Wróciłam do dormitorium Ślizgonów. Po drodze spotkałam Sapphire z nieco podejrzanym wyrazem twarzy. Natychmiast zapytałam, czemu mi się tak przygląda, z wypiekami na twarzy. Ona tylko wzruszyła ramionami. Jej zachowanie zirytowało mnie jeszcze bardziej.
- Pewnie! – wybuchnęłam. – Pewnie! Po co zawracać sobie głowę głupią Sophie, skoro można mieć swoje tajemnice i zajmować się tylko sobą? Miałam zostać dzisiaj w Hogwarcie, ale przez ciebie nie mam do tego głowy.
Mrucząc jakieś obelgi pod jej adresem opuściłam salon. Za drzwiami teleportowałam się.
Pojawiłam się w pokoju Czarnego Pana. Wyjątkowo trafnie się aportowałam, biorąc pod uwagę moje rozdrażnienie i kompletny brak skupienia.
Przeszłam przez komnatę, nie zwracając na zaciekawione spojrzenie wuja.
- Co tutaj robisz? – zapytał.
- Przyszłam się poskarżyć – odparłam, siadając mu na kolanach i oplatając jego szyję obiema rękami. Oparłam policzek na jego piersi. – Oni wszyscy myślą, że to ja otrułam Weasley’a. Nabijają się ze mnie. Nie chcę już wracać do Hogwartu.
Czarny Pan zaśmiał się, choć bardzo chciał to ukryć przede mną. Pogładził mnie kilkakrotnie po włosach.
- Nie przejmuj się – powiedział pocieszającym tonem. – Dostałem sowę od twojej matki. To znaczy, od Bes Ghost.
- Tak, Bes jest moją mamą – potwierdziłam. – Korespondujesz z nią?
- Zdziwiłabyś się, gdybyś wiedziała, z kim koresponduję – odrzekł, czym od razu rozbudził moją ciekawość. – Ale to moje sprawy, nie musisz wiedzieć. Bes napisała, że gdybyś się tutaj zjawiła, to masz do nich się teleportować po południu.
Pokiwałam głową.
- Dobrze, zrobię tak.
Zapytałam go jeszcze, z kim tak sobie pisze. Voldemort znów mnie zbył, pogrzebał tylko w wewnętrznej kieszeni szaty i wyciągnął jakąś zapieczętowaną kopertę. Wręczył mi ją, mówiąc:
- Zanieś to Draconowi, dobrze?
Uniosłam brwi, patrząc podejrzliwie na pożółkłą kopertę. Wzięłam ją powoli i zapytałam:
- Co to jest? I dlaczego chcesz, żebym dała ją Malfoyowi?
- To jedna z tych osób, z którymi koresponduję – odparł. – Muszę dać mu nowe rozkazy, jeśli sam już nie potrafi nic zrobić, trzeba go naprowadzić na właściwą drogę.
Schowałam list do kieszeni, pożegnałam się z wujem i deportowałam się.
Pojawiłam się na nowo w Hogwarcie, w ciemnym, chłodnym korytarzu w lochu. Usłyszałam czyjeś śmiechy, kroki i rozmowy. Takie odgłosy tutaj? W miejscu, gdzie niedaleko grasuje Snape? Nie może być.
Czym prędzej ruszyłam w kierunku, z którego dobiegały te odgłosy. Usłyszałam wypowiedziane przez jakąś dziewczynę hasło do dormitorium Ślizgonów, znów śmiechy, kroki, odgłos zasuwanej się ściany, po czym zapanowała cisza.
Zmarszczyłam brwi i przyspieszyłam kroku. Kurde. Podejrzane to wszystko. Zaczęło mi się to dziwnie kojarzyć z głupią aluzją Ashley o rzekomej zdradzie Sapphire. Wypowiedziałam hasło i wkroczyłam do środka. Korytarzem podążyłam do salonu, gdzie rozejrzałam się uważnie.
Spostrzegłam Spirydiona, grającego ze znajomymi z klasy w eksplodującego durnia, ku wielkiemu niezadowoleniu Pansy Parkinson, gdyż siedziała niedaleko nich i próbowała uczyć się eliksirów, a gra co chwilę wybuchała, robiąc przy tym dużo hałasu.
Moim oczom ukazał się również Malfoy, siedzący na kanapie obok Sapphire. Rozmawiali o czymś przyciszonymi głosami, najwyraźniej się sprzeczając. Na początku pomyślałam, że może to oni robili to całe zamieszanie na korytarzu w lochach, ale wszystko wskazywało na to, że kłócą się o coś od jakiegoś czasu. Podeszłam do nich.
Kiedy mnie zobaczyli, Draco bardzo się zmieszał. Wyglądał głupio, zupełnie nie jak Śmierciożerca. Stwierdziłam, że do Voldemorta nikt już się chyba nie chce przyłączać, skoro bierze sobie takich gnojków za służących. Albo ma tylu sojuszników, że może sobie pozwolić na przygarnianie ich.
Usiadłam obok Sapphire i rozejrzałam się dookoła, czy nikt nam się nie przygląda. Zobaczyłam wlepiającą we mnie swoje okropne gały Ashley. Wykrzywiłam się jej, a Pail odwróciła głowę, najwyraźniej urażona.
Wyciągnęłam z kieszeni kopertę i podałam ją szybko Malfoyowi. Ten wziął ją i już miał ją otworzyć, kiedy chlasnęłam go po łapach.
- Nie tutaj – syknęłam. – To od mojego wuja. Przeczytaj, jak będziesz sam.
Wstałam i czym prędzej udałam się do sypialni dziewczyn. Usłyszałam czyjeś kroki. Zamknęłam drzwi do pokoju, w którym spała nasza grupka dziewczyn. Ledwo udało mi się usiąść na swoim łóżku i wziąć na kolana Glorię, kiedy ktoś wpadł do sypialni. Była to zdyszana z przejęcia Ashley. Nie wyglądała na obrażoną i pewną siebie, wręcz przeciwnie. Na jej twarzy malowała się złość pomieszana z przestrachem. Lecz nie złość na mnie, o nie.
Usiadła na swoim łóżku, patrząc mi prosto w oczy.
- Czego chcesz? – zapytałam, głaszcząc grzbiet kotki. – Naprawdę, nie mam czasu na twoje śmieszne domniemania.
- Ale to prawda – wyszeptała. – To, co ci mówiłam. Nie możesz ufać Sapphire.
Zaśmiałam się.
- Już ci mówiłam – odparłam spokojnie. – Nie rozbijesz mojej i Sapphire przyjaźni. Jestem na ciebie uodporniona. Więc spadaj.
*
Jak obiecałam Molly i Czarnemu Panu, po południu, zaraz po obiedzie teleportowałam się do Dziury. Tak naprawdę nie wiedziałam, dlaczego nazwano tak dom Ghostów. Nie był wcale brzydki czy jakoś strasznie obdarty. Był normalny, jak na tak dużą rodzinę trochę za mały, ale ogólnie był schludny, ogród był trochę zapuszczony, ale w sposób tak jakby… artystyczny.
Przeszłam przez wykładaną kamieniami drużkę, prowadzącą aż pod drzwi. Zanim weszłam do środka, słyszałam, że Bes i Sethi są w środku. Dobiegła mnie ich rozmowa, ale nie interesowało mnie, czego dotyczy. Otworzyłam drzwi i oświadczyłam, że już się zjawiłam.
Bes zaprosiła mnie do środka. Ona i Sethi rozmawiali w kuchni. Posadziła mnie na krześle przy stole, a sama stanęła przede mną. Musiało się zapowiadać na poważną rozmowę, bo oboje, matka i ojciec, mieli poważne miny.
- Wybacz, że cię ściągnęliśmy ze szkoły – zaczęła.
Machnęłam tylko ręką.
- Nie ważne – mruknęłam. – I tak już mi się odechciało przebywać w Hogwarcie. Wszyscy myślą, że to ja otrułam Rona.
- No właśnie – powiedziała cicho Bes. – O tym chcieliśmy porozmawiać.
Przewróciłam zniecierpliwiona oczami.
- Chyba w to nie wierzycie – warknęłam, podnosząc głos.
- Dumbledore oczywiście zaprzecza, że ty go otrułaś – rzekł Sethi. – Ale nam wolno mieć swoje opinie. W końcu mieszkałaś z nami prawie całe życie.
- No właśnie – wstałam z krzesła. – Znacie mnie. A mówicie tak, jakbym to ja była temu wszystkiemu winna. Nawet mnie wtedy nie było, kiedy Ron połknął truciznę. A wiecie, jaki z tego morał? Patrzeć, co się je.
Skrzyżowałam ręce na piersiach, marszcząc czoło. Bes zrobiła to samo.
- Ale to dziwne, że dzieje się to akurat Gryfonom – zauważyła. – Najpierw ta ich szukająca, teraz Ron… Coś to mi się podejrzane wydaje.
- Puchonów i Krukonów też nie znoszę, no i co? – spytałam. – Przestań, mamo, zachowujesz się jak nie ty! Co wam odbiło?!
- Wróciłaś do Zakonu Feniksa, i co? – wykrzyknęła Bes. – I Ron zostaje otruty, a Dumbledore się śmieje! Sophie, jesteś już prawie dorosła, nie widzisz, jaka jest sytuacja?
Otworzyłam usta ze zdumienia. Dopiero teraz to do mnie dotarło. Bes i Sethi osądzają mnie za próbę zamordowania przez kogoś Rona. Oni. Moi rodzice. Zrobili coś, czego nigdy bym się po nich nie spodziewała, a zwłaszcza już po matce.
- Przestańcie się tak zachowywać! – krzyknęłam, wyprowadzona całkowicie już z równowagi. – Was też opętało całe to wariactwo?
- Jakie wariactwo?
- Potter! – zawołałam, machając rękami nad głową. – Robię, co się da, żeby go zaakceptować! Ale jego prośby nie spełnię, choćby mnie miała tu Apokalipsa zastać!
- Tego, żebyś zdradziła Sama-Wiesz-Kogo? – spytała ze złością Bes.
- Tak! Nie mam pojęcia, jak coś takiego mogło mu przyjść do głowy! Nie wiecie, o co prosicie!
Moja wściekłość szybko odnalazła ujście. Rosła jednak z każdą sekundą. Rozkaz, który otrzymałam od rodziców napawał mnie cierpieniem i obrzydzeniem większym od tego, które czułam, kiedy prosił mnie o to Harry.
- Musisz – stwierdzi Sethi. – Wybieraj. Albo on, albo my. Dłużej nie damy rady żyć w ten sposób. Jesteśmy rodziną, Sophie, musimy być z tobą szczerzy.
- Kocham go – wyszeptałam. – Jest jedyną osobą w tym kraju, która łączy mnie z moją rodziną. Z moją Francją. A jej nie zdradzę za żadne skarby.
- Skoro tak – oświadczyła Bes z kamienną twarzą. – Odejdź. Idź sobie do tej twojej Francji.
Jej słowa dopiero po chwili do mnie dotarły. Uniosłam rękę do czoła i zasalutowałam, jak żołnierz, który oddaje swojemu dowódcy cześć. Oczy wypełniły mi się łzami. Opuściłam dłoń i wyszłam, nawet się nie oglądając.
~*~
Ostatnio, jak widać, mam tu mały kryzys. Ale jestem już w trzeciej klasie, nie mogę zaniedbywać nauki. A dziś miałam kulig, więc udało mi się coś wyskrobać. Zmieniłam szablon, bo tamten stary nie pasowałby do rozdziału. Niedługo mam ferie, ten tydzień, który będzie, będzie już ostatnim przed feriami, więc rozdziały będą już tak, jak zwykle xD Dedykacja dla Destruo. :*