4 sierpnia 2011

Rozdział 305

         Koncerty w Afryce były bardziej męczące niż te w Europie, ale pewnie dlatego, że klimat był o wiele cięższy i gorący. Nie lubiłam tego, wolałam chłód i mrok, nastrój grozy, noc… Cudowną rzeczą było tu niebo. Ciemne, gwieździste, zupełnie nietłumione przez światła miast, jak to było w Londynie czy Krakowie. Prosper, zamiast do Malfoyów, zabrał mnie najpierw do dworu Czarnego Pana. Koncerty przyniosły nam całkiem sporo złota, ale mniemam, że chciał z nim porozmawiać na zupełnie inny temat. Voldemorta zastaliśmy w jego komnacie. Siedział na tronie i gładził wolno palcem łeb Nagini. Odłożył ją jednak na kamienny podest, kiedy mnie zobaczył.
- I co, jak udały ci się koncerty? – zapytał, gdy poderwał mnie z podłogi do góry. Przytuliłam się do niego mocno, brakowało mi go przez te kilka dni. W ogóle nie miałam z nim kontaktu, był bardzo zajęty. Ja zresztą też.
- Było świetnie, tłumy nie tylko mugoli, ale i czarodziejów. Wychodzi na to, że jednak wszyscy nie odwrócili się ode mnie – odpowiedziałam z promiennym uśmiechem i szybko musnęłam ustami jego zapadnięty, zimny niczym lód policzek. Uwielbiałam to uczucie chłodu bijące z jego ciała.
- Bardzo się opłacało, Sophie zarobiła dla nas mnóstwo złota – dodał Prosper, a w jego głosie usłyszałam lekką nutkę zniecierpliwienia. – Ma cherie, zostaw nas na chwilę samych, dobrze?
Czarny Pan postawił mnie z powrotem na lśniącej podłodze ze wzrokiem utkwionym we Francuzie. Wyraz jego twarzy trochę mnie zaniepokoił, ale oddaliłam się. Drzwi zamknęły się za mną automatycznie. Nie bałam się o życie Prospera, Voldemort chciał, żeby moja kariera rozwijała się jeszcze przez co najmniej kilka lat, a bez niego nie poradziłabym sobie już tak dobrze. Nie uśmiechało mi się jednak znosić ciągłych nieporozumień pomiędzy nimi. Kłótnie Armanda i Barty’ego wystarczyły mi w zupełności.
Udałam się do swojej sypialni, otworzyłam okno na całą jego szerokość i usiadłam na parapecie, przełożywszy nogi na zewnętrzną stronę parapetu. Słońce grzało mocno, ale pogoda była burzowa. Duszności praktycznie nie mogłam znieść, ale pomagało mi myślenie, że pod wieczór się ochłodzi i lunie deszcz. Kątem oka zobaczyłam lśniące w słońcu złote loki Claudii, opadające jej jedwabistą kaskadą na lekko zgarbione plecy. Ubrana była w zieloną, jaskrawą sukienkę z błyszczącej satyny. Nie miała jednak ani centymetra koronki – ulubionej ozdoby Claudii. Loki przewiązane miała wstążką, a na szczycie głowy ogromną, jedwabną kokardę. Całkowicie nie zwracała na mnie uwagi, wzrok utkwiony miała gdzieś w oddali, w jednym z naprzeciwległych okien.
- O co chodzi? Jesteś ciekawa, jak mija mi życie podczas rządów Czarnego Pana? – zapytałam beztrosko. Ta uśmiechnęła się z jawną kpiną.
- Wiesz, że pewna organizacja wampirów wznowiła swoje spotkania? – jej szept był ledwo dosłyszalny, ale bez wątpienia usłyszałam w nim podłość. Nie powinnam była się o tym dowiedzieć, tak. A ona, grając na nosie wampirom z Francji, wszystko mi powiedziała. I nie zrobiła tego, aby mi sprawić przyjemność. Powodem było zrobienie na złość Nieśmiertelnym. Niemniej jednak, ta wiadomość podniosła mi ciśnienie.
- Société Vampires? Co? Dlaczego? – zdziwiłam się, tracąc swój arkadyjski ton. Wampiry zwykle traciły zapał do jakichkolwiek spotkań, jeśli było zbyt spokojnie, co też musiało oznaczać, że coś się zbliżało. Na twarzy Claudii widziałam czystą obłudę. To jej przekonanie, że zawsze wie wszystko najlepiej sprawiło, że miałam ochotę machnąć jej ręką przez głowę i sprawdzić, czy jest tak samo bezcielesna, jak duchy.
- Bo niedługo coś się stanie. Coś strasznego. Ale to nie był główny temat ich rozmów – zaśmiała się podle, jej oczy zalśniły, ale nie był to wpływ słońca, tylko radości, jaką sprawiały jej kłopoty wampirów. – Rozumiesz już? Sprawiasz Nieśmiertelnym wiele, wiele utrapień. Armand chce cię chronić, ale niestety… Nie ma aż takich wpływów. Nie, nie chcą cię zlikwidować, skłaniają się raczej ku pomocy tobie. No wiesz, nie jesteś jeszcze w pełni dojrzałą wampirzycą.
To stwierdzenie dotknęło mnie do żywego. Już mniejsza o to, że tę wiadomość przekazała mi Claudia. Być może chciała mi też zrobić tym na złość, ale mimo to powiedziała mi. Wiedział Armand, wiedział Marius, ale jakoś ani jeden, ani drugi nie pofatygował się tutaj, aby mnie o tym powiadomić. Zacisnęłam ze złości palce na krawędzi parapetu, a szorstki kamień, z którego był wykonany, wbił się nieprzyjemnie w skórę.
- Nie potrzebuję niczyjej pomocy! Z Radą uzgodniliśmy wszystko. Był tam Marius i był Armand, i wszyscy, którzy coś znaczą. Dlaczego ci dekadenci ze starego teatru są w to zamieszani? – warknęłam. – Claudia, zrób coś! Ty możesz wszystko, nie umrzesz… Nikt nad tobą nie stoi!
- To nic nie da. Tą walkę musisz ty sama stoczyć. Ja nic na to nie poradzę. Tylko ty mnie widzisz – odparła beznamiętnie, ale w jej oczach zobaczyłam słabość. – Nie możesz im o mnie powiedzieć, bo… bo oni będą chcieli mnie zniszczyć. Śmierć jest dla nich niczym. Wierz mi, nie powstrzyma ich.
Spuściła wzrok, jakby poczuła wyrzuty sumienia. Postanowiłam nie naciskać, ale fakt, że Claudię coś ogranicza był dla mnie niczym mały szok. Miała rację i, de facto, nikt nie mógł mi tu pomóc. A ona była tylko wytworem mojej wyobraźni. Albo przynajmniej ja sobie tak wmawiałam. Poza tym… nawet, gdyby kiedyś żyła, teraz była tylko duchem. Co mogła zrobić? Nikt z szanujących się Nieśmiertelnych nie posłuchałby zjawy. To był głupi pomysł.
- No to nie wiem – westchnęłam, już naprawdę załamana. – Tęsknię za Darlą. To wszystko nie jest tak, jak chciałam. Myślałam, że wampiry zajmują się sobą, jeśli inni im nie zagrażają, nie wtrącają się w ich życie. Chcę żyć normalnie, skończyć ostatnią klasę, kontynuować karierę… Nie lubię, kiedy mi ktoś coś narzuca.
Claudia zacmokała cicho. Cynizm wrócił na jej twarz w tempie błyskawicznym.
- To jest życie. Większy świat, świat tyranów. Może pośród czarodziejów jesteś autorytetem, wzbudzasz strach, ale skoro żyjesz z Nieśmiertelnymi, musisz się przyzwyczaić do tego, że masz nad sobą Starszych – oświadczyła, wzruszając lekko małymi ramionkami. Zerknęła na mnie ostatni raz i zniknęła. Znów zostałam sama, w jeszcze gorszym humorze, z żelaznym uściskiem w żołądku i niepokojem. Wolałabym chyba tego nie usłyszeć.
Zsunęłam się z parapetu i obeszłam dookoła swój pokój. Nie miałam pojęcia, co ze sobą zrobić. Opadłam na łóżko. Chciałam spędzić trochę czasu z Czarnym Panem, tęskniłam za jego obecnością, ale musiałam zaakceptować fakt, że był teraz bardzo zajęty i nie miał dla mnie czasu. Miał na głowie całą społeczność buntujących się czarodziejów.

         Leżałam długi, przewracając strony w książkach, które tylko wpadły mi w ręce. Nudziło mi się niemiłosiernie. Czułam lekkie ssanie z głodu, ale byłam zbyt leniwa, żeby zejść do jadalni i zjeść obiad. Po prostu nie chciało mi się wstawać. Słońce za oknem wciąż świeciło mocno, ale niebo spowijały ciemne chmury. Burza była blisko, na deszcz jednak mogłam liczyć dopiero w nocy. Prosper musiał już wyjść, i to dawno temu. Przestałam czuć jego zapach kilka godzin temu. Co musiał omówić z Czarnym Panem na osobności? I dlaczego uznał, że nie powinnam tego słyszeć? To była jego sprawa, ale z tych nudów każdy temat był dobry do rozmyślań.
Wieczorem zeszłam na dół do kuchni, żeby coś sobie przygotować. Głód był jednym z bardziej nieprzyjemnych odczuć, ale nijak się miał do palącego uczucia pragnienia, które towarzyszyło brakowi krwi. Tylko wampir jest w stanie coś takiego zrozumieć.
Oparłam się biodrem o framugę drzwi, żując powoli bułkę z miodem. Nie myślałam o tym. Serce wypełniała mi paląca tęsknota za Lordem Voldemortem i starymi czasami. Może i byłam sentymentalna. Raczej na pewno. Ale to była właśnie największa choroba wampirów. To właśnie przez sentymenty i niemożność pogodzenia się ze zmianami była problemem. Nieśmiertelność męczyła i to bardziej, niż może się wydawać.  
- Szukałem cię.
Wzdrygnęłam się lekko i odwróciłam głowę. Czarny Pan stał tuż przy wejściu. Ręce miał skrzyżowane na piersiach, twarz zaś przyobleczoną w swój zwykły, podły, nieco prowokacyjny uśmiech.
- Bardzo chciałabym, żeby wszystko było tak, jak dawniej – powiedziałam mu i podeszłam, żeby się do niego przytulić. Voldemort objął mnie, jego koścista ręka pogładziła kilkakrotnie moje włosy.
- Tak, wiem, że trudno jest ci się przyzwyczaić do nowej wolności, ale teraz może być już tylko lepiej – odparł. – Chodź, przejdziemy się.
Dokładnie wiedział, czego mi było trzeba. Ubraliśmy na głowy kaptury czarnych szat i opuściliśmy dom. Deszcz kropił, wiatr zrywał się co chwilę, szarpiąc wściekle korony drzew. Nie czułam jednak chłodu, trzymałam wuja mocno pod rękę i oparłam głowę o jego ramię. Ściemniało się coraz mocniej, w końcu dotarliśmy do Wisły. Usiedliśmy na szczycie wałów, trawa była wilgotna, ale nie przeszkadzało mi to. Czarny Pan wyczarował dwie butelki wina. Nie był  to dobry moment i położenie na spożywanie białego, wytrawnego wina, ale nie byliśmy osobami, które upijają się tanim piwem. Odkorkowałam swoją butelkę i wypiłam z niej mały łyk lekkiego, nieco metalicznego trunku, po czym położyłam głowę na ramieniu wuja.
- Wiesz, że w tym roku w Hogwarcie nastąpią całkiem duże zmiany – odezwał się nagle Voldemort, jakby przewidywał, że szkoła to temat, na który obecnie bardzo chciałam porozmawiać. Byłam straszliwie ciekawa, jakie szychty szykował, dlatego utkwiłam wzrok w jego twarzy. – Trzeba będzie odsunąć McGonagall od władzy, ale to nie będzie problemem. W końcu panujemy nad całym ministerstwem. Będziesz w Hogwarcie całkiem bezpieczna, nie musisz się bać, że ktoś zrobi ci krzywdę. Ja wiem, że ty przeze mnie będziesz miała kłopoty… Dlatego Alecto i Amycus Carrow’owie będą uczyć. Mugoloznastwa i obrony przed czarną magią. Musimy utrzymać w szkole dyscyplinę.
- A Snape? To on uczy obrony – zauważyłam.
- Severusa mianuje się dyrektorem. Jest jednym z moich najbardziej zaufanych ludzi – odparł Czarny Pan i wypił resztkę alkoholu z butelki. Cisnął nią z całej siły, a ta wpadła prosto w czarną, zimną wodę z głośnym pluskiem.
- No tak, mogłam się tego spodziewać. Snape, twój zaufany człowiek… Oczywiście, nie mam nic przeciwko niemu, Severus jest bardzo dla mnie dobry, ale… no dobra, będę szczera. Śledził dla ciebie Dumbledore’a, udawał jego człowieka i szło mu to idealnie. Skąd pewność, że ciebie nie zdradzi tak, jak jego? – spytałam.
Nie chciałam wywoływać kłótni. Znów. Ale od śmierci Dumbledore’a moje zaufanie do Snape’a zostało zachwiane. Nadal był dla mnie kimś ważnym, ale bałam się o wuja. Nie chciałam, żeby znów cierpiał na wygnaniu. Severus mnie nic by nie zrobił. Po prostu to wiedziałam. Armand bardzo go lubił, a on znał się na ludziach.
- Gdyby coś takiego planował, to bym o tym wiedział. Niech cię o to głowa nie boli – powiedział Voldemort. Oddałam mu do połowy opróżnioną butelkę i wyciągnęłam z kieszeni paczkę własnoręcznie robionych papierosów, wydobyłam z niej jeden skręt i podpaliłam jego koniuszek. Dym o cudownym, charakterystycznym zapachu wypełnił mi płuca. Dla Barty’ego próbowałam ograniczyć kocimiętkę, ale nic nie mogłam poradzić na to, że ją uwielbiałam. Nie była szkodliwa, to nawet nie narkotyk. Podetknęłam Voldemortowi białe pudełeczko, a on wyciągnął z niego wątki papieros i również zapalił. Powoli wydychał dym, który tworzył swoją jasną barwą na tle ciemnej rzeki i drzew na jej drugim brzegu pierzaste kształty. Pierwszy raz palił przy mnie, teraz nie zachowywał się już tak dostojnie, popijając niedbale wino. Zawsze uważałam go za niezwykle seksownego mężczyznę, ale teraz był szczególnie pociągający.
- Nie chcę, żebyś znów poniósł klęskę, zwłaszcza przez Snape’a – mruknęłam. – Jestem sentymentalna, a grupa Śmierciożerców będzie niepełna bez niego.
Przytuliłam się do niego. Kiedy przysunął się do mnie, poczułam cierpki zapach alkoholu. Jego wąskie usta przywarły do moich. Rozumieliśmy się praktycznie bez słów. Faktycznie powinnam zacząć słuchać i brać pod uwagę jego nauki. Może byliśmy… jakby to określić… ulepieni z jednej gliny? Usłyszałam brzęk butelki odrzuconej gdzieś na bok, po czym poczułam jego kościste ręce na talii, ramionach i piersiach. Dobrze wiedziałam, że ta ludzka reakcja była spowodowana wypitym alkoholem i kocimiętką, ale po prostu nie mogłam się temu opierać. I on też. Nie było to jednak dobre miejsce na takie czułości. Odsunęłam się z lekkim uśmiechem na ustach i położyłam się na trawie. Kłuła mnie w plecy, ale zignorowałam to.
- Nie mogę uwierzyć, że to już ostatni rok w Hogwarcie – wyznałam.
- Szybko zleciało, prawda? Ja też nie chciałem opuszczać szkoły – odparł Voldemort, kładąc się obok mnie. – Dlatego chciałem tam pozostać jako nauczyciel obrony przed czarną magią. Byłem jednak za młody, dlatego Dippet poradził mi zgłosić się za kilka lat. Tak zrobiłem, ale wtedy dyrektorem był już Dumbledore… I nic z tego. Ale poprzysiągłem sobie, że skoro ja nie mogłem pozostać w Hogwarcie, to żaden nauczyciel obrony przed czarną magią nie utrzyma się na stanowisku dłużej niż rok.
- Tak, wiem o tym – powiedziałam cicho. – A jak ty wytrzymywałeś to, że moja matka była w tym samym domu i w ogóle…
Czarny Pan zamyślił się. Wyraz jego twarzy zmienił się diametralnie. Teraz wyglądał naprawdę poważnie. Ja jednak chciałam znać jego przeszłość, poznać uczucia…
- Melania ignorowała mnie. Przynajmniej na początku, uważała się za lepszą. No wiesz, nie dość, że starsza siostra, to jeszcze mój ojciec był mugolem… Ale to nie trwało długo. Stałem się nagle ulubieńcem prawie wszystkich. To Melania powiedziała mi, że jest moją siostrą. Ale ja nie chciałem mieć z nią nic wspólnego. Miała w sobie coś ze zdrajcy. Sama wiesz, jaka jest teraz. Fałszywy Ślizgon czy Śmierciożerca to coś naturalnego. Ale fałszywy zdrajca krwi… I tak to było, bardzo chciała należeć do mojej grupy, ale wolała, bym sam jej to zaproponował – rzekł w końcu. – Nie doczekała się.
Na jego ustach zaigrał przez moment złośliwy uśmiech. Bardzo chciałam, i to nie raz, zobaczyć choć jedno jego wspomnienie z czasów szkolnych. Byłam ciekawa, jak się zachowywał, jak spędzał wolny czas… Powrót do przeszłości musiał być dla niego czymś ważnym. Jak i dla mnie. Chciałam go poznać jeszcze lepiej.
- Życie w Hogwarcie za twoich czasów musiało być fascynujące – odparłam, przyglądając mu się uważnie.
- To prawda. Niekiedy chciałbym się do nich cofnąć – przyznał.
- Wracajmy już do domu. Opowiesz mi więcej, dobrze? – zaproponowałam, unosząc się z wilgotnej trawy. Zerwał się chłodny, porywisty wiatr. Latem był dla mnie wprost idealny. Voldemort również wstał i otrzepał szatę. Teleportowaliśmy się prosto do jego sypialni. Po prostu bywały takie dni, że chcieliśmy spędzić razem całą noc. To był właśnie jeden z takich dni. Usiadłam na wielkim łóżku i zaczęłam się rozbierać, podczas gdy Voldemort zdjął czarną szatę i ubrał swój satynowy szlafrok. Zupełnie się nie wstydził występować przede mną nago. Ułożyłam swoje ubrania na podłodze. Pozostałam tylko w samej bieliźnie.
- No co, opowiesz mi jeszcze coś? – zapytałam cicho, kiedy położył się obok mnie. Jego ciało grzało mnie o wiele mocniej niż ogień płonący w kominku. Jego język powoli przesuwał się powoli po moim obojczyki i szyi, raczej nie spieszno mu było do udzielenia odpowiedzi.
- Hmm, a co? Wiesz, kiedyś zabiorę cię do takiej jaskini… tam ukryłem horkruksa. Medalion Slytherina. Zabrałem go pewnej starej czarownicy, kiedy jeszcze pracowałem u Borgina i Burkesa. Była we mnie zadurzona, jak wiele kobiet. Tak mi zaufała, że pokazała mi dwa swoje najcenniejsze skarby. Czarkę Helgi Hufflepuff i medalion Salazara Slytherina. Zamordowałem ją, zabrałem te dwie pamiątki i postanowiłem zacząć życie od nowa – wyszeptał mi do ucha i pocałował mnie. Niespecjalnie zależało mu na rozmowie ze mną. Nie teraz. Ale z drugiej strony pragnęłam spędzić z nim tę noc, nie martwiąc się o nic. Jego dłonie przesuwały się powoli po moich ramionach, plecach i talii. Nie przeszkadzało mu to, że byliśmy rodziną. Mnie w sumie też. Byłam wampirzycą i na dodatek Śmierciożercą, należałam do Slytherinu… Posiadałam cechę ignorowania i nieprzejmowania się wieloma rzeczami. W takiej sytuacji mogłam sobie pozwolić na wiele rzeczy i zachowań, na które nie mogli moi rówieśnicy. I to nie był wcale po części wpływ faktu, że Lord Voldemort był moim wujem. No… może trochę. Ale ja przecież się o to nie prosiłam. Odsunęłam się od Czarnego Pana i nakryłam się kołdrą.
- Jestem zmęczona – mruknęłam. Wuj zrobił to samo i przytulił mnie.
- Dobrze. Ale nie powinnaś tutaj nocować. Nadal nie jest bezpiecznie, dopóki nie zostaną wprowadzone pewne ustawy… Sama wiesz, jaki ten rząd jest powolny. Jutro rano wrócisz do domu Malfoyów – powiedział mi, gładząc moje włosy.
- Wiesz… od dawna zastanawiałam się, dlaczego wtedy mi pomogłeś – odezwałam się jeszcze. – Bo spójrz: byłam tylko małym dzieckiem, nie miałam się gdzie podziać… a ty przebywałeś na wygnaniu. Skąd wiedziałeś, że połączy nas tak silna więź?
Voldemort przyglądał mi się przez moment. W jego oczach widziałam coś odległego, coś, co jeszcze nigdy nie gościło na jego twarzy. Dopiero po chwili odpowiedział:
- Kiedyś ci to wszystko wyjaśnię.

*

         Szedł szybko. Był zbyt spięty, by latać. Ale prędkość, z którą się poruszał, była tak duża, że nikt ze śmiertelnych nie mógł go zobaczyć. Nareszcie ujrzał przed sobą magicznie ukryty stary dwór. Skrzypiąca przeraźliwie brama otworzyła się przed nim, a czarnowłosy wbiegł po schodkach i wpadł do holu. Zastał Czarnego Pana w jego komnacie, stojącego przy wygaszonym kominku. Na jego twarzy pojawił się lekki niepokój, kiedy go zobaczył.
- Armandzie, czemu zawdzięczam tę wizytę? – zapytał prawie szeptem.
- Powiem tak… tylko ty możesz nam pomóc. Mi i Sophie. Wiem, że bardzo ci na niej zależy – zaczął nieco zdyszany. – Ja wiem, że to sprawy wampirów, ale ty też jesteś raczej… nieśmiertelny.
- To fakt. Ale o co chodzi?
- Wiesz, że Sophie nie jest w pełni wampirzycą – rzekł. – Ma dziesięć lat, aby przemienić jakiegoś śmiertelnika. To w sumie nie problem, obaj dobrze wiemy, kogo zamierza zmienić – westchnął ciężko i przewrócił ostentacyjnie oczami. – Cała wieczność z Crouchem… no, nic. Ale nie pozwólmy, aby Starsi wciąż i wciąż wtrącali się w jej życie. Chcę jej oszczędzić upokorzeń i problemów, przez co to wszystko skupia się na mnie. Nie mam pojęcia, co robić. Pierwszy raz. Myślałem, że jeśli będziesz o tym wszystkim wiedział, jakoś wesprzesz Sophie.

Lord Voldemort odetchnął i zaczął przechadzać się po komnacie, myśląc usilnie.
- Hmm, a nie lepiej będzie z nimi porozmawiać? – zaproponował.
- Ze Starszymi nie wygrasz. To nie wchodzi w grę. Zawołaj Sophie, wyjaśnimy jej wszystko. Ma już tyle lat, że powinna zapoznać się z niektórymi sprawami.
- Była tu, ale dwa dni temu, rankiem, odesłałem ją do domu Lucjusza. Myślę jednak, że na razie, dopóki my, czarodzieje, jesteśmy w stanie wojny, nie powinna skupiać się na problemach Nieśmiertelnych – stwierdził Czarny Pan, gładząc długim, kościstym palcem swój podbródek. Jego szkarłatne oczy wyrażały spokój, ale i stanowczość. – To nie potrwa długo. Niedawno przejęliśmy kontrolę nad Ministerstwem Magii, musimy uporządkować stary bałagan, narzucić dyscyplinę, zapanować nad buntem… Pomoc ze strony wilkołaków i niektórych wampirów jest bardzo przydatna.
Machnął różdżką w stronę okrągłego, małego stolika stojącego na ozdobnych, wrzecionowatych nóżkach, a na jego ciemnym blacie pojawiła się butelka wina o głębokim, szkarłatnym kolorze i jeden kieliszek.
- Zaproponowałbym ci, gdybyś mógł – dodał Voldemort, lejąc do szklaneczki trunek i siadając na swoim tronie. – To co robimy?
Armand skrzyżował ręce na piersiach. Po raz pierwszy miał całkowitą pustkę w głowie. Nie miał pojęcia, co zrobić, żeby ominąć wszystkie zasady Starszych. Oparł się plecami o zimną ścianę, myśląc usilnie.
- Gdyby tak Sophie wróciła do tego zgromadzenia, może Starsi byliby zadowoleni, że mają wszystko na oku – zaproponował po chwili. – Oni denerwują się, bo ona jest młoda i żyje bez całkowitego kontaktu z nimi. To ich tak stresuje.
- Nie, Sophie nie pojedzie do Paryża – przerwał mu szybko Lord i upił mały łyk wina. – A może lepiej będzie ściągnąć Starszych tutaj? Ja nie mam nic przeciwko, żeby więcej wampirów się tu wałęsało. Oczywiście, w granicach rozsądku.
- To dobry pomysł. Ale jak ściągnąć ich tutaj… To nie mam pojęcia. Tak sobie pomyślałem, że można byłoby założyć nowe zgromadzenie. Nieśmiertelni zaangażują się w coś, co jest zupełnie świeże – mruknął czarnowłosy, oplatając kosmyk dookoła długiego, smukłego palca. – My po prostu już tacy jesteśmy. Coś wymyślę i dam ci znać.
Voldemort podszedł do niego, oboje uścisnęli sobie dłonie, Armand burknął coś na pożegnanie i szybko opuścił przepastną komnatę, pozostawiając zamyślonego Czarnego Pana samego.

~*~

Trochę długo musieliście czekać na kolejny rozdział, ale założyłam kolejny blog z opowiadaniem potterowskim i musiałam mu poświęcić trochę czasu. Tutaj jest jego adres. Za ewentualne literówki przepraszam, ale wczoraj całkowicie obcięłam paznokcie i źle mi się pisało. Jestem przyzwyczajona do długaśnych szponów (oczywiście moich naturalnych) i teraz trudno mi się przestawić. Zostałam też nominowana do One Lovely Blog Award, zapraszam na podstronę xD Do zobaczenia wkrótce, rozdział dedykuję Nymph z bloga Underwater Secrets :*
PS: W poniedziałek (8.08.2011) będzie pierwsza rocznica mojego bloga Douce-Fleur, serdecznie zapraszam owego dnia do przeczytania jubileuszowego rozdziału xD

PS2: Byłam niedawno na drugiej części filmu „Harry Potter i Insygnia Śmierci” i pragnę obwieścić światu, że ja – osoba, która na filmach nigdy nie płacze – poryczałam się pięć razy. Co najmniej. Niedługo wybywam do Krakowa, jeszcze raz pójdę z Eles. :* Będę liczyć, ile razy ona się poryczy xD