2 sierpnia 2009

Rozdział 164

Ze snu wyrwał mnie jakiś dźwięk, ale sama nie wiem już jaki. Może było to skrzypienie podłogi pod wysokimi glanami Barty’ego, albo irytujące chichotanie Claudii, której znów się zebrało, by mnie podręczyć… Uchyliłam ciężkie powieki. Oczy nadam mnie piekły, ale ból nie był już tak dokuczliwy; pewnie dla tego, że już się do niego przyzwyczaiłam.
Barty siedział w fotelu niedaleko łóżka i przyglądał mi się w milczeniu. Nie mogłam długo spać, czułam, że słońce jeszcze nie zaszło, i mimo że nie wdzierał się do pokoju ani jeden jego promyk, czułam, jakby nadal paliło moją skórę.
- Jak długo spałam? – spytałam. Barty usiadł na brzegu mojego łóżka. W gardle mnie drapało, ale straszniejsze było od tego pragnienie krwi.
- Niedługo – odpowiedział Crouch, patrząc na zegarek. – Kilka godzin.
- Proszę, podaj mi lusterko – poprosiłam i z trudem usiadłam na łóżku. Barty sięgnął po prostokątne, srebrne lusterko, z rzeźbionymi wężami po jego tylniej stronie i podał mi je. Żadne oko śmiertelnika nie mogłoby znieść mojego widoku. Moja skóra była spalona, całkiem wysuszona, jednak bardzo naciągnięta i napięta. Włosy miałam splątane, w niektórych miejscach w ogóle ich nie było. Oczy miałam nadal czarne, ale białka były przekrwione. Spojrzałam na swoje dłonie. Wyglądały jak u starej kobiety, pomarszczone i wysuszone, paznokcie odrosły na dawną długość, lecz nadal były brązowe. Ponownie zerknęłam w lustro i uchyliłam spierzchnięte usta. Moje zęby były pożółkłe od ognia, ale kły pozostały białe i nienaruszone, jak zwykle. Odrzuciłam lusterko i opadłam z powrotem na plecy, co wzmogło tylko rwący ból skóry.
- Wolałabym spłonąć, niż teraz tak wyglądać – westchnęłam. – Ale w sumie, sama się o to prosiłam.
- Dlaczego to zrobiłaś? – zapytał Barty.
Wzruszyłam ramionami.
- To wszystko mnie przytłaczało – odpowiedziałam. – Ogień wypalił ze mnie udrękę, przynajmniej na pewien czas, w którym będę męczyła się ze swoim tragicznym wyglądem. Nie chciałam się zabić, promienie słońca nie są w stanie tego zrobić, chociaż gdybym posiedziała tam kilka dni… kto wie.
- Ciebie naprawdę martwi ta nowa – mruknął Barty i sięgnął po moją rękę, spoczywającą bezwładnie na materacu. Zatrzymał się jednak na chwilę i spytał: - Mogę?
Zaśmiałam się słabo.
- Ja i tak już nie odróżniam jednego bólu od drugiego – odparłam. Barty ujął moją rękę, delikatnie, by mnie nie urazić. Dziwiłam się mu. Jak on mógł patrzeć na mnie, a co dopiero dotykać mojego ciała. W jego śmiertelnych oczach musiałam wyglądać o wiele gorzej. Nie mogłam tego tak zostawić. Potrzebowałam krwi, by zregenerować swój organizm, by przywrócić mojemu ciału normalny wygląd.
- Potrzebuję krwi – odezwałam się. – Zawołaj proszę Czarnego Pana, on coś na to poradzi… Może przyprowadzi Glizdogona, czy coś…
- Nie trzeba – przerwał mi Barty i wyciągnął z kieszeni krótki, ostry nóż. Ledwo dotknął nim swojego prawego nadgarstka, a po jego skórze popłynęła stróżka krwi. Nie zdążyłam nawet zaprotestować, ale on podetknął mi ranę pod nos.
- Nie mogę, nie zrobię ci tego – powiedziałam cicho.
- Przestań, robiłaś to wiele razy – oburzył się Crouch. Objęłam jego przedramię lewą ręką i wbiłam kły w pionową ranę. Starałam się pić spokojnie, tak, jak uczył mnie tego Armand. Serce ma samo pompować ku mnie krew. Ale byłam zbyt spragniona, by stosować się do jego rad. Choć z drugiej strony, nie chciałam zabić Barty’ego… Czarny Pan by mnie zabił. Albo gorzej. Kazałby mnie zamknąć w różowej wieży z różowymi meblami i sukienkami śpiącej królewny. To byłoby gorsze. I do tego towarzystwo Ashley… Aż strach myśleć.

Kiedy krew przestała zagłuszać moje zmysły, zaczęłam wsłuchiwać się w cudowny rytm serca Barty’ego. Gdy uznałam, że już wystarczy tej sielanki, oderwałam się od jego nadgarstka. Czułam się jak kilka lat temu, kiedy to Armand dawał mi tak swoją krew, by przywrócić mnie do życia.
Spojrzałam w upiornie bladą twarz Barty’ego. Chyba zabrałam mu trochę za dużo krwi, której będzie jeszcze bardziej ubywać, jeśli nie zatamuje się krwotoku. Ale to można łatwo zmienić. Wystarczy kropla mojej krwi, aby zamaskować ślady zbrodni. Kłem przedziurawiłam sobie język, jeszcze raz przywarłam do rany, po czym z uśmiechem odsunęłam się od Croucha.
- Teraz idź odpocząć, za bardzo już się dla mnie poświęciłeś – powiedziałam. – Poza tym, nie chcę się na ciebie rzucić, Czarny Pan za bardzo mnie głodził.
- Cudowne zjawisko… - mruknął Barty i podetknął mi pod nos lusterko. Rzeczywiście, warto było ofiarować mi krew, by zobaczyć, jak zmieniam się pod jej wpływem. Skóra powoli wygładzała się powoli, jakbym znajdowała się pod wpływem metamorfozy, niczym gąsienica, mieniająca się w motyla.
- Zanim odrosną mi włosy, minie jeszcze sporo czasu – powiedziałam.
- Nadal masz piękne włosy, jak zawsze.
Parsknęłam śmiechem.
- Ty kpisz? – spytałam. – Spójrz, tu mam ubytki… i tutaj też… Mam szczęście, że nie straciłam zębów. Mogłyby wyparować, niczym wosk.
Wzdrygnęłam się na samą myśl o tym. Samo wyobrażenie, jak wyglądałabym, gdybym spłonęła, a potem powróciła, gdyby ktoś nie rozrzucił moich popiołów było przerażające. A może nie mam jeszcze takiej mocy? Choć w sumie, skoro przetrwałam Próbę Ognia… Interesowało mnie, co powiedziałby Armand, gdyby się dowiedział. Albo Marius. On z pewnością już dawno wiedział, był wściekły, że zrobiłam to samo, co jego syn. Ale pewnie bał się jeszcze wyruszyć w podróż, bo słońce nadal było na niebie.

Prawdę mówiąc, to zrobiłam to też dla tego, żeby zwrócić na siebie uwagę jakiegoś nieśmiertelnego. Mógł tu nawet przybyć, aby dokończyć dzieło, które zaczęło słońce, ale żeby przyszedł. Miałam dość tej samotności, niewiedzy, co dzieje się z innymi. Nie mogłam odczytać myśli Mariusa – te zawsze miał umysł zamknięty nie tylko dla mnie, ale i dla Starszych. Był tajemnicą, podobnie jak Armand. Tyle że ten drugi był nieco beztroski, czasami wpadał w kłopoty… Ale zawsze z nich wychodził cało, lub bez oka… Traktowano go jednak z szacunkiem, był bardzo lubianym wampirem. Mądrym i poważnym, lecz czasem rozrywkowym. Takiego ojca właśnie potrzebują takie osoby, jak ja.

Barty nie chciał opuszczać mojej komnaty. Położył się obok mnie i patrzył, jak mój organizm regeneruje się tak powoli, jak chmury poruszają się po niebie. Za to Voldemorta nie widziałam aż do zmierzchu. Nie bał się mojego widoku, to było pewne. Raczej był zbyt zajęty, żeby zainteresować się moim zdrowiem. Był pewien, że nie odsączę Barty’ego do cna, więc nie musiał też go pilnować.
- Wiesz, tak mi przyszło do głowy… - odezwał się Nagel Barty. – Ostatnio często mówisz o Armandzie… Może chciałaś go wezwać w ten sposób?
Zaśmiałam się cicho.
- Tak, tak mi się zdaje – mruknęłam. – Chociaż nie pomyślałam o tym wcześniej. W głębi serca wiedziałam, dlaczego to robię. Mimo to on nie przyjdzie. Już się z tym pogodziłam. Armand jest zajęty swoim życiem, ma gdzieś dom, swój sarkofag… On nauczył mnie tylko korzystać ze swoich mocy,  wyjaśnił konkrety, bez których nie przeżyję w jego świecie… i zniknął. Płakałam, ale tylko przez chwilę. Później zajął się mną Marius, który z kolei oddał mnie pod opiekę Sanguini’ego. Był surowym nauczycielem. Ale on też wkrótce zniknął. Musiałam sobie radzić sama.
Barty milczał. Chyba już raz mu opowiadałam swoją historię, ale nigdy nie tak dokładnie. Nie chciałam rozpamiętywać tych okropnych czasów, podczas gdy najpierw zostawił mnie Armand, później odszedł Marius, a następnie umarł Evan. To było pasmo udręk w moim krótkim życiu. Zastanowiła mnie myśl, dlaczego Claudia pojawia się zawsze jako mała dziewczynka z rozumem kobiety. Może jest odzwierciedleniem mnie samej? Gdy ze mnie zrobiono małego wampirka, byłam niewiele od niej starsza. Również nie byłam małym, głupiutkim dzieckiem. Claudia była taka jak ja, może nawet tak samo nieznośna. Denerwowała mnie, jak ja denerwuję Czarnego Pana i członków Zakonu, nie mówiąc już o nauczycielach. Jesteśmy z Claudią dwiema dziwnymi dziewczynami, na których barki los nałożył zbyt dużo zmartwień, a za mało osłody życia. I obie jesteśmy tak samo irytujące, tyle że ja nie potrafiłam dotąd tego zauważyć.

~*~


Wybaczcie, że rozdział krótki i nieco nudny, ale musiałam dać coś na Czwórkę Hogwartu, a usiadłam dziś przy komputerze wyjątkowo późno, bo przed dwudziestą pierwszą. Komputer mi się popsuł, znów, ale tata naprawił. Jeśli rozdział któregoś dnia się nie pojawi, to mówię z góry, że to zepsuty komputer. Obiecuję więcej akcji w następnym odcinku. A tego rozdziału to aż wstyd dedykować xD