4 czerwca 2010

Rozdział 265

Obudziłam się gwałtownie. Gdybym nie była w tak strasznym szoku, z pewnością krzyknęłabym. Nosz ku*wa, że tak powiem. Gdybym nie była w takim stanie, to bym natychmiast się udała do Anglii, znalazła Barty’ego i zażądała wyjaśnień. A powtarzanie, że to był tylko sen, nic nie pomagało. To nie był zwykły sen. Był zbyt realny i wyrazisty. Już miewałam takie sny, jakby wizje. A ten sen właśnie taki był.
Podciągnęłam się trochę, żeby usiąść na łóżku i oprzeć się o jego wezgłowie. A jest to trudne, będąc tak okropnie połamanym. Zegar wskazywał teraz godzinę kilka minut po drugiej. Nie byłam jednak zmęczona. Zbytnio już się wyspałam. Poczułam głód. Ale to będzie musiało poczekać. Ten sen, jeśli to był tylko sen, był straszny. Jeśli to jednak była wizja… Bałam się znów zamknąć oczy, żeby nie zobaczyć tego, co dalej się działo. A wcale nie byłam tego ciekawa.

Rozejrzałam się po pokoju. No i co tu robić. Poczułam, że jeśli czegoś nie zrobię, zaraz zwariuję z tej niepewności. Nie mam pojęcia, kiedy Barty wróci z tej rzekomej „misji”, na której zajmuje się dziewczynami, a nie werbowaniem kandydatów na nowych Śmierciożerców.
Nie będę wołała wuja. Jest środek nocy, a on i tak ma już dużo na głowie, kiedy nie ma Croucha. Przygryzłam wargi, myśląc intensywnie. Zostaje mi poczekać do rana. Ale nic nikomu nie powiem. Voldemort znowu wpadnie w szał, rozwali połowę mebli w moim pokoju, Spirydion tylko przemilczy całą sprawę, mówiąc na koniec swoim cichym, spokojnym głosem: Teraz już nic nie możesz zrobić, stało się, a Victor jak zwykle zrobi wszechwiedzącą minę, mówiąc: A nie mówiłem?
Nie, tego bym chyba nie zniosła. Gdybym powiedziała wszystko Claudii, wyśmiałaby mnie. Umarłabym ze wstydu. Nie chciałam, żeby się teraz tu pojawiała. Syriusz natychmiast by zrobił zatroskaną minę, mówiąc: Och, księżniczko, nawet nie wiesz, jak ci współczuję. Ale mogłaś to przewidzieć, przecież to Śmierciożerca, im się nie ufa. Przynajmniej niektórym, a zwłaszcza takim, którzy w przebraniu Alastora Moody’ego wałęsają się po Hogwarcie. Już słyszę też przerażone piski Sapphire: Nie! To był tylko sen, przyśniło ci się, bo boisz się, że coś takiego się stanie… A jeśli naprawdę miałaś wizję? W piątej klasie już tak było, i pod koniec czwartej. Myślisz, że jesteś jasnowidzem?

Tak, nie było sensu zwierzać się komukolwiek. Kiedy wróci Barty, wszystko z nim załatwię. A jeśli będzie już za późno? Jeśli wróci i od razu przyjdzie do mojego pokoju i oznajmi, że za dwa miesiące bierze ślub, a później, kiedy mój szok już minie, zapyta, czy nie mogłabym zostać światkiem jego narzeczonej… Nie, szok by nie minął. Umarłabym na miejscu. Na samą myśl o tym poczułam skurcz w żołądku, nie mający nic wspólnego z głodem.

*

Rano, kiedy Lord Voldemort przyszedł mnie odwiedzić, zastał mnie leżącą pod wezgłowiem łóżka, z szeroko otwartymi oczami, wpatrzonymi w przeciwległe drzwi do łazienki. Trochę go to zaniepokoiło.
- Coś się stało, Sophie? – spytał, poprawiając mi poduszki.
- Dlaczego tak sądzisz? – mruknęłam, natychmiast uśmiechając się w sposób możliwie jak najnaturalniejszy. – Proszę, przenieś mnie do łazienki, napuść mi wody do wanny i mnie tam wsadź.
Czarny Pan, z miną trochę niezadowoloną z powodu, że robi coś, co nie przystoi takiemu ważnemu człowiekowi, zrobił, co mu kazałam. Kiedy wanna była już napełniona wodą, zaniósł mnie do łazienki.
- Wsadź mnie w ubraniu, nie chcę być już taka wysuszona – powiedziałam mu.
Wuj włożył mnie do wody i wyszedł. Usłyszałam jeszcze jego głos, dobiegający zza drzwi:
- Jeśli będziesz czegoś potrzebowała, to zawołaj!
Nic nie odpowiedziałam, tylko leżałam i wpatrywałam się w ścianę. Od momentu przebudzenia o drugiej w nocy, nie zmrużyłam oka. Czarny wizje i myśli nawiedzały mnie tak intensywnie, że nie byłabym w stanie zasnąć. Ale nie byłam zmęczona.
Woda prawie natychmiast zrobiła się czarna od węgla i popiołu. Zauważyłam nową skórę w niektórych miejscach. Podniosłam nie złamaną rękę i przyjrzałam się jej. Wierzch dłoni porastała nowa, wiotka i delikatna skóra, jeszcze nie tak jasna jak ta, którą miałam dawniej, ale to tylko kwestia czasu. Za tydzień lub półtora opalenizna zejdzie i będę wyglądała normalnie.
Zauważyłam też, że pod wpływem wody moje spalone włosy wypadły całkowicie, pozostały tyko te, które odrosły mi w krótkim czasie po wypiciu krwi wuja. Nie były tak gęste i długie jak dawniej, bo sięgały mi zaledwie do podbródka, ale dobre i to. Przynajmniej porastały całą głowę. Buddo, nigdy bym nie pozwoliła patrzeć na siebie bliskim, gdyby brakowało mi gdzieś włosów.

Po długiej chwili, kiedy już cały węgiel odczepił się od mojej skóry, w większości miejsc jeszcze brązowej i pomarszczonej jak suszona śliwka, za pomocą czarów opróżniłam wannę z czarnej wody, wysuszyłam się i z wielkim trudem udało mi się unieść w powietrze, żeby wrócić do łóżka. Nie chciałam być we wszystkim zależna od wuja. Zdrową ręką pozbyłam się wiotkiej, ohydnej szaty, a za pomocą różdżki ubrałam koszulę nocną. I tak nigdzie nie będę się ruszała, mój stan od wczorajszego dnia jeszcze bardziej się pogorszył, kości bolały mnie nieustannie, ale przynajmniej wyglądałam trochę lepiej.
Pół godziny później Voldemort wkroczył do mojego pokoju ze srebrną tacą ze śniadaniem. Niepokój wywołany tym podejrzanie realnym snem spowodował, że całkowicie zapomniałam o głodzie. Usiadł na brzegu łóżka, zdziwiony, że nie ma mnie w łazience.
- Nie chciałam ci zawracać głowy, w końcu sama w niektórych sprawach potrafię sobie poradzić – wyjaśniłam. – Połóż mi tacę na kolanach.
Kiedy to zrobił, zdrową ręką chwyciłam łyżkę, tkwiącą w misce płatków z mlekiem i zaczęłam jeść. Dopiero teraz poczułam, jak bardzo jestem głodna. W milczeniu zjadłam wszystko, co przyniósł mi wuj, po czym otarłam usta wierzchem dłoni.
- Już zaczyna ci się regenerować skóra – zauważył Voldemort, biorąc ode mnie tacę. – Dam ci jeszcze trochę krwi.
Przysunął mi pod nos nadgarstek, ale odwróciłam głowę.
- Nie, chcę sama wyzdrowieć.
- Nie kłóć się ze mną, pij – w jego głosie wyraźniej zabrzmiała groźba.
Dla świętego spokoju ujęłam jego przedramię i wbiłam zęby w cienką skórę. Krew natychmiast trysnęła obficie. Chyba przez przypadek rozerwałam mu żyłę. Ale to nic, poradzi sobie.
Szum krwi wypełnił całkowicie moje uszy, zamknęłam oczy. Chwilę później usłyszałam bijące jak dzwon serce Voldemorta, prawie równające swoim rytmem z moim. Łatwo mnie dogoniło, nie miałam w sobie dużo krwi, więc moje serce nie miało co pompować. Oderwałam się od rany, kiedy jego serce zaczęło bić szybciej od mojego. Voldemort różdżką naprawił sobie żyłę, obserwując, jak moja skóra szybko się regeneruje. Spojrzałam na wyciągniętą przed siebie zdrową dłoń. Rzeczywiście. Naskórek odrastał w oczach, a skóra, która już wcześniej mi się zregenerowała, zaczęła bieleć.

- Musisz jakoś wyglądać, kiedy pójdziesz na przyjęcie, które organizuje Bella – powiedział.
Zamrugałam szybko.
- Jakie przyjęcie? – zapytałam.
Czarny Pan pogrzebał we wewnętrznej kieszeni szaty i wyciągnął zaproszenie, które mi podał. Wydobyłam kartkę ozdobnego pergaminu z koperty i przeczytałam:

Mam zaszczyt zaprosić mojego pana oraz Sophie Serpens na przyjęcie z okazji urodzin mojego syna Sykstusa. Przyjęcie odbędzie się o godzinie osiemnastej, 15 czerwca.
Z wyrazami szacunku
Bellatriks Lestrange

Oddałam wujowi zaproszenie.
- To za tydzień i trzy dni – stwierdziłam głosem suchym jak trzask pułapki na myszy. – Nie mam teraz najmniejszej ochoty na włóczenie się po imprezach.
- Ja również, dlatego ty pójdziesz w swoim i moim imieniu – oświadczył.
- Co? Ty sobie jakieś śmichy robisz? – zapytałam. – Wyobrażasz mnie sobie w takim stanie na jakimś przyjęciu? Nawet jeśli udałoby mi się wrócić do normalnej formy, to jestem połamana. Nie mogę się nawet ruszyć.
- Poczekasz chwilkę?
Zaskoczona obserwowałam, jak Voldemort znika za drzwiami mojego pokoju. Wrócił jednak po kilku sekundach, pchając coś, co wyglądało jak…
- Wózek inwalidzki? – zawołałam. – Czyś ty rozum postradał? Poradzę sobie sama, coś wymyślę. Ale weź to stąd!
Czarny Pan posłusznie wyprowadził wózek. Kiedy wrócił, minę miał nietęgą. Obietnica, że wymyślę coś sama najwyraźniej go nie uspokoiła.
- Co wymyślisz? – zapytał, siadając na brzegu mojego łóżka.
- Już chyba mam pomysł – mruknęłam, uśmiechając się tajemniczo. – Ale to niespodzianka.

~*~


Nie chciałam dawać rozdziału tak od razu, wiecie, chciałam Was przetrzymać w niepewności. Nie wiem też, czy w niedzielę coś się pojawi, bo chciałabym opublikować coś na Czwórkę Hogwartu, no a w poniedziałek jadę na wycieczkę i będę dopiero we czwartek. Zmieniłam szablon, choć kolorystyka nie bardzo mi się podoba, za to zdjęcie jest cudowne. Dedykacja dla Satii :*