3 kwietnia 2010

Rozdział 252

Wskazałam Spirydionowi mój tron, a sama usiadłam na poręczy kamiennego fotela wuja. Uśmiechając się zachęcająco, patrzyłam to na jednego, to na drugiego. Obaj niestety milczeli. Uniosłam nieco brwi, a uśmiech powoli spełzł mi z twarzy.
- O co chodzi? – spytałam. – Myślałam, ze dobrze zrobiłam, aranżując to spotkanie.
Voldemort spojrzał mi ze złością w oczy.
- Ty nic nie aranżowałaś. Po prostu pojawiłaś się tu nagle ze Spirydionem. Nic więc dziwnego, że jestem zaskoczony – odpowiedział. – Ale dobrze, nic się nie stało. Idź do Barty’ego.
Tym razem nie musiałam już udawać zadziwionej.
- Co? Po co mam iść… - zaczęłam.
- Idź do Barty’ego – powtórzył.
Na twarzy Czarnego Pana nie malowała się żadna z cieplejszych emocji. Wręcz przeciwnie, był tak stanowczy i poważny, że nie ośmieliłabym się mu sprzeciwić. Wstałam bez słowa i ruszyłam w stronę drzwi, rzucając mu obrażone spojrzenie. Specjalnie trochę zbyt głośno trzasnęłam drzwiami, aby mu pokazać swoje niezadowolenie.

Mamrocząc obelgi i przekleństwa pod nosem, dotarłam do pokoju Barty’ego, zapukałam i weszłam do środka. Na początku nie zobaczyłam nikogo, chociaż dziwne było, że drzwi były otwarte. Dopiero później zorientowałam się, gdzie właściciel pokoju się znajduje. Klęczał na podłodze, do połowy ukryty w szafce. Kiedy usłyszał, że ktoś, w tym przypadku ja, wchodzi do środka, chciał się wyprostować, ale przecież tkwił w szafce, więc uderzył głową w drewno. Z grymasem niezadowolenia na twarzy, wyczołgał się na powierzchnie. Na ten widok parsknęłam śmiechem.
- Nie wiedziałam, że mamy takie głębokie szafki – odezwałam się, podchodząc bliżej.
- Mogłaś mnie chociaż ostrzec, że to ty – powiedział mi, pocierając bolące miejsce, w które rąbnął głową o szafkę.
- A co, spodziewałeś się kogoś innego?
Crouch popatrzył na mnie, jakbym sobie z niego bardzo paskudnie żartowała.
- Nie wiem, czy do ciebie dotarło – zaczął mówić bardzo wyraźnie i powoli. – Ale w każdej chwili może tu wpaść Zakon na czele z Dumbledore’em. Czyli mogę rzec, że, tak, spodziewam się kogoś.
- Dobra, dobra…
Usiadłam po turecku tam, gdzie stałam, obserwując Barty’ego przez kilka sekund.

- Spirydion tu jest – odezwałam się w końcu. – Spirydion. Wiesz, mój brat.
- Pamięć mam lepszą, niż ci się wydaje.
Zmarszczyłam czoło, słysząc te słowa. Mógł się na mnie złościć, że przeze mnie nabił sobie guza na głowie, że przeszkodziłam mu w pracy, ale sarkazmu z jego strony nie zniosę. A zwłaszcza już bez powodu.
- Słuchaj, rozumiem, że wszyscy żyjecie w ciągłym stresie, ale nie życzę sobie, żebyś obrażał mnie na każdym kroku i wyładowywał na mnie swoją złość – oświadczyłam głosem suchym, jak trzaśnięcie pułapki na myszy.
Barty stał przez chwilę w miejscu, przyglądając się mi; w końcu twarz mu się rozluźniła, a on sam usiadł obok mnie i powiedział o wiele pokorniejszym głosem:
- Przepraszam. Ale sama widzisz, w jakich czasach teraz żyjemy. Już wiem, jak się musiał czuć Alastor Moody.
Zaśmiałam się cicho. To fakt, Moody teraz stał się jeszcze bardziej nerwowy i nadpobudliwy, niż był dawniej.
- Rządzicie całą społecznością mugoli i czarodziejów – stwierdziłam. – I tak się zachowują władcy? Wzdrygają się na jakikolwiek głośniejszy dźwięk, bo banda paszczaków może was zaatakować?
Znów się roześmiałam, ale tylko dlatego, żeby podkreślić wagę tych słów. Nic już więcej nie powiedziałam, tylko obserwowałam reakcję Barty’ego.
- Oni wiedzą, gdzie jest nasza kwatera główna – odezwał się po chwili milczenia. – A my nie wiemy.
Uśmiechnęłam się tajemniczo.
- Wy nie wiecie, masz rację. Ale ja wiem.
Mrugnęłam do niego. Oczywiście, nie zamierzałam mu tego wyjawić, przecież w Norze ukrywali się nie tylko Weasleyowie, z którym zresztą nie byłam jeszcze skłócona, ale był tam też Syriusz. Na wspomnienie Wąchacza poczułam ukłucie żalu. Musiał się gnieździć w takim małym, chwiejącym się domku, a przecież mógł zamieszkać u mnie. To znaczy, u Ghostów. W moim pokoju. Skoro wydziedziczyli mnie, bo tylko tak mogę to nazwać, pokój, w którym sypiałam był już wolny. Nie był to pałac, ale z pewnością było w nim o wiele więcej miejsca, niż w całym domu Weasleyów. No i nie było tam też tylu domowników, przynajmniej na razie.

Wyciągnęłam przed siebie nogi, wpatrując się w czubki glanów.
- Kiedy wyjeżdżasz? – spytałam nieśmiało.
Starałam się, żeby mój głos zabrzmiał niewinnie, tak, jakby mnie to wcale nie interesowało, ale nie bardzo mi to wyszło.
- Zapewne niedługo – brzmiała odpowiedź. – Ale nie chcę, żebyś myślała, że wyjeżdżam, żeby nie walczyć, jeśli ewentualnie odbędzie się jakiś najazd na twój dom. Nie, robię to, bo Czarny Pan tego chce.
Pokiwałam głową. Byłam jednak pewna, że nie robi tego tylko dla swojego pana. Oczywiście, nie ucieka stąd, ale pewnie chciał pobyć trochę w swoim kraju, którego przecież nie widział już od dawna… Może chciał odwiedzić swoją rodzinę, jeśli jakąś miał… Nie zazdrościłam mu tego, że miał sposobność zobaczenia swojej ojczyzny, ale poczułam dziwny smutek. Ja Francji nie zobaczę może nawet nigdy… A przecież mogłam się w każdej chwili tam teleportować. Po prostu nie mogłam tam się znaleźć, choć było to moim największym marzeniem.

Barty przysunął się i objął mnie ramieniem.
- Co się stało? – spytał.
- Nic. Tylko tęsknię za Paryżem.
Nie płakałam, nie miałam przecież żadnego powodu. Wystarczająco już łez wylałam, rozpaczając za ukochaną ojczyzną.
- A więc mieszkałaś w Paryżu – stwierdził Barty. – Byłem we Francji, ale ty pewnie byłaś jeszcze mała.
- Ile miałeś lat?
- Dwanaście.
Nic na to nie odpowiedziałam. Fakt, byłam jeszcze mała. Miałam pięć lat, mieszkałam już w Polsce. I oto ujawnia się następny powód, za który nienawidzę moich biologicznych rodziców. Wywieźli mnie z Francji, myśląc, że nie będę za nią tęsknić. A ja jestem patriotką, bez dwóch zdań. Nie chcę ich już więcej na oczy widzieć. Choćby nawet umierali. Nie chcę o tym wiedzieć.
- Zróbmy to ostatni raz, zanim wyjedziesz – powiedziałam cicho i objęłam go rękami za szyję. Barty pochylił się, żeby mnie pocałować.

*

Mogłabym powiedzieć, że humor trochę mi się poprawił, chociaż było to złudne uczucie. Kiedy coś mnie bardzo zasmuciło, nie stawałam się radosna po kilku minutach. Musiało minąć trochę czasu, zanim doszłam do siebie.
- Wrócisz przed wakacjami? – zapytałam.
Barty oparł się na łokciu i objął mnie w talii.
- Nie wiem. Być może – odpowiedział i pocałował mnie w szyję.
- Zastanawiałam się, czy gdybyś spotkał nagle Syriusza Blacka – zaczęłam dość nieprzyjemny temat. – Zabiłbyś go, pojmał, czy pozwoliłbyś mu odejść?
Uśmiech powoli spełzł z twarzy Croucha. Milczał przez chwilę, myśląc nad odpowiedzią.
- Jeśli minąłby mnie bez słowa, nie ścigałbym go – odpowiedział w końcu. – Jeśli by się zatrzymał i się do mnie odezwał, walczyłbym z nim. A jeśli sam podjąłby pojedynek, zabiłbym go.
Uniosłam jedną brew, zastanawiając się nad sensem tych słów. Cóż, dobrze przynajmniej, że Syriusz jest bardzo dobrym czarodziejem, bo jestem pewna, że wdałby się w bitwę z Bartym.
- Ale w dekalogu twojego Boga jest napisane…
- Wiem, co jest napisane – przerwał mi ostro.
Oj, niedobrze, znów tej jego ton. Zacisnęłam wargi, żeby się powstrzymać przed wypowiedzeniem jakiegoś przekleństwa. Pozwoliłam mu się pocałować, choć niechętnie.

Nagle usłyszałam ciche pukanie. Poczułam, jak skręca mi się żołądek. Usiadłam gwałtownie, szukając nerwowo różdżki. Przeraziłam się jeszcze bardziej, kiedy usłyszałam dochodzący zza drzwi głos Spirydiona:
- Można wejść?
- Eee… tak, tak, za momencik! – odpowiedziałam mu na wydechu, łapiąc różdżkę, leżącą pod łóżkiem. – Nie zamknąłeś drzwi?
Ostatnie słowa wysyczałam do Barty’ego. Jego milczenie wydało mi się oczywiste. Nie zamknął drzwi. Machnęłam różdżką, a moje i Croucha ubrania wróciły na swoje miejsce. Drugie machnięcie, a łóżko powróciło do swojego poprzedniego stanu. Cóż, Stworek nie będzie miał tak dużo do sprzątania.
W ostatniej chwili udało mi się przywrócić ład, bo wszedł Spirydion. Na jego twarz malowało się lekkie zażenowanie i niepewność.
- Dlaczego masz bluzkę założoną tył do przodu? – zapytał.
Spojrzałam gwałtownie na bluzkę. Miał rację. Teraz słynny napis „I love army” miałam na plecach. Barty machnął swoją różdżką, a napis i cała reszta powróciły na swoje miejsce.
- Już sobie porozmawiałeś z wujkiem? – spytałam takim tonem, jakby nic się nie stało.
- Tak… Powiedział, żebym poszedł cię poszukać – odpowiedział cicho, nadal bardzo zażenowany zaistniałą sytuacją.
Uśmiechnęłam się trochę zbyt szeroko.
- To idź mu powiedz, że już mnie znalazłeś – poradziłam bratu. – Chcesz już wracać do Hogwartu?
Spirydion czym prędzej opuścił pokój, na szczęście nie zapominając o zamknięciu drzwi, czego Czarny Pan z pewnością nigdy nie robił. Ciekawe, czy w kiblu też się nie zamykał…

Kiedy brat już na pewno odszedł na odpowiednią odległość od sypialni, odetchnęłam z ulgą i zwróciłam się do Barty’ego.
- Wiesz, jak było blisko? – spytałam. Głos mi trochę drżał ze zdenerwowania. – Tyle brakowało, żeby się dowiedział.
Prawie zetknęłam dwa palce, w celu zademonstrowania naszych szans.
- A wszystko przez to, że nie zamknąłeś drzwi – dodałam takim tonem, jakby to przesądzało sprawę.
Crouch tylko wzruszył ramionami.
- Czarny Pan i tak już wie -  stwierdził. – Dwadzieścia siniaków więcej czy mniej… co za różnica.
Popatrzyłam na niego ze zgorszeniem.
- To, że ty przyzwyczaiłeś się już do siniaków – powiedziałam mu. – Nie znaczy, że ja się przyzwyczaiłam do oglądania ich na tobie.
Objęłam go za szyję i pocałowałam w usta. Szybko odsunęłam się od niego i zeskoczyłam z łóżka.
- Sophie – odezwał się jeszcze Crouch, zanim dotarłam do drzwi. – Jeśli chcesz wiedzieć, kiedy wyjeżdżam, wyślę ci sowę. No, chyba że nie chcesz, to…
- Oczywiście, że chcę, myślałam, że to oczywiste, że mnie poinformujesz – przerwałam mu. – Au revoir!
Pomachałam mu na pożegnanie ręką i wyszłam.
Spirydion opierał się o balustradę, wystukując jakąś melodię butem. Kiedy mnie zobaczył, wyprostował się i podszedł do mnie.
- Co ty tam robiłaś? – zapytał, o wiele bardziej już śmiało. Najwidoczniej krępowała go obecność Barty’ego, nie wiem, dlaczego.
- Nie twoja sprawa – odpowiedziałam mu, bardziej skupiona na rozglądaniu się, czy Czarny Pan gdzieś nie węszy. Chwyciłam brata za przegub i teleportowałam się. Kurde, jak to się mogło stać, że wpadłam w takie ogłupienie?

~*~

Nie wyszło najciekawiej, pardon. Miałam wenę, ale tylko na początku, potem poszłam święcić jaja do kościoła, więc wena nagle zniknęła. Cóż, bywa. Ten szablon jeszcze przez trochę zostawię, później zmienię na chwilę, żeby się nie znudził xD Dedykacja dla alice.