19 grudnia 2009

Rozdział 219

Obudziłam się kilka godzin później. A właściwie, zostałam brutalnie wydarta ze snu. Ktoś chlusnął mnie kubłem lodowatej wody. Przez tą chwilę, kiedy byłam jeszcze w stanie szoku, myślałam, że zamarznę. Że moje oczy zamienią się w lodowe, lśniące kule, a włosy staną się soplami lodu.

Zaczęłam kaszleć, krztusząc się zimną wodą i powietrzem. Czułam, jakby tlen w moich płucach zamieniał się w kryształki lodu. Zauważyłam, że nie mam taśmy na ustach. Idioci. Przecież mogłabym znów ich zahipnotyzować.
Carl zarechotał triumfalnie. Przypomniał mi nagle Umbridge. Wzdrygnęłam się z obrzydzenia.
- Czemu mnie nie zakneblowałeś? – wyszeptałam.
Poczułam straszliwy ból gardła, nawet przy oddychaniu, nie mówiąc już o wypowiadaniu słów, a co dopiero przy śpiewaniu.
- Bo nic nam nie zrobisz – powiedział. – Sama z resztą widzisz, ledwo mówisz. Nie dasz rady zaśpiewać.
Miał rację. Nie był zbyt inteligentny, przyznaję, ale potrafił chociaż dobrze dysponować tą minimalną resztką rozumu, którą miał. Bo jego towarzysz był kompletnym tłukiem.
Westchnęłam ochryple. Przy każdym wdechu i wydechu słyszałam dokładnie chrobot, wydobywający się z mojej piersi. Umrę. Jeśli nie od słońca czy kul, które ci łowcy wampirów ładowali we mnie, to od zwyczajnej, banalnej choroby, jaką jest zapalenie płuc.

Carl siedział ze mną, nie mówiąc ani słowa. Po prostu siedział na drugim końcu pomieszczenia, bawiąc się różdżką. Światełko na jej końcu migało, co irytowało mnie coraz bardziej. Zwróciłam mu uwagę parę razy, ale on mnie ignorował.

Na korytarzu rozległy się kroki, a ja już stąd poczułam zapach tego drugiego, Boba. Poprosił kolegę, żeby wyszedł na zewnątrz. Z ulgą przyjęłam jego propozycję, bo smród jednego i drugiego był nie do zniesienia. Najwidoczniej pilnowanie mnie zastąpiło mi korzystanie z prysznica.

Carl wrócił po kilku minutach. Wyglądał na trochę zdenerwowanego. Usiadł w kącie, utkwił wzrok w moim bucie i zaczął się sennie kiwać.
Wkrótce głowa opadła mu na ramię, a on sam zachrapał donośnie. Świetnie. Teraz będzie mnie jeszcze chrapiący koleś wkurzał. Nienawidziłam chrapania. Był to chyba najbardziej irytujący mnie odgłos, jaki kiedykolwiek ktoś wydał.



Carl nie pospał sobie długo. Minął chyba zaledwie kwadrans, kiedy obudził się z głośnym chapnięciem. Na początku był przerażony faktem, że przysnął. Rozejrzał się dookoła, podniósł różdżkę z podłogi, na którą upadła, wymykając mu się z ręki. Kiedy poświecił na mnie i stwierdził, że nadal siedzę pod ścianą, przykuta łańcuchami, twarz mu się rozluźniła.

Na korytarzu znów rozległy się kroki. Boba oczywiście. Wyczułam jego zapach. Stało się nagle kilka niespodziewanych, dziwnych rzeczy. Najpierw dało się słyszeć głuchy jęk, poczułam zapach krwi i rozległ się huk podobny do martwego ciała, osuwającego się na podłogę.
Nie był to jednak koniec podejrzanych wydarzeń. Ktoś wyrwał drzwi z zawiasów. Do środka wejrzała znajoma mi głowa czarnowłosego mężczyzny o opalizującej skórze.
- Wybaczcie, że wpadam bez zapowiedzi – powiedział.
Zanim Carl zdążył zareagować, wampir chwycił go w ramiona i skręcił mu kark. W pokoju rozległ się trzask łamanych kości.

Armand odrzucił ciało czarodzieja i podszedł do mnie. Byłam zbyt zszokowana jego nagłym pojawieniem się, i zbyt przemarznięta, żeby się odezwać. Mistrz skruszył kajdany, pętające moje nadgarstki, jak kruchą muszlę. Łańcuchy puściły, niczym gnijące sznurki.
Podtrzymywana tym całym żelastwem kilka centymetrów nad ziemią, osunęłam się po ścianie na podłogę.
Armand zachowywał się całkiem spokojnie, choć ręce mu trochę drżały, kiedy przyciskał moją głowę do swojej szyi. Resztką sił zrobiłam nową ranę i przywarłam do niej.
Żyły na całym ciele zapiekły mnie, kiedy krew dotknęła moich spierzchniętych warg. Nie myślałam już o mugolskim głodzie, o zmęczeniu, tęsknocie za bliskimi, zimnie, które panowało… Liczyła się tylko krew, przepływająca przez moje gardło i docierająca do każdej, krzyczącej z pragnienia tkanki.

Piłam tak, bez chwili przerwy, co chwilę tylko zaczerpując powietrza. Armand spokojnie podtrzymywał moją głowę. Nie zerkał do tyłu, jakby się obawiał, że reszta łowców zechce zobaczyć, co się dzieje. Pewnie wybił wszystkich, dlatego był taki ciepły. Ogrzała go krew ich wszystkich.

Odsunęłam się od niego, kiedy już poczułam, że więcej nie mogę wypić. Przeciągnęłam językiem po wargach. Czułam się bez wątpienia silniejsza.
- Chodźmy – powiedział cicho Armand.
- Zabiłeś ich wszystkich – mruknęłam.
- Tak.
- Nawet taką dziewczynę w czarnym koku? – spytałam.
Wampir skinął głową. Wyprowadził mnie z pokoju. Była to właściwie jakaś buda, do której prowadziła droga, wykładana betonowymi płytkami. Nie było na nich ani płatka śniegu czy lodu, podczas gdy dookoła szalał wiatr.

Doszliśmy do jakiegoś małego domu. Na progu leżało ciało tej czarnowłosej dziewczyny. Zatrzymałam się na moment, patrząc w milczeniu w jej ciemne, wytrzeszczone ze strachu oczy, w zastygłe w tych szklanych kulach zdziwienie.
- Ona jedyna była dla mnie miła w tym piekle – odezwałam się.
Armand nic nie odpowiedział. Wiedział, że nie jest mi przykro po jej śmierci. Nic do tej kobiety nie czułam, po prostu wolałam, żeby żyła. Nie zasłużyła na śmierć, ale co mnie ona może obchodzić?

Spojrzałam w niebo. Księżyc był już w pełni, jednak nie było go widać zza gęstych, ciemnych chmur, pokrywających prawie całe niebo.
Zapytałam Mistrza, ile dni tu spędziłam.
- Jakiś tydzień – odpowiedział krótki.
Wziął mnie na ręce. Uparł się, żebym nie leciała samodzielnie, a przecież byłam już prawie zdrowa. Jego krew wyleczyła przeziębienie. Czułam tylko nieprzyjemny dreszcz, kiedy wiatr wiał po ramieniu, w którym zrobione były przez nabije dwie dziury.


Armand zaniósł mnie do swojego domu. Do tej wierzy, w której zupełnie bezwiednie poszłam z nim do łóżka. Nie wywołało to miłych wspomnień.
Wampir posadził mnie na łóżku, po czym podszedł do szafy, w której zaczął grzebać. Wyciągnął jakąś buteleczkę i białą, koronkową chustkę. Powrócił do mnie, ukląkł na zakurzonym dywanie i kazał mi zdjąć kurtkę. Zrobiłam, co kazał.
Mistrz, niczym jakiś doświadczony uzdrowiciel, obejrzał dwie dziury po obu stronach ramienia, mrucz coś do siebie pod nosem.

- Kule przeszły na wylot – stwierdził w końcu. – Zrośnie się samo, ale widzę, że nie miałaś do czynienia z żółtodziobami. Użyli kul z ciekłym srebrem. Moja krew pomoże twojemu organizmowi przezwyciężyć truciznę, ale może to zająć kilka dni. Będzie cię bardzo bolało. Ale jest łatwiejszy sposób.
Wylał na chusteczkę połowę butelki owego tajemniczego, przezroczystego płynu i kazał mi to przytknąć do ran. Zrobiłam to wszystko.
- Dlaczego oni chcieli mnie zabić? – spytałam.
- To łowcy wampirów – odparł. – Oni…
Zawahał się.
- Oni? – powtórzyłam zachęcającym tonem.
- Oni ścigali mnie przez te sześć lat – odpowiedział ze skruszoną miną. – Dlatego musiałem cię zostawić. Ścigali mnie, a ja nie chciałem narażać cię na niebezpieczeństwo.
Otworzyłam usta, ale żaden dźwięk się z nich nie wydobył. Wzruszyło mnie jego wyznanie. Przez wszystkie te lata miałam do niego żal, nienawidziłam go za to, że porzucił mnie bez słowa wyjaśnienia.
- Wiesz, że jest mi strasznie przykro – dodał. – Nie śledzili mnie ci dwaj, to idioci. Tamci byli niebezpieczni. Uzbrojeni jeszcze bardziej, niż ten cały Bob i Carl. Gdyby chcieli, mogliby cię wtedy zmieść z powierzchni ziemi.
- Nie tłumacz się już – przerwałam mu. – Nie musisz. Dziękuję, że mi powiedziałeś.
Armand wyciągnął spod łóżka trumnę i wszedł do niej. Przywołał mnie ruchem ręki. Zanim zdążyłam zareagować, wciągnął mnie do środka. Od dawna nie spałam w  trumnie, ale nie czułam strachu.
Położyłam się obok stwórcy, a on zamknął wieko. Mogłabym powiedzieć, że był moim rycerzem na białym koniu, który przyjechał, żeby uratować swoją księżniczkę z wieży. Ale nie pasował do takiego opisu, nieprawdaż? Został więc po prostu Czarnym Rycerzem.

~*~

Dziś dodałam rozdział na Selene Snape, więc tu trochę krócej.

Cóż, było do przewidzenia, że tak się stanie, ale niektóre odcinki już takie są. Dedykacja dla Monsmornii :*