11 kwietnia 2010

Rozdział 253

Coraz częściej zaczęłam myśleć nad tym, czy by nie zacząć od nowa uczyć Spirydiona czarnej magii. Obrona jest mu niepotrzebna. A przecież zbliża się wojna, no, jeśli już nie trwa. Spirytus powinien umieć rzucić jakieś porządne zaklęcie, aby obronić się przed członkami Zakonu. Nie ma takich umiejętności jak ja, więc grozi mu niebezpieczeństwo, tylko strach trzyma Zakon Feniksa przy mnie. Gdyby nie moje znajomości i magia, zaatakowaliby mnie przy najbliższej okazji. A Spirydion może im się okazać najlepszym celem. Mogliby go porwać i zażądać okupu lub zaszantażować mnie i Czarnego Pana.

Dlatego dzień po naszym wypadzie do domu wuja, odnalazłam młodszego brata w bibliotece i przysiadłam się do niego.
- Cześć. Dużo masz na dziś roboty? – spytałam szeptem, bo przypominająca sępa bibliotekarka zatrzymała się, żeby przyjrzeć się mi i Spirydionowi.
Ten tylko wzruszył ramionami. Odniosłam wrażenie, że, w przeciwieństwie do mnie, jest strasznie małomówny i zamknięty w sobie.
- To świetnie – dodałam, odwracając się, żeby się upewnić, że pani Pince już sobie poszła. – Tak sobie pomyślałam… Pamiętasz, jak ćwiczyliśmy we Wrzeszczącej Chacie? Może powtórzylibyśmy to? Żyjemy w niebezpiecznych czasach i przydałoby się znać kilka zaklęć, prawda?
Spirydion podniósł głowę znad książki. Twarz miał poszarzałą i bardzo zmęczoną, musiał spędzić w tej dusznej bibliotece dużo czasu. Zależało mu na nauce bardziej niż mnie, a osiągał o niebo gorsze wyniki ode mnie. Oczywiście, ja jeśli się już uczyłam, to z nudów albo tak po prostu, nigdy za tym nie przepadałam.
- Nie wiem, jeśli tego chcesz, to nie ma sprawy – odpowiedział.
- Nie chodzi o to, czy ja tego chcę – odparłam. – Bo ja nie potrzebuję ćwiczeń. Chcę podszkolić ciebie.
- Nie sądzę, bym tego potrzebował.
Parsknęłam śmiechem.
- Jesteś taki sam, jak wuj – stwierdziłam. – Mimo że potrzebuje pomocy, nie upomni się o nią. Nawet jeśli mu ją proponują, odmówi. Chcesz spędzić trzynaście lat, ukrywając się w puszczy, tak jak on? Chcesz? No, to lepiej skorzystaj z mojej propozycji, bo za rok nie będzie tu już tak miło. Będzie rządził Czarny Pan i ja.
Usłyszałam kroki bibliotekarki, więc natychmiast ściszyłam głos do ledwo słyszalnego szeptu.
- Słuchaj, to nie jest żaden wstyd uczyć się czarnej magii od siostry – dodałam. – Przecież nie będę dawała ci korepetycji, tylko uczyła dodatkowo. Jako wybitnie zdolnego ucznia, aby jego talent nie zmarniał. Rozumiesz? Kiedy byłeś młodszy, łatwiej się z tobą rozmawiało.
Westchnęłam ciężko. Spirydion nic na to nie odpowiedział, tylko znów zagłębił się w lekturze. Pochyliłam się, żeby przeczytać parę słów.
- Co to za książka? – spytałam.
- Czarny Pan wie, że sypiasz z Crouchem?
Moje policzki oblał gorący rumieniec. Buddo, skąd on o tym wie? Nie przypominam sobie, żebym cokolwiek mu wspominała o moim romansie. Chociaż z drugiej strony… Moje życie jest tak zawiłe, więc kto by się w tym połapał?
- Nie ważne, czy wie – odpowiedziałam mu lekko drżącym głosem. – Ważne, skąd TY o tym wiesz.
Spirydion powinien choć dla pozorów trochę się zmieszać. Ale nie. Ten patrzył na mnie tylko tymi swoimi czarnymi, przenikliwymi, spokojnymi oczami, jakby był całkowicie odcięty od świata. Po plecach przebiegł mi dreszcz. Jego się powinno gdzieś zamknąć. Albo lepiej nie. Jego trzeba wyciągnąć do ludzi.
Nagle przeszła mi przez głowę myśl. Jeśli ja nie zrobiłabym kariery, może też byłabym taka dziwna, jak on? Może też patrzyłabym na ludzi tym przerażającym wzrokiem? Już wiem, co przypomina mi spojrzenie Spirydiona. Jego oczy podobne były do oczu tych średniowiecznych rzeźb aniołów. Były takie przenikliwe, świdrujące, przerażały mnie!

Spirydion wzruszył ramionami.
- Daj spokój, przecież to widać – odpowiedział takim tonem, jakby to było oczywiste. – Przecież byłem już u Czarnego Pana – kiedy wypowiadał jego imię, zniżył głos do prawie niesłyszalnego szeptu – kilka razy. Zawsze zajmował się mną Crouch. Przecież po samym tonie głosu, jakim wypowiada twoje imię można poznać, że coś do ciebie czuje.
Moje policzki trochę pociemniały. Doprawdy nigdy bym się tego nie spodziewała, że będę ze Spirydionem rozmawiać o moich prywatnych… co ja mówię, intymnych sprawach. A co, jeśli on coś powie rodzicom? Buddo, chyba by mnie obdarli ze skóry. Bes pewnie by się nie przejęła, jej w ogóle nie obeszło to, że Sapphire zepchnęła mnie ze schodów, a ja skręciłam kark.
- Ale to nie znaczy, że poszłam z nim do łóżka – oświadczyłam. – Dla mnie takie sprawy nie mają znaczenia. Dla Barty’ego też.
Spirydion uniósł jedną brew. Byłam pewna, że mi nie uwierzył. Cóż, on zdawał się być taką osobą, którą w ogóle bardzo trudno jest przekonać. Zrezygnowałam z tej próby.
- Crouch to Śmierciożerca – stwierdził Spirytus. – Czarny Pan nie pozwoli ci się z nim spotykać, zbyt mało znaczy. Twoim partnerem musi być ktoś – tu zmierzył mnie wzrokiem – ktoś równy tobie. Chociaż… szczerze mówiąc wątpię, by w ogóle oddał cię komukolwiek.
- Mówisz w dziwny sposób, nie podoba mi się to - powiedziałam mu. – I jeśli mówisz o Bartym, nie używaj jego nazwiska, jakby był osobą ci nieznaną.  Zajmował się tobą, kiedy Czarny Pan nie miał dla ciebie czasu.
Spirydion wzruszył tylko lekko ramionami.
- Dobra, niech ci będzie – rzekł. – Zostawmy już ten temat. To co mówiłaś? Chcesz mnie uczyć zaklęć, tak?
- Sam to zacząłeś – oburzyłam się i skrzyżowałam ręce na piersiach. – Tak, chcę, ale nie wiem, czy będziesz tak łaskaw się zgodzić.
- Tak, będę łaskaw się zgodzić.
Uśmiechnął się, ale ja nadal pozostałam z kamienną twarzą. Dupek. Tak samo nietaktowny, jak jego wujek. Wstałam bez słowa.
- Zaraz, a co z moimi lekcjami? – zapytał Spirydion.
Obrzuciłam go jadowitym spojrzeniem.
- Jutro po obiedzie we Wrzeszczącej Chacie – oświadczyłam. – I lepiej się nie spóźnij.
- Zobaczysz, będę wcześniej niż ty – odpowiedział ze śmiechem.
Odwróciłam się i wyszłam z biblioteki, po drodze mijając Hermionę, której nie zaszczyciłam nawet spojrzeniem. Nadal byłam obrażona na Harry’ego, co za tym idzie, i na jego przyjaciół.

W salonie Ślizgonów zobaczyłam Sapphire. Już dawno przestała starać się o moje względy. Kiedy mnie widziała, schodziła mi z oczu. I bardzo dobrze. Przynajmniej tyle zrozumiała. Chociaż gdyby chciała mnie całkowicie uszczęśliwić, mogłaby nawet mi się na oczy nie pokazywać. Przecież uczęszcza na wróżbiarstwo i ma z niego dobre oceny, może przepowiedzieć, że nadchodzę, więc wtedy ona się ulatnia, nie przypominając mi swoją obecnością o Darli i o zdradzie, której zresztą sama jest winna. 

Usiadłam w fotelu na drugim końcu pokoju wspólnego i wyciągnęłam jakąś książkę. Otworzyłam ją z zamiarem nauki, jednak obecność byłej przyjaciółki cały czas mnie rozpraszała. Zerknęłam na jej prawy profil. Ona też miała książkę na kolanach. I tak samo jak ja nie czytała jej. Wpatrzona była tępo w płomienie trzaskającego w kominku ognia, pogrążona we własnych myślach.
Nagle ktoś wszedł do salonu. Był to Draco Malfoy. Siedziałam ukryta w cieniu, więc nie mógł mnie zobaczyć. Z uśmiechem na twarzy podszedł prosto do Sapphire, usiadł na poręczy fotela i objął ją. Poczułam lekkie ukłucie bólu. Nie byłam zazdrosna o Malfoya, wszak nic do niego nie czułam już od bardzo dawna. Ale fakt, że dawniej spotykał się ze mną, teraz jest z moją najlepszą przyjaciółką bolał mnie niesamowicie. Zmów poczułam okropną niechęć do Sapphire i Malfoya.
Ślizgonka jednak odepchnęła od siebie Dracona, a kiedy on uniósł brwi i popatrzył na nią ze zdziwieniem, wskazała, przynajmniej w jej mniemaniu, dyskretnie ręką w moją stronę. Szybko spuściłam wzrok i przeczytałam pierwszą linijkę, jak się okazało, rozdziału dwunastego w książce do obrony przed czarną magią. Ten rozdział omawialiśmy już dawno temu. Nieważne. Przynajmniej nie wyszło, że przypatruję się im.

Kiedy stwierdziłam, że już się na mnie nie gapią, znów zerknęłam na Sapphire. Malfoy nadal siedział na podłokietniku jej fotela i szeptał jej coś do ucha. Dziewczyna słuchała tego ze skupioną miną. Draco musiał jej coś powiedzieć, może coś strasznego albo obrzydliwego, bo ta zrobiła oburzoną minę i odpowiedziała mu coś. Poczułam silne pragnienie podejścia tam i wrzucenia jednego i drugiego do kominka. Rozpasana gówniarzeria. Tylko poczekajcie, aż skończę siedemnaście lat.
Spakowałam książki i poszłam do sypialni dziewczyn. Celowo przeszłam obok Sapphire i Dracona, aby potrącić Malfoya brutalnie ramieniem. Dupek.

*

Następnego dnia, zaraz po obiedzie, nie zaniosłam nawet torby z książkami do dormitorium, tylko pobiegłam do Wrzeszczącej Chaty. Spirydion nie mógł być szybszy niż ja. Owszem, nie należałam do punktualnych osób, ale jeśli na czymś naprawdę mi zależało, potrafiłam przyjść dokładnie na czas. A teraz bardzo mi zależało na wyprzedzeniu młodszego brata.
Zamieniłam się w chimerkę i wśliznęłam się między korzeniami bijącej wierzby do otworu, który prowadził do rozpadającego się budynku. W kilku susach pokonałam drogę po schodach i weszłam do pokoju, w którym niegdyś ćwiczyliśmy zaklęcia. Spirydion już tam był. Gówniarz. Jakim cudem udało mu się przybyć tutaj wcześniej niż mnie?

Spirytus zareagował natychmiast. Uniósł różdżkę i wystrzelił we mnie kryształkami lodu. Otworzyłam usta albo raczej pyszczek i dmuchnęłam w niego płomieniami. Rękaw szaty zajął mu się ogniem. Podczas gdy Spirydion próbował go ugasić, ja otrzepałam futerko z kurzu i stałam się znowu sobą.
- Nie ze mną te numery – powiedziałam mu i machnęłam różdżką, a ogień natychmiast zgasł. – Możesz wystawiać na próby każdego, ale nie mnie, bo ja zawsze tą próbę przejdę pomyślnie.
Spirydion skrzywił się, widząc swój zwęglony rękaw.
- Zaczynajmy już, co? – zaproponował mocno zdenerwowanym tonem.
Uniosłam różdżkę, myśląc gorączkowo, od jakiego zaklęcia zacząć. Jest już w drugiej klasie, więc może zacząć uczyć się o wiele groźniejszych i zaawansowanych zaklęć.
- Mam świetny pomysł – powiedziałam. – Sądzę, że Zaklęcia Niewybaczalne są na tyle proste, byś mógł się ich bez problemu nauczyć. Nie chce mi się iść po Sapphire, więc będziesz ćwiczył na mnie.
Rozłożyłam ręce w teatralnym geście. Spirydionowi jednak nie bardzo spodobał się ten pomysł. Opuścił różdżkę ze niepokojem na twarzy.
- Na Cruciatus i Imperius ewentualnie mogę się zgodzić – rzekł. – Ale Avada kedavra? Ty masz dobrze z głową?
- Jak najbardziej – odparłam. – Wiesz, dlaczego się na to zgadzam? Bo mógłbyś powtarzać tą formułkę przez cały dzień i nic by się nie stało. Ale kiedy ja to zrobię…
Machnęłam różdżką, a zielony promień wystrzelił z niej i ugodził w gnijącą szafkę, tuż za plecami brata. Spirydion wzdrygnął się.
- Widzisz, nie muszę nawet wypowiadać formułki – dodałam. – Poza tym nic mi nie będzie.
Ustawiłam się naprzeciwko lustra wiszącego na ścianie, odeszłam kilka kroków i znów machnęłam różdżką. Szmaragdowy promień uderzył w powierzchnię lustra, odbił się od niej i ugodził prosto w moją pierś. Nic się nie stało. Po prostu promień rozbił się o mnie jak szklany wazon ciśnięty w ścianę. Spirydion poruszył się niespokojnie, ale ja odwróciłam się z powrotem twarzą do niego i uśmiechnęłam się.
- Widzisz? – spytałam. – Teraz ty. Spróbuj, śmiało.
- Masz taką jakby… niezniszczalną skórę – stwierdził, ale ja machnęłam tylko lekceważąco ręką.
- Przesadzasz. Avada mnie się nie czepia, bo jestem wampirem – odparłam. – Ale srebrny szpikulec może mnie zabić, podczas gdy tobie może najwyżej zrobić dziurę w skórze.
Spirydion uniósł różdżkę i, zachęcony moich przyjaznym uśmiechem, wypowiedział formułkę. Nie spodziewałam się efektu. Wypowiedział formułkę i… burak. Nic się nie stało. Zachęciłam go jeszcze raz:
- Próbuj, aż do skutku.

I próbował. Próbował, próbował… Aż w końcu, po co najmniej dwóch godzinach wypowiadania formułki „Avada kedavra”, z jego różdżki wystrzelił zielony płomień. Pomknął w moją stronę, uderzył mnie w ramię i rozbił się o nie. Spojrzałam w miejsce, gdzie ugodziło mnie zaklęcie i uśmiechnęłam się.
- No, nareszcie – odezwałam się. – Myślałam już, że spędzę tu cały dzień. Nie jesteś jednak takim sztywniakiem, za jakiego cię uważałam. Bardzo dobrze. Jutro znów poćwiczymy, chodź.
Zmieniłam się w chimerkę i wydostałam się na powierzchnię. Musiałam czekać ponad kwadrans, zanim i Spirydion wyłonił się z otworu pomiędzy korzeniami bijącej wierzby.
- Powiedz mi jeszcze – odezwałam się, kiedy zmieniłam się znów w człowieka. – Jakim cudem udało ci się przybyć do Wrzeszczącej Chacie wcześniej? Samo zejście zajęło ci co najmniej dwadzieścia minut.
- To proste – odparł. – Nie poszedłem na obiad.

~*~


Rozdział miałam dawać w piątek, ale nie zdążyłam napisać. Przepraszam, że nie jest ani długi, ani ciekawy, ale po prostu nie mogłam więcej z siebie wydusić. Przez tą tragedię, która wczoraj odbyła się w Smoleńsku straciłam całą wenę. Wylałam morze łez, nie mogłam się skupić na niczym. Teraz zbrodnie katyńskie bolą mnie jeszcze bardziej, niż dawniej. Musiałam też zmienić szablon, ten jest zbyt wesoły. Nie jest najlepszy, ale przynajmniej opisuje moje uczucia i tą tragedię. Nie wiedziałam, czy wypada, ale umieściłam  nagłówku napis: „Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą…”. Dedykacji dziś nie będzie. Zapewne chciałabym jeszcze coś powiedzieć, ale nie wiem co. Śmierć naszego prezydenta, jego małżonki i wielu znanych polityków jest dla Polski i Polaków wielkim ciosem.