Z
Czarnym Panem nie chciałam się już widzieć, a i on raczej nie szukał mojego
towarzystwa, więc natychmiast powróciłam do rodzinnego domu. Gdy wkroczyłam do
środka, natychmiast chciałam wbiec na górę i ukryć się w pokoju, lecz w kuchni
zastałam osoby, które były, według mego mniemania, najbardziej niepożądane.
Przy stole siedziała Tonks z wyraźnie już widocznym brzuchem oraz Remus, nieco
dalej zaś - Syriusz. Moje serce momentalnie wypełniło się niechcianą teraz
radością. Poza gośćmi w pomieszczeniu znajdowali się tylko moi rodzice, a także
Livia i Victor. Wszyscy prawie natychmiast zamilkli, gdy tylko mnie ujrzeli.
Przez chwilę stałam i patrzyłam na nich, a oni patrzyli na mnie, nie mając
odwagi, by przemówić. W końcu odwróciłam się i ruszyłam w stronę schodów
prowadzących na piętro, lecz nagle usłyszałam:
- Sophie, uciekasz przede
mną?
Głos Syriusza był
oskarżycielski, lecz przepełniony rozbawieniem. Zatrzymałam się gwałtownie, z
jedną stopą na najniższym stopniu i dłonią na poręczy. Kiedy się odwróciłam,
Black był już przy mnie i ubierał zimowy płaszcz, który jeszcze chwilę temu
wisiał na drewnianym kołku. Otworzyłam usta, aby mu powiedzieć, że nie chcę
nigdzie iść, ale on narzucił na mnie kurtkę należącą do Livii i wypchnął za
drzwi. Wiatr rozwiał mi włosy, a przez całe ciało przebiegł mi dreszcz; na
zewnątrz było naprawdę chłodno.
- Muszę przyznać, że
zawiodłem się – przemówił po krótkiej chwili jego upartego milczenia, nie
porzucając swego radosnego, pobłażliwego tonu. – Miałaś tyle wolnych od szkoły
dni, a nawet nie pofatygowałaś się, aby wysłać mi chociażby jeden list. O
wizycie nie miałem chyba co marzyć.
- Przepraszam, ale…
Nie wiedziałam, jak uzasadnić
mój chwilowy brak zainteresowania jego osobą. Byłam przytłoczona chorobą Livii,
Siedmiobojem Magicznym, spotkaniem z wujem… że zapomniałam o nim.
Syriusz zaśmiał się cicho i
wsunął swoją smukłą dłoń w moją. Był moim najlepszym przyjacielem, nawet Barty
nie rozumiał mnie tak, jak on. Nigdy nie gniewał się na mnie i nie robił
wyrzutów z powodu mojego wyboru. Raz wyrwałam go ze szponów śmierci, lecz
obawiałam się, że z płynącym czasem mogę nie wygrać.
- Rozumiem. Miałaś inne
sprawy na głowie – rzekł, patrząc na mnie z groteskową złością, po czym
uśmiechnął się szarmancko, tak, jak tylko on potrafił. – Ale tak już na
poważnie. Słyszałem o Lunie…
- Nie miałam z tym nic
wspólnego.
- Nie oskarżam cię – przerwał
mi Syriusz tak łagodnie, że natychmiast zamilkłam. Spodziewałam się ostrych
krzyków i niechęci. – Po prostu nadal nie mogę uwierzyć w te wszystkie
okropieństwa.
Spojrzałam na niego
ukradkiem, a serce wypełniło mi poczucie winy. Instynktownie chwyciłam go za
rękę, jakbym chciała go w ten sposób pocieszyć.
- Tobie nic nie grozi, jako
jedyny możesz czuć się naprawdę bezpieczny – tylko to zdołało przejść mi przez
gardło. Oczy Syriusza, zawsze pełne energii i niesamowitej radości zamigotały
dziwnie. Nie znałam osoby, która bardziej od niego kochała życie i do tego
miała tak wielki honor. Black był Gryfonem z krwi i kości, wielokrotnie mnie to
dziwiło, przecież wywodził się z rodziny Ślizgonów. Byli elitą, a on zbratał
się z całkowicie zwyczajnymi czarodziejami. Nie rozumiałam Primy – przecież
Syriusz żył i miewał się dobrze. Dlaczego nie chciała powrócić do kraju?
Mogłaby zacząć tu nowe życie, a Black byłby z nią szczęśliwy. Czułam, że jej
wybór miał coś wspólnego z Mariusem, jednak szczegóły były mi całkowicie obce.
- To głupie, co powiedziałaś
– odparł, znów śmiejąc się pobłażliwie. – Tak dobrze mnie znasz, a nadal
zapominasz, że nie chcę siedzieć bezczynnie, kiedy moi przyjaciele narażają
się. Mam dość więzienia i ukrywania się we własnym domu, przetrwałem Azkaban i
Grimmauld Place, jak na jedno życie wystarczy.
- Śmierciożercy nie będą z
tobą walczyć, mogę ci przysiąc – zapewniłam go. – Nie mogę cię znowu stracić
przez głupie waśnie Czarnego Pana i Dumbledore’a.
- No tak, raz już tego
dowiodłaś…
- Trochę więcej powagi! –
zawołałam, oburzona jego kpiną z mojej pamiętnej rozpaczy sprzed roku, lecz nie
mogłam powstrzymać uśmiechu, który podstępem wkradł się na moją twarz.
- Poważni będziemy na starość
– oświadczył, po czym bez trudu poderwał mnie do góry i rzucił w ogromną zaspę.
Nie spodziewałam się tego, więc nawet nie zdążyłam zaprotestować: już leżałam w
białym, miękkim wzniesieniu. Śnieg nasypał mi się za kołnierz, pełno miałam go
w butach i na włosach. Nie mogłam jednak pozostać mu dłużna. Z dzikim,
walecznym okrzykiem rzuciłam się na niego, przy okazji zwalając go z nóg, chwyciłam
mocno za długie włosy i wcisnęłam jego twarz w kolejną zaspę. Plując i kaszląc,
Black wyswobodził się z mojego uścisku, zagarnął wolną ręką śnieg i przyłożył
tę kulę prosto do twarzy. Mojej twarzy. A śmiał się przy tym
tak okropnie, że doprowadził mnie tym do wściekłości.
- Jest jednak jeden
Śmierciożerca, który ze mną walczy – usłyszałam, a jego uścisk zelżał. Czym
prędzej starłam lodowaty, mokry śnieg z powiek, nosa i policzków. Wąchacz
siedział już spokojnie, włosy miał splątane, szatę przemoczoną, a na twarzy
szeroki, radosny uśmiech. Odetchnęłam głęboko. Miałam ochotę mu oddać, ale
poskromiłam ją.
- Na tym zakończmy. Ktoś tu
musi być dorosły – wydyszałam. Byłam rozgrzana po tej bitwie, więc nawet nie
czułam przenikliwego, mroźnego wiatru, który się zerwał.
- I to niby jesteś ty? –
zadrwił, robiąc przy tym tak głupią minę, że aż parsknęłam śmiechem. – Mam
prawie czterdzieści lat, jestem dojrzalszy.
- Powiedział facet siedzący w
rozgrzebanym śniegu, śmiejąc się jak głupi do sera – stwierdziłam, patrząc na
niego z pogardą. – A ja mam osiemnaście, więc mam także prawo zachowywać się
dziecinnie.
- Dobrze mówisz po polsku,
brawo.
- Dziękuję. Ale te pochlebne
słówka nie odwrócą mojej uwagi nawet na chwilę – odparłam i zmrużyłam groźnie
oczy, mój uśmiech jednak był już prawie tak szeroki, jak uśmiech Syriusza.
Pomógł mi wstać, po czym
oboje otrzepaliśmy się dokładnie (Bes dostałaby z wściekłości gorączki,
gdybyśmy nanieśli tyle śniegu do jej kuchni). Tylko z Wąchaczem mogłam na
chwilę zapomnieć o istniejącym między nami podziale. On przecież całym sercem
walczył o dobro, ja popierałam wuja, który czynił na świecie zło. Ale nie było
to bezmyślne kroczenie za stadem. Wiedziałam, że jeśli Voldemortowi się uda,
czarodzieje i czarownice będą żyli w lepszych warunkach. Nasza egzystencja
zmieni się w coś lepszego, niż tylko w walkę o przetrwanie.
*
Ani
Bes, ani Sethi, ani żaden inny gość czy mieszkaniec ich domu nie zaczepił mnie
już tego wieczora. Po rozmowie z Syriuszem wróciłam spokojnie do swojej sypialni,
z której już nie wyszłam do samego rana. Nie poszłam także spać, byłam zupełnie
rozbudzona, co po części musiało być spowodowane przepełniającymi mnie
skrajnymi emocjami. Skumulowały się przez cały dzień i tylko czekały, aby
eksplodować. Byłam przez to cały czas rozdrażniona, obecność Syriusza pomogła,
ale tylko na ten krótki moment, kiedy był ze mną. Gdy utknęłam za zamkniętymi
drzwiami pokoju na najwyższym piętrze, znów byłam samotna, z nowym uczuciem,
które nigdy dotąd nie gościło w moim sercu – całkowita pustka. Zawsze miałam
pewność, że na świecie jest osoba, na którą mogę liczyć bez względu na
wszystko. A teraz stało się coś… coś złego wydarzyło się między mną a mym
wujem, coś, co chyba na zawsze będzie na dzielić. Nie chciałam pojednania z nim,
potraktował mnie tak… Miałam już swoje lata i z dnia na dzień byłam bogatsza o
doświadczenie. A on myślał o mnie, jak o małej dziewczynce.
Kiedy tylko usiadłam na
parapecie i utkwiłam wzrok w zimowym, surowym krajobrazie za oknem, wiedziałam
już, że będzie to bezsenna noc, pełna ponurych przemyśleń i samotności. Z dołu
dobiegały mnie przytłumione dźwięki rozmów, strzępy bezwartościowych, nic
nieznaczących zdań, które nie wnosiło do mojego życia zupełnie nic i nie
czyniły mnie mądrzejszą.
Powróciłam pamięcią do owego
żenującego zdarzenia z tego dnia i na nowo ogarnęła mnie straszliwa niemoc i
upokorzenie. Myśli, tak samo jak zbędne słowa w kuchni na dole, przewijały się
przez moją głowę, nie pozostawiając w niej śladu. Chciałam być już w Hogwarcie,
aby zwyczajne, szkolne zamieszanie odwróciło moją uwagę od pustki, którą mogłam
porównać jedynie do tego okropnego uczucia, kiedy natrafia się podeszwą buta na
fałszywy stopień. Ale trwało i nie chciało mnie opuścić. Nie mogłam już na
nikogo liczyć. Armand zjawiał się od czasu do czasu, jego obecność była tak
wiotka i ulotna, jak mgła rankiem. Mógł znów opuścić mnie na całe lata, nie
mówiąc ani słowa. Na dłuższą metę nie był dobrym powiernikiem. Syriusz nie
rozumiał moich problemów, a Barty… Barty miał Czarnego Pana za świętego. Nie
widział w nim ani jednej wady, nawet wtedy, kiedy był przeciwny naszemu
związkowi. A ja coraz częściej zdawałam sobie sprawę z nieodpowiedzialności
Lorda Voldemorta. Za jakiś czas zapewne znowu mnie wezwie, aby w końcu wyrzucić
mnie ze swych komnat. Już nie będę tak naiwna. Nie będę angażować się w nic, co
jest z nim związane.
~*~
Rozdział zawiera dużo
przemyśleń, stwierdziłam, że między jedną akcją a drugą powinno być choć
odrobinę spokoju. W końcu skończył się post, co bardzo mnie raduje, gdyż mogę
pisać. Jednak odcinki nie będą ukazywały się za często, maj zbliża się wielkimi
krokami (choć za oknem wciąż tego nie widać, u mnie nadal pada śnieg). A wraz z
majem nadejdzie matura, więc… Oczekujcie rychło nowego rozdziału na DLR, zapraszam
także na spis treści, który znajduje się na moim nowym blogu poświęconym właśnie takim dodatkom.
Dedykacja dla Was wszystkich, dziękuję, że czekaliście xD