konsternacji. — Wolisz przy kumplach czy na osobności?
Twarz miał całą w zaschniętych kropeczkach błota, a z przyklejonych do skroni blond kędziorów kapała woda. Natychmiast mnie rozpoznał i chyba jego koledzy też, bo przez całą grupę przetoczyły się złośliwe chichoty. Jenkins też się zaśmiał. Nie czuł strachu. Wyraźnie nade mną górował, a obecność pozostałych członków drużyny i konfrontacja z samotną dziewczyną wyglądały mu na dobrą zabawę. Czułam to. Widziałam w jego przymrużonych oczach, jak szukał w głowie riposty, która spowodowałaby wybuch taniego śmiechu wśród jego kumpli.
— Jesteś pewna, że przyszłaś tu po rozmowę? — zapytał i zgodnie z oczekiwaniami Gryfoni zgodnie zarechotali.
Zakotłowało się we mnie, przełknęłam złość i powtórzyłam:
— Chcesz się zbłaźnić sam na sam czy na oczach kolegów? Decyduj, inaczej na wybiorę.
Jeżeli poczuł choć ukłucie niepokoju, nie dał po sobie poznać. Obrócił tylko głowę i dał reszcie znać, by odeszli. Zrobili to zaskakująco sprawnie, oglądając się na nas i bucząc w sposób, jaki robiło się to na początku szkoły, kiedy podejrzewano kogoś o bycie zakochanym. Szarpnęłam głową, wskazując ciemniejszą część korytarza. Jenkins odczekał, aż ramy obrazu na piętrze strzelą, po czym nieśpiecznie ruszył za mną, wsuwając nonszalancko ręce do kieszeni.
— Przeprosisz Esmeraldę i sprawisz, że plotki przestaną się roznosić — zażądałam, gdy oparł się plecami o ścianę i z drwiącym uśmieszkiem na ustach skrzyżował ręce na piersiach. — Nie obchodzi mnie, jak to zrobisz, ale to gadanie ma się skończyć, dotarło?
— Ess jest dużą dziewczynką, poradzi sobie z rozstaniem. Takie rzeczy się zdarzają, złotko.
— Dobrze wiesz, że nie mówię o rozstaniu.
— Mogła myśleć, zanim rozłożyła nogi…
Nie skończył, a różdżka już tkwiła w mojej dłoni, wycelowana prosto w jego twarz. W środku cała dygotałam, ale ręka ani drgnęła. Oczami wyobraźni już widziałam dziesiątki rzeczy, jakie chciałam mu zrobić, gdyby nie to, że pięćdziesiąt metrów nad nami znajdowało się dormitorium Gryfonów. Tymczasem Jenkins nie zrobił wystraszonej miny. Nie wyglądał na przejętego, wręcz przeciwnie, wredny uśmieszek tlący się w kącikach jego ust rozlał się po całej twarzy. Odbił się lekko od ściany, nie zważając na wycelowaną w siebie różdżkę.
— Czy ty wiesz, kim jest moja matka? — wycedził ze zwodniczą troską w głosie. — Po prawie dwóch semestrach w tej budzie powinno do ciebie dotrzeć, że moja matka jest ministrem magii. Może w każdej chwili cię stąd usunąć, choćbyś miała dwanaście wybitnych na SUM-ach. Na miejscu kogoś takiego jak ty uważałbym, co i do kogo mówię. To moja matka, a więc i ja robię ci łaskę, że możesz tu być, ale w każdej chwili mogę ci załatwić powrót na Syberię.
Zatrzymał się tak blisko, że czułam zimne, wilgotne powietrze bijące z jego szaty. Czułam je wraz ze spokojnym oddechem osadzające się na moich rozpalonych w gniewie policzkach, widziałam zarys fioletowy zarys żyły pulsującej miarowo z boku szyi, a ślina napłynęła mi do ust.
Jak dawno nie piłam ludzkiej krwi…
Przełknęłam.
— Nie próbuj mnie zastraszać, dobrze ci radzę — wyszeptałam.
Znów się roześmiał.
— Bo co? Mogę zrobić z tobą wszystko i nikt się tym nie zainteresuje. Widziałaś, żeby ktoś się przejął tym, co gadają o Ess? Wielkie mi rzeczy. Pogadają i zapomną, a ty lepiej nie wtrącaj się w sprawy, które ciebie nie dotyczą, bo jeszcze się okaże, że pan Onoprijenko był kiedyś notowany w jakichś mugolskich aktach, a pani mamusia została przyłapana z kotłem eliksiru wielosokowego. Co, teraz się rozumiemy? — zapytał cichutko, spostrzegłszy lekkie drgnięcie mojej ręki. Satysfakcja błysnęła w jego szarych oczach i oboje wiedzieliśmy, że tym razem wygrał. Pokręcił lekko głową i zacmokał pogardliwie, gdy całkowicie opuściłam różdżkę. — O widzisz, a jednak jesteś mądrą dziewczynką.
Byłam pewna, że ostatni raz parsknie drwiącym śmiechem, odwróci się na pięcie i wróci do Wieży Gryfonów, dumny z tego, co powiedział, ale nie. Wyciągnął z kieszeni swoją różdżkę i wbił mi jej koniec między obojczyki. Wciągnęłam gwałtownie powietrze przez nos. Nie zabolało, ale w żołądku eksplodowała mi taka nienawiść, jakiej już dawno nie czułam, a jedyne, co mogłam zrobić, to patrzeć, z jaką satysfakcją chłonął moją złość.
— Bo mogłoby się tak stać — ciągnął — że coś się komuś przytrafi i zupełnym przypadkiem świadkowie będą myśleli, że to sprawka tej dziwnej dziewczyny z wymiany. Mogłabyś mieć duże kłopoty, gdyby się okazało, że zaatakowałaś syna ministra magii.
— Może już niedługo. Trzymam kciuki.
Och, jak rozkosznie było obserwować uśmiech spływający mu z ust. Twarz zmarszczyła mu się gniewnie i nagle zamiast cwanego, pewnego siebie chłopaka miałam nad sobą nadąsanego dzieciaka. Przycisnął mi różdżkę do gardła i wysyczał:
— Uważaj no, tuska kurwo…
Nie skończył, bo w tym samym momencie kątem oka dostrzegłam jakiś czarny kształt, a w korytarzu rozległ się tępy huk, jakby wielka, ciężka książka spadła na podłogę.
Albo zderzyła się ze skronią Eugeniusza Jenkinsa.
Gryfon osunął się na podłogę, skomląc i obmacując sobie głowę, a czarny, drobny oksford jednym sprawnym kopnięciem wytrącił mu różdżkę z ręki.
— Daj ti jej spokoju i wynosi się, już! — warknęła Melania Serpens. — Twoja matka nie ma tu wladzi, tilko direktor. Un lâche.
Wolumin, który przyciskała sobie do piersi jak tarczę, miał wymiary płyty chodnikowej. Jenkins rozejrzał się wokół, po czym nadzwyczaj sprawnie zerwał się na nogi i ruszył w stronę Ślizgonki niczym rozjuszony byk. Nie czekałam. Jego różdżka niczym przyciągana magnesem podskoczyła i przefrunęła przez korytarz prosto do mojej ręki. Już otwierałam usta, żeby czymś go zastraszyć, choć w głowie miałam kompletną pustkę, ale zanim któreś z naszej trójki zdążyło coś zrobić, w którymś z bocznych korytarzy rozległy się kroki. Zmierzyliśmy się z Jenkinsem wzrokiem, a ja odrzuciłam mu różdżkę, którą pochwycił i natychmiast oddalił się w kierunku Wieży Gryffindoru.
Odwróciłam się, ale Melanii już nie było.
~*~
O kurde, czwarty rozdział w tym roku, a tu dopiero pierwszy dzień NaNoWriMo. Jest szansa, że w tym roku wpadnie jeszcze jeden, może nawet dwa, a to oznacza, że i pobyt Sophie w przeszłości powoli dobiega końca. Trochę nie mogę się doczekać, a trochę się boję. :)