7 lipca 2014

Rozdział 358

         Jacques był zaskoczony, kiedy ujrzał mnie przed swoimi drzwiami. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale szybko je zamknął, jakby rozpoznał, że nie jestem w stanie tłumaczyć mu wszystkiego w progu. Byłam roztrzęsiona, jednak na zewnątrz starałam się zachować jako taki spokój. Wargi miałam zaciśnięte i sine, twarz bladą i napiętą, a całe ciało zdrętwiałe, jakby przed domem hulały mrozy. W środku jednak byłam wrakiem. Tak bardzo potrzebowałam spokoju po chaosie, który panował podczas bitwy i wiele tygodni przed nią, całym ciałem łaknęłam stabilizacji, pewności, że wszystko wróci do normy, a Czarny Pan nagle… wyrzuca mnie ze swojego życia. Te słowa brzmiały w mojej głowie całkiem obco, jakby wypowiedział je ktoś inny, nie ja. Utraciłam jakąś ważną cząstkę siebie, która mniej lub bardziej wpływała na moje dotychczasowe życie. To, co wydarzyło się zaledwie chwilę temu było jak kamień rzucony w stronę poobtłukiwanej, szklanej rzeźby, którą była moja dusza. Wystarczył delikatny, nieprzemyślany ruch, aby roztrzaskała się na tysiące kawałków. Niemożliwa do sklejenia.
Osunęłam się na kanapę, szukając wzrokiem Jacquesa. Ten usiadł naprzeciwko mnie, zerkając na mnie co chwilę. Przez wyrazisty teraz niepokój przebijała się naturalna łagodność, którą można było zwykle dostrzec w jego oczach. Były czyste, spokojne i zdrowe. Wolne od szkarłatnych udręk bitwy. Pojawił się krótki moment w mojej rozpaczy, że poczułam się lepiej, widząc to opanowanie, lecz szybko powróciłam do rzeczywistości. Ucieczka od świata nigdy nie dawała prawdziwego wytchnienia. Podsuwała tylko iluzję, która zaś rodziła fałszywą nadzieję na to, że wszystko rozwiąże się samo. Ja jednak miałam już dość swojej własnej ingerencji w cokolwiek. Tym razem postanowiłam całkowicie odpuścić.
Jacques postanowił pierwszy przełamać milczenie.
- Dlaczego wybrałaś mój dom?
Wzruszyłam lekko ramionami.
- Tylko ty przyszedłeś mi do głowy.
Głos miałam bardzo spokojny, pozbawiony emocji. Może nawet… naiwny? Wszak powierzyłam swoje problemy bogom – obojętnie, jakim. Po tym, co widziałam po śmierci nie byłam już pewna, kto nakręcał ten ogromny zegar.
- Skoro tu już jesteś, to może… opowiesz mi wszystko? – zaproponował.
Odwróciłam od niego wzrok i nieświadomie utkwiłam go w swoich nagich stopach. Było mi obojętne, co i komu będę mówić. Nie zależało mi na tym, co może się stać, ale być może czułam tak, ponieważ bardzo ufałam Jacquesowi? Wiedziałam, że nie zawiedzie mnie. Był jedną z niewielu osób, które cieszyły się moją bezgraniczną sympatią i bezwarunkową miłością. Nigdy nie nadwyrężył mojej cierpliwości, nie zraził mnie swym zachowaniem czy podejściem. Był łagodniejszą i bardziej powściągliwą wersją Syriusza, któremu mogłabym powierzyć swoje życie bez obaw, że mógłby je komuś sprzedać. Black zaś… on był raczej żartownisiem, jednak w sprawach związanych z Czarnym Panem uwielbiał odgrywać surowego nauczyciela. Gdybym pojawiła się w jego mieszkaniu, pierwsze, co usłyszałabym w progu to „A nie mówiłem?”.  Oczywiście nie odmówiłby mi pomocy. Później za wszelką cenę próbowałby mnie wesprzeć, a może nawet pomóc, ale najpierw nastąpiłaby seria pocisków, które mogłyby mnie wykończyć. Nie zniosłabym jego szyderstw. Natomiast Jacques dawał mi całkowitą wolność, nie zapominając jednocześnie o trosce.
Kiedy podniosłam wzrok, on już wracał z kuchni, niosąc na tacy dwie wielkie filiżanki wypełnione parującą cudownie herbatą. Jej zapach wypełnił suchy, bezwonny salon swą słodyczą. Na sercu od razu zrobiło mi się lżej. Natychmiast pochwyciłam porcelanowe naczynie i upiłam łyk gorącego napoju. Nawet nie wspomniał o bitwie, kiedy sama zaczęłam opowiadać:
- Na początku wydawało mi się, że tego chciałam. Myślałam, że jeśli już dojdzie do jakiegoś starcia, któraś ze stron wygra i wszystko już będzie dobrze. Oczywiście byłam przekonana, że zginie tylko jedna osoba – Harry Potter. Ewentualnie jacyś bezimienni, których śmierć nie będzie miała dla mnie żadnego znaczenia. Wiem, byłam strasznie naiwna, ale nigdy wcześniej nie wyobrażałam sobie, jak mogło wygląda starcie dwóch tak potężnych stron… Mogłam ciebie o to zapytać.
Na mojej twarzy ukazał się ledwo dostrzegalny uśmiech, ale zniknął równie szybko, jak się pojawił. Nie musiałam zamykać oczu, obrazy przesuwały się w mojej głowie jeden po drugim, chronologicznie, jak gdyby to wszystko działo się w tej chwili, a ja stałam gdzieś obok walczących. Jakbym była martwa.
- Z początku wszystko wskazywało na to, że jesteśmy wygrani. Czarny Pan bez problemu przedarł się przez magiczne zapory, jednak sam nie walczył. Pozwolił mi polecieć. Widziałam wszystko z góry. Ludzie wyglądali jak mrówki. Taka czarna, nieustannie poruszająca się masa strzelająca na oślep zaklęciami. Nie miałam pojęcia, jak rozpoznają się nawzajem. Bawiło mnie to. Nie mogłam przyjąć do wiadomości, że ktokolwiek z naszych może zginąć. Byłam przekonana, że polegną ci, na których mi nie zależy, z którymi nie miałam nigdy do czynienia. Zachwycał mnie cały ten chaos, walczący śmiertelnicy. Czułam się bezpieczna, bo wiedziałam, że nikt nie jest w stanie ściągnąć mnie na ziemię lub zabić, ja sama zaś mogłam zrobić, co mi się tylko podobało. Wszystko przypominało mi jakieś… przedstawienie. W końcu Czarny Pan mnie wezwał. Byłam trochę zawiedziona, ale zrobiłam, co mi kazał. Przeniosło mnie do Wrzeszczącej Chaty, z początku nie miałam pojęcia, po co ta cała szopka. Był tam Voldemort i był Snape. I później… Boże…
Coś ścisnęło mnie w gardle, a ja zacisnęłam powieki i skrzywiłam się okropnie, żeby pohamować łzy. Głowę miałam pełną zaprzeczeń, tęsknot za wujem, goryczy, wielkiej, bolesnej miłości i nienawiści zarazem. Nienawidziłam go za to, co uczynił, choć jedyne, czego teraz pragnęłam, to jego pocałunku. Tylko spokój i cisza jego ramion mogła ukoić moje złamane serce. Zaczerpnęłam gwałtownie powietrze, głos wciąż mi się trochę łamał, ale uparcie mówiłam dalej:
- Jakoś wróciłam do polany w Zakazanym Lesie, gdzie przebywali Śmierciożercy. Nie byłam wtedy sobą, więc mu wybaczyłam. Tym razem Czarny Pan wezwał Pottera do miejsca, w którym przebywaliśmy. Tam miał z nim walczyć, ale chłopak się poddał. Potem padło zaklęcie… myślałam, że to już koniec. Wtedy pierwszy raz się przeraziłam. Coś poszło nie tak… niby Potter leżał martwy na trawie, ale Voldemort również nie wykazywał oznak życia. Ale przepowiednia nie mówiła o tym, że muszą zginąć oboje, wręcz przeciwnie. Żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje. No i nie woniał też trupem. Zaczęłam jednak myśleć o tym, co będzie, jeśli Czarny Pan już się nie obudzi… a on powstał. Byliśmy zwycięzcami. Zabił Harry’ego Pottera, zaniósł jego ciało do Hogwartu. Był taki dumny ze swego dokonania. Po tylu latach udało mu się zamordować swoją jedyną przeszkodę, która stała mu na drodze do nieśmiertelności. A ja byłam przekonana, że teraz już będziemy żyć długo i szczęśliwie. Coś jednak nie poszło po naszej myśli… wciąż się za to winię… okazało się, że Potter przeżył. Kolejny raz wymknął się śmierci, a ja nie wyczułam, że nie jest martwy. Na nowo rozgorzały walki. Tym razem nie było już tak, jak wcześniej. Coś się zmieniło. Wszyscy walczyli na śmierć i życie, gdyż Lord Voldemort wkroczył w samo centrum bitwy. Zostałam ranna, ale ogarnęło mnie takie szaleństwo… pierwszy raz naprawdę chciałam zabijać. Nie dla krwi, lecz dla samego zabijania… Po chwili walczyli już tylko Potter i Czarny Pan. Przywiązał mnie do ściany, jakby myślał, że to mnie powstrzyma. Ha, głupi!
Roześmiałam się przez łzy, ale wargi szybko wykrzywiły się w odrażającym grymasie. Obraz był zbyt realistyczny.
- Dwa zaklęcia się zderzyły, a później straciłam wszystko…
Cała zadrżałam. Nie byłam już w stanie panować nad sobą. Filiżanka upadła i roztrzaskała się u moich stóp. Łzy zalały mi twarz, a ja zanosiłam się szlochem jeszcze przez długi czas. Jacques milczał. Machnął jedynie różdżką, aby pozbyć się kawałków kolorowej porcelany i zimnej już herbaty z podłogi. Pozwolił mi się uspokoić, choć trwało to jakiś czas. Moje łzy były puste, ponieważ już dawno opłakałam śmierć wuja. Rozpaczałam raczej nad swoim dawnym cierpieniem, niż nad losem mego pana.
Przełknęłam ostatnie łzy, odetchnęłam, podniosłam głowę i uśmiechnęłam się.
- Ściągnęłam go z powrotem. To moje najszczęśliwsze wspomnienie.
Jacques patrzył na mnie z mieszaniną niepokoju i wstrętu. Jakby to, co powiedziałam, było okropnym bluźnierstwem przeciwko Bogu. Ale przecież nie było. Gdyby nie było Mu to miłe, nie pozwoliłby Czarnemu Panu powrócić. A ja nie miałam takiej mocy, która mogłaby Mu dorównywać.
- To przecież wbrew jakimkolwiek zasadom – wyszeptał. Choć jego twarz wyrażała setki emocji, głos miał spokojny i opanowany, jak gdyby dyskutował ze mną o meczu quidditcha.
- Absolutnie nie. Moja dusza za duszę Czarnego Pana.
- Przecież żyjesz…
W tym momencie się opamiętałam. Jacques był nie przywykł do wszelkich dziwactw, które zwykle mnie otaczały. Nie powinien wiedzieć o wszystkim. Nie obawiałam się, że nie będzie w stanie znieść tego, co robiłam i mnie wyrzuci, nie. Bałam się o niego. Nie chciałam na siłę wpychać go do świata, w którym tak naprawdę nigdy nie chciałby się znaleźć. Wolałam oszczędzić mu bólu.
- Żyję – przyznałam. – Jestem nieśmiertelna. Teraz żałuję, że tak się stało. Przez pomyłkę przywróciłam do życia kogoś, kto wszystko zepsuł.
- Kogo?
Popatrzyliśmy sobie w oczy.
- Dumbledore’a.
Jacques westchnął ciężko. Ta wiadomość z pewnością zwaliłaby go z nóg, gdyby nie siedział w fotelu. Zacisnął dłonie mocno na kolanach i wcisnął się sztywno w miękkie oparcie.
- Już wszystko rozumiem. On cię przegnał, bo ściągnęłaś tu jego wroga?
Ściągnął wargi, zastanawiając się nad swoimi własnymi słowami. Nie chciałam, by oceniał Czarnego Pana. Nie pragnęłam się na nim mścić czy przystać do przeciwnej mu strony, lecz wrócić do jego łask, ale nie wiedziałam, jak to zrobić. Może błagania w końcu by go ugięły, złamały jego surowe zasady, nieodwracalne postanowienia…
- Więc dlaczego nie wrócisz do matki?
Wzruszyłam ramionami i spuściłam głowę. Tak, przeszło mi to przez myśl, lecz szybko musiałam odegnać od siebie ten zamiar, ponieważ wiedziałam, że to najgorsze, co mogłabym zrobić. Bardziej szczęśliwe mogło się okazać pozostanie w domu Voldemorta i błaganie go o wybaczenie.
- Nie wiem, czy chcą mnie widzieć – wyznałam. To również bardzo kłuło moje złamane już serce, jednak ból stłumiony był tęsknotą za wujem. – Jesteś jedyną osobą, której nie wyrządziłam żadnej krzywdy.

~*~


         Będę miała dla Was niespodziankę związaną z kolejnym rozdziałem, a także drugą związaną z całą Siostrzenicą, jednak zarówno na pierwszą, jak i na drugą trzeba będzie trochę poczekać. Coraz bardziej zaczyna mi nie wystarczać samo blogowanie. Chciałabym zrobić coś więcej dla fanfików, które piszę i dla Was. Jakoś to… rozbudować. Ale zanim ambicje całkowicie się we mnie rozbudzą, muszę nadrobić pisanie xD Przypominam o głosowaniu w sondzie, do której link znajdziecie tutaj. Dzisiejszy rozdział dedykuję Leanne :*