16 października 2009

Rozdział 197

Przeszukałam całą okolicę. Jednak im bardziej oddalałam się od domu, zapach słabł. Klnąc pod nosem, wróciłam do Dziury. Wspięłam się zwinnie po murze budynku i weszłam przez okno do swojej sypialni.
- Ja nie wiem, co oni sobie myślą – mruknęłam, wściekła do granic możliwości.
- Za to ja myślę, że ty po prostu za bardzo tęsknisz za Armandem – odpowiedział cicho Black, siadając na brzegu biurka.
- A co ty możesz o tym wiedzieć – warknęłam i zatrzasnęłam okno, żeby nie wpuszczać więcej do środka zimowego powietrza.
- No, trochę się orientuję w twoim świecie – odparł, rozbawiony moim oburzeniem. – I może moje słowa zabrzmią brutalnie, ale na twoim miejscu nie łudziłbym się, że on wróci…
- Ale ja wiem, że mnie nie olał, dobrze? – przerwałam mu ze złością w głosie. – Jutro jadę do Hogwartu, nie będę wiecznie się ukrywać.
Syriusz prawidłowo odczytał to jako prośba o pozostawienie mnie samej, bo wstał. Wyciągnęłam spod łóżka kufer i otworzyłam szafę. Bes, mając nadzieję, że zostanę dłużej w domu, rozpakowała wszystkie moje rzeczy.
Black podszedł jeszcze do mnie i pocałował mnie w czoło.
- Dobranoc, księżniczko – powiedział na pożegnanie i odszedł.

Długo jeszcze siedziałam przy oknie, bardzo zawiedziona, że to wszystko mi się zdawało. W głębi serca czułam jednak, że któryś z nieśmiertelnych był niedaleko. Musiał wrócić. Tak nagle by mi się nie przywidziało.
Gloria wemknęła się do mojego pokoju i wskoczyła mi na kolana. Mimo że mój wzrok nadal utkwiony był w wielkim, srebrnym księżycu, widniejącym na czystym, bezchmurnym niebie, widziałam, jak jej żółte, opalizujące oczy utkwione są w moich.
Instynktownie spojrzałam na kotkę. Gdzie była? Skąd się tutaj wzięła? Patrzyła na mnie tak inteligentnym wzrokiem, że nie zdziwiłabym się, gdyby nagle do mnie przemówiła.
Wstałam i odstawiłam ją do jej koszyka. Wychyliłam jeszcze głowę przez uchylone drzwi. Na górze panowała cisza, a wszystkie światła były pogaszone, ale w salonie świece się paliły. Widziałam delikatną poświatę ich płomieni przez barierkę od schodów. Syriusz pewnie rozmawiał z Bes i Sethim, który wrócił dopiero do domu. Gdy szukałam tego nieśmiertelnego, widziałam, jak się aportował na podwórku.
Rozmawiali o Zakonie Feniksa. Mówili, jak to dobrze, że mają w takich czasach takiego człowieka jak Dumbledore. Czy oni nie mają innych tematów? Mogli by na przykład porozmawiać o Maryśce, pracującej w osiedlowym warzywniaku. Ostatnio obiło mi się o uszy, że złapała złodzieja w swoim sklepie…

*

Rano wstałam wypoczęta i szczęśliwa. Nareszcie wracałam do normalnego życia, chociaż czułam się, jakbym wyruszała pierwszego września na rozpoczęcie nowego semestru. Z tą tylko różnicą, że za oknem padał śnieg. Listopad nieubłagalnie zbliżał się do końca. Jeszcze tylko kilka dni i będzie już grudzień. A wraz z nim przerwa świąteczna. I znów wrócę do domu. Mogłabym częściej próbować się zabić.

Bes zdołała wepchnąć we mnie ósmego tosta. Kiedy ociężała od nadmiaru śniadania, brnęłam przez śnieg do ramki, obiecałam sobie, że tego dnia nic już więcej nie zjem.
Teleportowałam się za bramką, żeby nie naruszyć zaklęcia niewykrywalności, takiego, jakim opatrzony był Hogwart.
Wpadłam w wielką zaspę śniegu na skraju Zakazanego Lasu. Aż mi się ciepło zrobiło na sercu, kiedy zobaczyłam ten legendarny zamek. Otrzepałam się ze śniegu, wytrzepałam go zza kołnierza, chwyciłam wściekłą Glorię pod pachę, rączkę kufra i ruszyłam w stronę szkoły.

Weszłam do środka. Filch znowu nie zamknął drzwi na zasuwę. I oni mają zamiar uchronić uczniów przed Śmierciożercami? Szkoda, że jeszcze nie zatrudnią dementorów.
Miałam nadzieję, że uda mi się przemknąć do dormitorium całkiem niezauważona, ale właśnie, kiedy zamknęłam za sobą drzwi wejściowe, większość uczniów skończyło spożywać śniadanie i wystąpiło dumnie z Wielkiej Sali. Ku mojej rozpaczy, zauważyłam wśród nich Dracona, który również na mnie spojrzał. Nie było jednak w jego towarzystwie Ashley Pail, co by oznaczało, że albo poprawia tapetę, albo jeszcze śpi.

Nie miałam pojęcia, o czym będę z nim rozmawiała. Malfoy ruszył w moim kierunki. Dosyć. Nie ma tego dobrego. Gnojek nie będzie mnie nachodził.
Chwyciłam walizkę i szybkim krokiem udałam się w stronę lochów.
Draco dogonił mnie, ale tego raczej się spodziewałam. Wcale przed nim nie uciekałam. Okażę większą dojrzałość umysłową i nie będę się z nim bawić w berka.
- Cieszę się, że już jesteś – odezwał się.
- Z jakiej to okazji odzywasz się do mnie? – zapytałam surowym tonem. – Czyż nie byłam dla ciebie drugą Trelawney, głupią jak ona i brzydką jak Umbridge? Tak właśnie o mnie mówiłeś.
Przyspieszyłam kroku. Nie pozwolę, żeby taki dzieciak zepsuł mi ten piękny dzień.
- Nie mówiłem tak o tobie – powiedział, prawie biegnąc obok mnie. – To Ashley. Ona to wszystko uknuła.
Zatrzymałam się gwałtownie.
- Nie wspominaj przy mnie o tej osobie – wycedziłam, marszcząc groźnie brwi. – I nie kłam. Ta idiotka nie wymyśliłaby nawet poprawnie skonstruowanego zdania, a co dopiero taki plan.
Znów ruszyłam w dalszą drogę. Zatrzymałam się przed ścianą, za którą ukryte było przejście do dormitorium Ślizgonów.
- Królik w skarpetkach – dodała.
Ściana nawet nie drgnęła. Aż zadrżałam ze złości.
- Królik w skarpetkach – powtórzyłam głośniej i wyraźniej, ale nic się nie stało. Zwróciłam się do Malfoya: - Co to ma być? Dlaczego zmieniasz hasło bez skonsultowania tego ze mną?
Ten tylko wzruszył ramionami.
- Nowe hasło brzmi Hagrid to rybia głowa – odparł.
Głupie hasło aktywowało ścianę, która odsunęła się. Przekroczyłam próg i przeszłam przez korytarz. Draco zatrzymał mnie jednak w połowie drogi do klatki schodowej.
- Proszę cię, daj mi wyjaśnić – w jego głosie słychać było żałosną prośbę.
Zniecierpliwiony wzrok utkwiłam w jednej z czaszek, umieszczonych pod sufitem.
- Po co? – spytałam zniecierpliwiona jego towarzystwem. – Czego ty ode mnie chcesz? Nie możesz dać mi spokoju? Nie martw się, nie będę ci przeszkadzać w rozwijaniu znajomości z „Ash”. Możesz się z nią całować, chodzić… nawet sypiać, jeśli chcesz. Nie poskarżę się Czarnemu Panu.
Wyrwałam ramię z jego uścisku i otworzyłam drzwi na klatkę schodową.
Malfoy nie dał za wygraną.
- Nie będę już nic rozwijał w tym kierunku – zastawił mi drogę samym sobą. – Oszukała i ciebie i mnie. Tobie powiedziała, że ja zrywam z tobą, a mnie, że ty zrywasz ze mną.
Uniosłam brwi.
- I ona na to wpadła? – zapytałam.
- Pomysł podrzuciła jej Pansy – odrzekł gorliwie. – Ashley powiedziała mi to wszystko, bo zagroziłem, że z nią skończę.
- I co, skończyłeś? – spytałam.
- Tak – odpowiedział. – Wybaczysz mi?
- Nie.
Minęłam go z wściekłą miną. Mówiąc to stanowcze „nie”, czułam wypełniającą moje serce satysfakcję.
Czy ten Malfoy nie da mi spokoju?
- Sophie, proszę! – zawołał za mną, chwytając rączkę mojego kufra. – Poniosę ci to.
- Wiesz, może bym ci wybaczyła – wycedziłam, zatrzymując się po środku pokoju wspólnego. – Ale wiem, że nie warto ci ufać. Bo nie wiedziałeś, że Pail to wszystko zmyśliła, a jednak poleciałeś na nią z chwilą, kiedy się tylko dowiedziałeś, że ja z tobą zrywam. Nawet nie próbowałeś ze mną porozmawiać. I wiem, że jeśli pojawi się taka druga z kocim gównem zamiast mózgu, ty zrobisz to samo. Zacznij żyć normalnym życiem! W prawdziwym życiu nie znaczy nie, więc odczep się!

Wyrwałam mu z ręki mój bagaż i zniknęłam za drzwiami do sypialni dziewczyn. W pokoju szóstoklasistek nie spotkałam nikogo. Zdjęłam pelerynę, powiesiłam ją na wieszaku i zaczęłam się rozpakowywać. Nawet nie zdążyłam włożyć do mojej szafki jednej bluzki, bo poczułam na lewym przedramieniu od dawna już zapomniany, charakterystyczny ból.
Jeszcze bardziej wściekła, teleportowałam się z tego miejsca, w którym stałam. I Hogwart sobie może mieć zakłócenia z zaklęciami maskującymi, mam to gdzieś. Dumbledore się tym będzie martwić.

Pojawiłam się centralnie po środku komnaty Voldemorta.
- Co? – rzuciłam na powitanie, wchodząc na podwyższenie.
- Mam coś dla ciebie – powiedział spokojnie. – Pamiętasz, o co mnie prosiłaś?
Wyciągnął z kieszeni różdżkę. Uniosłam jedną brew i obserwowałam, jak dokonuje operacji. Na jego rozpostartej dłoni pojawiła się znikąd srebrna korona*. Uśmiechnęłam się drapieżnie. Voldemort ukoronował mnie nią.
- Wiesz, jak poprawić mi humor – powiedziałam i wyczarowałam sobie małe lusterko.
Przyjrzałam się koronie, opierającej się o moje skronie. Mogę powiedzieć, że gust Czarny Pan miał dobry, chociaż do mojego jeszcze mu wiele brakowało.
- A ktoś ci go zepsuł? – zapytał, podczas gdy ja nadal podziwiałam swoją koronę.
- Nikt ważny – mruknęłam. – Kurdupel. A teraz – wstałam ze swojego tronu – pokłoń się przed Królową Śmierciożerców.
Czarny Pan ujął moją dłoń i musnął ją ustami, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Jestem zaszczycony, że dane mi jest przebywać w pani zacnym towarzystwie – odparł.
Zdjęłam koronę z głowy i położyłam mu ją na kolanach.
- Zostawię ją tutaj, na wszelki wypadek, gdyby pewnej osobie zachciało się położyć na niej swoje klejące łapska.
Pocałowałam wuja ostatni raz w policzek i teleportowałam się.
Cóż, powiem, że ten dzień nie był taki straszny. No, gdyby nie głupie wyjaśnienia Malfoya, to może byłby świetny. Ale jego cierpienie z mojego powodu sprawiało mi ogromną satysfakcję, i to wystarczało.

~*~

Co, myśleliście, że zapomnę o tej koronie?
Ten szablon nie będzie tak długo, jak był ten pomarańczowy, bo jakoś tak mnie ostatnio naszło na robienie nowych. W bliskiej przyszłości mogę mieć trochę mniej czasu na pisanie, bo mam dużo nauki i w tych dwóch następnych tygodniach jest czas olimpiad, a ja właśnie przygotowuję się do dwóch. Z geografii i historii :] Wracając do rozdziałów, mogą być trochę gorsze, niż dotąd.
Dedykacja dla Lottie. Najlepszego z okazji urodzin xD

* Pod gwiazdką jego link do obrazka z koroną.