3 stycznia 2014

Rozdział 354

         Pozwól mi spróbować jeszcze raz, niepewność mą wyleczyć…  
Bezwładne, sztywne ciało stygło szybko wraz z wypływającymi z niego szkarłatnymi, niemal czarnymi sokami. Nikt na to nie zareagował, przynajmniej na początku. W na wpół przysłoniętych bladymi powiekami oczach igrały promienie wschodzącego słońca, tak, że złote tęczówki wydawały się radować, wpatrzone pusto w kamienne, szare sklepienie sali. Zarówno z rozchylonych ust, jak i oczu ciekły wąskie stróżki krwi, które zaczęły powoli gęstnieć, mieszając się z rozrzuconymi dookoła drobnej postaci czarnymi, splątanymi włosami.
…wyleczyć mi…
Barty wyciągnął powoli drżące ramiona, oddech miał płytki i szybki, a wszystko bolało go niemiłosiernie. Nie mógł uwierzyć, że przeżył tę noc. Spodziewał się, że on będzie leżał na tej posadzce zamiast Sophie i to ona będzie opłakiwała jego śmierć. A teraz najpierw dotknął jej spękanych warg, później wilgotnego od krwi miejsca na szacie, gdzie spodziewał się poczuć bicie serca i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że jest naprawdę martwa. Trupia bladość już zmieniła jej twarz w surową, pozbawioną wyrazu maskę. Mimo tego, że brzydził się wszystkich innych zwłok, z którymi miał do czynienia, objął sztywne ciało i położył na jego nieruchomej piersi głowę. Jego ochrypły, stłumiony nieco szloch zmieszał się z jakimś zamieszaniem, które wybuchło gdzieś za ich plecami. Jakaś pokryta sadzą, przerażona kobieta usiłowała się dostać do zaklętego kręgu, gdzie klęczeli dwaj pochyleni mężczyźni, jednak powstrzymana została przez ostatnich, ocalałych Śmierciożerców.
Panie mój, o Panie!
Chcę trochę czasu, bo czas leczy rany…
Bartemiusz przycisnął policzek do zimnej, odsłoniętej szyi, na której dopiero teraz można było zobaczyć dwie małe, perłowo białe, połyskujące blizny po ugryzieniu. Wysiłki Armanda poszły na marne! Wszystko zawiodło! Śmierć, która miała dopaść ją osiem lat temu poczekała cierpliwie i zabrała teraz. Nie było już nikogo, kto mógłby ot tak zaśpiewać i zmienić bieg historii. Nie było tu nikogo, kto jednym ugryzieniem mógł cofnąć lodowaty, śmiertelny dotyk Boga. Tulił to ciało, jakby chciał je ogrzać swoim ciepłem, ale to trochę za mało. Poczuł gwałtowny przypływ palących, niesamowicie bolesnych wyrzutów sumienia, kiedy sobie pomyślał, że gdyby zgodził się na wymianę krwi, Sophie żyłaby teraz, ocalona przez magiczną krew. Zginęła tak naprawdę przez jego egoizm. Tak bardzo chciał zadowolić swego Pana Boga i ofiarować mu swą duszę, a on w zamian za to zabiera mu całe życie. Wraz z jednym strzałem srebra utracił wszystko. Poza rozpaczą nie pozostało już w nim nic. Dementor pocałował jego wargi po raz drugi.
Chciałbym zobaczyć, co dzieje się w mych snach.
I nie, i nie chcę płakać, Panie mój…
Poczuł czyjeś kościste dłonie na swoich ramionach, które bez trudu, lecz niespodziewanie delikatnie przyciągnęły go do równie zimnej, wychudzonej piersi. Barty nie opierał się, tylko przylgnął do tej czarnej, nieruchomej sylwetki, a łzy niczym gorące perły bez końca toczyły mu się po policzkach. Byli razem niczym ojciec i syn, tak, jak Crouch od zawsze tego pragnął. Łączyło ich teraz więcej, niż mogli sobie wyobrazić. Nienawiść do ojców, którzy zdradzili… konieczność posiadania tego samego nazwiska… jedna kobieta… a teraz śmierć, które, choć nie dotknęła ich bezpośrednio, wydarła z nich życie, choć dopiero co je odzyskali. Każdy z nich płakał teraz w inny sposób.
Uczyć, bym był z kamienia… bym z kamienia był…
Czarny Pan przyciskał do piersi głowę swego sługi i był to jedyny moment, kiedy nie myślał o Bartemiuszu jak o swoim popleczniku. Teraz był jego umiłowanym synem. Tak, jak tego pragnął ambitny młodzik. Jednak marzenia, aspiracje… jakież miały znaczenia w obliczu tej tragedii? Czas jakby… przestał płynąć. Wszystko trwało jak zamrożone, życie toczyło się tylko w tym zaklętym kręgu, który stworzyła śmierć. Przez umysł Voldemorta przebiegła niczym strzał myśl: co mu ze zwycięstwa, skoro i tak umrze? Co mu po życiu, skoro bez Sophie i tak wszystko runie. Od kiedy pojawiła się na jego dworze, od kiedy zaabsorbowała sobą jego każdą myśl, nie mógł sobie wyobrazić przyszłości bez niej. Ale przecież… żadnej przyszłości nie było. Wielokrotnie łapał się na tym, że w duchu dziękował Armandowi za to, że obdarzył ją tak niewdzięczną, podłą, ale jednak nieśmiertelnością, która teraz okazała się być fałszywa. Niech wszyscy krwiopijcy pójdą do diabła z tym swoim kultem mroku!
I pozwól mi, pozwól mi…
Barty szlochał gwałtownie, jego łzy moczyły szatę Czarnego Pana, a dłonie zaciskały się na prawym, kościstym przedramieniu, jakby młody Śmierciożerca tonął w swojej rozpaczy i nie potrafił unieść się ponad nią. Razem stopili się w swojej tragedii, bardziej skupiwszy się na niej samej, niż na dziewczynie.
…spróbować jeszcze raz.

         Stała się blaskiem. Ot, po prostu. Blaskiem ze świadomością, bez konkretnych wspomnień czy celu, który musiała osiągnąć. Wszystko dookoła otaczała tak porażająca jasność, że żadne oko - ludzkie czy nadnaturalne – nie byłoby w stanie jej znieść. Nikt nigdy nie widział takiej bieli i ciszy, która tu panowała. Ale czy to miejsce w ogóle istniało gdzieś na świecie? Wszystko było tu tak poukładane, czyste i spokojne… panowała tu harmonia i muzyka… ach, muzyka! Delikatna, poruszająca, jednak nie była gwałtowna. Miała swój rytm, który trwał w nieskończoność. Wydawało jej się, że jest tą muzyką i to było całkiem możliwe. Już na ziemi czuła się żywą melodią uwięzioną w ciele. Teraz zaś, kiedy nareszcie porzuciła ciążące ją, pełne słabości ludzkie członki, poczuła się wolna i prawdziwie szczęśliwa. Nie było już cierpienia i bólu, nie było łez, krwi… nie było niczego poza tej nieziemskiej światłości i muzyki. Wszystko, czego zawsze pragnęła. Płynęła tak bez końca, a każda sekunda zdawała się być ciągnącym się w nieskończoność wiekiem. W głowie miała całkowitą pustkę, jednak było to całkiem przyjemne. Czuła się tak, jakby leżała na wznak i wpatrywała się w rozgwieżdżone niebo, ale przecież nie posiadała ciała. Gdyby jednak je miała, wyciągnęłaby przed siebie rękę i usiłowała pochwycić jednego z roziskrzonych, radosnych, złotych diamencików. Jeśli był tu jakikolwiek bóg, musiał mieć formę najczystszej harmonii. Za życia spodziewała się złotych wieżyczek, bram z kości słoniowej, alabastrowo białej drogi wiodącej prosto przed oblicze Stwórcy. Jednak nie potrzebowała tego. Otrzymała wszystko, o czym mogła marzyć.
Ale jasność skończyła się w najmniej odpowiednim momencie, czego w ogóle się nie spodziewała.
Leciała, niczym spadająca gwiazda, płonąca z nadmiaru emocji. Mimo to była czysta i nieskalana, biła od niej nieśmiertelna energia, choć biel zaczęła ją drażnić. Spadała, a muzyka się skończyła.
Kosmiczny mrok, który ją otaczał, znów wypełnił się oślepiającym blaskiem, lecz trwało to zaledwie ułamek sekundy. Zaledwie jedno małe mrugnięcie… I znów była na miejscu. Tam, skąd zabrała ją srebrna strzała. Piękniejsza i bardziej niebezpieczna, niż za życia, ale także i straszniejsza. Nie miała jednak ciała. Była zwiewna i lekka, nie ciążyła jej rzeczywistość, lecz czuła się pusta i oderwana… nie była w miejscu, w którym powinna była się znaleźć. Odeszła stąd. Coś w głębi serca ciągnęło ją do krainy, z której przez momentem siłą została wydarta, jednak… tak, miała tu coś do załatwienia. Znalazła się pod wodą bez możliwości zaczerpnięcia oddechu. Jej pierś pozostała nieruchoma, a serce… jego po prostu nie było.
Wszystkie rany na jej ciele znikły. Nie było śladu po jakimkolwiek wypadku, którego dostąpiła w swoim krótkim życiu. Była swoim ideałem. W pięknej, stworzonej z powietrza sukni. Nie była duchem, nie. Jednak żywa także nie była.
- Witaj w moim świecie.
 Mogła ująć ją naprawdę za rękę. Mogła poczuć ciepło jej maleńkiej dłoni, którą zamknęła w swojej. Teraz wiedziała, że dotrzymała danego słowa; była z nią podczas ostatniej drogi i towarzyszyła teraz.
- Wróciłam.
- Oczywiście. Wróciłaś, bo musisz coś jeszcze zrobić. Ale nie przejmuj się, to nic wielkiego.
Ujrzała jasność, lecz wszystko to było tak normalne, jak życie na ziemi. Jak słońce widziane oczami nieśmiertelnego, aczkolwiek człowieka. Zawsze była człowiekiem, któremu przydarzyło się to nieszczęście zostać potępionym. Czy to była właśnie ta kara za grzeszny, wypełniony krwią żywot? Mogła bluźnić. Mogła robić wszystko, ponieważ nikt nie miał nad nią władzy.
Trupy. Wszystko w ruinie. Widziała to wszystko z góry, lecz szybko zbliżała się do tego miejsca; przerażeni śmiertelnicy rośli jej w oczach, dwie pochylone, ciemne postacie pogrążone w przejmującym żalu… ale ona była spokojna. Nic nie czuła.
Piękna. Chłodna. Obojętna.
Nawet zapuchnięta, lśniąca od łez twarz matki trzymanej pod ramiona przez dwóch tęgich Śmierciożerców nie zrobiła na niej wrażenia. Przeszła powoli przez salę, a jej kroki były całkowicie bezgłośne, tak, że nawet najstarszy z wampirów nie byłby w stanie ich usłyszeć. Znów kroczyła po scenie niczym królowa, a oczy wszystkich skierowane były właśnie na nią. Stała tak przez chwilę, falując suknią z perłowo białego, na półprzezroczystego dymu i łagodnymi falami włosów, choć wiatr nie śmiał pojawić się na błoniach. Wpatrywała się kolejno w poszczególne osoby i oczekiwała, aż ktoś powie jej, dlaczego znów się tu znalazła. Nie wzięła jednak pod uwagę tego, że oni wszyscy byli tylko śmiertelnikami. Nie miała pojęcia, że są równie zdezorientowani, jak ona.
- Mój Boże, Sophie…
Zwróciła wzrok w kierunku klęczącego nieopodal rozwartych na oścież drzwi wejściowych Barty’ego i serce ścisnęłoby jej się na jego widok, gdyby tylko biło. Chwilę wcześniej wykrzywiona potwornym bólem twarz wciąż była nienaturalnie blada, pokryta różowymi plamami i łzami. Nosiła także ślady świeżej krwi odciśnięte szkarłatem na wargach, czole, dłonie zaś aż lepiły się od jej gęstości. Spojrzała też na swego wuja. On również powalany był tym, co wypłynęło z jej ciała, jednak jego żal wydał jej się bardziej skrywany, przez co także o wiele głębszy. Spostrzegła jego szklące się w oddali czerwone, wielkie oczy wypełnione żalem, które wyrażały wszystko to, co działo się w jego duszy i sercu. I wtedy zrozumiała, że za nic nie mogłaby go zostawić. Chociaż była martwa i nie czuła zupełnie nic, przypomniała sobie dawny ból i tęsknoty, które tak często towarzyszyły jej wraz z myślami o Czarnym Panu.
- Na to wygląda – odparła. Nie miała pojęcia, co mogła odpowiedzieć Barty’emu na ten rozpaczliwy, ochrypły szept. Pragnęła do nich wrócić. Pragnęła znów przejmować się błahostkami, chciała na nowo poczuć ciężar swych ludzkich, niedoskonałych kończyn, czuć… na Boga, czuć cokolwiek. Mieć w piersi bijące serce i tchnienie. Marzyła, aby to, co się teraz działo, okazało się tylko długim, bardzo realistycznym snem.
Lord Voldemort nie odezwał się ani słowem, tylko klęczał przy sztywnym ciele, którego Sophie nie chciała oglądać i przyglądał jej się tym błagalnym, lecz surowym wzrokiem. Ona zaś milcząco chciała, aby dał jej jakiś znak. Aby szepnął choćby słówko… Natomiast Bartemiusz całkowicie postradał zmysły, ale temu wcale się nie dziwiła, wszak dopiero co utracił osobę, którą kochał ponad wszystko, a teraz stoi przed nim na wpół przezroczysta i chłodna. Taka, jakiej nigdy nie chciał oglądać.
- Wróć.
To szczere błaganie przeraziło ją, choć stała się obojętna na wszystko. Nie mogła na niego patrzeć. Wiedziała, że gdyby mogła uronić łzę, ich rzeka byłaby nieskończona. Nie należała już do tego świata, nie mogła użyć zaklęcia, a żaden z Nieśmiertelnych nie mógł przywrócić ją do życia, nawet Pierwsza Matka, gdyż krew w jej żyłach już lodowaciała.
- Jestem martwa.
- Proszę, na pewno możesz coś zrobić… proszę.
Jeszcze jedno spojrzenie na Czarnego Pana. Nawet nie kiwnął głową. W jego oczach jednak błysnęło coś wilgotnego… coś, co sprawiło, że nie mogła dłużej czekać. Tam, na górze, była muzyką. Z jej pomocą tworzyła najcudowniejsze, najbardziej niezrozumiałe czary, których nawet ona sama nie potrafiła pojąć. Chciała znów poczuć rozpierającą pierś radość, ciepło ludzkiego ciała… Musiała żyć za wszelką cenę. Nie miała nic do stracenia, przecież już nie istniała.
Zamknęła oczy i nie widziała już nic. Była już tylko ona i ona sama. Właściwie… to było ich dwie, aby za chwilę złączyć się w jedną całość.

- Gwiazdo zaranna*
Wysłuchaj mnie 
Potęgo bogactw 
Zmiłuj się 
Pod twą obronę 
Oddaję się 
Demonie złota
Zabierz mnie 
Zabierz mnie 
Zabierz mnie 

Nadziejo moja,
Która rozpalasz mnie co dnia. 
Wieżo przedziwna 
Z kości słoniowej, perłowej 
Twój raj kuszących słów 
Pożądania jedyny cel, złota blask. 
królestwa twego tron mi daj
I duszę weź. 
Ja chcę, 
Całym światem ja władać chcę. 

Eksplozja energii powaliła wszystko, co żywe i poderwała to, co martwe. Mały światek zawirował i nie było w tej chwili miejsca na ziemi, gdzie działyby się cuda większe od tych w Hogwarcie. Złoty pierścień połączył sklepienie niebieskie wraz z duchem, który stał się namacalny tak, jak tego pragnął.

Daj mi świat 
Daj wszystko 
Żyć mi daj do utraty tchu 
Daj mi świat 
Daj wszystko 
Żyć mi daj 
Żyć mi daj

Świat znowu zniknął, a Sophie nie miała pojęcia, co się dzieje. Czy wszystko się udało…? Czy może ostatnia szansa przepadła? Strach zmroził jej dłonie… Dłonie! Odetchnęła łapczywie i rozwarła gwałtownie powieki, jakby w ostatniej chwili wypłynęła na powierzchnie, uprzednio topiąc się przez długi czas. Drżąc na całym sztywnym, lecz lekkim wciąż ciele, uniosła się szybko na łokciu, usiłując automatycznie wymacać ranę na piersi. Zniknęła. Pod palcami czuła jedynie grubą, nieprzyjemną, śliską bliznę. Jej serce zabiło, jak gdyby nigdy nic, a ona sama wypełniła się radością po same brzegi, niczym pusta czara.
Na policzkach czuła swe krwawe łzy, a ciało przesiąkło zapachem krwi. Jednak nie miało to żadnego znaczenia. Koszmar się skończył. Ostatni raz wywinęła się Śmierci. Los dał jej szansę. Pierwsze, co zobaczyła, to oczy przepełnione najczystszą nadzieją, jaką w życiu widziała. Rzuciła mu się w objęcia, przylgnęła do niego tak, aby poczuć bicie jego serca tuż przy swoim. Żyła. Powtarzała to sobie w myślach nieustannie.
Żyję… żyję… żyję… żyję…
Odnalazła jego wargi i wpiła się w nie z całą namiętnością, na jaką ją było teraz stać. Emocje przepełniały ją tak, że niewiele brakowało, a wytrysnęłyby z jej uszu, oczu i ust, niczym fontanna płynnego złota. Chwilę później przygarnęła wuja. Płakała i śmiała się na przemian, a nadmiar ekscytacji wyciekał z niej, przynosząc najsłodszą na świecie ulgę. Przytuliła twarz do twarzy Czarnego Pana i poczuła jej zimno, ale i wilgoć, która wypełniała jego oczy. Tylko one przemawiały do niej i to one ściągnęły ją z powrotem. A jej powrót sprawił, że w Hogwarcie na nowo zapachniało życiem.

I wtedy pomyślała sobie… Claudio, przecież mówiłaś, że to nic wielkiego.