- Jeśli Rita coś pozmieniała w moim wywiadzie, to się zabiję – jęknęłam. Sapphire najwyraźniej nie obeszło, że jej najlepsza przyjaciółka poddała się tak plugawej wadzie, jak kłamstwo.
- Lepiej zabij ją – poradziła mi. Przez chwilę obserwowałam ją, jak polewa sobie kiełbaski keczupem i natychmiast odechciało mi się jeść. Nadeszła poczta. Szum skrzydeł setek sów zagłuszył mój jęk. Szara, niepozorna sówka wylądowała na moim talerzu i wyciągnęła nóżkę. Niechętnie włożyłam do skórzanego woreczka złotego galena [bo nie miałam drobnych] i rozwinęłam gazetę. Na pierwszej stronie widniał wytłuszczony nagłówek:
Sophie Serpens
kontra Harry Potter
Pod spodem
było moje wielkie zdjęcie [nie mam pojęcia, skąd ta Rita je zdobyła] i krótki,
jak na Ritę artykuł. Sophie Serpens [lat 15] podczas odwiedzenia Hogsmeade, odpowiedziała na kilka pytań dziennikarki „Proroka Codziennego”, Rity Skeeter. W wywiadzie potwierdziła słowa Pottera, mamy oczywiście na myśli rzekomy powrót Sami-Wiecie-Kogo. Nie zgodziła się jednak z nazwiskami Śmierciożerców. Zaprzeczyła przede wszystkim, że Lucjusz Malfoy, pracownik Ministerstwa Magii, jest po stronie Sami-Wiecie-Kogo i działa przeciwko Korneliuszowi Knotowi, ministrowi.
„Harry Potter, biorąc pod uwagę jego życiowe przejścia, przedwczesną śmierć rodziców, wychowanie wśród mugoli, mogły spowodować jakiś trwały uraz psychiczny lub nawet schizofrenię. Ku ścisłości, to taka mugolski choroba na podłożu psychicznym” – mówi Sophie, z czym zgadza się Dolores Umbridge, Wielki Inkwizytor Hogwartu:
„Przyznaję, że Sophie jest dość porywczą uczennicą, jednak w tym wypadku muszę się z nią zgodzić. Harry Potter często opowiada różne bzdury, prawdopodobnie po to, by zwrócić na siebie uwagę. Jego zwycięstwo w Turnieju Trójmagicznym już dawno odeszło w niepamięć, więc Potter wpadł na nowy pomysł, aby znów było o nim głośno”.
Odłożyłam „Proroka”, pomijając drugą połowę artykułu. Byłam w szoku. Dlaczego Umbridge się ze mną zgodziła? Teraz przez nią wszyscy uczniowie mnie znienawidzą. Nawet się boję odezwać się do Spajka i Ripa, którzy wyjątkowo ucierpieli przez to różowe ropuszysko.
- Jak ci się podoba? – zaśmiała się Sapphire, wyglądając znad swojego „Proroka”. – Już nie pałasz takim samozadowoleniem jak na wieść o ucieczce Belli.
Przemilczałam jej głupią uwagę. Sapphire, chichocząc, powróciła do lektury. Wpatrzyłam się w stół Gryfonów. Oni też dostali „Proroka Codziennego” i teraz, jak się mogłam domyślić, omawiali każde moje słowo.
- Hej, Sophie – Sapphire szturchnęła mnie w ramię. – To jest dobre… Panna Serpens i profesor Umbridge najwyraźniej doskonale się dogadują. Może Sophie kiedyś pójdzie w jej ślady?
I wybuchnęła śmiechem. Klapa. To koniec. Nawet Syriusz się ode mnie odwróci. No, jeśli już tego nie zrobił… Cóż, jednak Rita dotrzymała obietnicy. Nie przekręciła ani jednego mojego słowa. Muszę jej zapłacić. Wstałam więc, marząc, by zapaść się pod ziemię ze wstydu.
- A ty gdzie? – zapytała Sapphire. – Nic nie zjadłaś.
- Ja… za raz wrócę – mruknęłam i wyszłam z Wielkiej Sali jak najszybciej się dało. Pobiegłam prosto do sowiarni. Nie wysłałabym przecież Flagro z taką błahostką…
W sowiarni było zimno, cuchnęło odchodami i ptasimi piórami. Nienawidziłam tego miejsca prawie tak samo, jak gabinetu Umbridge. Wyciągnęłam z torby kawałek pióro, sakiewkę i kawałek pergaminu, na którym naskrobałam kilka słów dla Rity:
Cieszę się, że nic nie poprzekręcałaś, jednak samym artykułem nie jestem zachwycona. Mimo tego, przesyłam Ci resztę zapłaty.
Sophie
Włożyłam liścik do sakiewki, którą jednym machnięciem różdżki napełniłam złotymi monetami i odwróciłam się, by przywołać jedną ze szkolnych słów, ale sakiewka wypadła mi z ręki ze strachu i zaskoczenia.
- Victor! – zawołałam, podnosząc sakiewkę. – Co ty tu robisz?
Ten wzruszył ramionami. Jego ignorancja świadczyła o tym, że przeczytał mój artykuł.
- Vipi, to nie moja wina! – dodałam błagalnym tonem. – Przecież mnie znasz, „Prorok” to wszystko wykorzystał! Dlaczego ja pozwoliłam Ricie na ten wywiad…
Ponownie upuściłam sakiewkę i wybuchnęłam płaczem.
- Nie… Sophie, nie musisz ukrywać, że nie lubisz już Harry’ego tak, jak dawniej – powiedział Victor i przytulił mnie.
- Nie prawda – mruknęłam, natychmiast się opanowując. – Harry posunął się trochę za daleko, podając Ricie te nazwiska. Przecież Lucjusz to ojciec Dracona, a…
- Rozumiem – przerwał mi. – Ale dlaczego akurat schizofrenia? Teraz już na pewno wszyscy wezmą go za wariata.
- Przecież nie powiedziałam, że Harry sobie wymyślił powrót Czarnego Pana – odparłam groźnym tonem, wyswabadzając się z objęć brata. – Ale wyobrażasz sobie, co by się działo, gdybym nie interweniowała?
Zaczęłam chodzić w kółko, podrzucając sakiewkę, którą dopiero co podniosłam. Wybrałam czarną, niedużą sowę, przywiązałam do jej nóżki zapłatę dla Rity i wyrzuciłam ją przez okno. Przez chwilę obserwowałam, jak sowa oddala się powoli od Hogwartu, by następnie stać się niewielkim czarnym punkcikiem na szaroniebieskim niebie.
- Myślisz, że będą bardzo źli? – spytałam Victora.
- Ale kto?
- No… rodzice, Zakon, Dumbledore… - odparłam. – Przecież Harry to ich pupilek, a jakiekolwiek złe słowo powiedziane na niego wywoła wszelki zamęt i chaos.
Vipi wzruszył ramionami.
- Przecież to tylko głupi artykuł, w dodatku pisany przez Ritę – mruknął. Jednak ten mały artykuł wiele namieszał, przekonałam się kilka sekund później.
Nagle rozległ się cichy trzask i na zasłaną sowimi odchodami podłogę, upadło lekkie, delikatne złote piórko. Podniosłam je i przyjrzałam się mu dokładnie.
- To pióro Fawkes’a – wyjaśniłam Victorowi. – Feniksa Dumbledore’a. Chyba mnie wzywają. Jakby co, to wyjaśnij McGonagall… Snape’owi… byle komu, że jestem chora i zostałam w dormitorium.
Vipi chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył, bo teleportowałam się do domu matki Syriusza. W kuchni był Lupin, Moody, Tonks i Molly. Uff, dobrze, że nie było rodziców, bo bym sobie narobiła wsi na ich oczach…
- Dobrze, że jesteś – powitał mnie oschle Moody. Uśmiechnęłam się w sposób charakterystyczny dla Umbridge.
- Woleli byście mnie nie widzieć – warknęłam. – Gdzie jest Syriusz?
- Nie ma go tu – odparł Lupin, równie chłodnym tonem. – Może to i lepiej.
- Gdzie on jest – powtórzyłam stanowczo.
- Jest w Dziurze – odpowiedziała Tonks. Cóż, można się było tego spodziewać, oni nigdy nie potrafiła zbyt długo milczeć…
- Myślałam, że ten dom jest dobrze strzeżony – mruknęłam, nieco zbita z tropu.
- Bo jest – wtrąciła się pani Weasley. – Tyle że Dziura lepiej.
Nic nie rozumiałam z tej wymiany zdań. Dlaczego mnie tu ściągnęli, do cholery? I co, u licha znaczy ten brak obecności Syriusza? A może on tu jest, tyle że nie chce spojrzeć w oczy takiemu zdrajcy jak ja… Cóż, mam to gdzieś, co on o mnie myśli. Skoro woli się chować przede mną, jego sprawa. Jego księżniczka zmieniła się w potwora…
- Do rzeczy – przerwałam tą irytującą ciszę. – Jestem w szkole, za 2 godziny mam lekcje. Czego chcecie?
- Mamy pewne… zastrzeżenia, co do twojego artykułu – odpowiedział Remus.
- To nie jest mój artykuł, Rita go napisała – przerwałam mu szybko. – I nie obchodzi mnie, jakie macie do tego zastrzeżenia. Nie pozwolę, aby ojciec Dracona został wtrącony do Azkabanu. Jeśli chcecie mi tylko naubliżać, darujcie sobie.
Odwróciłam się w stronę drzwi, ale Molly zawołała za mną:
- Nie chcemy ci naubliżać, tylko porozmawiać.
Odpowiedziałam jej słodkim uśmiechem.
- Ah tak? Byle szybko – dodałam, widząc, że nikt już się nie odezwał. Tonks wzięła głęboki oddech i zaczęła:
- „Prorok” i tak już wystarczająco zjechał Harry’ego…
- Harry, Harry, Harry i jeszcze raz HARRY! – przerwałam jej. – Może zaczęlibyście się też obchodzić z uczuciami innych, co? Jeśli nie wiecie, to was uświadomię, że robię wszystko, by odwieść Voldemorta od zamachu na życie Pottera. Dla was liczą się jednak skutki, a nie to, co przejdę w drodze do celu! Ja musiałam spędzić w ciemnej komórce ze 3 dni, żeby Harry mógł sobie spokojnie przebywać w Hogwarcie!!!
Tak, wspomnienie tych dni, które musiałam spędzić w zamknięciu, bolały mnie najbardziej. I czy ktoś z członków Zakonu się tym zainteresował? Zapewne nawet nie zauważyli, że zniknęłam ze szkoły na ponad tydzień.
-Tak, tylko ty nie musiałaś się w ten sposób odwdzięczać! – ryknął Moody. No to będzie jazda…
- Przestań w końcu się użalać nad Potterem! – krzyknęłam. – Nie obchodzi mnie on! Jestem tu tylko dla tego, że Dumbledore tak chciał! Działam, by Voldemort przestał mordować niewinnych ludzi!
- Tak? A może jesteś tu na jego przeszpiegi – zadrwił Szalonooki, a jego niebieskie oko zawirowało szybko, rzucając groźne błyski na każdego. – W końcu zaczniesz mordować, tak jak on!
Furia uderzyła mi do głowy.
- Ty też nie jesteś taki święty! – zawołałam, a w moim głosie można było usłyszeć nutkę rozpaczy. – Jesteś tak samo mordercą, jak Czarny Pan! Zabójca Evana!...
Odwróciłam się i trzasnęłam drzwiami do kuchni. Portretu jednak się nie obudziły, co wywołało u mnie zdziwienie. Usiadłam na półpiętrze i wybuchnęłam płaczem. Usłyszałam cichy jęk rozsuwanych zasłon, a zaraz po tym trochę ochrypły, uspokajający głos:
- Uspokój się, kochanie. Przez takich nie warto wylewać łez.
Podniosłam zapłakane oczy i spostrzegłam matkę Syriusza, a właściwie to jej portret. Nie wytrzeszczała teraz dziko oczu i nie machała rękami jak opętana, co upodabniało ją do niezrównoważonej umysłowo. Teraz wyglądała nawet na całkiem miłą staruszkę.
- Dziwne, że dawniej jakoś nie zdarzyło się nam pogadać – dodała pani Black. Wzruszyłam ramionami. Nigdy raczej nie pragnęłam towarzystwa zwariowanego portretu matki Syriusza, który przy każdej sposobności jest gotów obrzucić człowieka potokiem przekleństw…
- Pani też popierała Czarnego Pana, tak? – spytałam, nie mając pomysłu na dalszą rozmowę.
- Ano tak – odparła. – Nigdy bym nie została Śmierciożercą, to chyba za duże poświęcenie. I nigdy też bym się nie zapisała do takiego głupiego stowarzyszenia… Klasztor Feniksa, czy coś…
- To jest Zakon Feniksa – poprawiłam ją. Pani Black pokiwała głową.
- Dręczy cię coś? – spytała.
Zamyśliłam się. Szczerze? Tak, dręczyło mnie całe mnóstwo problemów! Począwszy od kłopotów z Draconem, zakończywszy na Zakonie i Śmierciożercach. Co staruszka z portretu może o tym wiedzieć? Choć z drugiej strony, nikomu nie wyjawi tego, co jej powiem, bo na wszystkich w tym domu wrzeszczy.
Tak więc, opowiedziałam jej wszystko, co mnie trapiło. Wyrzucając z siebie to, co tłumiłam przez kilka najbliższych miesięcy, stopniowo poczułam ulgę. Jednak starzy ludzie wiedzą więcej, niż młodzież. A rozpuszczona dzieciarnia często wyśmieje twoje problemy. Może warto czasem porozmawiać ze starszym człowiekiem?
~*~
Cóż, kiedy tak patrzę na ten rozdział, to stwierdzam, że jednak nie było tak źle, bo chociaż jakiś morał z tego dało się wyciągnąć xD Dedykacja dla Princess of Blood :*