28 lutego 2026

382. Piękni obłąkani


Po przebudzeniu zastałam dwie naprawdę nietypowe rzeczy: zerowy kac i zupełnie puste dormitorium. Nim rozsunęłam zasłony, łyknęłam zdrowo eliksiru wielosokowego, ale naprawdę - NAPRAWDĘ - tak, jak mówiła Barbara, w Domu Borsuka na ferie poza mną nie został ani jeden Puchon. Nikt, żadna spóźnialska, zagapiona, smutna duszyczka. Przepięknie wystrojony pokój wspólny, choć jeszcze bardziej przytulny niż zwykle, straszył nienaturalną ciszą i uporządkowanymi ozdobnymi podusiami. Na wszystkich bogów, ten salon chyba nigdy od wprowadzenia tu pierwszych uczniów nie widział poukładanych w kosteczkę dzierganych kocyków! 

Choć byłam na to przygotowana, coś nieprzyjemnie ścisnęło mnie w sercu. 

Święta kojarzyłam z radosnym gwarem, tłokiem i szczyptą nerwowości wprowadzanej przez mamę, a teraz jedyne, co miałam, to cichusieńkie trzaskanie ostatnich płomyków w kominku i olbrzymią, przystrojoną na złoto choinkę, przy której jutro wieczorem usiądę sama - bez prezentu i bez kolędy, ponieważ nie istniał już nikt, z kim Sophie mogłaby ją zaśpiewać. 

Tylko czy był sens się tym przejmować? Planując Święta w Hogwarcie, robiłam to z konkretnym zamiarem. Wszystko dokładnie sobie rozrysowałam i wątpiłam, że wystarczy mi czasu na rozmyślanie nad Duchem Bożego Narodzenia. 

Zwłaszcza że nie wierzyłam w Boga. 

Idąc spacerkiem na śniadanie, zastanawiałam się, jak miało ono wyglądać przy takiej ilości uczniów, ale kiedy tylko przekroczyłam próg Wielkiej Sali, pierwsze, co dostrzegłam, to brak czterech stołów domu. Natychmiast przypomniały mi się lekcje teleportacji, lecz zamiast poukładanych obręczy w samym sercu komnaty postawiono duży stół w kształcie elipsy. Siedziała już przy nim cała kadra pedagogiczna oraz kilku uczniów. Z siódmej klasy rozpoznałam tylko Toma, czwórkę musieli stanowić wspomniani przez Leo dwaj Gryfoni, a pozostała trójka - dwie na oko trzynastoletnie dziewczyny i chłopak - zapewne należała do Ravenclawu. Kiedy tylko stanęłam w progu, poczułam się jak wywołana do tablicy - wszystkie oczy natychmiast skierowały się na mnie, śledząc każdy krok, dopóki nie zajęłam miejsca prawie dokładnie naprzeciw Dumbledore’a. Wciąż przyzwyczajałam się do jego kasztanowej brody i włosów i chyba nawet ludzki nos młodego Voldemorta nie budził we mnie tak sprzecznych odczuć. Odpowiedziałam uśmiechem na serdeczny uśmiech nauczyciela i, mrucząc ciche dzień dobry, dzień dobry, przywitałam się z resztą. 

- To jak, mamy już wszystkich? - zagadnął profesor Dippet. 

- Jeszcze Lu Vavrek, proszę pana - pisnął blondwłosy Krukonek. - O, idzie! 

I faktycznie w tym samym momencie w drzwiach pojawiła się drobna, ruda dziewczynka - widocznie jeszcze bardziej speszona swoim wielkim wejściem niż ja. 

Świąteczne śniadanie było tak samo znakomite, jak wszystkie uroczyste uczty, które pamiętałam, ale jadłam bardziej mechanicznie niż z apetytem. Tak bliskie, bezpośrednie towarzystwo Dumbledore’a, którego na co dzień starałam się unikać, rozpraszało mnie, choć nauczyciel niewiele się odzywał, gawędząc głównie z profesorem Dippetem i Flitwickiem. Prym jak zwykle wiódł Slughorn. Co zaskakujące, po wczorajszym przyjęciu wyglądał wręcz kwitnąco, choć widziałam, że nie wylewał za kołnierz. W najbardziej oddalonym punkcie stołu Tom prowadził ożywioną rozmowę z profesor Merrythought, a ja chyba pierwszy raz widziałam tę spiętą, surową czarownicę tak przystępną, niemal uśmiechniętą i wtedy zrozumiałam, co Voldemort miał kiedyś na myśli, mówiąc, że prawie wszyscy w Hogwarcie go uwielbiali. Właśnie to - umiejętność dotarcia do każdej duszy, umiejętność rozmiękczenia każdego serca, zmanipulowania każdego sumienia. 

Siostra Łucja, obok której usiadłam, również prezentowała się niczego sobie, chociaż ona w odróżnieniu od Mistrza Eliksirów zapewne spędziła cały wczorajszy wieczór o soku pomarańczowym. 

- Dla ciebie to trochę za wcześnie na świętowanie, prawda? - zagadnęła, dolewając mi kawy. 

- W pewnym sensie, u nas Boże Narodzenie obchodzi się siódmego stycznia, ale dla mnie to i tak wszystko jedno - odparłam z uśmiechem. - Nie jestem wierząca, pamięta siostra? 

- Pamiętam. Ale zawsze to ciekawie posłuchać o innych zwyczajach. 

Zaczęłam się lekko pocić pod wpływem jej jasnego, przeszywającego spojrzenia. Miało w sobie coś ze spojrzenia Dumbledore’a, ale ta niewinna, młodzieńcza twarzyczka powodowała we mnie jeszcze większe zakłopotanie niż niepoprawnie radosne uśmieszki byłego-niedoszłego dyrektora. Znałam jego metody i wiedziałam, jak go oszukać, a siostra Łucja stanowiła nieodkrytą wyspę. Dobroć i inteligencja tej kobiety momentami mieszały w głowie. 

- Robimy sobie wróżby, na przykład zdmuchujemy świeczkę po Wigilii, żeby zobaczyć, czy ktoś w tym roku umrze. Jeżeli dym idzie do drzwi, to znaczy, że tak - wyjaśniłam zgodnie z tym, co pisała Liubov. - Albo ciągniemy siano spod obrusa, żeby zobaczyć, jak długo będziemy żyć. 

- Mamy podobne przesądy - zauważyła zakonnica, po czym zerknęła na nauczyciela wróżbiarstwa i zachichotała cicho. - Ciekawa jestem, co profesor Bykow sądzi o takim wróżeniu. 

Rozmawiałyśmy tak, aż obie porządnie się najadłyśmy, a od stołu wstawało coraz więcej osób. W końcu odeszła i siostra Łucja, a ja zostałam z decyzją do podjęcia - czekać na Riddle’a czy przygotować się do wyjścia. Siedział przy pustym talerzu i resztce kawy, ale nie był nią ani trochę zainteresowany, wciąż dyskutując z nauczycielką obrony przed czarną magią. Przez całe śniadanie nie spojrzał na mnie ani raz, choć ja zerkałam na niego częściej niż zazwyczaj. 

Przemyślał naszą wczorajszą rozmowę? Doszedł wczoraj do jakiejś konkluzji? Był piekielnie zafascynowany tematem rozmowy? A może robił to celowo, bym zachodziła w głowę, dlaczego tak się zachowywał? 

Z całą pewnością żadna z tych rzeczy. 

Opuściłam Wielką Salę, nieczuła na piękno chabrowego nieba, otulające świąteczne zapachy i dwanaście ociekających ozdobami choinek. Hogwart pozostawał niezmiennie urzekający, a tonące w śniegu błonia jak zwykle malownicze, ale nie zawiesiłam na nich oka nawet na sekundę. Kierując swoje kroki ku szkolnej bramie, wyposażona w torbę, różdżkę i gotowy plan, musiałam wyrzucić z głowy te wszystkie sentymentalne bzdury, którymi zaprzątałam sobie myśli przez całe śniadanie. 

Tego dnia wyjątkowo to nie Tom był najważniejszy. 

Wybierałam się do Świętego Munga i zamierzałam zrobić coś nielegalnego - jak prawie wszystko, czego dopuszczałam się przez ostatnie miesiące. 

Spodziewałam się, że w sercu miasta zastanę chlapę i w najlepszym wypadku podmarznięty deszcz, ale kiedy aportowałam się na Pokątnej, wylądowałam na samym szczycie olbrzymiej zaspy, niszcząc pracę jakiegoś okutanego w futro sklepikarza, który rozgarniał zaklęciem śnieg ze swojej części chodnika. Wszystko tu krzyczało, że jutro Wigilia - oblodzone barierki, sypiący się z nieba biały puch, zapach gorącej czekolady, paczki dźwigane przez śpieszące się kobiety i przytłumione melodie popularnych kolęd, choinki zaglądały przez każdą witrynę, ale uderzyło mnie, jak bardzo wydało mi się to puste. Nie zważając na groźne mamrotanie czarodzieja i przystrojone girlandami budynki, popędziłam prosto do Dziurawego Kotła. Ta jedna rzecz pozostała niezmienna - wszędzie było pełno od ludzi robiących zakupy “na ostatnią chwilę”. 

Było mi to na rękę. Odczekałam w toalecie dziesięć minut, aż eliksir wielosokowy przestanie działać, choć po tylu tygodniach majstrowania sobie przy twarzy i włosach, rysy Liubov przed eliksirem i po były właściwie nie do rozróżnienia. Pozostawał jedynie wzrost i głos, ale tym się nie przejmowałam. Nie zamierzałam go nadużywać. Nie dbałam o fryzurę, ubrania i kradzież włosów losowej kobiety, nie zamierzałam przechodzić podwójnie bolesnej transformacji i marnować na to eliksir wielosokowy. Przetransmutowałam włosy w mysi blond, a nową twarz skleciłam zupełnie losowo, dbając tylko o to, by nie rzucała się w oczy i kolejne dziesięć minut później - wymaszerowałam z baru prosto na mugolską część miasta. Tutaj budynki nie stały już tak ciasno przy ulicach, dzięki czemu wiatr hulał sobie ze śniegiem jak na olbrzymim parkiecie, chlastał przechodniów po czołach i policzkach, zaglądał do nosów, dął prosto w oczy, przez co dotarcie pod szpital zajęło mi dwa razy więcej czasu, niż zakładałam. Dopóki szłam, walcząc z żywiołem, byłam spokojna, ale kiedy stanęłam przed wielkim, zaniedbanym domem handlowym, kolejny raz - jak wtedy, gdy pierwszego września ujrzałam Hogwart - uderzyła mnie fala obrazów z przeszłości. 

Gmach wyglądał identycznie jak ten, jaki pamiętałam z czasów swojego dzieciństwa - zwłaszcza z późniejszych lat w Oreżnowie, kiedy przynajmniej kilka razy w roku mama zabierała któreś z nas na Oddział Urazów Pozaklęciowych. Nawet manekiny na wystawie były te same. Motywowana niesłabnącym wiatrem, pchnęłam drzwi opatrzone tabliczką z napisem Zamknięte z powodu remontu i pierwsze, co uderzyło mnie w nos, to dziwna mieszanka zapachu spirytusu, mandarynek, jakiegoś cierpkiego eliksiru. Moje policzki wrzasnęły z bólu, kiedy ciepło ogarnęło mi twarz, rozchodząc się rozkosznie po reszcie ciała. 

Choć elewacja szpitala wyglądała tak, jak w przyszłości, w środku zaszły pewne zmiany. Dobrze pamiętałam ładną pokrytą boazerią izbę przyjęć wypełniony masą krzeseł i długim kontuarem na końcu. Tak naprawdę jedyne, co się zgadzało, to lada i siedząca za nią bardzo młoda, znudzona czarownica, ale poza tym szeroki korytarz nie miał w sobie ani grama swojej przyszłej przytulności. Poznikały maleńkie obrazki przedstawiające sielskie krajobrazy, a na ich miejscu ktoś zawiesił czarno-białe, nieruchome fotografie czegoś, co przypominało zbliżenia na jakieś zniekształcone kończyny i organy. Poczułam się jak w szóstej klasie w sali Snape’a podczas pierwszej lekcji obrony przed czarną magią. Światło również było tu jakieś chłodniejsze i bardziej nieprzyjemne, a wyraz twarzy czarownicy, kiedy zatrzymałam się przy recepcji, nie zachęcał do rozmowy. 

Wcale się nie zdziwiłam, widząc zupełnie pusty korytarz. 

Rejestratorka odłożyła z trzaskiem krzyżówkę na blat i wychyliła się, lustrując moją zupełnie zdrową górną część ciała wystającą ponad biurko. 

- Słucham? - zapytała nosowo, ale byłam już na to gotowa. 

Confundus, pomyślałam, a zaraz potem oznajmiłam przesadnie pewnym, ostrym tonem: 

- Berta Kelwin, Biuro Ewidencji Urazów i Chorób Magicznych. Na dzisiaj była zapowiedziana kontrola archiwum. Proszę mnie zaprowadzić do szpitalnego archiwum, jeśli łaska. 

Podsunęłam jej pod nos pustą dłoń, a ona - z delikatną mgiełką w niechlujnie umalowanych oczach - zmarszczyła czoło, próbując coś z niej odczytać, po czym skinęła głową i uśmiechnęła się uprzejmie. 

- Aha, tak… tak, to już dzisiaj? - bąknęła i natychmiast zerwała się z krzesła. Z jej twarzy natychmiast zniknęły wszelkie oznaki niezadowolenia. - No dobra, to… zaprowadzić panią? 

- Nie trzeba. Gdzie mam iść? 

- Dobra, w takim razie pójdzie se pani, o, tędy, tam, jak się idzie na windę, skręci se pani w prawo i schodami na pierwsze piętro. Tam będą takie wielkie drzwi z napisem Archiwum. Tym se pani otworzy. 

Położyła na blacie - tym razem o wiele delikatniej - wielki, żelazny klucz z wyświechtaną, pergaminową karteczką przyczepioną do koluszka. Podziękowałam oschle i natychmiast pomaszerowałam we wskazanym kierunku, na wszelki wypadek, gdyby na parterze pojawił się jeszcze jakiś pracownik szpitala. 

Ale wyglądało na to, że w przeddzień Świąt w Mungu panowała dziwnie senna atmosfera - jak gdyby duża część personelu poszła na urlop, a ludzie uznali, że w tym czasie mogli przestać chorować. 

Albo była to zapowiedź ciszy przed burzą. 

Bez trudu odnalazłam właściwe pomieszczenie. Archiwum znajdowało się w części gospodarczej, a przynajmniej tak powiedziały mi tabliczki z łuszczącymi się napisami na innych drzwiach w tym korytarzu: pościel, brudownik, konserwacja i magazyn fiolek. Klucz faktycznie pasował. Zaglądając do ciemnej sali, uderzył mnie smród kurzu, taniej, słabo wyprawionej skóry i dawno nieprzewietrzonego pokoju, a powietrze było piekielnie suche jak w starej bibliotece. Światło lamp, które zapaliły się, gdy tylko jęknęły zawiasy, miało ten sam chłodny, nieprzyjazny odcień, co na izbie przyjęć, ale tu dodatkowo nie było ani jednego okna, jedynie gigantyczny labirynt metalowych regałów. 

Postąpiłam kilka kroków naprzód, czując wzrastające przytłoczenie. Zajrzałam do kilku szuflad oznaczonych datami i faktycznie większość teczek ułożono alfabetycznie, ale ledwo słyszalny dźwięk kroków w izbie przyjęć i zgrzytanie windy były dla mnie wystarczającą sugestią, że nie miałam czasu na ręczne grzebanie. 

- Accio dokumenty Anzelma Serpensa - szepnęłam i w tym samym momencie gdzieś z głębi pomieszczenia trzasnęły jakieś drzwiczki, a w powietrzu śmignął plik grubych, pergaminowych kartek. 

Złapałam go w locie i już wiedziałam, że nie miałam czasu na czytanie tego w archiwum. Opinii uzdrowicieli było naprawdę sporo, wyłapałam tylko na szybko kilka skierowań do Szpitala dla Chorych Umysłowo w Jeziorzanach. Coś przewróciło mi się w żołądku, choć przecież właśnie tego się spodziewałam. Naprędce przeszukałam jeszcze dokumenty rodziców - Leona i Victorii, lecz nie znalazłam niczego ciekawego. Z ciekawości wyrecytowałam jeszcze kilka kombinacji nazw dokumentów, które mogłyby zawierać nazwisko Riddle’a i Meropy. Jak przypuszczałam - nic nie przyleciało. 

Zrobienie kopii, odesłanie teczki na miejsce i zamknięcie za sobą drzwi zajęło mi nie dłużej niż dwie minuty. Wychodząc, raz jeszcze skonfundowałam czarownicę na recepcji - na wszelki wypadek, gdyby zapomniała o rzekomo zapomnianej inspekcji. 

Serce nie przyśpieszyło rytmu ani na sekundę. Skonfundowanie pracownicy szpitala i kradzież dokumentacji medycznej wydawała mi się przy zabójstwie Liubov rozrywką leniwego popołudnia. 

Zmęczona walką z wiatrem popędziłam do najbliższej knajpy. Równie niezadowolona pani, co ta w izbie przyjęć, podała mi herbatę z cytryną i suchy keks, ale odsunęłam od siebie talerzyk, szklankę w koszyczku i rozłożyłam na stole wszystko, co zabrałam z archiwum. Poczułam się dokładnie tak, jak tuż przed otworzeniem arkusza egzaminacyjnego na teście, o którym zapomniałam: szum w uszach, wszystkie wnętrzności boleśnie skurczone i nieprzyjemne łomotanie w przełyku. 

Okazało się, że gruby skoroszyt zawierał całą historię pobytów Anzelma w Świętym Mungu - nie tylko z jego czasów szkolnych, ale i sprzed Hogwartu, kiedy był małym chłopcem i trafiał do szpitala głównie z powodu niespodziewanych wybuchów gniewu połączonego z magią, która raniła nie tylko mojego dziadka, ale i osoby w jego otoczeniu. Mniej lub bardziej składne opisy uzdrowicieli zawsze przedstawiały chłopca jako inicjatora - o ile można było tak nazwać nerwowego kilkulatka, który nie panował nad mocą. 

Anzelm Serpens, lat 8, hospitalizowany w Oddziale Urazów Pozaklęciowych (czwarta hospitalizacja) z powodu samoeksplozji, której dokonał przypadkowo - jak twierdzi matka - po kłótni z młodszą siostrą (siostra opatrzona przez uzdrowiciela, została wypisana w dzień przyjęcia). U pacjenta zaobserwowano powierzchowne rany całego ciała oraz oparzenia drugiego stopnia w okolicy ramion, pach i klatki piersiowej… 

Jest to druga hospitalizacja pacjenta (pierwsza miała miejsce 12 stycznia br.), pacjent przywieziony do szpitala pod przymusem po nieumyślnym podpaleniu własnych stóp (podczas interwencji ojca pacjent podpalił również jego głowę). Matka relacjonuje, że syn miewa ostatnio problemy ze snem i w okresach bezsenności zdarza mu się podpalać różne przedmioty… 

…jak twierdzą rodzice, pacjent podczas spaceru po mugolskiej części miasta domagał się lewitacji młodszych sióstr. Po odmowie ojca pacjent lewitował na siebie samochód zaparkowany na chodniku. Na miejsce wezwano amnezjatorów oraz przewieziono chłopca do szpitala. Stwierdza się złamanie kości udowej… 

Okazało się, że za czasów jego pobytu w Hogwarcie, został przetransportowany do Świętego Munga tylko dwa razy i mogłam tylko zgadywać, czy z czasem zaczął bardziej kontrolować swoją moc, czy pielęgniarka radziła sobie z większością obrażeń. Poza licznymi opisami dziwnych zachowań i ewidentnego wybielania Anzelma przez rodziców udało mi się odnaleźć wszystkie dane, których brakowało w spisie szlabanów i kartotekach ze skrzydła szpitalnego. 

Serce zatłukło mi się boleśnie pod mostkiem - mój dziadek urodził się dziesiątego stycznia 1916 roku, a dwa najdłuższe pobyty w Mungu odbył w trakcie trzeciej i czwartej klasy. Później również zdarzało się, że trafiał na krótko albo na Urazy Pozaklęciowe, albo Zatrucia Eliksiralne i Roślinne, coraz częściej przez wywiady medyczne przewijały się stany melancholii, eksperymenty z eliksirami niż jakieś fizyczne dolegliwości, ale od 1931 roku coś się zmieniło. Pacjent Anzelm Serpens przebywał w Świętym Mungu maksymalnie przez tydzień, a następnie zostawał przeniesiony. 

I właśnie tu znajdował się drugi punkt mojej gwiazdkowej wycieczki. 

Szpital dla Chorych Umysłowo w Jeziorzanach. 

Znając samą siebie i nabrawszy pewnego przekonania co do Melanii, przypuszczałam, że właśnie tak się to skończy. Myśl o wyprawie do zamkniętego ośrodka budziła we mnie pewne obawy, lecz nie byłam pewna, o co bardziej: o to, czego się dowiem, czy o samo dostanie się do środka. Domyślałam się, że poziom ochrony musiał być znacznie wyższy niż w Świętym Mungu, a obecność licznego personelu i stałych pacjentów utrudniał swobodne poruszanie się po budynku. 

Na tamtą wyprawę nie miałam już tak dokładnego planu. 

Wybrałam się na obiad do Dziurawego Kotła, licząc, że odciągając wyprawę w czasie, nastanie jakieś oświecenie, ale - jak mogłam się tego spodziewać - nie nadeszło, więc po prostu teleportowałam się tak blisko szpitala, jak tylko się dało. Akurat zaczęło się ściemniać. 

Szpital dla Chorych Umysłowo w Jeziorzanach znajdował się tak daleko od cywilizacji, jak się tylko dało, ale zamiast przewidywanej zamieci wylądowałam na kamienistym brzegu jeziora w sercu głuchej ciszy. Miałam wrażenie, jakbym znalazła się na widokówce. Niebo w kolorze niebieskiej szarości pozostawało czyste i nieruchome, podobnie nietknięte ludzką stopą gładkie połacie śniegu pokrywające przeciwległy brzeg i martwe korony drzew. Obejrzałam się, starając się namierzyć najbardziej przesiąknięty magią punkt, ale nie musiałam tego robić, wystarczyło, że powędrowałam wzrokiem na szczyt skarpy znajdującej się po drugiej stronie jeziora. W mdłym świetle prawie niewidocznego zachodu spostrzegłam mocny zarys wysokiego dworu z szarego kamienia i identyczną dachówką pokrywającą strzelisty dach. Nawet gdybym nie wiedziała, co się tu znajdowało, śmiało mogłabym pomyśleć, że spotkam tam albo ekscentrycznego, zdziwaczałego starca, albo pacjentów oddziału zamkniętego. Właśnie tak wyobrażałam sobie te wszystkie opuszczone szpitale z horrorów, w których straszyły duchy i grasowali mordercy, z którymi walczył główny bohater. 

A teraz, unosząc się w powietrze wysoko ponad zamarzniętą wodą, dotarło do mnie, że to ja byłam tym mordercą, który zamierzał się tam włamać. 

Z powietrza okolica wyglądała jeszcze bardziej czarownie. Latem i jesienią okoliczne wzgórza i skarpa pokryte lasami musiały wyglądać przepięknie, choć i zima miała tu swój urok. Okrążyłam teren szpitala, wypatrując innych zabudowań, ale las ciągnął się jak okiem sięgnąć, przetykany jedynie ostrymi, skalnymi szczytami i czarną, wijącą się wstążką wąskiej rzeki. Otuliłam się szczelniej płaszczem, chowając dłonie w warstwach szalika, ale niewiele pomogło - na górze wiatr co chwilę spychał mnie z kursu, a mroźne powietrze przenikało bez litości nie tylko przez grubą warstwę wełnianej peleryny, ale i sweter wraz ze szkolną szatą. Mrużąc oczy, podeszłam do lądowania od strony urwiska, gdzie zaraz pod wysokim murem otaczającym posesję wypatrzyłam zabudowania gospodarcze, ale im bardziej się zbliżałam, tym czułam mocniejsze odpychanie i już wiedziałam, że stanie się niewidzialną nie wystarczy, by wejść do środka. 

Mimo wszystko jeszcze w powietrzu rzuciłam na siebie Zaklęcie Kameleona i przysiadłam lekko na szczycie szerokiego narożnego słupka, czując narastającą panikę. Spojrzałam na gmach szpitala, analizując rozkład rozświetlonych na pomarańczowo okien. W niektórych widziałam ciemne kształty - jedne snujące się miękko w sposób przypominający duchy, inne całkiem żywe, a niektóre zupełnie nieruchome jak meble. Na najwyższym piętrze świeciło się tylko w jednym pokoju, reszta zlewała się z ciemniejącą szybko elewacją budynku. Jeżeli chciałam zaliczyć wszystkie punkty programu na dziś, musiałam wrócić do szkoły przed kolacją, a zegarek ostrzegał, że zostało jeszcze trzy godziny. 

Jedyne, co mogłam zrobić, to zaczarować pierwszą osobę, która pojawi się w zasięgu mojego wzroku, ale świeże ślady na śniegu urywające się gwałtownie w połowie drogi do bramy świadczyły o tym, że wszyscy pracownicy z pierwszej zmiany wrócili już do domów. 

Zgrabiałymi rękami wyciągnęłam fajkę i zapaliłam. Wilgoć zbierała mi się pod nosem, a każda odsłonięta część ciała - choć rozgrzewana przez krew z kroplą wampirzego jadu - zaczynała powolutku cierpnąć. Chyba nie byłam aż tak dobra w planowaniu, jak mi się wydawało. W oczekiwaniu miałam ochotę raz jeszcze przejrzeć to, co zabrałam ze Świętego Munga, ale w momencie, gdy zaczęłam grzebać w torbie, światło nad gankiem rozbłysło, zalewając żółtym światłem błękitne zaspy, drzwi otworzyły się z trzaskiem i na schodach pojawiły się dwie kobiety - jedna w stroju podobnym do szaty szkolnej pielęgniarki, druga ubrana na szaro i z chustką zakrywającą włosy. Obie zaczęły w charakterystyczny sposób przeszukiwać kieszenie i zaraz po tym wraz z krystalicznie czystym powietrzem zaleciała mnie delikatna woń papierosowego dymu. 

Na ten widok poczułam, jak coś podskoczyło mi w żołądku. 

Moja szansa. 

Zanim oceniłam swoją szansę na względnie ciche i bezproblemowe zaatakowanie obu kobiet, jedna z nich cisnęła peta w śnieg, tupiąc z zimna, po czym okręciła się na pięcie i wróciła do środka, natomiast salowa wyciągnęła z kieszeni różdżkę i zaczęła sobie torować drogę przez zaspy, taszcząc za sobą jakiś olbrzymi wór. 

Dokładnie w kierunku budynków gospodarczych, przy których siedziałam. 

To było dla mnie jak prezent pod choinkę. 

Z sercem tłukącym się w gardle wycelowałam różdżką w sam środek chustki i wyszeptałam: 

- Imperio. 

Wyimaginowana nić łącząca nasze umysły zawiązała się tak mocno, że wyczuwałam ją prawie fizycznie w prawej dłoni. Odczekałam, aż czarownica załatwi swoje sprawy w jednym z pomieszczeń, po czym sama bezszelestnie wzbiłam się w powietrze i przeleciałam na drugi koniec ogrodzenia, tam, gdzie znajdowało się główne wejście. Wyobrażając sobie mocno otwieraną bramkę, czekałam cierpliwie na powiększające się światełko różdżki. 

Kobieta nie wyglądała na zaskoczoną, widząc pojawiające się znikąd ślady na śniegu. Równie obojętnie wpuściła zupełnie nikogo na teren szpitala i tego samego nikogo zaprowadziła posłusznie najpierw z powrotem na tyły budynku, a później do ciasnej izby przypominającej szatnię dla pracowników. Zaraz po wejściu wysuszyłam sobie buty, ponieważ cała podłoga w wąskim holu, na który weszłam za czarownicą, wyłożono czerwoną wykładziną. 

Zaprowadź mnie do archiwum, rozkazałam jej w myślach, a ona ruszyła płynnie przez korytarz, nie oglądając się na żadne z sześciu drzwi, które mijałyśmy. 

Pokój oddziałowej, pokój socjalny, dyżurka dzienna, kuchnia, odczytywałam wyblakłe napisy na drewnianych tabliczkach. 

Wszystko tu było właśnie takie - niechlujne, obskurne, wysłużone, nie do kompletu. Myślałam, że szpital Świętego Munga prezentował się nie najlepiej, ale Jeziorzany z tą dołującą żółtawą lamperią, rozklekotanymi schodami, zapachem stęchlizny, podrdzewiałymi staroświeckimi lampami, kulawymi krzesłami i oknami otoczonymi ramami z napuchniętego drewna były obrazem nędzy i rozpaczy. Nawet światło tliło się tu jakoś niemrawo przez zakopcone klosze. 

Zakradłam się za salową na górę. Smród, jaki uderzył mnie w twarz, był paskudną mieszaniną potu, nieprzewietrzonej sypialni, rozgotowanego drobiu i dawno niemytych ciał. Bardzo wielu ciał. Czułam, jak przyklejały mi się do ciała, wnikały głęboko w pory, w każdą cząstkę włosa, wwiercały się w mózg, a wonie, jakie tu panowały, nie okazały się wcale tym najgorszym. Panował tu trudny do zniesienia zaduch i jakaś nieprzyjemna aura, którą natychmiast skojarzyłam z lochami w domu Voldemorta. 

Bariery antymagiczne. 

Ale wyglądało na to, że nie dotyczyły ani całego piętra, ani nawet konkretnych pomieszczeń, ponieważ nić między mną i czarownicą nie zerwała się, a jakaś druga salowa - znacznie młodsza od mojej - odkurzała różdżką zszarzałe płytki. 

Oddział składał się głównie z szerokiego, pustego korytarza w kształcie litery L - pustego, nie licząc pacjentów przechadzających się tam i z powrotem, niektórzy zapuszczali się dalej w krótszą odnogę, ale zaraz zawracali i powtarzali swój spacer w nieskończoność. Jedni szybciej, drudzy wolniej, samotnie i w milczeniu lub w towarzystwie innych, ale nic więcej się tu nie działo. Instynktownie przycisnęłam ramiona mocniej do boków, a obiad zrobił mi salto w żołądku. Nigdy dotąd nie byłam w takim miejscu. I choć wyobrażałam je sobie dziesięć razy bardziej mroczne i obskurne, serce zadrżało mi ze strachu jak wielka guma. Nie było niczego przerażającego ani w ścianach oblepionych stronami z kolorowanek dla dzieci, ani w ubogich celach przepełnionych łóżkami z żelaznymi ramami, ani w zakratowanych oknach. Przerażali mnie ci wszyscy ludzie. Ich spojrzenia - puste, matowe, nieruchome albo wręcz przeciwnie - rozbiegane, szkliste, pałające szaleństwem. Przekrój wiekowy był tu ogromny. W jednej z mijanych sal na zapadniętym materacu leżała drobna dziewczynka i gdybym nie wiedziała, że znajdowałam się w ośrodku dla dorosłych, śmiało mogłabym jej dać czternaście lat. Z pomieszczenia opatrzonego napisem palarnia wysunął się ospale przeraźliwie chudy starzec z bardzo długą brodą, a dwie tęgie kobiety kursujące tam i z powrotem wzdłuż ściany wyglądały na czarownice w wieku mamy. Jedna miała nawet identyczną burzę brązowych włosów. Nie miałam pojęcia, czy to przez nagromadzenie zaklęć ochronnych, czy eliksiry, którymi ich pojono, ale nikt, kto mnie mijał, niczego nie spostrzegł. Wszyscy w swoim świecie, zajęci swoimi sprawami albo zajęci pustką we własnych głowach - trudno było stwierdzić. Jakiś otyły nastolatek w utytłanej piżamie i z cieknącą po brodzie śliną stał nad młodą sprzątaczką i bełkotał coś niewyraźnie, a kobieta przemawiała do niego czule jak do trzylatka, zajęta swoją robotą. Zupełnie niewzruszona, jak gdyby to było coś naturalnego jak oddychanie. 

- Pójdziesz domku, Eluś, jutro, jutro pójdziesz domciu. Masz, wytrzyj sobie buzię, bo ci kapie. 

Wyczarowała chusteczkę i wcisnęła do tłustej pięści - pięści tak wielkiej, że palcami mógłby bez trudu objąć i zmiażdżyć jej szyję. Nikt tu nie przejmował się zgiełkiem, jaki panował na korytarzu i wydobywał się z ponumerowanych sal. Niektóre były zamknięte i posiadały niewielkie okrągłe okienka przypominające bulaje na statkach. Pod trójką ktoś przeraźliwie wrzeszczał, odgrażał się wszystkim bogom, czarodziejom, mugolom i “jebanemu Merlinowi”, pod trójką przy małym, kwadratowym stole siedziało czterech mężczyzn - zupełnie normalnych jak na mój gust - i jak gdyby nigdy nic grało sobie w karty. 

Czułam się jak w zupełnie innej rzeczywistości, w której to oni byli normalni, a ja chora. Miałam wrażenie, jakbym płynęła przez czas - zupełnie niezwiązana z miejscem i wydarzeniami tu i teraz. W świetlicy dokładnie w połowie drogi do kolejnych dwuskrzydłowych drzwi wejściowych siedziała gromada czarownic i czarodziejów w różnym wieku - wszyscy w piżamach i z kubkami kawy w rękach otaczali ciasno bardzo stary radioodbiornik, który nadawał właśnie jakieś stare, świąteczne hity. Zatrzymałam się na ułamek sekundy jak rażona piorunem na widok bajecznie kolorowych ścian. Były wszystkie w rysunkach, ale nie takich z horrorów - czarnych, makabrycznych, jeżących włoski na plecach. Pomieszczenie przypominało bardziej salę przedszkolną skrzyżowaną z poczekalnią. Na blatach stolików pod ścianami walały się niedokończone układanki, gier planszowych, sterty książek i przyborów do rysowania. Serce ścisnęło mi się na widok starszej pani pochylonej nad ogromnym arkuszem bibuły, który rozrywała na drobne kawałeczki i - jak w transie - robiła z nich drobne kuleczki, podczas gdy mężczyzna w sile wieku - w samych bokserkach i ze wzrokiem w słup - nacierał sobie włosy czymś, co przypominało dżem truskawkowy. Niechętnie ruszyłam dalej, bo moja salowa już minęła świetlicę, choć miałam ochotę tak stać i obserwować w nieskończoność. Oczami wyobraźni widziałam tam swojego dziadka - chudego młodzieńca bez twarzy, zakładającego sobie na głowę klosz od lampy albo robiącego podobną niedorzeczną rzecz, która dla niego miała znaczenie. A potem dotarło do mnie, jak ja reagowałam na widok martwego ciała i doszłam do wniosku, że w końcu każdy jest w stanie przywyknąć do wszystkiego. Do twarzy bez życia i do smarowania sobie głowy kolacją. 

Z sali numer czternaście wypadła niezadowolona pielęgniarka, lewitując nad sobą zawiniątko przypominające pampersa, a mnie w tym samym czasie uderzył w nos odór świeżych odchodów. 

- Emmanuel znów wypaprał całą ścianę - rzuciła do salowej, zatrzymując ją gestem. - Jest taki podkręcony, że nie mam już do niego siły. 

Zareagowałam błyskawicznie, choć moje serce znów zrobiło sobie wycieczkę pod sam przełyk. 

Zachowuj się normalnie, pomyślałam, a na zobojętniałej, sflaczałej twarzy czarownicy pojawił się cień złośliwego grymasu. 

- Trzeba go będzie usadzić, co? - mruknęła, na co pielęgniarka przewróciła oczami.

- Tia, jasne, trzeba. Jeszcze tego brakowało, żeby zaczął walić głową o łóżko, ale dzisiaj Tavian na dyżurze, więc nie ma co liczyć na jakąś pomoc. 

- Pewno już od godziny zabarykadowany w gabinecie. 

Pielęgniarka wyglądała na chętną na dalsze narzekania, ale intensywna woń wydobywająca się z czternastki zmotywowała ją do szybkiego spaceru do pokoju zabiegowego na drugim końcu korytarza, a ja, chcąc nie chcąc, pomaszerowałam za sprzątaczką na miejsce zbrodni. 

W ciasnym, skąpo oświetlonym pomieszczeniu znajdowało się tylko jedno łóżko, na którym leżał nagi, młody chłopak. Fetor w pomieszaniu z duchotą gwałtownie zatrzymał mnie w drzwiach, a widok sprawił, że zastygłam w miejscu. Weszłam na scenę z najprawdziwszej masakry, choć nie skapła tu ani kropla krwi. W izolatce ściany w całości pokrywała farba olejna, ale w tym momencie większą część usmarowana była odchodami. Malunki przypominały radosną twórczość dwulatka, który pod nieobecność rodziców dorwał się do kredek i wymalował nimi wszystko, co wpadło mu w ręce - tylko że kredki miały tylko jeden kolor i ich widok przyprawiał o mdłości. W odchodach było wszystki. Podłoga, część pościeli, lamperia, okno bez krat, sufit, nawet sam pacjent - jakby ilość ekskrementów została magicznie zwiększona. I chyba tak w rzeczywistości musiało być, ponieważ mężczyzna wyglądał na bardzo z siebie zadowolonego. Czując narastające zawroty głowy, natychmiast wycofałam się pod przeciwległą ścianę. Starałam się w ogóle nie oddychać, ale to na nic, bo smród wwiercił mi się głęboko w głowę, wypierając wszystkie inne szpitalne zapachy. 

A pani salowa jak gdyby nigdy nic machnęła kilka razy różdżką i izolatka zalśniła czystością. 

Z ulgą ruszyłyśmy dalej, a ja, choć jeszcze chwilę wcześniej chciałam zostać cichym obserwatorem tych intrygujących ludzi, teraz pragnęłam jak najszybciej stąd wyjść. Po pozbyciu się dowodów z sali numer czternaście czarownica wyprowadziła mnie przez podwójne drzwi na jeszcze jedną ciemną klatkę schodową, a potem, mijając kolejne identyczne zakratowane drzwi, na strych. 

Tutaj pachniało inaczej - woń ziół, eliksirów i starego pergaminu stanowił przyjemną, prawie rozkoszną odmianę po tym, czego doznałam w oddziale, a zupełna cisza koiła słuch. W odróżnieniu od parteru, tego miejsca nie umeblowano w ogóle. Ciasny korytarzyk miał tylko dwie krótkie odnogi i zdawało się, że poza archiwum znajdował się tu magazyn leków. 

Gdy salowa po raz trzeci wyciągnęła pęk kluczy, wycelowałam różdżką w jej plecy i szepnęłam: 

- Idziesz pierwsza. 

Wsunęła się do środka, zapalając wszystkie światła i moim oczom ukazała się olbrzymia sala ze skośnym sufitem - jeszcze większa niż ta w Świętym Mungu, pełna sięgających krokwi drewnianych regałów. Ten widok osadził mnie mocniej w ciele - tak, jakbym wybudziła się z głębokiego snu i przypomniałam sobie cel tej wyprawy. Zniecierpliwiona i rozkojarzona rozejrzałam się w panice po równych ścieżkach między szafami. 

Czas. Gonił mnie czas. 

- Muffliato - mruknęłam. 

Rozkazałam kobiecie poczekać przy drzwiach, po czym sama zaczęłam przywoływać akta. Ściągałam je według dat znalezionych w dokumentach z Munga, ale po użyciu kilku różnych kombinacji formułki przyfrunęło jeszcze kilka pojedynczych kart z teczek opatrzonych napisem konsultacje. Serce biło mi coraz mocniej na widok nadlatujących zewsząd teczek. Zbierały się na coraz wyższy stos, a ja klęczałam na zakurzonej podłodze i ledwo nadążałam z ich kopiowaniem, obserwowana przez obojętne, wodniste oczy sprzątaczki. 

Znów migały mi przed oczami jakieś urywki dekursusów, cytaty z wywiadów z rodziną, listy zalecanych eliksirów, całe rzędy słów, których nie rozumiałam. Na początku przez okienko z rozpoznaniem przewijała się “cyklotymia”, następnie “choroba maniakalno-depresyjna typu cyklicznego” i tak do samego końca, od czasu do czasu w towarzystwie przeróżnych chorób współistniejących. Oraz numery. Całe kolumny numerów - przeważnie 296 - znanych wyłącznie uzdrowicielom. Tutaj opisy były dużo bardziej obrazowe i piekielnie długie - kreślone cierpliwie przez wiele rąk psychomagów oraz szybkie, codzienne raporty pielęgniarskie. Naprędce ułożyłam je sobie chronologicznie, zwijałam w ciasne rulony i w ten sposób upchnęłam do torby. Byłam zdyszana, spocona, czułam od siebie wszystkie możliwe zebrane po drodze zapachy i pragnęłam jak najszybciej stąd wyjść. 

Teraz, kiedy niosłam na ramieniu całą historię leczenia mojego dziadka, miałam wrażenie, jakbym dźwigała jego samego. Drogę powrotną pamiętałam jak przez mgłę, nie rozglądając się dookoła. Nie zaglądałam do mijanych sal, nie oglądałam się za pacjentami. Tego było za dużo. Każdy krok, każda oglądana twarz, każdy zakątek tego miejsca przytłaczał mnie mieszanką dźwięków, pustych spojrzeń i tłumionych energii. I naprawdę nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że szaleństwo w wielu śledzących nasz oczu musiało mieć źródło w wielomiesięcznym tłumieniu mocy, bo wydawało mi się, że kiedy sama wypadłam na zewnątrz, zachłysnęłam się nie tylko zimnym powietrzem. 

Coś się we mnie odblokowało - jakby na raz puściły wszystkie ściśnięte żyły i krew mogła w końcu normalnie płynąć. 

Wymazanie pamięci kobiecie okazało się łatwiejsze, niż myślałam. 

Wszystko było łatwiejsze po tym, co zrobiłam Liubov. 

W każdym razie po upewnieniu się, że anonimowa salowa zapomniała o swojej nieplanowanej wycieczce do archiwum i grzecznie wróciła do budynku, usunęłam wszelkie ślady za bramą i odleciałam z powrotem nad jezioro, skąd mogłam bezpiecznie teleportować się do miasta. Słońce już dawno zaszło, ale na zewnątrz było niesamowicie jasno od pokrywającego wszystko śniegu - zarówno przy Jeziorzanach, jak i w sercu Pokątnej. Wiatr przestał hulać z takim zapamiętaniem, ale na zewnątrz zrobiło się naprawdę mroźno, nawet jak dla mnie. Dopiero po zmroku, kiedy zaświeciły się wszystkie lampy, zalśniły witryny i wszystkie choinki przed sklepami, można było naprawdę poczuć Ducha Świąt, choć tak naprawdę to ja sama byłam jak duch. Nie czułam się dobrze odkameleonowana i bez eliksiru wielosokowego, ale zaklęcia, które rzuciłam na siebie rano, wciąż dobrze się trzymały, zacierając wszelkie charakterystyczne cechy Sophie Serpens. Nie spodziewałam się, bym zaburzyła porządek wszechświata jeszcze bardziej, wchodząc do Dziurawego Kotła jako ja, zwłaszcza że ludzi pośpiesznie jedzących wczesną kolację i przebiegających przez bar wciąż było mnóstwo - zbyt zaaferowani własnymi sprawami, by zwracać uwagę na coś sięgającego ponad własną różdżkę. 

Choć wszędzie panował koszmarny tłok, niewielu zatrzymywało się tu na dłużej - nawet mimo zachęcających uśmiechów barmana Toma i przytulności sali. Nawet tutaj stanęło wysokie, przystrojone na czerwono świąteczne drzewko, każdy stolik zdobiła skromna iglasta kompozycja ze świeczką, a przez harmider przedzierały się płynące z radia kolędy. Wybrałam sobie ulubione miejsce w jak najdalszym i najbardziej zacienionym kącie z dala od baru i kominka i zamówiłam butelkę orzechówki. Miałam wrażenie, że obiad jadłam całe stulecia temu, a świąteczne śniadanie w Wielkiej Sali jeszcze wcześniej, możliwe, że w poprzednim życiu, ale nie miałam apetytu. Potrzebowałam się napić, wypłukać sobie z głowy obrazy psychiatryka i przygotować się na pełną wersję tego, co wyczytałam w spisie szlabanów i Świętym Mungu. Ściskało mnie w żołądku na samą myśl. 

Rozłożyłam na blacie historię choroby z pierwszego pobytu Anzelma. Zauważyłam, że była znacząco grubsza, a wywiady - znacznie dłuższe od późniejszych, ale właśnie to one okazały się największą kopalnią informacji na temat rodziny mojego trzynastoletniego wtedy dziadka. 

Uczeń trzeciej klasy, przydzielony do Slytherinu, dotychczas wszystkie semestry (sześć) spędził w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, pisał uzdrowiciel Anton Nott w miejscu zatytułowanym informacje przy przyjęciu. Ferie zimowe i letnie wakacje spędza w domu rodzinnym w Radolinie, mieszka z matką, ojcem i dwiema młodszymi siostrami (Adelaida - siedem, Aurora - sześć). Rodzina pacjenta pochodzi z północnej części Francji, przeniosła się do Radolina, kiedy chłopiec miał osiem lat. Brak informacji co do dziedzicznych obciążeń. Przed otrzymaniem listu z Hogwartu pacjent uczył się w domu. Według relacji rodziców już wtedy sprawiał problemy wychowawcze oraz wykazywał znaczne trudności z panowaniem nad mocą, bywał agresywny wobec rówieśników oraz młodszych sióstr, dokonywał wielokrotnych samookaleczeń (przeważnie poprzez samopodpalanie, uderzanie się po głowie, dokonywanie powierzchownych nacięć skóry na udach i nadgarstkach - widoczne liczne blizny). 

Opis dnia przyjęcia: Pacjent hospitalizowany po konsultacji ze szkolną pielęgniarką - zjawił się u niej, zgłaszając nasilające się od sześciu tygodni myśli rezygnacyjne, silnie obniżony nastrój, lęk napadowy i wolnopłynący, bezsenność, prowadził samorozmowy, czym wywoływał niepokój wśród chłopców z dormitorium. Z relacji rodziców wynika, że Anzelm miewał podobne epizody przed jedenastym rokiem życia - leczony na własną rękę przez matkę (Victoria Serpens) eliksirami uspokajającymi i nasennymi (m.in. Eliksir Słodkiego Snu, Wywar Kojący Myśli), ponadto kilkakrotnie hospitalizowany w Szpitalu Świętego Munga… 

A zaraz potem karta z drugiego pobytu w Jeziorzanach - prawie dokładnie rok później. 

Druga hospitalizacja pacjenta w tutejszym szpitalu (poprzedni pobyt 16 lutego - 21 marca 1930); po całkowitym odstawieniu eliksirów zaraz po powrocie do szkoły nastąpił epizod depresyjny w okresie jesienno-zimowym, bywał agresywny wobec chłopców, z którymi dzielił dormitorium, trudności z kontrolowaniem mocy (w tym okresie liczne szlabany, rodzice dwukrotnie wzywani przed opiekuna domu). Jak wynika z dokumentacji prowadzonej przez szkolną pielęgniarkę oraz akt dostarczonych przez opiekuna domu (MS Horacy Slughorn), pacjent był wielokrotnie przyłapywany na podglądaniu uczennic w damskich toaletach. Ostatecznie skreślony z listy uczniów za napaść na koleżankę z klasy… 

Oderwałam się od czytania z taką gwałtownością, jakby ktoś zdzielił mnie nagle książką w tył głowy. Serce waliło mi w piersi mocno i szybko jak u zająca walczącego o życie. 

A więc to tak. 

Podejrzewałam, że Anzelm mógł nigdy nie skończyć szkoły, ale w najczarniejszych koszmarach nie spodziewałam się, że właśnie to był powód. Napastowanie uczennicy. Zalała mnie fala obrzydzenia - nieporównywalnie większa od tej w sali numer czternaście. Jebane tsunami. Nalałam sobie drugi kieliszek orzechówki i wypiłam jednym haustem na pusty żołądek, ale nie pomogło. 

Czy Melania o tym wiedziała? Była świadoma, że jej ojca wyrzucono ze szkoły za molestowanie seksualne? I czy właśnie dlatego mnie oddała? Tym miałam się stać? Spojrzałam na stertę dokumentów czekających na przeglądnięcie - papierów kończących się na 1951 roku. 

A potem do mnie dotarło, że stałam się dokładnie tym. Miałam osiemnaście lat i ręce splamione krwią niewinnej dziewczyny - potrzebnej wyłącznie do tego, żebym mogła odgrywać tę farsę. Byłam w stanie tłumaczyć swoje poprzednie uczynki - żerowanie na mugolskich przestępcach, niekończące się ucieczki do Czarnego Pana, zemsta za Evana i Balbinę, miłość do Barty’ego. Potrafiłam to wszystko wyjaśnić i uspokoić sumienie, ale nic nie potrafiło zmazać grzechu, jaki popełniłam wobec Liubov. Czułam to tak mocno, jak nigdy dotąd. 

Melania miała rację. Byłam Anzelmem - z tą jedną różnicą, że panowałam nad swoją mocą i używałam jej przeciwko innym. Egoistycznie i intencjonalnie. 

Znów się napiłam i znów nie pomogło. 

Sięgnęłam po następną kartę, ale nie natknęłam się na nic spektakularnego. Mojego dziadka leczono litem i olbrzymią ilością eliksirów stabilizujących i tak bawili się przez następne lata - Anzelm odstawiał leki, wyjeżdżał w świat, przeżywał te swoje wyprawy, które w oczach Melanii czyniły go podróżnikiem. Zadłużał się, wracał, a rodzice umieszczali go w Jeziorzanach i spłacali długi. W latach czterdziestych z dominujących epizodów maniakalnych wpadł w depresję zakończoną nieudaną próbą samobójczą po śmierci ojca w 1945 roku, a następnie po dwóch latach przerwy od szpitali - ożenił się z szesnastoletnią dziewczyną.  

Choć nie padło jej imię, serce zabiło mi mocniej, a po dokładnym przeszukaniu ostatniej karty trafiłam na maleńkie, nic nieznaczące okienko osób upoważnionych do udzielania informacji. 

Meropa Riddle. 

I tutaj znów pojawiła się iskierka nadziei. 

Ten 1951 rok - ślub i ostatni pobyt Anzelma w szpitalu. To musiało się jakoś łączyć i naprawdę chciałam wierzyć - trzymałam się tej myśli jak tonący brzytwy - że to właśnie szczęście udanego małżeństwa złagodziło skutki choroby do momentu ostatecznej decyzji Anzelma. 

Teraz byłam już pewna powodu jego śmierci, choć po dokładnym przeanalizowaniu ostatniej karty pobytu w Jeziorzanach nie dokopałam się do niczego nowego. Wciąż więcej myśli samobójczych, więcej podpaleń, więcej bezsennych nocy. Prosta droga do ostatecznej autodestrukcji. 

Składając ostatnią teczkę, miałam wrażenie, jakbym wypłynęła na powierzchnię po długim i bardzo męczącym nurkowaniu. W Dziurawym Kotle nic się nie zmieniło, wciąż grała muzyka, przez bar przewijali się ludzie objuczeni świątecznymi zakupami, a prawie połowa butelki na moim stole była już opróżniona. 

Czułam się źle z tym, co przeczytałam. Wiedziałam, że nie wyjdę stąd uskrzydlona, ale nie spodziewałam się, że to, co odkryję, aż tak mocno we mnie uderzy. I prawdopodobniej byłoby o wiele gorzej, gdyby nie siedem kieliszków środka znieczulającego. 

Pakując powoli całą historię choroby do torby, zatrzymałam się jeszcze na moment przy pierwszej karcie i wróciłam do wywiadu lekarskiego. Leon zmarł w 1945 roku, na temat dalszych losów Victorii nie padło więcej ani jedno słowo. A siostry? Adelaida i Aurora - jeżeli żyły - prawdopodobnie dobiegały pięćdziesiątki. Od momentu osiągnięcia przez Anzelma dorosłości kompletnie zniknęły ze szpitalnych akt. Może skupiły się na szkole, a później na własnych rodzinach, pragnąc zapomnieć o piekle, jakie zgotował im szalony brat? Wróciły do Francji?

Cokolwiek się wydarzyło, nie tworzyły z nim wspólnej historii. 

Wsunęłam na samo dno ostatnie kartki pergaminu i wstałam, a wypity alkohol sprawił, że natychmiast zawirowało mi w głowie, ale uderzenie zimna na pustoszejącej Pokątnej nieco mnie otrzeźwiło. Spojrzałam na zegarek - znakomicie. Wszystko zgodnie z planem. Został ostatni punkt wycieczki i choć wiedziałam już wszystko, musiałam go zaliczyć. 

Gabinet profesora Dippeta. 

Bo może jednak ktoś się pomylił… może uzdrowiciel coś źle zrozumiał… źle zinterpretował… 

Podczas teleportacji delikatnie mnie zniosło, ale wylądowałam właściwie idealnie na drodze prowadzącej do Hogwartu. Musiałam pokonać jakieś sto metrów pieszo, brnąc przez sięgający pasa śnieg. Nie potrzebowałam nawet wyciągać różdżki. Garbaty księżyc na bezchmurnym niebie pięknie oświetlał srebrzące się zaspy, jak gdyby zbliżające się błonia stanowiły fragment scenerii na scenie. Trzeźwiałam, łykając mroźne powietrze. A przynajmniej tak mi się wydawało, bo w żołądku znów pojawił się znajomy ucisk rozpaczy. 

Ostatnia nadzieja - szkolne akta Anzelma. 

Co miałam nadzieję w nich przeczytać? Jakieś usprawiedliwienie jego czynów? Wyjaśnienie, które uspokoiłoby mnie, przemówiło łagodnym głosem, strąciło z barków obawy? 

Anzelm nie postąpił źle i ty też nie postępujesz. To wszystko wina przypadków. 

Nie mogąc wytrzymać tej niewiadomej, na wysokości ciemnej chatki gajowego wzbiłam się w powietrze i pofrunęłam prosto w stronę wieży, gdzie znajdował się gabinet dyrektora. Trochę mi zajęło, zanim namierzyłam odpowiednie okno, zwłaszcza że w żadnym z nich nie paliło się światło, ale kolejne zadanie do wykonania znów przywołało mnie do porządku. 

Przywarłam do ściany, używając do tego nieco więcej magii niż zazwyczaj. Dłonie miałam skostniałe z zimna, a rzucenie na siebie Zaklęcia Kameleona sprawiło, że wstrząsnął mną jeszcze jeden lodowaty dreszcz. Włamanie się do środka nie stanowiło najmniejszego problemu. Wylądowałam miękko na podłodze pokrytej wykładziną i choć w kominku ledwo się tliło, natychmiast rozpoznałam charakterystyczne okrągłe pomieszczenie ze wspaniałym ciężkim biurkiem i mnóstwem portretów byłych dyrektorów zdobiących ściany po sam niebotycznie wysoki sufit. 

Pachniało tu palonym drewnem, lawendową świecą i magią bardzo potężnego i bardzo starego maga, ale żadna z tych woni nie była dostatecznie silna, by maskować obecność człowieka, a wskazówki na zegarku i zaklęcia ujawniające tylko mnie w tym utwierdziły. 

Byłam sama. 

Zatrzymałam się dokładnie na środku gabinetu i rozejrzałam się dookoła. Natychmiast spostrzegłam dwoje drzwi - każde po przeciwnych stronach pomieszczenia, ukryte w niewielkich wnękach, do których prowadziły pojedyncze stopnie. Wybrałam pokój po lewej stronie - ten mniej przesiąknięty wonią lawendy i mydła. 

Spodziewałam się, że w momencie, kiedy moja dłoń dotknie klamki, zapalą się światła albo postacie w ramach natychmiast wyrwą się ze swego udawanego snu, ale nic się nie wydarzyło. Nikt się nie poruszył, choć zawiasy skrzypnęły cichutko, gdy z żołądkiem zawiązanym w supeł zajrzałam głębiej do ładnego, przestronnego kantorka. 

Tutaj również podłogę zdobił piękny, czerwony dywan - nieco przykurzony jak wszystko w tym miejscu - a zamiast starych, rozklekotanych metalowych stojaków na akta w równych odległościach od siebie stały eleganckie, drewniane regały. Lampy były ode mnie szybsze tylko o ułamek sekundy, ale kiedy tylko mrugnęły, natychmiast je pogasiłam. Światło księżyca wpadające przez strzeliste okna wystarczyło, żeby bez problemu odnaleźć szafę poświęconą nazwiskom zaczynającym się na literę S. 

Tak, jak się spodziewałam, wyciągnęłam czterech Serpensów. 

Melanię, Aurorę, Adelaidę i Anzelma. Jak gdyby przewidując kolejny wstrząs po zajrzeniu do dokumentów dziadka, sięgnęłam najpierw po teczkę opisaną imieniem mojej matki. Choć widywałam Melanię codziennie na korytarzach i w klasie, blada, trójkątna twarzyczka łypiąca z maleńkiego, czarno-białego kartonika - tak niesamowicie podobna do twarzy Spirydiona - przyprawiła mnie o szybsze bicie serca. Im był starszy, tym bardziej przypominał ojca, ale tak dobrze pamiętałam te świdrujące oczy w kształcie migdałów, ostry podbródek, ostry nos… 

Mój nos. 

Naprędce przejrzałam świadectwa z poprzedniej szkoły i okazało się, że w Beauxbatons Melania świetnie się uczyła. Nauczyciele rozpisywali się o jej energii, ambicji, towarzyskości i pogodzie ducha, czego za żadne skarby nie dało się powiedzieć o tej pannie Serpens, którą ja tu poznałam. Uśmiechnęłam się kwaśno, kiedy zobaczyłam, że i ona nie radziła sobie najlepiej z numerologią. Przeleciałam jeszcze wzrokiem po karcie opatrzonej fotografią i zrobiłam to tylko po to, żeby powpatrywać się przez moment w nazwisko swojej prababci. Victoria Serpens - niewinny układ literek, których widok regularnie wywracał mi wnętrzności na lewą stronę, kiedy tylko sięgałam po Proroka Codziennego

A potem jak gdyby nigdy nic wcisnęłam pergaminowy skoroszyt z powrotem na miejsce i zajrzałam do sióstr. Zdjęcia, które tu wpięto, wyglądały jak z te z albumów, jakie dostawaliśmy na zakończenie szkoły - a przynajmniej powinniśmy dostać, gdyby Voldemort prawie nie zrównał Hogwartu z ziemią. W każdym razie z fotografii nie spoglądały na mnie przestraszone jedenastolatki, a dwie bardzo piękne, poważne dziewczyny. Choć rysy wciąż miały miękkie i młodzieńcze, oczy - tak inne od tych, jakie widywałam u siebie, Melanii i Spirydiona - błyszczały jak u dorosłych kobiet. Obie miały pełne policzki i łagodne, pozbawione łuków brwi, noski szerokie i spłaszczone, prawie nieistniejące linie szczęki, a ciemne fale upięte w tak wysokie, wykwintne fryzury, że stanowiły prawie połowę fotografii. Obie - jak się spodziewałam - trafiły do Slytherinu i obie otrzymały odznakę prefekta, uczyły się wybitnie i na poradach zawodowych wybrały dwie zupełnie skrajne profesje: Aurora chciała zostać uzdrowicielką, Adelaida - aktorką. Żadna nie zeszła na owutemach poniżej wybitnego, nawet z transmutacji, a jak potoczyło się ich życie? 

Jeżeli starsza z sióstr kontynuowała po szkole swoje zawodowe plany, chyba nie zrobiła spektakularnej kariery. 

Odłożyłam dokumenty z powrotem do szuflady i na podłodze została ostatnia teczka. Bardzo cieniutka, zawierająca wyłącznie trzy mocno przeciętne świadectwa i kartę ucznia. Anzelma faktycznie wyrzucono ze szkoły. Na samym szczycie tuż nad nazwiskiem widniała olbrzymia czerwona pieczątka z napisem Skreślony/a z listy uczniów, a liczba semestrów, jakie ukończył, wynosiła siedem. 

Szczęśliwa siódemka, pomyślałam z ironią. 

Przysunęłam sobie pod oczy maleńką nieruchomą fotografię i zdębiałam na widok jasnych, pierzastych włosów okalających drobną, trójkątną twarz. Zaskakująco filigranowy i dziecięcy przypominał raczej ośmiolatka niż chłopca stawiającego swoje pierwsze kroki w Hogwarcie. Wpatrując się w te łagodne, jasne oczy - niesamowicie dziewczęce, okolone długimi, bladymi rzęsami - nie potrafiłam uwierzyć, że właśnie ten chłopiec o wyglądzie zabiedzonego cherubinka urządzał piekło swoim młodszym siostrom. 

A jednak w tym samym momencie pomyślałam o Riddle’u - o jego czarujących manierach, bystrych, słuchających oczach i rysach rodem z prac Michała Anioła i to wystarczyło, żeby sobie wyobrazić, jak tę przyjazną, chłopięcą buzię wykrzywiał diabelski uśmieszek. 

Tacy byli najgorsi. Najbardziej nieprzewidywalni. 

Drżącymi rękami obróciłam stronę, gdzie do odwrotu została przypięta dodatkowa kartka podbita dyrektorską pieczęcią. 


W dniu 31 października 1931 roku do dyrekcji szkoły wpłynęła zgłoszona przez Annę Blair, uczennicę trzeciej klasy, oraz jej opiekuna Albusa Dumbledore’a informacja dotycząca poważnego naruszenia jej nietykalności osobistej ze strony ucznia. Incydent został potwierdzony przez świadka (Antoninę Lenarik). Po przeprowadzeniu wewnętrznej procedury wyjaśniającej, wysłuchaniu stron oraz po konsultacji z uzdrowicielem Antonem Nottem podjęto decyzję o skreśleniu Anzelma Serpensa z rejestru uczniów. Decyzja ta została przekazana właściwym organom, a Wizengamot potwierdził jej zasadność. 


To wszystko. Podpis Dippeta i tyle, jak gdyby dyrektor podpisał zgodę na wypad do Hogsmeade. Obrzydzenie, jakiego doznałam w Dziurawym Kotle, doprawiła odrobina żalu. 

Po konsultacji z uzdrowicielem Antonem Nottem. 

Wyobraziłam sobie nadętego ważniaka z monoklem - stojącego w sali sądowej przed tłumem jeszcze większych ważniaków i używającego tego swojego medycznego żargonu. 

Pacjent prezentuje uporczywe zaburzenia zachowania obejmujące agresję fizyczną, magiczną oraz werbalną wobec otoczenia. Zachowania te są chroniczne, oporne na interwencję terapeutyczną i wskazują na wysoki poziom ryzyka powtarzalności, bla, bla, bla… 

Olbrzymi kamień spadł mi z serca na dno żołądka, nie przynosząc ani odrobiny ulgi. Dowiedziałam się. I co dalej? 

Było mi szkoda tej dziewczynki, ale nie potrafiłam nie współczuć także Anzelmowi. Budził we mnie wstręt, ale coś - sama nie wiedziałam co - wyciągało z głębi jakieś drobne okruchy współczucia. Obraz Riddle’a? Samej siebie? Chorego nastolatka, którym był? A może wszystko na raz? 

Kumulowana od rana frustracja w końcu przebiła się przez tamę. Cieniutka mgiełka łez spowiła mi pole widzenia, ale to nie był czas ani miejsce na rozpacz, ponieważ zza drzwi usłyszałam dwa męskie stłumione głosy. 

Z duszą na ramieniu porwałam z podłogi ostatnią teczkę, drżącymi palcami wcisnęłam ją do szuflady i najciszej, jak potrafiłam, zakradłam się pod drzwi, żeby przycisnąć oko do dziurki od klucza. Zamarłam na widok fragmentu kamizelki opiętej na wydatnym brzuchu Slughorna. 

- …i możesz mi wierzyć lub nie, ale wystrzeliła z hukiem przez komin! I tak to się skończyło. To co, Armando, po jednym? Bratanica wysłała mi wyborne brandy… 

- Horacy, tobie jednego nie odmówię. A, wyjaśnij mi, dlaczego tak bez Dumbledore’a…? 

Zniknęli we wnęce i kilka sekund później rozległ się trzask zamykanych drzwi. Już się nie dowiedziałam, dlaczego Mistrz Eliksirów nie życzył sobie obecności swojego kolegi, ale plotkarska cząstka mojego serduszka dołączyła do całej reszty i teraz kibicowała gorąco gdzieś w okolicy gardła. Już nie wracałam do gabinetu. Upewniłam się, że pozostawałam dostatecznie porządnie zakameleonowana i raz-dwa wystrzeliłam przez okno prosto w noc - nie bawiąc się w spacery po murze ani romantyczne fruwanie nad zamkiem. 

Kiedy udało mi się dostać do holu, musiało być już dawno po kolacji. Przez uchylone drzwi do Wielkiej Sali napływał delikatny zapach jedzenia i migotliwe światełka pozapalanych choinek. W każdej chwili mogłam zakraść się do kuchni, ale ostatnie, o czym myślałam, to głód. Wypity alkohol wciąż lekko szumiał mi w głowie, ale zamiast grzecznie wrócić do łóżka lub zasnąć na kanapie przed kominkiem w zupełnie pustym dormitorium, zaszyłam się pod prysznicem, żeby płakać, płakać, płakać… ale nie byłam w stanie. Stałam pod gorącym strumieniem wody pełna tych wszystkich sprzecznych emocji, których nie potrafiłam z siebie wyrzucić. Szorowałam skórę do czerwoności i choć już dawno pozbyłam się z siebie smrodu psychiatryka, wciąż czułam na sobie ciężar tego, co tam zobaczyłam i czego się dowiedziałam. Pierwszy raz od wielu tygodni zobaczyłam swoje własne ciało, zbrązowiałe zniekształcenia i blizny szpecące każdy dostępny kawałeczek, lecz zanim para zniknęła, a wilgoć spłynęła z lustra, w odbiciu już spoglądała na mnie Liubov. Nie miałam pojęcia, czy to alkohol, czy przyzwyczajenie, ale transformacje po eliksiru wielosokowym bolały coraz mniej. 

Kolejna rzecz, o którą zapomniałam zapytać Barty’ego. 

Późnowieczorny spacer po naprawdę opustoszałym zamku nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. Czułam się podobnie samotna i niewidoczna podczas ostatnich tygodni w domu Voldemorta i nie potrzebowałam do tego zaklęć zwodzących. Najnormalniej w świecie - nikogo nie obchodziłam. 

Widok znajomych drzwi na pierwszym piętrze był jak delikatne muśnięcie ulgi i już wiedziałam, że tego właśnie potrzebowałam. 

- Cymbałki - szepnęłam i ze zdumieniem odkryłam, że hasło z moich szkolnych lat zadziałało. 

Pierwsze, co przywitało mnie zaraz po wejściu, to scena, na widok której aż westchnęłam z tęsknoty. Wsunęłam się do środka i powoli, bardzo powoli weszłam po schodach. Zamknęłam oczy, a umysł sam - jak przez pękniętą tamę - był zmuszony przepuścić urywane fale wspomnień. Tak wielu wspomnień z nieskończonej ilości prób, z przygotowań do występów, konkursów i plebiscytów, eksplozja podniecenia w żołądku na ułamek sekundy przed rozsunięciem kotar, światła reflektorów walące po oczach, szum widowni, aplauz, twarze kolegów i koleżanek z chóru. Arielkę, Helenę, Lisę, tę śmieszną rywalizację z Di Bari, podstępne pozyskanie Lucjusza Brolla okupione siniakiem Vipiego… 

Otworzyłam oczy i wszystko się urwało. 

Spoglądałam na ściśnięte rzędy pustych krzeseł pod ścianą, zwieszone smutno Fresnele i przytłaczającą pustkę - paradoksalnie jeszcze bardziej widoczną przez żółtawy, słabo rozpraszany przez świece półmrok. Przysiadłam na skraju sceny, zwiesiwszy nogi luźno przez krawędź. Przez te wszystkie lata nic się tu nie zmieniło. Pianino stało w tym samym miejscu pod ścianą, po obu jego stronach regały z przeszklonymi drzwiczkami, a w środku stosy nut i pucharów dostarczanych przez uczniów z ostatnich stuleci. Na ścianach wisiały nawet te same stare fotografie z występów, choć możliwe, że kilku brakowało - ot, cała różnica. 

Czas zatrzymał się w tym miejscu bardziej niż gdziekolwiek indziej w Hogwarcie. Nawet z sowiarni zdawała się bić trochę inna energia. Miałam wrażenie, jakby właśnie ta sala stała się centrum wszechświata - nie tylko mojego, ale wszechświata W OGÓLE. Trwała, trwa i będzie trwać wiecznie, niezależnie ile osób przewinie się ze swoimi zmartwieniami przez tę scenę. 

Parsknęłam pod nosem i z cichym tapnięciem zsunęłam się na dół. Śmiało założyłam, że ktoś jeszcze przychodził tu tylko po to, żeby pogapić się na puste krzesła. Albo pobrzdąkać w klawiaturę. 

Usiadłam przy pianinie i pozwoliłam sobie na przeżywanie. Myślałam o Anzelmie i o Melanii, o tym, czy przyszło jej kiedyś do głowy, by poszukać go tak jak ja teraz. 

Dłonie spoczęły na klawiaturze, a klawisze westchnęły przeciągle, melodyjnie pod delikatną pieszczotą palców. 

O Voldemorcie i o tym, jak bardzo nie miałam pojęcia, jak mogłabym… dlaczego mogłabym pozwolić mu żyć. Wiedziałam, że umrze, jak ci wszyscy diabelsko uśmiechnięci cherubini Rafaela. Zawsze umierali, taki był porządek świata, żeby na ich miejsce pojawił się następny i kolejny heros mógł wykazać się pierdoloną szlachetnością. 

Instrument zaśpiewał czysto, głęboko z samych trzewi i choć głos Liubov nie zachwycał, nie musiał - wystarczyło, że był. 

- Musiałam uciec stąd na jakiś czas,*
Wróciłam nie taka sama,
Żebym nie czuła, gdy zaboli mnie,
Chcę dziś tańczyć do rana,
Tylko tańczyć do rana.

Nie powiedział nikt, że to będzie proste, 

Nie uprzedził nikt, że wyleję łzy. 

Czy za dużo ich, trochę to żałosne

Co zostało mi…

W końcu o Bartym i o sobie samej. Dopiero wtedy pierwszy raz poczułam kręcące się pod powiekami łzy. W tamtym momencie widziałam to wyraźnie jak nigdy - właśnie tak powinno się to skończyć. Zawsze w duszy myślałam o Crouchu jak o tym szalonym, kompletnie ślepa na własny obłęd. Dowody spoczywały na dnie kufra w dormitorium - zapisane czarno na białym, podbite pieczęcią uzdrowicieli i sądu najwyższego. 

Chyba wciąż byłam pijana. Albo w transie. 

- Została mi tylko melodia, 

Zagłusza płacz, mówię sobie

Tańcz, tańcz, tańcz, ale nie wiem jak.
Pociesza mnie tylko melodia, 

Tłumi mój żal, mówię sobie
Tańcz, tańcz, tańcz, może to coś da…

Strumień tłoczonych miesiącami emocji ruszył i zdawało się, że - jak sala chóru - nigdy się nie zatrzyma, kiedy ściśnięte gardło nie pozwalało dalej śpiewać, tylko palce grały z zapamiętaniem wszystkie znane melodie. Przepływały przez siebie, przechodziły jedna w drugą, przeplatały urywkami znanych dźwięków i ciągnęły się jak niekończący się warkocz, aż zapętliłam się w jednej - w tej, przez którą się tu znalazłam. This was just meant to be, you are coming back to me. Miałam wrażenie, że wraz z każdym wychodzącym z instrumentu brzmieniem krew w moich żyłach - jak setki tysięcy splątanych nici - sama się układała i płynęła równo. Tak jak trzeba. 

Gdyby tak tu zostać i być Liubov już do końca świata. Pogrzebać Sophie, pozwolić, by nigdy się nie narodziła, nie zostawiła po sobie żadnego śladu w niczyjej pamięci, nawet mojej. I tylko grać, grać i grać… 

Skrzypnęły zawiasy i wzdrygnęłam się. Melodia się urwała. Zaskakujące, jak łatwo parsknęłam śmiechem, choć wcale mnie to nie bawiło - zdecydowanie zbyt często zachodził mnie od tyłu. 

Riddle. 

Oczywiście. 

- Chyba to odkryłem - rzekł cicho, a ja uniosłam ze zdumieniem brwi. - Co wyzwala twoją moc. 

I tak w istocie było, bo kiedy w sali na powrót zrobiło się przyziemnie, wciąż byłam w stanie wyczuć fruwającą magię, która raz-dwa wracała na swoje miejsce - tym razem dużo spokojniejsza i bardziej uporządkowana. Tom obserwował mnie chwilę spod drzwi, a ja poczułam uśmiech drgający w kącikach ust, bo przypomniałam sobie, jak lata temu to Victor przyłapał mnie w identycznej sytuacji, kiedy grałam dla Darli. 

- To chyba nie jest bezpieczne miejsce, żeby mieć tajemnice - odparłam i przesunęłam się, żeby zrobić mu miejsce na ławeczce. - Już raz ktoś mnie tu zaskoczył, co nie jest takie łatwe.

Chyba pomyślał o sowiarni, bo uśmiech przemknął i przez jego usta. Nie podobał mi się sposób, w jaki Riddle na mnie przy tym spojrzał - w zdecydowanie zbyt dumbledore’owaty sposób, nie stosując przy tym ani krztyny legilimencji - ale wciąż musiałam być lekko podchmielona, bo wszelkie obawy uciekły tak szybko, jak się pojawiły. 

Oparł się luźno łokciem o drewnianą ramę. 

- Gdzie byłaś cały dzień? - zapytał, a przez grzbiet przeszedł mi naprawdę zimny dreszcz. 

Pierwszy raz tak wyraźnie usłyszałam w tym cichym, aksamitnym głosie dorosłego Voldemorta. Zwodniczo uprzejmego, zaborczego, nieznoszącego sprzeciwu, ale tylko wzruszyłam ramionami. 

- Robiłam coś nielegalnego, nie powinnam o tym mówić przy prefekcie naczelnym - odpowiedziałam z lekceważeniem. 

Powoli wsunął rękę do kieszeni i, nie odwracając wzroku, wyciągnął niechlujnie skręconego papierosa. Jego koniec rozżarzył się na czerwono, choć Ślizgon nawet nie dotknął różdżki. 

- Bardziej nielegalnego? 

Zaciągnął się i podał mi, a ja - choć dobrze wiedziałam, że ostatnie, co powinnam z nim teraz robić, to palić - zrobiłam to samo. W głowie znów mi zawirowało - tym razem przyjemnie, na tyle, że na moment przymknęłam oczy. 

- Tak. Zdecydowanie bardziej nielegalnego - odparłam. - A ty? Co robiłeś o tej porze poza dormitorium? Nie powinieneś dawać uczniom dobrego przykładu? 

- Byłem w bibliotece. 

Tym razem naprawdę rozbawiona parsknęłam śmiechem. 

- Certainement. Chodzisz w jakieś inne miejsca? 

- Zdziwiłabyś się, ile w Hogwarcie jest miejsc - rzekł z błyskiem w oku i wsunął sobie papieros do ust. 

Wróciłam do grania, ledwo muskając klawisze. Nie na tyle, żeby muzyka ponownie mnie pochłonęła, ale wystarczająco, by poruszała. A może ja po prostu byłam jej tak spragniona, że każdy dźwięk trącał struny w moim sercu? 

Spostrzegłam, że i Riddle czerpał z tego pewną przyjemność, lecz wątpiłam, by chodziło mu o muzykę. 

- Kto nauczył cię grać? - spytał w końcu, ale nie odpowiedziałam od razu.

Uśmiechnęłam się do wspomnień, do odtwarzanych w głowie pierwszych scen z Oreżnowa, które z perspektywy czasu i dziecięcej naiwności wydawały się teraz jak wyciągnięte z kart sielskiej baśni. I byłam pewna, że gdyby nie obserwujące mnie uważne, brązowe oczy, możliwe, że w tamtym momencie pozwoliłabym sobie na łzy. 

- Mój tata. 

Zaczęłam Czardasza i sugestywnie wskazałam podbródkiem na klawiaturę, ale Tom tylko potrząsnął głową, a gładką taflę jego czoła przecięła zmarszczka, jakiej jeszcze nigdy dotąd nie widziałam. Zmarszczka nadająca całej twarzy dziwnej ironicznej maskowatości, jak gdyby Riddle skrywał za nią coś, czego rzadko doświadczał. Niepewność. 

- W miejscu, w którym ja się wychowywałem, uczono nas obierać ziemniaki, a nie brzdąkać na pianinie - oznajmił. 

Nie mógł sobie odpuścić tego kpiącego tonu. 

- Z kolei tam, gdzie ja się wychowywałam, uczono tego i tego - odgryzłam się. Zabrałam mu dogasającego jointa, wsadziłam sobie do ust, po czym śmiało wzięłam dłonie Riddle’a i ułożyłam na klawiaturze. Zdziwiło mnie, z jaką lekkością mi się poddały. - To jest środkowe C. To jest D, E, F, G, A, H i C. Najłatwiej jest zacząć od jednej ręki. A w ten sposób układasz sobie C-dur, spróbuj… 

Słuchał z uwagą każdego mojego słowa, jak gdyby wszystko, czego mógł się nauczyć, musiał opanować natychmiast. Wargi utraciły drwiący wyraz, w ruchach nie pozostał ani ślad po dawnej nonszalancji i prawie byłam skłonna uwierzyć, że Ślizgon potraktował tę lekcję poważnie - choć była tylko niepoważnym brzdąkaniem na pianinie. A jednak załapał wyjątkowo szybko, zresztą jak wszystko, za co się zabierał. Ostatecznie w porównaniu do dzielenia duszy nie było to aż tak trudne. 

- Masz rację - przyznałam po chwili, patrząc, z jaką łatwością powtarzał podstawowe akordy. - Muzyka do głębi mnie porusza. Wtedy czuję się naprawdę potężna, jakby… jakby nie istniały żadne granice. 

- Granice magii? - doprecyzował, nie przerywając gry. 

- Też - odparłam z zadumą. - Nic nie wzbudza we mnie takich uczuć, chociaż… 

Urwałam. 

…chociaż on zawsze był bardzo blisko. 

- Chociaż? 

Wrócił czerwony błysk, ale tym razem to ja pokręciłam głową, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Spuściłam wzrok na klawisze, gładząc bezwiednie palcem środkowe C. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że w sali zapanowała głucha cisza, a Riddle znów siedział odwrócony bokiem i analizował każdy cień na mojej twarzy. 

- Nic - odpowiedziałam, spoglądając na Toma spod brwi. - Jak mnie tu znalazłeś? Ćwiczysz eksplorację aury czy…? 

- Nie. Usłyszałem - przerwał mi rozbawiony. - Wyobraź sobie, że Boże Narodzenie jest wystarczającym argumentem, aby biblioteka pozostawała w tym czasie zamknięta. 

- Skandal - rzuciłam sarkastycznie. - A hasło? Skąd znasz hasło? 

Na jego twarz wrócił dawny zuchwały wyraz, ciągnący w górę kąciki ust. 

- Już tutaj byłem. Niekoniecznie po to, żeby grać na pianinie. W każdym razie nie w ten sposób - wyjaśnił, a ja parsknęłam pod nosem i śmiałam się tak niekontrolowanie, aż rozbolał mnie brzuch. Mieszanka emocji, zmęczenia, alkoholu i czarodziejskiego papieroska w końcu osiągnęła to, co miała osiągnąć. Było mi wszystko jedno i głupkowato wesoło. Riddle odczekał, aż się uspokoję, po czym zawiesił dłoń nad klawiaturą i dodał: - Chyba rozumiem, o co w tym chodzi. 

Palce z niewiarygodną sprawnością wystukały fragment melodii, która otrzeźwiła mnie sprawniej niż prysznic, zimne powietrze czy wszystkie znane mi eliksiry ratunkowe. Serce zamarło, a wnętrzności skurczyły się gwałtownie, jakbym niespodziewanie runęła w przepaść. I choć na twarzy Riddle’a nie było śladu po podstępie, krew w moich żyłach zamarzła. 

Fragment melodii, jakiej nie powinien słyszeć. 

To był o jeden krok za daleko. 

Wróciłam do dormitorium, wykręcając się zmęczeniem, w które - byłam pewna - nie uwierzył, choć po części pokrywało się z prawdą. Ten dzień zdawał się trwać wieczność i kosztował mnie przynajmniej rok życia, ale długo przewracałam się z boku na bok, zadręczając się tym, co zaszło. 

Nie w Jeziorzanach. Nawet nie w sali chóru, ale znacznie wcześniej, w momencie, kiedy pozwoliłam na to, co zaszło między nami podczas pierwszego spotkania w sowiarni. Próby przywołania się do porządku poprzez wyciąganie głupiej rodzinnej karty już dawno nie zdawały egzaminu, ale przeraziłam się odkryciem, że chyba - spłynęło to na mnie pierwszy raz - wcale nie pragnęłam, by przyszłość się zmieniła. W mieszance Sophie i Liubov zaczynało być zdecydowanie za dużo Sophie i właśnie dlatego zmierzało to w kierunku, w którym nie powinno. 

A ja i tak nie potrafiłam się temu oprzeć i już następnego dnia zaraz po śniadaniu wybrałam się z nim na przechadzkę po Zakazanym Lesie. Riddle okazał jak zwykle mocno powściągliwy entuzjazm, nieczuły na piękno oklejonych śniegiem czarnych koron drzew i grubej, białej pierzyny pokrywającej calusieńkie błonia. Czarujące. Gardziłam sobą, czując się świetnie w jego towarzystwie. Wchodziłam w tę jaskinię coraz głębiej, świadoma, że nie istniało przejście po drugiej stronie. Żadnego powiewu wiatru czy światełka w tunelu. Nic, jedynie mrok. I w takim samym stopniu, w jakim budziło odrazę - podobało mi się to. 

Wałęsanie się po lesie, do którego uczniowie nie mieli wstępu, przestało wpływać na wyobraźnię - zwłaszcza teraz, kiedy blaski dnia rozpraszały nieprzeniknione ciemności, a budzące grozę szelesty w gęstych koronach drzew zostały zastąpione milczeniem śniegu. Dwie spowite w czerń postacie byłyby tu jak na widelcu, gdyby kogokolwiek interesowało, że dwójka najlepszych uczniów - w tym prymus i prefekt naczelny - łamała właśnie szkolny regulamin. 

Temat dzieciństwa prędzej czy później musiał się pojawił, zwłaszcza że od czasu do czasu sama go forsowałam, ale Tom uległ mu dopiero w Wigilię. Gdybym go nie znała, pomyślałabym, że to coś dla niego znaczyło, choć z całą pewnością jedynie interesowało go to, co miałam do powiedzenia. 

- Nie pamiętam, kiedy to się stało. Magia była ze mną przez całe moje świadome życie… w mniej lub bardziej kontrolowany sposób… ale była - odpowiedziałam, a on zamruczał z uznaniem. 

- Mhm, czyli cudowne dziecko - dodał z nutą kpiny. 

- Zgadza się - przytaknęłam śmiało i tylko świadomość, z kim tak naprawdę miałam do czynienia, powstrzymała mnie przed popchnięciem go w śnieżną zaspę. - A ty? Założę się, że w mugolskim sierocińcu uchodziłeś za dziwaka? 

Nie wyglądał na urażonego, ale jak zwykle, kiedy ten temat pojawiał się na tapecie, przez czoło przebiegł mu osobliwy cień. 

- Zgadza się. 

- Ile miałeś lat, kiedy odkryłeś, że jesteś inny?

- Inny? Nie. - Zaśmiał się cicho, prawie pogardliwie. - Wyjątkowy - to jest słowo, którego bym użył. Nie odkryłem tego. Od zawsze, użyję twojego określenia, przez całe swoje świadome życie to wiedziałem. Później jedynie pielęgnowałem swoje zdolności. 

- W jaki sposób? 

Skierowaliśmy swoje kroki z powrotem na ścieżkę, którą wydeptaliśmy już wcześniej - najpierw bezpośrednio w stronę zamarzniętego jeziora, a później wzdłuż brzegu. Szliśmy przez chwilę w milczeniu, wsłuchując się w skrzypiący pod naszymi butami śnieg. Drzewa, choć bezlistne, w pewnym stopniu chroniły przed blaskiem, bo kiedy tylko wyszliśmy na otwarty teren, rozciągająca się dookoła biel wręcz kąsała po oczach. Białe niebo, biały park, biały lód, nawet chata gajowego otoczona białymi kopcami, jedynie zamek odcinał się wyraźnie na tle tej wszechogarniającej bieli jak niedokończony rysunek na kartce. 

Spojrzałam na Riddle’a z ukosa, chcąc powtórzyć pytanie, ale powstrzymał mnie wyraz dziwnego zamyślenia na jego twarzy. Tym razem to on wspominał, lecz naprawdę trudno było stwierdzić, jakie to było - dobre czy złe. 

A może po prostu rozważał, co opłacało się powiedzieć. 

- Nie potrafię tego określić - rzekł w końcu, przeciągając sylaby. - To było bardzo intuicyjne. 

- Badałeś granice? 

Przytaknął. 

- Jak każdy, zanim dostanie list. Jedyna pozytywna rzecz, jaka wynikła z mojego dorastania między mugolami, to brak kontroli dorosłych czarodziejów. 

- Brak kontroli? - zdziwiłam się. - Myślałam, że akurat ty żałowałeś, nie mogąc czerpać od bardziej doświadczonych. 

Chyba trąciłam jakąś wrażliwą strunę, bo popatrzył na mnie w sposób w całości obnażający jego rozgoryczenie. 

- O ile jest z czego czerpać. Pod względem podejścia do ponadprzeciętnych zdolności czarodziej nie różni się niczym od mugola - rzucił z pogardą. - Czego miałbym się nauczyć od przeciętnego czarodzieja? Strachu przed własną mocą? Sposobów na maskowanie swojej wyjątkowości, żeby nie daj Bóg ktoś się nie przeraził albo nie poczuł się gorszy? W tym jednym mi się poszczęściło: ci, którzy mnie otaczali, byli słabi w sposób oczywisty. Nie potrafili wpłynąć na podatny dziecięcy umysł. 

- Choć oczywiście próbowali, co? 

Na to już nie odpowiedział. Pochylił się tylko nieco do przodu, bo wiatr znad jeziora zmienił kierunek. 

- Ile miałaś lat, kiedy nauczyłaś się latać? - zapytał. 

Wahałam się przez chwilę, nieco nadąsana, że sam wciąż wypytywał, tak niewiele od siebie dając, ale przecież nie zjawiłam się tu po to, by poznawać fakty z jego dzieciństwa, tylko żeby mi zaufał. 

- Czternaście - odparłam i prawie natychmiast zachichotałam na wspomnienie swoich pierwszych prób. - To zabawne, jak do tego doszło. Jeden z nauczycieli rzucił to w ramach żartu, kiedy byłam w trzeciej klasie, a ja naiwnie w to uwierzyłam. Zaczęłam go o to wypytywać, a on, oczywiście nie wierząc, że będę w stanie się tego nauczyć, wyjaśnił mi całą teorię krok po kroku. 

Zatrzymaliśmy się nieco zdyszani po tym prawie godzinnym spacerze. Riddle odgarnął butem śnieg, tworząc okrąg, w którym usiadł, ja rzuciłam się bezpośrednio na zaspę. Nie dbałam o to, czy przemoczę płaszcz - czułam, że i tak musiałam za chwilę wracać. Zrobiłam łagodny ruch ręką, a olbrzymia śnieżka, którą lewitowałam, zaczęła powoli formować się różne kształty. Najpierw w jabłko wielkości ludzkiej głowy, a potem w samą głowę o karykaturalnych rysach twarzy. Posyłając ją w stronę Toma, byłam pewna, że tego nie podejmie - zbyt poważny i dorosły na dziecięce zabawy - ale on przejął ją i też zaczął formować. 

Zwinięty w kłębek wąż - nic nowego. 

- Co powiedział? 

- Hmm? 

- Nauczyciel - wyjaśnił Riddle. - Pochwaliłaś się? 

- Skąd! - skłamałam. - Niektóre rzeczy powinny zostać poza świadomością nauczycieli. Ty mówisz o wszystkich postępach? 

Uśmiechnął się w odpowiedzi, a w oczach wyraźnie zapaliły się frywolne ogniki. 

- Sądzę, że nie wszystkie mogłyby zostać dobrze zrozumiane. 

Poczułam w żołądku gwałtowny skurcz - może i zdobywanie informacji nie było moim celem, ale nie mogłam się oszukiwać. Chciałam poznać Riddle’a najlepiej, jak się dało. Nie dla osobistych celów, nie dla satysfakcji, ale dla samego procesu poznawania. 

- Masz na myśli wasze schadzki w lochach? - zapytałam, zniżając głos do szeptu. 

- Czarna magia nie jest niczym złym - oznajmił bez ogródek. - To ludzie - słabi i ograniczeni - stworzyli sobie ten sztuczny podział na czarną i białą magię. Magia jest jedna, ale są różne sposoby, na jakie można jej używać. Zaklęciem lewitacji możesz wysłać komuś linę, ale możesz go również unieść na setki metrów, puścić i patrzeć, jak rozpryskuje się na ziemi. 

- Ach, więc tak to sobie tłumaczysz - westchnęłam, a Tom uniósł brwi, więc dodałam: - Nie, to nic złego, po prostu bądź ze sobą szczery. Ze mną nie musisz, ale rozumiem, że Grindelwald może być pewną inspiracją. Zwłaszcza dla potężnych umysłów. 

Ogniki w jego oczach zmieniły się i teraz prawie realnie przypominałby postać głównego złego z komiksów, gdyby nie usta. Wykrzywione w zupełnie łagodnym, prawie protekcjonalnym uśmiechu pozostawały upiornie nieruchome jak cała reszta twarzy. Tylko te oczy. W nich płonęło to wszystko, co mogłam ujrzeć wyłącznie jak przez wypukłą soczewkę, ponieważ umysł pozostawał zamknięty na cztery spusty. 

- Grindelwald? O nie. - Pokręcił głową, a śnieżna lilia, którą mu posłałam, zaczęła się na zmianę kurczyć i rozszerzać, by przybrać kształt ryby. - To jest dużo starsze od samego Grindelwalda. Społeczeństwo czarodziejów nie powinno być podległe mugolom. Dobrze ich znam. Wychowałem się wśród nich, znam ich słabości i zwyczaje. Nie odbieram im prawa do godnego życia, lecz to czarodziej powinien znajdować się na szczycie piramidy społecznej. Władać, ale i chronić. 

- Mówisz jak Ślizgon z krwi i kości - wtrąciłam, a widząc cień pogłębiający się w kącikach jego ust, włożyłam rękę pod płaszcz i wyciągnęłam zawiniątko opakowane w kolorowy prezentowy papier. Brwi Riddle’a podjechały znacząco do góry. - Skoro już o krwi mowa… Pomyślałam, że to jest dobry czas, żeby ci to dać. 

Przechwyciłam śnieżny kwiat i odrzuciłam go w bok, a na jego miejsce wysłałam paczkę. Doznałam bardzo dziwnego wrażenia, widząc Riddle’a rozpakującego prezent - podobnie jak wtedy na dachu sowiarni, jak gdyby zbyt prozaiczna, ludzka czynność była normalna dla każdego poza nim. A zważywszy na osobliwy wyraz jego twarzy, i Tom chyba nie robił tego zbyt często. Podniósł do oczu bardzo grubą i znękaną życiem książkę i zmarszczył brwi. 

- Hematurgia Wysokiego Ryzyka - odczytał na głos ze skórzanej, pomarszczonej okładki. 

- Myślę, że to może cię zainteresować, a nie widziałam tu zbyt wielu książek dotykających problematyki magii krwi. Zwłaszcza tych z zakresu czarnej magii. 

Czułam pewną przyjemność, kiedy przez jakiś czas lustrował mnie tak, jakby miał przed sobą osobliwość z innej planety, a kącik jego ust podnosił się coraz mocniej i mocniej, aż uformował się w arogancki uśmieszek. Mocno podejrzanie. 

- Dziękuję, doceniam - rzekł, wstając. - To zabawne, bo ja też coś dla ciebie mam. 

Zrobiłam to samo, patrząc, jak powoli zaczął się zbliżać. Wsunął rękę do kieszeni, ale w pierwszej chwili wyciągnął z niej tylko zaciśniętą pięść, a przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki jej nie rozluźnił. Wewnątrz spostrzegłam zwinięty naszyjnik przypominający cieniutkie, splecione ze sobą łodygi róży lub czegoś podobnego do cierni zwieńczonych na środku łezką z matowego kamienia w kolorze ceglastej czerwieni. Poczułam się nadzwyczaj dziwnie - po stokroć dziwniej niż wtedy na dachu czy kiedykolwiek indziej od momentu wyjścia ze zmieniacza czasu - bo cokolwiek mogłabym przyjąć związanego z Riddle’em, to z całą pewnością nie to, by ot tak obdarował kobietę biżuterią. Tym bardziej, że onieśmielająca intensywność jego spojrzenia znów zdawała się przewiercać na wylot. 

- Mogę? 

Skinęłam głową, patrząc z ciekawością, jak Ślizgon bez pośpiechu rozpinał guziki mojego płaszcza i rozwiązywał szalik. Obróciłam się, zgarnąwszy włosy na bok, i choć zimny wiatr znad jeziora musnął mi skórę, gęsia skórka, jaka się na niej pojawiła, nie była z tego powodu. Poczułam nagłą potrzebę wzięcia głębszego oddechu. 

- To nic drogiego. Srebro i hematyt - usłyszałam, gdy lodowaty metal otoczył mi szyję. - Ale uznałem, że docenisz magiczny potencjał tego połączenia. 

Cofnął ręce, a kiedy się obróciłam, jego wzrok wciąż ślizgał się po linii mojej szyi w ten sam przenikliwy sposób. 

- Dziękuję, doceniam - odparłam, uśmiechając się identycznie kącikiem ust. - A teraz proponuję powrót. Zmarzłam. 

Skłamałam. Nie było mi zimno. Tak naprawdę czułam się rozgrzana, choć wiatr wciąż szarpał moimi włosami i porywał frędzle szalika do tańca, ale Tom chętnie na to przystał. Mrowienie w twarzy zaczynało coraz mocniej dawać mi się we znaki. I znów - nie z zimna. Najpóźniej za kilka minut powinnam wypić eliksir. 

Nie wróciliśmy jednak ani do tematu rodzajów magii, ani do wspomnień z dzieciństwa, ponieważ w oddali na drodze przecinającej się z naszą wydeptaną ścieżką pojawiły się dwa kształty i im szybciej rosły, tym bardziej rozpoznawałam w nich cechy najbardziej niepasujących do siebie osób, jak tylko się dało. 

Siostra Łucja i profesor Merrythought. 

- Widzisz to, co ja? - mruknęłam, mrużąc oczy. 

Chyba widział, bo długie palce natychmiast - niby przypadkiem - przesunęły się na okładce tak, by zakryć tytuł. 

- Widać nie tylko ty jesteś ciekawa, co kryje się pod habitem - odparł półgębkiem. 

Parsknęłam śmiechem, ale raz-dwa przywołałam na twarz uprzejmy uśmiech, ponieważ nauczycielki zwolniły - wyraźnie z inicjatywy zakonnicy. Obie miały na sobie długie, czarne płaszcze na dole uwalane śniegiem, nosy i policzki mocno zaróżowione, a spod obszytej futrem tiary siostry Łucji wystawał welon. 

- Paradoksalnie przy tak małej ilości uczniów znacznie trudniej was upilnować - odezwała się, patrząc to na mnie, to na Riddle’a. 

- Najważniejsze, że wszystko w obrębie szkoły - odpowiedział Tom ugrzecznionym tonem dobrze znanym mi z lekcji. 

Wciąż nie mogłam przyzwyczaić się do powściągliwych uśmiechów, jakim reagowała Merrythought, kiedy nie stała za katedrą. Jej kanciasta, ciasno obleczona skórą twarz z odrobiną rumieńca i bez permanentnie zmarszczonych brwi sprawiała wrażenie przynajmniej dziesięć lat młodszej i jakiejś takiej… sympatycznej. 

- Chciałabym, Riddle, ale dla niektórych to za mało i pierwszy szlaban padł jeszcze przed Wigilią - oznajmiła i dziwacznie pobłażliwy sposób, w jaki najpierw na nas, później na Zakazany Las, pozwolił mi sądzić, że domyślała się tego i owego. 

- Hogsmeade? - zagadnęłam zakonnicę, pragnąc jak najszybciej zakończyć tę rozmowę. 

- Och, tak, profesor Merrythought pomyślała, że szklaneczka ognistej whisky nie zaszkodzi, a ja się z nią zgadzam - odparła, a widząc zdumienie na mojej twarzy, dodała ze śmiechem: - W Wigilię oficjalnie nie obowiązuje post. 

- No pięknie - mruknęła w odpowiedzi, a policzki zadrgały jej, jakby maskowała uśmiech. - Nie demoralizuj naszych prymusów, moja droga. Jeszcze gotowi pomyśleć, że to przyzwolenie na alkohol w szkole. No, do widzenia, Riddle, Onoprijenko. Do zobaczenia. 

Siostra Łucja pomachała nam na pożegnanie, ale jeszcze przez chwilę słyszeliśmy, jak rozprawiały na temat poluzowania regulaminu wobec pełnoletnich uczniów. 

A mnie chciało się śmiać, ponieważ pierwszy raz zostałam nazwana prymuską

- Myślałby kto, że w Wigilię będą łoić wódę - rzuciłam rozbawiona, gdy znaleźliśmy się już na schodach. Dostatecznie daleko, by mieć pewność, że nie usłyszą tego wyczulone na szeptanie podczas sprawdzianów uszy nauczycielki obrony przed czarną magią. - I to kto, Święta Łucja. 

- Takie są najgorsze.

- Takie? To znaczy jakie? 

Zerknął na mnie z ukosa, a twarz wykrzywiła mu się bezczelnie. 

- Świętojebliwe. 

Ciepło holu - mimo krwi burzącej się w żyłach - okazało się naprawdę przyjemne. Ogólnie wszystko tego przedpołudnia takie było, tak, że wczorajszy dzień wydał mi się rozdziałem wyrwanym z jakiegoś dramatu - zupełnie niezwiązanego z moim życiem, jak gdybym była tylko czytelniczką. I przez kogo? Przez Riddle’a. Przez jego zwodnicze uśmiechy, porównywanie pierwszych doświadczeń z magią, rozmowy o dzieciństwie dające iluzję bliskości… 

A ja świadomie się na nią łapałam, spragniona jakiejkolwiek bliskości. I naprawdę chciałam wierzyć, że on czuł chociaż ułamek tego, co kipiało w moim sercu. 

Rozstaliśmy się jak zwykle przy ścianie dzielącej dwie ciemne klatki schodowe. Wracając piwnicą do dormitorium, zaopatrzona w świeży łyk eliksiru wielosokowego, rozpięłam płaszcz i powiodłam ręką do naszyjnika. Zagrzał się mocno od mojego ciała - miałam wrażenie, że znacznie mocniej, niż powinien, a ja ze wstydem musiałam przyznać, że nie miałam pojęcia, co oznaczało to połączenie - poza spędzeniem jednego z wolnych wieczorów w bibliotece w Dziale Geografii i Geologii. 

Ale cokolwiek się pod tym kryło, kryło się COŚ. 


~*~


Nie był to łatwy rozdział i jak zwykle w takich przypadkach nie zeszłam poniżej 10k słów. Ale tak, jak był trudny, jest tak samo ważny i w przyszłości będzie wymagał dopieszczenia (jak wszystko pisane podczas NaNoWriMo). Mogę powiedzieć, że z planem trafiłam idealnie - jeżeli chodzi o nowości, wyczerpałam dosłownie wszystko, prawie co do jednego punktu (mam bardzo dokładnie rozpisaną jeszcze jedną scenę rozdziału 383) i teraz powinnam zająć się rozbieraniem kolejnych ogólnych punktów na atomy, ale myślę, że rozdział 383 pojawi się względnie szybko. 


7 komentarzy:

  1. Hej :) Gdzie znajdę adresy wszystkich blogów, na które wstawiasz swoje opka? Kojarzę, że kiedyś był Prorok Frozenki, ale to chyba jeszcze za czasów blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, coś się popsuło w zakładce "moje blogi", spróbuję to naprawić, ale gdyby się nie udało, to podrzucam tu. :)
      www.darkness-love-riddle.blogspot.com
      www.kochanek-muz.blogspot.com
      www.douceur-et-fleur.blogspot.com
      www.lzy-marii-magdaleny.blogspot.com
      www.selene-snape.blogspot.com
      www.czworka-hogwartu.blogspot.com

      Usuń
    2. O kurde, to źle wpisywałam adresy, bo z pamięci, np dark-love-riddle i douce-fleur. 🙈 A doradź mi proszę od którego najlepiej zacząć? Pamiętam, że czytałam trochę siostrzenicy i czwórki Hogwartu za czasów Onetu. I btw poznałyśmy się na pielgrzymce do Kalwarii Pacławskiej laaaata temu i to wtedy rozmawiałyśmy o blogach i zapisałaś mi adresy swoich. 😃

      Usuń
    3. O kuuurcze, jaka dawna znajomość! :D
      Haha, nie, to ja po prostu inteligentnie narobiłam błędów w adresach (w sensie tworząc adresy, a nie zapisując je) i kiedy trzeba było uciekać z Onetu, bo kasował blogi, to już po przeniesieniu na blogspot zapisałam je tak, jak powinny być. :D
      Tak naprawdę Siostrzenica, DLR i Douceur et Fleur nadają się do czytania (i tylko w części zbetowanej). Jeżeli nie chcesz się zagrzebywać w czymś dłuższym na starcie, to najlepiej zacząć od Douceur et Fleur, tam już zbetowane jest 10 rozdziałów, myślę, że do połowy marca pojawi się kolejne pięć, historia jest względnie krótka (niedokończona, ale mam ją w planach na krótką, nie będzie też aż tyle wątków), a jak chcesz większe combo cierpienia, okrucieństwa i czegoś "dojrzalszego", mniej hogwartowego, to Darkness Love Riddle (czyli w sumie "Chwała silniejsza niż śmierć"), no i to jest zakończona historia (tylko w trakcie betowania), w listopadzie będę publikować drugą część. :)

      Usuń
    4. To zacznę w takim razie czytanie od Douce et fleur. :Do Do tej pory nie mogę przeboleć, że Onet usunął te nasze blogi. Ach, to były złote czasy 🥹 Podziwiam cię, że cały czas kontynuujesz pisanie. Obserwuję cię na insta i widziałam wyzwania pisarskie i statystki, które wstawiasz (najpierw tam do ciebie napisałam, ale tego już się pewnie domyśliłaś xD). Ja na studiach przestałam, ale ostatni czasy chęć i wena wraca, więc mam nadzieję, że tym razem zostaną ze mną dłużej i w końcu napiszę coś nowego i dłuższego.

      Usuń
    5. Chyba jest jakiś błąd na Douce et fleur, bo linki do rozdziałów 6-10 nie działają :(

      Usuń
    6. Jezu, pamiętam, jak serce pękało, kiedy znikały te relikty przeszłości. ;_; Nawet jeśli były dawno zakończone albo porzucone przez autorów, to przynajmniej człowiek czasem wchodził i wspominał. :(
      Ej, ale widzę, że ludzie wracają do swoich starych hobby, potterowskie grupy są trochę bardziej aktywne, a jak w zeszłym miesiącu wróciłam do grania w Tibię (grałam w podstawówce i gimnazjum), to cała masa ludzi wraca po 10-15 latach. <3 Może fanfiki też się odrodzą :D

      Usuń