1 lipca 2025

379. W najwyższej wieży

Nie myliłam się - by zwrócić na siebie uwagę Toma Riddle’a, wystarczyło strącić go ze szczytu wieży, przycisnąć do ściany i uratować. Jednym słowem, trzeba było odebrać mu poczucie kontroli. 

Jakbym już to gdzieś widziała. 

Okazało się, że przyroda naprawdę potrzebowała równowagi - teraz, kiedy nareszcie udało mi się zaciekawić jednego Ślizgona, drugi zupełnie stracił zainteresowanie. I nie chodziło nawet o mnie, choć widok zgaszonego Evana sprawiał, że czułam w sercu bolesne kłucie. Oczywiście zawsze mogłam zapytać Barbarę, ona wiedziała wszystko. Kombinowałam nawet przez jakiś czas, jak to ugryźć, ale ostatecznie zrezygnowałam. Każde wspomnienie o kimś z grupy Riddle’a zapalało w jej oczach podejrzliwe blaski. Żałowałam, że potraktowałam Rosiera tak obcesowo, właściwie bez powodu - przez głupi strach, że nasza zbyt bliska relacja miałaby jakoś wpłynąć na przyszłe wydarzenia. 

Ale przecież właśnie po to tu byłam. 

Wypad do Hogsmeade jak zwykle przyniósł odrobinę wytchnienia. W piątek lało jak z cebra, następnego ranka w Wielkiej Sali powitało nas słońce nieśmiało wyglądające spomiędzy kłębiących się białych i stalowoszarych chmur - pozostałości po wczorajszym pogodowym armagedonie. Poza rozmokłym trawnikiem i wielkimi jeziorami kałuż na całej leśnej ścieżce droga do wioski okazała się naprawdę przyjemna. Zapach wilgotnej ziemi, butwiejących liści i schnących w słońcu złotawych koron drzew wiercił w nosie, niebo było wysokie i chabrowe, wspaniale podbijając czerwień buków, klonów i jarzębów. Mieliśmy typową polską złotą jesień. 

O ile sam Hogwart - poza sentymentem - z racji swej stałości nie wywoływał we mnie żadnych większych uczuć, Hogsmeade już tak. Podobnie jak Pokątna miało swoje stałe punkty - stara, zabytkowa fontanna z gnomami stała na środku małego deptaka, otoczony ławeczkami placyk okupowały gołębie, licząc, że któryś z uczniów rzuci im kawałek słodkiej bułki albo kociołkowego pieguska, a w oddali nieopodal wzgórza ze starym cmentarzem majaczył wśród starych iglaków drewniany kościółek ze strzelistą wieżą. 

Ledwo zaczęły pojawiać się pierwsze zabudowania, od razu spostrzegłam, jak wiele się zmieniło przez ostatnie dziesięciolecia. Część mieszkalna była jeszcze nie tak ciasno zabudowana, na miejscu budki z lodami, w której jesienią i zimą stary czarodziej z pypciem na wielkim nosie sprzedawał gofry i gorącą czekoladę, rosły kępy krzaków i jakieś chwasty, a w herbaciarni pani Puddifoot znajdował się potwornie obskurny antykwariat. Barbara, Leo, Esmeralda i Joachim mieli kupę zabawy, oprowadzając mnie po najbardziej popularnych atrakcjach wioski. Odwiedziliśmy sklep Zonka, w którym aktualnie wiodły prym gumowe trzasko-łapki. Przyczepiało się je na sznurku do palca jak jojo i wystarczył jeden ruch w stronę kolegi, żeby taka łapka zaczynała go ścigać, dopóki nie wymierzy kilku siarczystych policzków. Oczywiście w szkole zostały natychmiast zakazane, ale na ulicach pełno było teraz uciekających i trzaskających się po twarzach uczniów. 

Puchoni nie napomknęli ani słowem o Wrzeszczącej Chacie, choć za moich czasów w Hogwarcie pozostawała jedną z większych atrakcji - jak się okazało, we Wrzeszczącej Chacie wciąż ktoś mieszkał, ale z zewnątrz już powoli zaczynała przypominać tę, którą widywałam na swoich wypadach. 

- O, patrzcie, jaka urocza babuszka - zagaiłam, kiedy w jednym z brudnych okien na parterze pojawiła się pomarszczona twarz staruszki. 

- Ta, jasne - mruknęła Esmeralda, łypiąc spod byka w tamtą stronę. - Ta urocza babuszka w zeszłym roku rzuciła na mnie zaklęcie krostowatej krosty. Przez tydzień musiałam się smarować taką okropną maścią, żeby się tego wszystkiego pozbyć. Śmierdziałam jak jedna wielka cebula… 

- Przyłapała cię, jak obrywałaś jej bez - wtrąciła rzeczowo Barbara, a Joachim i Leo parsknęli śmiechem. 

- Wszyscy obrywali, ty też - bąknęła i policzki jej poróżowiały. 

- Tak. - Barbara wydęła swoje mięsiste wargi w pełnym satysfakcji uśmiechu. - Ale mnie nie złapała. 

Przekomarzały się tak do samego Miodowego Królestwa, które - choć z uboższą ofertą niż tą, którą ja znałam - jak zwykle było pełne ludzi. Kolejka wychodziła aż za drzwi wejściowe i Leo marudził, żeby wstąpić na kremowe piwo do Trzech Mioteł, ale dziewczyny uparły się, że muszę spróbować karmelkowych szkieletów i pierwsze pół godziny spędziliśmy na zewnątrz, kręcąc się i zaglądając przez witrynę. Drugie pół godziny spędziliśmy zdecydowanie przyjemniej, oglądając i wkładając do papierowych toreb po kilka sztuk słodyczy na spróbowanie. Takie klasyki jak fasolki wszystkich smaków, czekoladowe żaby czy cukrowe pióra trwały niezmiennie jak Hogwart, ale zauważyłam sporo nowości, których nie pamiętałam z mojego Miodowego Królestwa. Z pewnym rozrzewnieniem wodziłam wzrokiem po ciężkich, lakierowanych regałach, wyobrażając sobie, że naprawdę byłam Liubov Onoprijenko i jedyne, co mogło mi teraz zaprzątać głowę, to wybór słodyczy z wielkich słojów ustawionych wzdłuż lady. Na chwilę zapomnieć o demonach nawiedzających mnie przed spaniem, o wstręcie wykręcającym mi wnętrzności za każdym razem, gdy patrzyłam w lustro, o eliksirze bulgoczącym w Pokoju Życzeń. O nieprzyjemnym wspomnieniu wiotczejącego w ramionach ciała, z którego uciekało życie. 

Tylko ja, lukrowane muszki i niedokończona praca domowa z zielarstwa. 

Płacąc za słodycze, odkryłam w sakiewce coś, co doszczętnie rozmyło tę fałszywą łunę błogości - karteczkę wypełnioną znajomym, pochyłym pismem. Żadnych wskazówek, ani jednego słowa wsparcia, tylko lista ingrediencji i przepis na truciznę. Żałowałam, że nie uważałam pilniej na eliksirach, kiedy Snape przynudzał na części teoretycznej, może miałabym okazję ocenić, co oznaczała data zapisana na samym dole karteczki: 6-06-2000 albo skąd wytrzasnąć kolec błotniaka afrykańskiego. 

Wychodząc ze sklepu, zwolniłam kroku, analizując pełną listę ingrediencji. 

A więc tak to sobie wymyślił. 

Wystarczyło wkroplić odrobinę do soku albo herba… 

Zaczerpnęłam gwałtownie powietrza, kiedy czyjaś nadzwyczaj silna dłoń chwyciła mnie za nadgarstek i pociągnęła w bramę. Niedelikatne uderzenie o ścianę na moment odebrało mi oddech, ale szybko go odzyskałam, widząc nad sobą bladą, zaciętą twarz Riddle’a. Stał tak blisko, że nawet kiedy przywarłam plecami do ściany, czułam bijące od niego ciepło. Żołądek podjechał mi do gardła tak, jakbym zbiegając po schodach, nie trafiła nogą na stopień. 

Obróciłam się za znajomymi, ale z bramy między sklepami widać było tylko fragment chodnika i kilka łysiejących drzew w parku. 

Przysunął się bliżej, zmuszając tym samym, bym na niego spojrzała. 

- Co to było? - zapytał beznamiętnym tonem. - To na Wieży Astronomicznej. 

Przycisnął rękę do ściany, blokując mi drogę ucieczki, której wcale nie szukałam. Przeciwnie. Zadarłam głowę, delektując się słodką chwilą przewagi. Przez jakiś czas lustrowałam go wzrokiem, korzystając z okazji, że w końcu miałam go tak blisko - i to w świetle dziennym. Był nienaturalnie blady, ale skóra jeszcze nie zdawała się emanować tą perłową poświatą, podbródek i policzki, choć świeżo i dokładnie ogolone, nosiły na sobie delikatny, prawie niezauważalny dla śmiertelnego oka cień zarostu. Obróciłam lekko głowę, czując dłoń sunącą po ścianie w kierunku mojej twarzy i dopiero teraz to zauważyłam - toporny pierścień ze brzydkim, czarnym oczkiem. Ani trochę nie pasował do długich, smukłych palców, a teraz, kiedy już tak bardzo rzucał się w oczy, dziwnie kontrastował ze staroświeckim, wyświechtanym płaszczem i zniszczonymi butami. 

A więc to już. 

- Czarodziejskie sztuczki - odpowiedziałam, uśmiechając się słodko. - A co, podobało się? Znam jeszcze kilka takich. 

Nie odpowiedział, po prostu wpatrywał się we mnie tymi ładnymi, nieruchomymi oczami bez wyrazu, tylko zmarszczka między jego brwiami robiła się z sekundy na sekundę coraz wyraźniejsza, jakby próbował odczytać coś, czego nie mógł dojrzeć. W tym samym czasie poczułam coś przypominającego subtelne napieranie - coś jak narastający powiew wiatru na środku łąki, ale napierający wyłącznie wewnątrz głowy, a nie na całe ciało. Wiedziałam, co robił, ale nie odwróciłam wzroku. Nie przerwałam tego kontaktu, aż stał się nieprzyjemnie intensywny, wzbudzający niemiłe dreszcze. I ta walka pewnie trwałaby długo - do momentu, aż któreś z nas byłoby zmuszone się poddać - gdyby nie kręcący się tu bez przerwy uczniowie. 

Zaśmiałam się cicho. 

- Hola, hola, tak na pierwszej randce? Na taką intymność godzę się nie wcześniej niż po czwartej - powiedziałam. - Wiem, co próbujesz zrobić. 

Nie musiał mnie dotykać, żebym czuła bijące z niego zniecierpliwienie. Przesycało gorący oddech, który raz po raz owiewał mój policzek, trzymało wargi zaciśnięte w wąską linię, wzburzało powietrze wokół nas. Poruszył się niespokojnie i przez ułamek sekundy byłam pewna, że tamten znajomy czerwony blask w oczach miał zamaskować rozdrażnienie, dopóki kąciki ust nie zadrgały wyzywająco, prawie z rozbawieniem. 

- Technicznie rzecz biorąc, to nasza trzecia. - Oderwał jedną dłoń od ściany i zaczął wyliczać na palcach. - Klub pojedynków, Wieża Astronomiczna, Hogsmeade. Teraz czas, bym poznał twoich rodziców. 

A więc dobrze - podjął tę grę. 

- Nie ma takiej potrzeby, nie lubię zobowiązań - odparłam, unosząc brwi. 

- Świetnie, zatem dobrze się zrozumiemy. Wieża Astronomiczna. 

Naparł na mnie dołem ciała, poczułam kolano wbijające się w bok uda, ale zrobił to z zaskakującą delikatnością, jakby tylko zaznaczał, że był w stanie posunąć się o krok dalej, byle tylko się dowiedzieć. O krok dalej - cokolwiek to miało znaczyć. Miałam ochotę zapaść się w ścianę, byle tylko nie usłyszał kołaczącego w piersi serca. Jeszcze przez chwilę napawałam się głodem w jego oczach i tym poczuciem, że dręczyłam go celowo, przeciągałam do granic możliwości to, co i tak chciałam mu dać. 

- D’accord, pokażę ci. Ale nie za darmo - odparłam szeptem, a on naprawdę się uśmiechnął, jakby spodobała mu się ta zabawa. Uśmiechnął się podle i z dziwnym błyskiem w oku, w sposób, który nie uczynił jego posągowej twarzy ładniejszej, jak to przeważnie działało w przypadku pięknych ludzi. Zrobił z niej coś na kształt żywej, demonicznej maski. - Co się stało z Rosierem? 

Uśmiech pogłębił się pogardliwie i to wystarczyło, by zamaskować tamten diabelny pierwiastek, z którym odsłonił się na ułamek sekundy. 

- Jego chwilowa absencja na przyjęciu nie skończyła się dla niego dobrze. A przynajmniej dla jego narzeczeństwa. Zatem, tak, od zeszłej niedzieli Evan jest “do wzięcia”. 

Błysk w jego oczach pozwolił mi wysnuć pewne domysły i szczerze mnie to rozbawiło. 

- Nie jestem nim zainteresowana - odpowiedziałam, tłumiąc śmiech, choć sama sugestia Riddle’a wprawiła moje wnętrzności w nieprzyjemne skurcze. - Jak to się skończyło? 

Napięcie między nami naturalnie opadło, kiedy na tapet wysunął się temat Rosiera, ale Tom wciąż nie przerywał tej rozpraszającej bliskości, w pewnym sensie chyba sam czerpał z tego przyjemność - pytanie tylko, czy z dręczenia mnie, czy z niej samej. 

- Kalkstein zwykle sama rozprawia się z koleżankami Evana… 

- Tak, poznałam ją z tej strony. 

- …ale tym razem uznała, że lepiej będzie uderzyć jego. Zobaczyła, jak rozmawiał z Parkinson, a później Rosier zniknął. Dodała dwa do dwóch i tak się to skończyło. 

Choć powinno być mi przykro po tym, co usłyszałam, nie potrafiła powstrzymać fali satysfakcji i - bądź co bądź - ulgi, że to nie ja (a przynajmniej nie bezpośrednio) doprowadziłam do tego przetasowania. Po cichu liczyłam, że może miał to być pierwszy krok do poznania Balbiny. Riddle nie krył rozbawienia, ale po nim nie spodziewałam się żadnych empatycznych odruchów, nawet w stosunku do przyjaciela

- Czyli wychodzi na to, że poniekąd doprowadziliśmy do rozpadu najbardziej wyczekiwanego małżeństwa przyszłego roku - dodałam z niewinnym uśmiechem. 

Nie zamierzał więcej kontynuować tej gry. Oczy mu pociemniały, a ja poczułam na przegubie mocny - zdecydowanie zbyt mocny jak na osiemnastolatka - uścisk i chłód wbijającego się w skórę pierścienia. 

- Poniekąd - powtórzył z groźną nutą w głosie. - Teraz moja odpowiedź. 

- Przyjdź do sowiarni, jak się ściemni, wtedy ją dostaniesz. 

Jego palce na moim nadgarstku drgnęły, ale wymknęłam mu się, nim zdążył zareagować. Jeszcze wciąż byłam odrobinę szybsza. Posłałam mu ostatni uśmiech, kiedy obejrzał się skołowany, ale ja już cofnęłam się w tłumek dziewcząt opuszczających Miodowe Królestwo. Zrobiło mi się dziwnie chłodno w miejscach, którego jeszcze chwilę wcześniej dotykało ciało Riddle’a, a przecież w Hogsmeade nie było aż tak zimno. Właściwie słońce wiszące wysoko na niebie rozlewało po deptaku sporo ciepła, łagodząc porywy październikowego wiatru. 

Bardzo szybko odnalazłam swoich Puchonów, choć nie podeszłam do nich od razu. Potrzebowałam jeszcze chwili, by ochłonąć, a i tak przez resztę dnia - zarówno w Trzech Miotłach, jak i przy stole podczas późnego obiadu - nie potrafiłam się skupić na niczym innym. Moje myśli bez przerwy wracały do sowiarni. Bez przerwy przyłapywałam się to na zerkaniu w stronę okna, to na zegarek, nerwowo pociągałam z piersiówki, przez co do wieczora opróżniłam o połowę dziennej dawki eliksiru za dużo. 

Potrzebowałam kubła zimnej wody. Z naszej dwójki to ja miałam być tą opanowaną, tak sobie postanowiłam, a zapowiadało się, że jako pierwsza zaczynałam tracić głowę. Przed kolacją zamknęłam się w Pokoju Życzeń, żeby pomieszać trochę w kociołku i pokręcić się po przesiąkniętej zapachem ziół pracowni, ale na niewiele się to zdało. Teraz, kiedy nie szantażował życiem sióstr i nie pogrywał za pomocą Spirydiona, nie wyżywał się na mnie za niepowodzenie swoich średnio przemyślanych planów, momentami czułam, że mogłabym powierzyć mu wszystko. Tom Riddle miał wszystkie zalety Voldemorta i żadnych jego wad - przynajmniej na tym etapie znajomości, choć przecież wiedziałam, że w Hogwarcie widziałam jedynie miniaturową wersję człowieka, który budził we mnie tyle sprzecznych uczuć. Pokazał to dziś w Hogsmeade - rdzeń był ten sam, różnił się tylko opakowaniem, choć po dłuższym zastanowieniu doszłam do wniosku, że wcale nie pociągał mnie bardziej dzięki zgrabnemu nosowi, ciemną, bujną fryzurą czy przystojnym rysom. Wcale nie chodziło o ładną twarz i wątpiłam, by Voldemort urzekł mnie wspaniałym charakterem. Tak było coś więcej. Coś, nad czym wolałam nie myśleć, by nie dojść do wniosków, do których wolałam nie dochodzić. 

Wsłuchując się w ciche bulgotanie, wyciągnęłam z torby sakiewkę, a z dna sakiewki kuleczkę, w którą zwinęłam świstek z receptą. Ponownie, ale tym razem ze zrozumieniem, przeczytałam listę ingrediencji i przepis. Okazało się, że na samym końcu - prawie zlana z tekstem - widniało krótkie: Trzy krople wystarczą, umrze bezboleśnie. 

Coś przewróciło mi się w żołądku, choć był zupełnie pusty. 

W Hogsmeade to wszystko wydawało mi się jakieś niekompletne, pozbawione kontekstu, ale teraz zupełnie naturalnie ułożyło się w jedną całość. 6-06-2000 - no tak, oczywiście. To musiała być data pierwszej dystrybucji Żmijowego Pocałunku. Miałam dużo czasu na decyzję - trucizna dojrzewała niecały tydzień i Voldemort nigdy się nie dowie, co go trafiło. I ta romantyczna nazwa. 

Dumbledore dobrze wiedział, co robił. 

Jeżeli miałabym zostać trucicielką, to właśnie taką. 

A jednak nie uderzyło mnie to aż tak, jak w Hogsmeade. Mogłam się oszukiwać, ale nie potrafiłam zagłuszyć myśli, które głośno protestowały, domagając się ciśnięcia w ogień pergaminowej kuleczki. Raz jeszcze rozprostowałam ją palcami i różdżką przymocowałam do ściany tuż obok dokładnej instrukcji warzenia eliksiru wielosokowego. To był mój kubeł zimnej wody. Moja druga opcja. 

Nie brałam pod uwagę Żmijowego Pocałunku - w każdym razie nie teraz. Wciąż żyłam przekonaniem, że nadal miałam dużo czasu. Tak, jakby sam fakt znalezienia się w Hogwarcie - w tak naturalnym środowisku, ze znajomym sposobem podziału upływającego czasu na tygodnie, semestry i półrocza - dawał mi ten oddech: przecież do końca roku szkolnego jeszcze prawie osiem miesięcy. Osiem partii eliksiru wielosokowego, przerwa bożonarodzeniowa, cały sezon quidditcha… 

Cała masa czasu, żeby przekonać psychopatę do zejścia z drogi terroru na nieco bardziej liberalną ścieżkę. 

Parsknęłam śmiechem, zgarniając do śmietnika resztki śladu. 

To nawet w mojej głowie brzmiało naiwnie. Wolałam się nie przekonywać, jak zabrzmiałoby wypowiadane. 

Opuszczając Pokój Życzeń, zepchnęłam te myśli z powrotem w otchłań, w której zamknęłam Sophie Serpens. Niech ona się z nimi zmaga, a Liubov przejdzie tylko przez bibliotekę, udając, że przepadła tam na dwie godziny w poszukiwaniu materiałów do eseju na transmutację. Podczas kolacji będzie jak zwykle radosna, ale w granicach przyzwoitości, ponieważ każde odstępstwo od normy przyciągało wzrok, a Liubov Onoprijenko już i tak za bardzo zwracała na siebie uwagę. 

Pozwoliłam sobie na szybkie rzucenie okiem na stół Ślizgonów - mniej więcej tam, gdzie zwykle przesiadywał. Oczywiście jak zwykle usiadł plecami do reszty sali, pewnie zupełnie odruchowo, bo przecież wszyscy mieliśmy swoje ulubione miejsca, ale ja, znając go tak dobrze, nie potrafiłam zaakceptować, że nie było w tym drugiego dna. Voldemort niczego nie robił przypadkowo. Nadmiernie rozmyślał. Oboje to robiliśmy, ale ja pod wpływem niepokoju, a on - z potrzeby kontrolowania wszystkiego i wszystkich. 

Zachód - choć piękny - ciągnął mi się niemiłosiernie najpierw w Wielkiej Sali, a potem na antresoli w salonie Puchonów. Luz po wycieczce do Hogsmeade wciąż się utrzymywał, lecz dało już się powoli wyczuć napięcie zbliżającego się poniedziałku. Leo przepisywał w panice wypracowanie na zielarstwo, o którym zapomniał, a Barbara kwaśno prawiła mu morały. Hermiona Granger z pewnością by jej na to przyklasnęła, a potem sama pomogłaby mu usunąć kleksy atramentu z pergaminu. 

- Szkoda, że następne Hogsmeade dopiero w grudniu - stęknął Joachim. - Przydałoby się jeszcze jakieś w listopadzie. Ile można siedzieć w zamku i patrzeć, jak leje. 

Ukradł z dołu cztery podnóżki, ułożył w prostej linii przed miniaturowym fotelem i zrobił z nich sobie coś na kształt leżaka. 

- Myślisz, że w listopadzie będziesz miał czas na Hogsmeade? - zapytała Flora zza wyjątkowo powycieranego egzemplarza czwartej części Zaklętych Cyferek. - Założę się, że wykorzystają ostatnią szansę, żeby nas dojechać przed końcem semestru. Co mi przypomniało, że ty, Leo, chyba musisz poprawić pałę z obrony, Merrythought mówiła, że w tym tygodniu mija termin. 

Chłopak machnął lekceważąco ręką. 

- Jest czas. Ej, Liubov, a ty się jakoś rozliczasz ze swoją szkołą? Wysyłasz im sowy z wynikami czy co…? 

Poczułam delikatne ukłucie jak za każdym razem, kiedy ktoś znienacka pytał o Durmstrang. 

- N-nie, na koniec semestru dyrektor ma obowiązek powiadomić moją dyrektorkę o moich wynikach. - Chyba pięćdziesiąty raz zerknęłam na jedno z okrągłych okienek. Było już prawie całkiem ciemne. - Właśnie, co do sów. Zapomniałam, miałam dziś wysłać swoją. Będę, jak wrócę, pa. 

Spodziewałam się, że pożegna mnie niewyraźny pomruk i tak się stało, ale poza mną z miejsca poderwał się Joachim i skoczył za mną w kierunku schodów. 

- Trening! - zawołał cicho. - Wiedziałem, że o czymś zapomniałem! 

- Trening? Tak późno? - zapytałam zdumiona, ale on nie widział w tym nic dziwnego. 

- Nikt nie chciał odpuścić Hogsmeade, nawet Emmanuel, więc coś za coś… Idziesz? 

Z sercem drżącym jak wielka guma podążyłam za nim na dół, a potem korytarzem do piwnicy. Wnętrzności skręciły mi się ze strachu, że mógłby sobie przypomnieć o jakimś niewysłanym liście i podążyć za mną do sowiarni, gdzie odkryłby kręcącego się Toma, powiedziałby to swojej siostrze, a ona Barbarze, Florze i…

Ta chaotyczna gonitwa myśli urwała się w holu, gdzie Joachim pomachał mi i skręcił ku frontowym drzwiom. 

Odetchnęłam. 

Absurd. Jakby zależało mi na opinii tych Puchonów… 

A jednak biegłam na górę na lekko miękkich nogach. Z jednej strony czułam narastające podekscytowanie perspektywą robienia czegoś nielegalnego, z drugiej wciąż żyły we mnie te wszystkie obawy, które celowo podkręcała w sobie w Pokoju Życzeń. Po drodze minęło mnie kilku uczniów ze starszych klas, ale zamek powoli zapadał w sen. Dotarcie do sowiarni, która znajdowała się dokładnie na drugim końcu budynku, nie zajęło mi długo, ale przez niewielkie otwory w wieży wpadała już tylko ciemność. Na schodach zwolniłam kroku. Z góry nie dobiegał żaden dźwięk, tylko wiatr pogwizdywał smętnie, tańcząc z małą chorągiewką na szczycie dachu. 

Zajrzałam do środka i spostrzegłam - tak, jak się spodziewałam - Riddle’a stojącego przy oknie. Gładził z zadumą grzbiet białej sowy z listem w dziobie. Ślizgon odwrócił się, a ptak zamachał skrzydłami i uciekł w noc jak duch połyskujący perłową poświatą na tle atramentowego nieba. 

- Sowa do mamusi? - rzuciłam kąśliwie. 

- Nie mam mamusi - odpowiedział z cierpkim uśmiechem. 

- A tatusia? Riddle. To nie jest nazwisko z żadnego czarodziejskiego rodu - zagaiłam. Wiedziałam, że stąpałam po cienkim lodzie, mówiły mi to jego ciemne oczy, które dodatkowo zaszły mrokiem, gdy tak się do niego zwróciłam. - A trochę już się dowiedziałam, jakie są kryteria, żeby dostać się do Slytheri… 

Zrobiłam tylko jeden krok i już był przy mnie jak Voldemort z przyszłości - z tym samym obezwładniającym uderzeniem magii i zimną furią na zaciśniętych ustach. Długie, lodowate palce zamknęły się wokół mojego gardła i przyparły do ściany, ale nie tak, jak w Hogsmeade. Bez cienia litości, tak jednoznacznie, jak się dało - w sekundę odarł ten moment z flirciarskich konotacji, przygważdżając mnie całym swoim ciałem. W mig straciło swą subtelność, dłoń stwardniała mi na gardle jak zmieniona w kamień, druga bez zaproszenia wsunęła się do kieszeni, poczułam, z jaką fachowością wyciągnęła z niej różdżkę i mimowolnie się uśmiechnęłam. 

Jakby robiła to już wiele razy. 

Tymczasem niewyraźny cień przebiegł przez twarz Riddle’a. Nie maskował się jeszcze tak dobrze, choć w sumie nie musiał, bo dobrze wiedziałam, że zastraszanie nie było mu obce i spodziewał się zobaczyć kolejne wytrzeszczone ze strachu oczy, nie uśmiech. Boleśnie wbił mi kciuk w miękki punkt pod podbródkiem. 

- Nie wiem, kogo wcześniej spotykałaś na swojej drodze - wycedził, a gorący oddech owionął mi twarz - ale ze mną nie będziesz tak pogrywać. 

Odetchnęłam z trudem, gdy poluzował lekko uścisk, jakby w oczekiwaniu na odpowiedź. 

- Myślisz, że potrzebna mi różdżka, żeby się uwolnić? - zapytałam. 

Intensywność, z jaką badał mnie wzrokiem, mroziła, a przynajmniej powinna, bo jedyne, co we mnie wywołała, to niespodziewany skok temperatury. Jego dłoń również momentalnie zrobiła się ciepła, jak gdyby wchłaniała całą energię, którą wraz z krwią tłoczyło moje serce. I sposób, w jaki Riddle do mnie przywarł, się zmienił, choć lód w jego oczach nie stopniał ani odrobinę - to nie było nic konkretnego, nic, co dałoby się wyłuskać z tych wszystkich sposobów, w jakich mnie osaczył, ale wiedziałam, że nie chodziło tylko i wyłącznie o pokazanie dominacji. 

On wchłaniał. Wchłaniał i badał, choć chyba robił to bardziej podświadomie niż w jakiś przemyślany sposób. Pozwoliłam mu na to, zwłaszcza że i ja czułam, jak przenikała mnie jego moc - jak dwie galaktyki po zderzeniu się ze sobą, wirujące i przeplatające się ze sobą tak długo, aż złączą się w jedno. 

Znów spróbował sforsować moją ochronę, tym razem bez zbędnego gadania i konwenansów, brutalnie, unieruchamiając ręką moją głowę, ale znów napotkał na mur. I znów, i jeszcze raz, choć próbował coraz mocniej, kierowany trudną do utrzymania złością. Widziałam, jak w nim rosła, buzowała czerwienią w oczach, które przysunął tak blisko do moich, że mogłam policzyć okalające je rzęsy. Zaśmiałam mu się w twarz - i to dosłownie, wytrącając go tym jeszcze bardziej z równowagi. 

- Nie przyszłabym, gdybym nie zamierzała dotrzymać obietnicy - dodałam zachrypniętym głosem i wcale nie dlatego, że wciąż trzymał mnie za gardło. 

Ujęłam jego rękę i spróbowałam odsunąć, a on - o dziwo - poszedł za tym. Wciąż wzburzony, przełknął szybko, jakby to miało przywrócić mu równowagę. Zrobiłam to samo, starając się oddychać spokojnie, choć wszystko we mnie się gotowało. Wysunęłam się spomiędzy niego i ściany, a on nie zaprotestował. Cofnął się o krok, w milczeniu obserwując, jak powoli zbliżałam się do okna, przy którym stał chwilę wcześniej. Cisza narastała dudniąco w moich uszach, kiedy wchłaniałam powoli zimne, przesycone zapachem siana powietrze, a on nie przeszkadzał. Domyślałam się, że sam potrzebował chwili, by odzyskać spokój. 

A kiedy znów na niego spojrzałam, na powrót był tym samym zamkniętym, opanowanym Riddle’em, którego poznałam przed klubem profesora Flitwicka. 

- Nie wiem, czy jest na to jakieś zaklęcie - przemówiłam czystym, lekkim głosem, stając na parapecie. - Po prostu szukam palcami drobnych uszczerbków w murze. Wiem, że tam są. I wiem, że jestem w stanie się po nich wspiąć. Oczywiście boso jest łatwiej. 

Zachęciłam go uśmiechem i przywarłam najpierw do wystającej ościeżnicy, a później do samej ściany, po której zaczęłam pełznąć jak jaszczurka. Do dachu nie było wysoko, może niecałe dwa metry, ale Riddle - mimo wzrostu i mocno wysuniętego okapu - wyczarował linę, po której wpełzł na górę. Podałam mu rękę, którą pochwycił z zaufaniem, jakiego nie spodziewałam się po tym, co między nami zaszło. 

- Nie uczą tego w waszej szkole, co? - zapytał, prostując się. 

Wszelki ślad po dawnych emocjach zniknął doszczętnie. Przysiadł tuż pod kalenicą i niepewnie zgiął lekko nogi, zapierając się stopami o rząd zmurszałych dachówek. Spoczęłam tuż obok, grzebiąc w kieszeni. 

- To moja własna inwencja - odparłam.

Wyciągnęłam zmięte, kartonowe pudełeczko i wyciągnęłam zębami papierosa. Czując na sobie wzrok Riddle’a, zaoferowałam i jemu, spodziewając się, że odmówi, ale nie. Poczęstował się i bez słowa odpalił różdżką najpierw mnie, później sam się zaciągnął i powoli wypuścił dym, który zawirował na moment w powietrzu i zniknął rozproszony przez wiatr. Patrzyłam na niego przez chwilę, jak palił, pełna dziwnie sprzecznych uczuć. Nieludzka twarz i na wpół nadnaturalne zachowania, jego szybkość i siła, niezwykła odporność na zmęczenie wypaczyły obraz Voldemorta w mojej głowie do tego stopnia, że musiałam sobie przypominać, że przecież wciąż miałam do czynienia z człowiekiem. Z okaleczoną duszą i ogromną mocą magiczną, ale wciąż - z człowiekiem. I właśnie takie pozornie zwyczajne czynności czyniły go w moich oczach jeszcze bardziej niezwykłe. 

Zdał sobie sprawę, że pod moim wzrokiem kryło się coś więcej niż zwykłe zagapienie się, bo kąciki jego ust zadrgały złośliwie, ale nie odniósł się do tego. 

- Skoro już o nazwiskach mowa, Onoprijenko to nazwisko wojskowych - zaczął. 

- To daleka rodzina. A ty? 

Odwrócił wzrok, uśmiechając się lekko, jakby do siebie. Oparł rękę na kolanie i bawił się przez chwilę papierosem, przesuwając go między palcami jak zwykł bawić się różdżką, a kiedy już się odezwał, głos miał zupełnie zwyczajny, prawie rozbawiony. 

- Wychowałem się w mugolskim sierocińcu. Urodziłem się tam. Ale ty pewnie już o tym wiesz. 

- Nie - zaprzeczyłam automatycznie, ale spojrzał na mnie spod oka, tak, że cała powaga natychmiast mnie opuściła i musiałam się roześmiać. - Tak, wiem o tym. Szukałeś jakichś informacji o swoich rodzicach? Czy żyją? Czy są jednymi z nas? 

Żar w jego spojrzeniu na ułamek sekundy pozwolił mi uwierzyć, że naprawdę zamierzał mi o tym wszystkim opowiedzieć. Papieros ostatni raz powędrował do jego ust. Smakując go z pewnym namaszczeniem, wypuścił dym nosem i raz jeszcze błysnął chytrym uśmieszkiem. 

- Takie wiadomości dopiero po piątej randce. 

Zupełnie zniszczył moje oczekiwania i ja sama zachichotałam, łajając się w duchu. Z nim nie pójdzie tak łatwo, Sophie. Ten Dorian Gray był w środku przesiąknięty zgnilizną jak jego książkowy pierwowzór, a moje wampirze umizgi działały tak szybko tylko na czyste dusze. Wspięłam się wyżej, na sam szczyt dachu, gdzie tkwiła szpica wraz z wypłowiałą chorągiewką. Wiatr tutaj poczyniał sobie jak chciał, momentami zaburzał równowagę, ale asekurowałam się magią jak podczas wchodzenia po murze. Odetchnęłam głęboko, tak głęboko, jakbym chciała wchłonąć całe powietrze z błoni, znad lasu, z gór, których zarys widniał niewyraźnie wyłącznie dla moich oczu. 

- To moje ulubione miejsce w Hogwarcie - wyznałam. - Tylko na takiej wysokości można poczuć prawdziwą wolność, być tak blisko nieba… 

- Najbliżej Jezusa, co? - wtrącił zjadliwie, ale spojrzałam na niego z góry nieporuszona. 

- Ja nie wierzę w tego boga. 

- W takim razie dlaczego chodzisz na religię? 

- Z tego samego powodu, co ty - odparłam, siadając z powrotem na dachówkach. - No i mam nadzieję, że siostra Łucja ma letnią wersję habitu. 

Wyciągnęłam przed siebie nogi, wpatrując się w dal. Kątem oka widziałam, że i on tam patrzył. Oboje milczeliśmy bez presji podtrzymywania rozmowy, a ja zastanawiałam się, na co liczył, wchodząc tu ze mną. Wciąż nie potrafił latać, inaczej wyfrunąłby na dach jak ćma, ale musiał już wiedzieć, że było to możliwe. W każdym razie nie zaskoczyło go to podczas naszego pojedynku na Wieży Astronomicznej. Nie bardziej od tego, co zrobiłam później. Nagle sięgnął ręką do kieszeni i wręczył mi różdżkę Liubov. 

- Niech zgadnę - podjął. - Wychowałaś się w Afryce. 

Uniosłam brwi, zaskoczona tym niespodziewanym założeniem. 

- A gdzie moje prawo do zachowania tej tajemnicy do piątego spotkania? - zapytałam. 

- Dobrze, zatem mam trzy próby. 

- A co, jak zgadniesz? 

Zmrużył oczy i choć nie było na górze żadnego źródła światła poza bladym księżycem za jego głową, zobaczyłam kolejny czerwony blask. 

- Spełnisz moje życzenie. 

Spuściłam wzrok, czując - mimo uśmiechu cisnącego się na usta - bolesne ukłucie w sercu, a kiedy znów na niego spojrzałam, poza rubinowym blaskiem w jego oczach dojrzałam głód, lecz nie ten, który widziałam na dole. Ten był zwierzęcy, taki, jaki widziałam w tych oczach wiele razy wcześniej i nigdy nie prowadził do niczego dobrego. 

- Dobrze. 

Czym myślałam, godząc się na to?

Z całą pewnością nie głową. I przekonywałam sama siebie, że przecież ostatnie, o czym pomyśli, to że byłam jego siostrzenicą z przyszłości. Wątpiłam, by w ogóle był już świadomy istnienia siostry. 

Wysypałam na rękę zawartość pomiętego pudełeczka - ostatni papieros, tym razem znacznie krótszy i niechlujnie skręcony. Zapaliłam i zaciągnęłam się, przytrzymując dym w płucach, którym dmuchnęłam Riddle’owi prosto w twarz. Zawirowało mi w głowie i obraz lekko się zamazał, ale tylko na sekundę. W następnej cały Tom i tonące we mgle błonia były wyraźne, chyba nawet już nie tak ciemne i bardziej wyraziste. Wyciągnęłam rękę ze skrętem w stronę Riddle’a i znów mnie zaskoczył. Zaciągnął się, marszcząc lekko brwi, jakby się zastanawiał. 

- Zatem, jak powiedziałem, wychowałaś się w Afryce. 

- Dlaczego w Afryce? - zapytałam szczerze zaciekawiona. 

- Świetnie radzisz sobie z magią bezróżdżkową. Różdżka zdaje się… ciebie ograniczać - rzekł po chwili namysłu. - I momentami mówisz z akcentem, więc obstawiam Afrykę Środkową. Kongo… może Senegal? 

Poczułam ciepło wkradające się na policzki. 

Aż tak dobrze kalkulował… Za dobrze. 

- Nie, ale masz rację. Dobrze znam francuski. 

Wzięłam bucha, podczas gdy on się zastanawiał. Z jedną zmarszczoną brwią i drugą uniesioną przesuwał po mnie wzrokiem - z góry do dołu i z powrotem, a ja w pewnym momencie doświadczyłam pewnego skrępowania, jakby przenikał spojrzeniem przez moje ubrania. 

- Rosyjski minister postanowił umieścić w Hogwarcie szpiega, który będzie donosił mu o wszystkim, co knuje Dippet - powiedział i o ile pierwsza hipoteza wydawała się naprawdę ciekawa, przy drugiej parsknęłam śmiechem. 

- Absolutno niet! 

- W takim razie jesteś zwykłą dziewczyną, która urodziła się z nadzwyczaj wielką mocą. Abominacja - dodał, ale w jego oczach nie było obrzydzenia, wyłącznie podziw zabarwiony pożądaniem. 

Odetchnęłam ciężko. Jeszcze nie tak dawno oddałabym wiele, żeby to w nim zobaczyć. By usłyszeć takie słowa ociekające nieugaszonym pragnieniem. Uśmiechnęłam się tylko, wahając się, kto miał mu odpowiedzieć. Sophie Serpens czy Liubov, lecz nim podjęłam decyzję, sięgnął dłonią do mojej twarzy. Delikatnie przejechał opuszkami palców po rozgrzanym policzku, zgarniając z niego pukiel włosów. Wargi rozchyliły się lekko, sugestywnie i moje podążyły ich śladem, gdy jak zahipnotyzowana wpatrywałam się w te ciemne, przymrużone oczy. Jedyne, czego w tym momencie chciałam, to żeby w końcu mnie pocałował, zdejmując z moich barków ciężar odpowiedzialności za to pragnienie. I w chwili, kiedy nareszcie prawie to się stało, gdy ledwo, ledwo zetknął czoło z moim, a wzrok ześlizgnął się niżej na wargi, odwróciłam głowę, kładąc dłoń na piersi. 

Jak gdyby to miało go powstrzymać przed sięgnięciem po to, czego i on pragnął. 

A jednak powstrzymało. 

Wszyscy istniejący i nieistniejący bogowie świata mogli wiedzieć, ile mnie kosztowało, żeby to przerwać. Zamrugałam szybko, łapiąc powietrze - możliwie jak najdyskretniej, by nie zauważył tej burzy, która się we mnie toczyła. Uśmiechnęłam się niepewnie i patrzyłam w ciszy, jak raz jeszcze zaciągnął się dogasającym blantem. 

- Nie zgadłeś - powiedziałam szeptem. 

Przypuszczałam, że będzie wściekły, ale aura wokół niego pozostawała jednakowo spokojna. Wypuszczany powoli dym owionął mi twarz, ogarniając otulającym słodkawym zapachem. Znów przyglądaliśmy się sobie w ciszy i tym razem ja spróbowałam przebić się przez jego ochronę, na co zareagował niskim, pobłażliwym chichotem. Mur, na jaki się natknęłam, wydawał się całkowicie gładki, pozbawiony nawet mikroskopijnych szczelinek, o które mogłabym się zahaczyć, wspiąć wyżej, zajrzeć, co się za nim kryło. 

- Możesz próbować - stwierdził, kręcąc głową. 

Wyciągnęłam mu z ręki resztkę papierosa, dopaliłam do końca i cisnęłam niedopałek w ciemność, przyśpieszając koniec tego spotkania. 

- Muszę już iść - oznajmiłam, podnosząc się. - To wysyłanie listu już i tak zajęło mi strasznie dużo czasu. 

- Co, musisz się spowiadać swoim puchońskim przyjaciołom? - zadrwił, ale i on się wstał, podpierając się wyprostowaną nogą od strony spadku. 

- Nie wiem, jak twoi czystokrwiści przyjaciele, ale moi nie są zadowoleni z tego ślizgońsko-puchońskiego mezaliansu. 

Zeszliśmy na dół - ja tak, jak weszłam, płasko przyciśnięta do ściany, on z podejrzaną zręcznością zsunął się po linie i jako pierwszy odszukał stopami krawędź parapetu. Pomógł mi zeskoczyć z okna, trzymając mocno w pasie i nie puszczał jeszcze przez chwilę, czując, że kiedy wyjdziemy z sowiarni, ten przywilej naturalnie wygaśnie. 

Nie szkodzi, myślałam. Sama nie chciałam, by puszczał. 

Żółte i bursztynowe oczy odprowadziły nas do samych drzwi, jakby i one były zgorszone tym, co się tu wydarzyło. Bez słowa pokonaliśmy najpierw schody prowadzące do zamku, a potem te do sali wejściowej. Nie minęło wcale dużo czasu, na korytarzach wciąż całkiem legalnie mijali nas ostatni uczniowie, choć mnie wydawało się, że tamto spotkanie trwało wieczność - tak długo, że wszyscy w zamku pomarli i zostaliśmy z Riddle’em całkiem sami. 

- Jesteś zadowolony z tego, co się dowiedziałeś? - zapytałam, gdy pokonaliśmy ostatnie stopnie. 

Uniósł z powątpiewaniem brwi, lecz oczy mówiły co innego. Płonęły w pomarańczowym świetle lamp, chcąc więcej. 

- Zważywszy na to, że właściwie niczego się nie dowiedziałem… 

Zawiesił głos, ale nie brzmiał na zawiedzionego. Zostawiłam go z tym niedopowiedzeniem, niechętnie kierując swoje kroki w kierunku schodów do piwnicy. Wracając, pierwszy raz czułam w związku z nim w brzuchu taką lekkość. Wszystko, czego dotąd doświadczyłam przez Voldemorta, było ciężkie, intensywne, rozrywające. Mieszało w głowie, płynęło sinusoidą na zmianę przez euforię i pożądanie do wściekłości, nienawiści i rozpaczy. 

Pierwszy raz poczułam się wobec niego zupełnie równa. 


*


Choć w dormitorium byłam grubo przed Joachimem, do końca dnia czułam na sobie podejrzliwy wzrok Barbary. Nie odezwała się słowem na zapach trawki, choć przecież sama często z nami podpalała, a ja - w stu procentach bezwstydnie - nie czułam żadnych wyrzutów sumienia. Czułam, jak powoli drugi raz dawałam się owładnąć ciemnej mocy. Zdecydowanie potrzebowałam myśleć trzeźwiej i podpalanie jointów na dachu sowiarni miało być tylko jednorazowym wyskokiem. 

Potrzebowałam odwzajemnienia obsesji. Tylko tyle. 

Na szczęście cała szkoła - łącznie ze mną - jak co roku o tej porze zaczęła chwilowo żyć quidditchem. Pod tym względem w Hogwarcie też zupełnie nic się nie zmieniło - szkoła potrzebowała czymś żyć. I wtedy, gdy wielka halloweenowa impreza w Klubie Ślimaka okazała się być wyłącznie plotką, uwaga wszystkich płynnie została przekierowana na zawody. Quidditch zatarł na moment międzydomowe przyjaźnie, zaburzał relacje między rodzeństwem - i nawet Hufflepuff i Ravenclaw, które od wielu lat nawet nie powąchały pucharu, początkowo dały się wciągnąć w tę nadmuchaną rywalizację. 

Czy zdawałam sobie sprawę z tego, że to była burza w szklance wody? 

Oczywiście. 

Czy ochoczo brałam w tym udział? 

Jak najbardziej. 

Z przyjemnością dałam się na chwilę wciągnąć w tę trywialną, czysto szkolną rzeczywistość, tym bardziej, że to trwało zawsze maksymalnie do pierwszego meczu - w tym przypadku do przedostatniej soboty października. A w tym roku sezon miał rozpocząć się wyjątkowym zestawieniem: Ślizgoni kontra Puchoni. 

Zajęta eliksirem wielosokowym, książkami o starych rodach, utrzymaniem statusu prymuski i Riddle’em z całą jego świtą, nie miałam czasu na śledzenie rozgrywkowych nowinek i pierwszy raz poczułam się w temacie szkolnego quidditcha kompletnie zagubiona. Musiałam uwierzyć Joachimowi na słowo - Hufflepuff miał w tym roku wyjątkowo duże szanse na puchar. 

Poranek w dzień meczu powitał wszystkich wyjątkowo ładną pogodą. Nawałnice, które przez ostatni tydzień zagarnęły całe błonia dla siebie, zniknęły wraz ze złotymi i czerwonymi kolorami tworzącymi urzekający jesienny mur od strony Zakazanego Lasu. Teraz straszyły tam wyłącznie nagie gałęzie, wymazując mój sen o polskiej złotej jesieni ciągnącej się do pierwszego śniegu. 

Przynajmniej niebo nie robiło pod górkę. Po szarawym błękicie swawoliły rozciągnięte chmury, za którymi chętnie kryło się słońce. Wiatr igrał leniwie w bezlistnych koronach drzew i najważniejsze: nie zapowiadało się na deszcz. 

Widok zapełniających się trybut obudził we mnie dawno zapomniane pragnienia. Nie pamiętałam, kiedy ostatni raz dosiadałam miotły, możliwe, że jeszcze w szkole przed bitwą - a już z całą pewnością ostatni raz grałam wtedy w quidditcha. Z zazdrością patrzyłam za Joachimem, kiedy rozdzielił się z nami na ścieżce prowadzącej na boisko i pobiegł prosto do szatni - jak zwykle spóźniony i w byle jak zasznurowanych butach. 

To było dziwne uczucie - kierować się do sektora opanowanego przez żółte i czarne barwy. Trybuny zdominowane przez Puchonów był naprawdę aż mieniły się od trzepoczących na wietrze chorągiewek i proporczyków z wielkimi literami H, a grupa młodszych dziewczyn wymalowała na prześcieradle wspaniałego borsuka i przewiesiła przez balustradę. 

- A nie mówiliśmy? - ucieszył się Leo, kiedy zajęliśmy miejsca mniej więcej w połowie drugiego rzędu. - W tym roku mamy szansę dokopać Ślizgonom. Rok temu ich ścigający posłał naszego kapitana do Świętego Munga na trzy miesiące. 

- Tak bardzo kontuzjował go na boisku?! - wykrzyknęłam zdumiona, zastanawiając się, co trzeba byłoby komuś zrobić, żeby wysłać go do szpitala. Natychmiast stanął mi przed oczami Harry Potter i jego usunięta przez Lockharta kość. Nawet to udało się naprawić w dobę w skrzydle szpitalnym. 

Tymczasem Leo spojrzał na mnie jak na kogoś wyjątkowo naiwnego. 

- Na boisku? - Prychnął zgorszony. - Na jakim boisku, Goyle transmutował jego głowę w malutką dynię tuż przed meczem. Tłumaczył się, że myślał, że to prawdziwa dynia i chciał z niej zrobić ozdobę. Co za podstępny kretyn. A wiedział, że już w zeszłym roku mieliśmy niezłą drużynę i nie będzie z nami tak łatwo… 

Urwał, bo z trybun zajętych prawie w całości przez nauczycieli rozległ się głos komentatora. Esmeralda szturchnęła kolegę w ramię i przyłożyła sobie palec do ust, a ja wraz z Barbarą jak na komendę zwróciłyśmy głowy w dół, gdzie z szatni w ustalonym szyku wychodzili gracze z Hufflepuffu. Sektor Puchonów eksplodował brawami i okrzykami wsparcia, ale aplauz na trybunach Ślizgonów nie był wcale mniejszy. Po drugiej stronie boiska maszerowali ku środkowi gracze ubrani w ciemnozielone szaty. Na ich widok serce zabiło mi mocniej, zwłaszcza kiedy zobaczyłam jakiegoś chuderlawego, jasnowłosego chłopaka z miotłą na ramieniu maszerującego na samym końcu rzędu - w miejscu przeznaczonym dla szukającego. Z tej odległości naprawdę można go było pomylić z Malfoyem. 

- Godzina dziesiąta zero-zero, zaczynamy mecz! - rozległ się donośny głos prowadzącego. - Puchoni przeciw Ślizgonom. W tym roku mamy troszkę zmieniony skład, do drużyny borsuka dołączył Albin Lorin i będzie grał na pozycji obrońcy. Ślizgoni też wprowadzili pewne zmiany, tym razem mamy dwóch nowych ścigających: Adelaidę Rowle i Fabiana Selwyna… A teraz ZACZYNAMY! Kafel w grze, złoty znicz wypuszczony, cała czternastka w powietrzu… Iiii piłka po stronie Puchonów, Abbot przekazuje Rottermundowi, Rottermund podaje do Marel… 

Drużyna Puchonów złożona wyłącznie z samych chłopców radziła sobie nadzwyczaj dobrze - nadzwyczaj w porównaniu do tego, co sama widywałam na boisku, kiedy jeszcze ja byłam w drużynie. Już w pierwszych minutach zdobyli dwie bramki, zasilając swoje konto dwudziestoma punktami, ale Ślizgoni wcale nie odstawali. Pałkarze w mig rozbili szyk czarno-żółtych szat, a kiedy ich ścigający przejęli kafla, okazali się nie do zatrzymania. 

Ich zacięta walka w powietrzu bez reszty mnie porwała i choć na początku miałam problem, żeby wybrać, komu kibicować, po kolejnych widowiskowych manewrach to po jednej, to po drugiej stronie, ostatecznie po prostu świetnie się bawiłam. Miałam wrażenie, jakbym wróciła po długim, wycieńczającym marszu w upale i pożądnie się napiła. 

Joachim miał rację - Puchoni grali świetnie, ale w porównaniu do Ślizgonów brakowało im zgrania. Ich szukający chyba też w końcu doszedł do tego wniosku, bo jakieś pół godziny później, kiedy Slytherin zyskał ciągiem całe pięćdziesiąt punktów, eliminując z gry bramkarza, złapał złotego znicza. Zielono-srebrna część widowni ryknęła zgodnie, tupiąc, klaszcząc i łopocząc chorągiewkami, ale moi koledzy z Hufflepuffu również wiwatowali. Po zaciętej walce ze Ślizgonami skończyli z równymi dwustoma punktami, tracąc do swoich przeciwników jedynie pięćdziesiąt. 

- Co za mecz! - zawołała podekscytowana Flora, doganiając nas na schodach. - Ale się podciągnęli! Nie ma porównania do tamtego roku, co nie? 

- No! To co, impreza? - zaproponował Leo. Oczy mu błyszczały. 

- Impreza! - odkrzyknęła ochryple Barbara. Przez ostatnie bramki wrzeszczała tak bardzo, że zdarła sobie gardło. - Luba, pójdziemy do kuchni po przekąski, dobra? Leo, ty też chodź, będziesz dźwigał zgrzewki z piwem kremowym. Aha! I przygotuj sam-wiesz-co, żebyśmy mieli na wieczór, okej? 

- Jasna sprawa, szefowo! 

Zlaliśmy się z resztą tłumu podążającego od boiska do zamku. Bez trudu namierzyłam Ślizgonów na przedzie pochodu, bo dyskutowali najgłośniej ze wszystkich. Byli w euforii i wcale bym się nie zdziwiła, gdyby w dormitorium już czekały przygotowane słodycze i przeszmuglowany alkohol. Grali naprawdę dobrze. Uśmiechnęłam się na wspomnienie moich własnych imprez w dormitorium - bez względu na wynik meczu. Uwielbiałam długie popołudnia i wieczory tuż po. Emocje, rozmowy, analizowanie bez końca każdego ruchu, narzekanie na graczy z drużyny przeciwnej, rozpamiętywanie podobnych sytuacji. “A pamiętasz, jak wtedy Flint…?” albo “Ej, a tamta sytuacja rok temu, jak Weasley…?”. Wiedziałam, że w tych dyskusjach nie będę mogła brać czynnego udziału, ale cieszyłam się, że mogłam się im przysłuchiwać. Obserwować, chłonąć ich emocje. W holu, kiedy morze uczniów rozdzieliło się na cztery, wyłowiłam z tłumu kilka znajomych twarzy. Mignął mi olśniewający profil Diany Parkinson, ruda kitka Lestrange’a, Evan roześmiany od ucha do ucha. Chciałam do nich podejść, nawet odwróciłam się w ich stronę, ale żaden ze Ślizgonów się na mnie nie obejrzał, wszyscy parli prosto do lochów, a ja zostałam zabrana przez falę Puchonów. Mimo wycieczki do Hogsmeade, ciepłego przyjęcia zaraz po uczcie powitalnej, dostaniu się do Klubu Ślimaka i tych niezliczonych rozmów na antresoli w salonie dopiero w tym momencie poczułam, że zaczynałam należeć do tego miejsca. 

Zakradając się z Barbarą i Leo do kuchni, pierwszy raz przemknęło mi przez myśl - a co, gdybym zdecydowała się nie wrócić do przyszłości? 


*


Pierwsza partia eliksiru wielosokowego prezentowała się całkiem dobrze. I dobrze działała. Wypróbowałam ją tuż przed religią i choć po wypiciu esencji z Liubov w lusterku wciąż spoglądała na mnie jej czarująca, pyzata twarz, wciąż nie mogłam uwierzyć, że się udało. 

A jednak. Chciałabym zobaczyć minę Snape’a… 

Humor zepsuł mi się tak samo szybko, jak się poprawił. Bardzo często wspominałam Voldemorta, wspominałam Barty’ego, Syriusza, Spirydiona, swoich rodziców… nawet Malfoya, ale Snape’a nigdy, jakby mózg postanowił zaoszczędzić mi kolejnych gwoździ wbijanych w sumienie i wytworzył anty-snape’ową tarczę ochronną. 

Aktywowałam ją, wracając myślami do bulgoczącego ślazu. Dodałam do kociołka dwie wiązki rdestu ptasiego i zamieszałam trzy razy zgodnie ze wskazówkami zegara. Teraz miał się warzyć przez osiemdziesiąt minut - akurat zdążę wrócić z religii, żeby dodać pijawki. 

Pędząc korytarzem, robiłam w głowie przegląd składników. Podstawowe ingrediencje zapewniał mi Pokój Życzeń, ale z jakiegoś powodu był niesamowicie oporny przed wyczarowaniem rogu dwurożca, więc zapowiadała mi się wycieczka do kantorka profesora Slughorna. 

Na zewnątrz lało jak z cebra, ale siostra Łucja powitała nas tym samym promiennym uśmiechem co zawsze. Po sprawdzeniu listy obecności i przerobieniu niedzielnego czytania stanęła jak miała w zwyczaju przed biurkiem, oparta nieznacznie o brzeg blatu i objęła się ramionami. 

- Halloween już za pasem, ale to już mamy omówione - zaczęła żartobliwie, a jej jasne oczy zamigotały. - Z racji zbliżającego się dnia Wszystkich Świętych chciałabym porozmawiać z wami o przemijaniu. 

W klasie zapanowała cisza zakłócana wyłącznie bębnieniem deszczu o szyby. Żołądek podjechał mi nieznacznie do góry i natychmiast zerknęłam na Toma. Oczywiście nie zobaczyłam wiele - siedział daleko przede mną, nieco po skosie, tak, że widziałam wyłącznie jego plecy, tył głowy i delikatny zarys podbródka, o ile nie zasłaniały go włosy. 

- Pochodzę z mieszanej rodziny. Cała rodzina mojej matki żyła bardzo długo, moja babcia dożyła stu czterdziestu lat, zanim zmarła - podjęła zakonnica, omiatając wzrokiem całą klasę. - Za to mój ojciec - mugol czystej krwi - zmarł, kiedy byłam małą dziewczynką. Pamiętając moją długowieczną babcię, jej cztery siostry i ich rodziców, miałam o to pretensję do Boga, cały gniew małej dziewczynki w żałobie skierowałam na Boga, że zabrał go tak wcześnie, kiedy po drugiej stronie rodzina mojej matki czarownicy cieszyła się nadnaturalnie długim życiem. Ostatecznie to Bóg pomógł mi się uporać z żałobą, ale bardzo długo nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak się stało. Czy zgodzicie się z tezą, że czarodziejom nieco trudniej niż mugolom pogodzić się z umieraniem? 

Poczułam coś. Nie byłam pewna, czy to kwestia jakiegoś intensywnego, wewnętrznego wybuchu emocji, czy jedynie poznania jego mocy, ale w Riddle’u coś się zmieniło. Oczywiście nie na zewnątrz. Wciąż siedział wyprostowany i skupiony jak na każdej nawet najnudniejszej lekcji, ale coś się w nim wzburzyło. Natychmiast odwróciłam wzrok, tak na wszelki wypadek, gdyby i on poczuł to we mnie. Czuł? A może nie zaprzątał sobie tym głowy? 

- Czarodzieje żyją dłużej, ale nie wiem, od czego to zależy - odezwała się Flora, podnosząc rękę. - Profesor Dippet ma ponad trzysta lat… a na początku Starego Testamentu chyba było coś o tym, że pierwsi ludzie żyli po osiemset lat. O! Proszę siostry, a to nie było tak, że pierwsi ludzie byli czarodziejami? Ci, którzy tyle żyli, a cała reszta to mugole, tylko później wymieszali się ze sobą i ten wiek zaczął stopniowo spadać? 

- Ciekawa teoria - przyznała. - Była brana pod uwagę przez świętego Spirydona wraz z teorią dotyczącą stopniowego rozprzestrzeniania się grzechu między ludźmi. Była też mowa o stopniowym oddalaniu się człowieka od Boga, co w konsekwencji prowadziło do stopniowego skrócenia ludzkiego życia. Ale trzeba pamiętać, że w Piśmie Świętym dużą rolę gra symbolika i długowieczność jest przez niektórych traktowana symbol odnoszący się do wielkości, mądrości czy bożego błogosławieństwa. Ktoś słyszał jeszcze jakąś teorię na ten temat? 

Tym razem w powietrzu znalazła się ręka Rosiera - nonszalancko wygięta, jakby niechętnie i z pewnym znudzeniem chciała zaznaczyć swoją obecność. 

- Inaczej liczono upływ czasu - rzekł krótko. 

- Zgadza się. I, tak, nawet jeśli teoria Flory i świętego Spirydona byłaby prawdziwa i czarodzieje byliby znacznie, znacznie bardziej długowieczni od mugoli, wciąż żyliby te, załóżmy, osiemset lat, pozostają długowieczni, ale nie nieśmiertelni. Jak myślicie, jak w takiej sytuacji zmienia się postrzeganie czasu, jaki mamy do przeżycia? I jak ostatecznie wpływa to na postrzeganie zbliżającej się śmierci, której trudno powiedzieć, kiedy się spodziewać. Za dziesięć lat? Czy za sto? Jak Flora słusznie zauważyła, jeden czarodziej przeżyje trzysta trzydzieści pięć lat, a drugi siedemdziesiąt pięć. 

- Po co sobie z tym radzić, skoro można znaleźć sposób na to, żeby żyć wiecznie? - zapytałam i w tej samej chwili cała klasa odwróciła się, by na mnie spojrzeć. - Natura, przypadek, bóg, jak zwał, tak zwał, obdarował niektórych z nas takim rodzajem mocy, który pozwala na więcej. Nicolas Flamel stworzył Kamień Filozoficzny i korzysta z jego dobrodziejstw. Znalazł sposób na to, żeby obejść śmierć. On nie musi godzić się z umieraniem. Co najwyżej z odchodzeniem swoich bliskich, a kiedy znudzi mu się wieczne życie, może po prostu przestać warzyć eliksir. 

Cienka zmarszczka pojawiła się między jasnymi brwiami siostry Łucji, kiedy opuściła ręce i chwyciła się nimi o krawędź biurka. 

- To, o czym mówisz, raczej nie jest nieśmiertelnością, raczej przedłużaniem życia. Ale zgadzam się, z całą pewnością mamy więcej możliwości niż mugole. Pójdźmy zatem o krok dalej. Mając możliwość przedłużania życia w nieskończoność… ewentualnie wiecznego życia tu i teraz, zakładam, że istnieją jeszcze jakieś metody, ale o to musielibyście pytać profesor Merrythought… Co może kierować osobą, która się na to decyduje? 

Tym razem podniosło się o wiele więcej rąk. 

- Ciekawość tego, co będzie dalej… jak się rozwinie technologia, czy ludzkość skolonizuje kosmos… - bąknął kędzierzawy Krukon. 

- Strach przed śmiercią! - zaproponował jego kolega z ławki. 

- I strach przed tym, że nie zdąży się zrobić tych wszystkich rzeczy, które by się chciało - wtrącił Leo. 

- …albo zwiedzić te wszystkie ciekawe miejsca - dodała Flora. 

- Ucieczka przed słabością - powiedziałam na koniec. 

Młodzieńcza twarz zakonnicy wydłużyła się, a oczy rozszerzyły jak u kota, którego pobudził jakiś ruch. 

- Co masz na myśli, Liubov? 

Uśmiechnęłam się mimowolnie. Ten głos - słodki, dziewczęcy głos tak pasujący do jej pełnej uroku postaci, a jednak posiadający ten charakterystyczny, uduchowiony ton, jaki słyszałam wyłącznie u zakonnic. 

- Umiera tylko to, co słabe, więc skoro umieramy, nie jesteśmy doskonali, chociaż teoretycznie zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Doskonałego Boga. Skoro nie potrafimy jej pokonać, znaczy, że jej nie rozumiemy, co świadczy o słabości umysłu - wyjaśniłam. - Zresztą nie chodzi o życie samo w sobie. Człowiek z natury zawsze do czegoś dąży. Do rozwoju, do tworzenia… do tego, żeby zobaczyć podbój kosmosu albo samemu go podbić, a śmierć odbiera możliwość dalszego rozwijania się. Poza tym przerywa pewien cykl. W każdej religii porzucamy nasze dotychczasowe życia, wszystkie osiągnięcia, ludzi i miejsca, które kochamy, żeby przejść do jakiegoś nieznanego świata, który jest nam obiecany, chociaż tak naprawdę nie wiemy, co to za obietnica. I czy w ogóle istnieje. Nie znamy nikogo, kto wróciłby z zaświatów i powiedział z absolutną pewnością: tak, obietnica Allaha była prawdziwa i po drugiej stronie czekają na ciebie siedemdziesiąt dwie dziewice. 

Przez klasę przeszedł cień śmiechu, zwłaszcza z przodu, gdzie siedzieli Joachim, Leo i dwaj Krukoni, Flora obróciła się, żeby jeszcze lepiej mnie widzieć. Riddle ani drgnął, choć bardziej czułam niż widziałam jego ukradkowe spojrzenie przez opadające na policzek włosy. Siostra Łucja pochyliła się lekko, nie kryjąc zaciekawienia. 

- A duchy? - zapytała jedna z Gryfonek. - Możemy porozmawiać z duchami. No i skoro duchy istnieją, to przynajmniej wiadomo, że COŚ jest po śmierci. 

- Duch jest odciskiem duszy, która opuściła ciało - przytoczyłam, prawie dokładnie cytując Snape’a. W gardle poczułam rosnącą gulę. - Bladym echem człowieka, którym był, najsłabszym bytem, jaki tylko może istnieć. Nigdy “nie poszedł dalej”, więc nie może wiedzieć, co jest dalej. 

- No dobrze, ale to już samo w sobie świadczy o tym, że jednak coś jest… 

- Duchami mogą stać się tylko ci, którzy za życia mieli w sobie jakąś magiczną moc, więc równie dobrze duch może być pozostałością tej mocy. Mieszanką świadomości i magii… 

Urwałam na dźwięk dzwonka, bo pierwsze ławki już poderwały się i zaczęły wrzucać niedbale swoje rzeczy do toreb. Również wstałam, niechętnie pakując wysłużony Nowy Testament zamówiony listownie w antykwariacie. Byłam niepocieszona tą niespodziewanie urwaną dyskusją. Serce waliło mi w piersi jak szalone. W pewnym momencie, gdy spostrzegłam ten delikatny ruch głowy Toma, spodziewałam się, że włączy się do dyskusji, że jakoś go to poruszy, ale został jak zwykle cichym obserwatorem na drugim końcu sali. Opuścił klasę wraz z Rosierem, skinąwszy mi tylko lekko głową na powitanie. 

Jakby go to ani trochę nie obeszło, choć przecież to, co od niego wyczułam, mówiło inaczej. 

Tymczasem siostra Łucja zamiast wrócić za biurko, ruszyła śmiało przejściem wzdłuż ławek i zrównała się ze mną maszerującą w stronę wyjścia. 

- Masz dużo ciekawych przemyśleń - zagaiła. Ręce założyła sobie na plecy jak podczas miłego spacerowania po ogrodzie, a nie na korytarzu zapchanym nastolatkami śpieszącymi na lekcje. - Interesujesz się teologią? 

- Niezbyt - przyznałam zgodnie z prawdą. - Na ten moment wiem tylko tyle, że nie jestem pewna co do jakiegokolwiek boga. Wcześniej wierzyłam w Krysznę… a może nadal wierzę, nie mam pojęcia. W każdym razie miałam już kilka przygód z różnymi wyznaniami i ostatecznie tam poczułam się… zaakceptowana. W pewnym sensie. Tak, wiem, że to sekta - dodałam, widząc uśmiech drgający w kącikach jej ust. 

- Wolę określenie “odłam” - wtrąciła, uśmiechając się w pełni. - Świeże spojrzenie z zewnątrz też jest cenne, chociaż jako katoliczka jestem zmuszona poddawać niektóre w wątpliwość. W pewnym sensie. 

Spoglądałam na nią przez chwilę z ukosa, z jaką lekkością lawirowała między mijanymi uczniami. Już jakiś czas temu do mnie dotarło, że to nie jej uroda mnie onieśmielała, a energia, z którą się nie kryła. Przedziwna mieszanka inteligencji i prostolinijności momentami burzyła poczucie bezpieczeństwa, zwłaszcza kiedy siostra Łucja niemal przewiercała na wylot czujnym spojrzeniem tych swoich przejrzystych, niebieskich oczu. 

- Podoba mi się to, w jaki sposób siostra prowadzi swoje lekcje - przyznałam, kiedy dotarłyśmy do głównych schodów. Nauczycielka zwolniła kroku. - Gdyby więcej osób miało takie podejście, jak siostra, może bym nie odeszła. 

Zaśmiała się cicho, ale nie był to żaden durny chichot. Śmiech miała czysty i dźwięczny, niezbyt donośny, szalenie miły dla ucha w tym nieprzyjemnym szkolnym zgiełku przerwy. 

- Mam nadzieję, że to twój pierwszy krok w kierunku drogi powrotnej. 

Wydęłam lekko usta. 

- Raczej nie. 

- A ja będę się za ciebie modlić. 

Odwróciłam się jeszcze na chwilę, z jedną ręką na balustradzie schodów. 

- Dziękuję, nie trzeba. 

Pomachała mi na pożegnanie, a ja odmachałam ze śmiechem i ruszyłam biegiem do Pokoju Życzeń. Można już było dodać pijawki. 


~*~


Nie pamiętam, kiedy świętowałam rocznicę bloga (tym bardziej TEGO BLOGA) dokładnie w dzień rocznicy. Ale to jest wyjątkowa rocznica, bo w świecie “Harry’ego Pottera” ten blog jest już pełnoletni i może legalnie czarować poza szkołą. Pisanie tego rozdziału trafiło na wyjątkowo dobry pisarsko czas, bo napisałam go w trzy dni, tak więc tak. To było szybkie. Przechodzę aktualnie lekki kryzys, który poniekąd napędza mnie do pisania. Taki stricte PISARSKI kryzys, nie wiem, czy to kwestia tego, że nastąpiła u mnie ta “trójka” z przodu, czy to po prostu czysta matematyka, ale zaczynam czuć niepokój, że mogę zwyczajnie nie dożyć zakończenia moich opowiadań. A przynajmniej zakończenia SCP. I nie chodzi o to, że mam jakieś destrukcyjne myśli. ZWYCZAJNIE tego jest tak dużo do zbetowania, a ile jeszcze do napisania… A gdzie jeszcze inne pozaczynane historie, gdzie historie autorskie… Dużo tego, za mało czasu, za mało pewności, że te wszystkie poprawki zasługują już na miano tych ostatecznych. Rutyna w pisaniu pomaga, to pewne. I fakt, że napisałam rozdział na ponad 8k słów w jakieś trzy dni też. 

Do zobaczenia niebawem - w starociach i w nowościach. :) 


1 komentarz:

  1. Kochana... Czekam na więcej. Pierwszy raz od 17 lat nie pamiętałam o rocznicy, toż to faux pas. Historia idzie ciekawie, jestem niezmiernie zaintrygowana jak postąpi Sopjie, jak równie tym, czy wróci do swoich czasów.

    A przemijanie i 3 z przodu... Mam nadzieję, że te myśli Ci przejdą. I wierzę, że jeśli przes tyle lat kontynuujesz tę historię, to nie ma opcji, żeby starzenie się pokonało cię w dokończeniu jej i pisaniu następnych. Ej, kto jak nie ty? Trzymaj się mocno i nie puszczaj 😁
    Najwierniejsza Czytelniczka

    OdpowiedzUsuń