W najbliższą sobotę udałam się prosto do lochu - dokładnie tak, jak poradził mi Riddle. Najpierw do sali profesora Slughorna, następnie na końcu korytarza za klasą do eliksirów schodami w dół, znów cały korytarz, później do rozwidlenia i w prawo aż do drzwi z kratą.
Bułka z masłem.
W odróżnieniu od Zakazanego Lasu w lochach niczego nie przybywało ani nie ubywało.
Wybrałam się tam z dużą ochotą, ponieważ ostatnimi czasy na zmianę lał deszcz i sypał śnieg, przez co dormitorium Puchonów - już i tak szalenie przytulnym - było szalenie zatłoczone.
Musiałam przyznać, że do tej konkretnej komnaty nigdy wcześniej się nie zapuszczałam. Znajdowała się naprawdę głęboko - tak głęboko, że nie dochodziły tu właściwie żadne odgłosy z zamku, zapach stęchlizny, kurzu i wilgotnego drewna przechodził przez ubrania i włosy, a jedynym źródłem światła pozostawała własna różdżka. Mniej więcej od połowy drogi kinkiety pozostawały puste - dokładnie tak, jak zapamiętałam z czasów własnych wędrówek po szkolnych podziemiach.
Już z oddali dało się usłyszeć dźwięk stłumionych rozmów, który z każdym krokiem narastał, by urwać się gwałtownie, kiedy zupełnie obca postać pojawiła się w progu. Rozejrzałam się po przestronnej, dość wysoko sklepionej jak na jej umieszczenie sali. Wszędzie dominował kamień - na ścianach, podłodze i suficie, ale okazało się, że surową komnatę ktoś dość dobrze wyposażył. Do czarnych, metalowych lichtarzy ktoś powtykał świece, które dawały zaskakująco dużo dobrego, przyjemnego dla oka światła. Większość zgromadzonych zajmowała miejsca na krzesłach i ławach ustawionych przy trzech ciężkich, drewnianych stołach, niektórzy przeglądali książki zebrane w jednym pokaźnym regale w kącie, a w otwartym przejściu prowadzącym do sąsiedniego pomieszczenia pojawiło się kilka zaciekawionych głów. Na moment wszyscy zastygli jak spetryfikowani. Spostrzegłam rudą grzywę Lestrange’a, krwistoczerwone usta Parkinson, niektórych kojarzyłam z jedynego spotkania na kółku Flitwicka, w którym wzięłam udział, ale wielu w ogóle nie rozpoznawałam. Liczyłam na niewielką grupkę znajomych, a zastałam całkiem sporą zbieraninę coraz bardziej zblazowanych i niechętnych ludzi.
- Luba!
Odetchnęłam na dźwięk znajomego głosu.
Z przystającej sali wyjrzał Rosier i natychmiast do mnie podbiegł, a ja natychmiast się rozpromieniłam, widząc, jak się uśmiechał.
- A więc to jest to wasze sekretne miejsce spotkań? - zapytałam, wchodząc głębiej. Kiedy zamknęłam za sobą drzwi na korytarz, woń stęchlizny nie była już tak uporczywa. - Ładnie się urządziliście. Nauczyciele tu nie zaglądają?
- Woźny tu nie zagląda - rzucił z entuzjazmem. - Nawet duchy się tu nie zapuszczają. Czasami przeleci tędy Krwawy Baron, ale on nie jest za bardzo rozmowny… na ogół ignoruje wszystko i wszystkich, tylko unosi się z tym upiornym wyrazem twarzy. A jak ten wasz… jak mu tam, Gruby Ksiądz?
- Gruby Mnich - poprawiłam go. - Och, on jest bardzo towarzyski. Po ciszy nocnej często przesiaduje w pokoju wspólnym. Straszna z niego plotkara, więc uważaj.
- Ale sekretu łańcuchów Krwawego Barona nie zna, nie?
- Nie, ale chętnie opowiada o jednej z tych zakonnic - siostrze Benedykcie. Podobno znali się jeszcze za życia i chyba coś ich łączyło przed założeniem habitów, ale za żadne skarby Mnich nie chce zdradzić co.
- Myślisz, że oni coś ten-tego?
- Ale przed śmiercią czy teraz?
Zaczęliśmy się śmiać i deliberować nad życiem miłosnym dwójki duchów, a Rosier zabrał mnie do przystającej komnaty, żebym mogła wszystko obejrzeć. Tutaj nie było ani jednego mebla, pod sufitem nie wisiał żaden żyrandol, a sama sala wyglądała na dużo bardziej przestronną. Po krótkim zastanowieniu doszłam do wniosku, że tu musieli się pojedynkować i praktykować zakazane zaklęcia. Zapytałam o to Evana, ale tylko zachichotał, jak zwykle bagatelizując sprawę.
- My tu się luźno uczymy. Jasna sprawa, zdarza się nam ćwiczyć pojedynki, ale przeważnie dyskutujemy, dzielimy się tym, co ostatnio się dowiedzieliśmy, zgłębiamy literaturę… Pewnie widziałaś, mamy całkiem zasobną biblioteczkę. To nie to samo, co Dział Ksiąg Zakazanych, ale niektórym udało się zdobyć kilka smacznych kąsków.
Nie wątpiłam w to.
- Najambitniejsi z ambitnych, co? - Nie mogłam się oprzeć, żeby nie dodać do tego szczypty ironii. - Założę się, że prawie sami Ślizgoni.
Nie zdążył odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ w pierwszej części sali głosy momentalnie ucichły - podobnie jak wtedy, kiedy zajrzałam do środka, ale tym razem w powietrzu zawisło coś jeszcze. Jakieś nerwowe oczekiwanie jak w klasie tuż przed wejściem nauczyciela.
Zajrzałam tam i spostrzegłam tego, którego spodziewałam się tam zobaczyć.
Riddle przyszedł samotnie i przywitał się ze wszystkimi krótkim skinieniem głowy, dając tym samym przyzwolenie na kontynuowanie tego, co przerwało jego pojawienie się. I owszem - część przy stołach wróciła do swoich dyskusji, dwaj chłopcy w pustej komnacie ustawili się naprzeciwko siebie i zaczęli pojedynek, jakaś tęga blondyna z tłustymi włosami przyssała się z powrotem do regału z książkami, lecz atmosfera nie wróciła już do poprzedniej formy. Wciąż dało się w niej wyczuć pewne napięcie.
Przywódca patrzył.
Avery natychmiast do niego podbiegł, wyciągając z torby opasły grymuar w czarnej skórze. Szybko zauważyłam, że Evan mocno spłycił charakter ich spotkań. Tytuł na okładce brzmiał dość złowrogo - Teorie Nekroinżynierii. Tom I: Magia Dezintegracyjna. Tymczasem uczniowie za naszymi plecami rzucali zaklęcia, których próżno było szukać w trzecim poziomie Praktycznej obrony przed Czarną Magią. Na wszelki wypadek odeszłam od nich najdalej, jak się tylko dało.
Riddle oddał Avery’emu książkę i obrócił się do mnie tak, jakbyśmy oboje znaleźli się na scenie.
- Jak widzicie, mamy nowy nabytek - odezwał się nadzwyczaj uprzejmie. Choć zrobił to niezbyt głośno, wszyscy natychmiast umilkli i ponownie odstawili swoje zajęcia na boczny plan. - Skoro Onoprijenko została zaproszona na prywatne spotkanie naukowe, może w ramach odwzajemnienia zechce podzielić się z nami jakimiś tajemnicami z Durmstrangu?
W pierwszej chwili poczułam uderzenie gorąca, bo wszystkie oczy jak na komendę zwróciły się na mnie. Przełknęłam możliwie jak najbardziej niezauważalnie i powoli przeszłam przez salę, wertując w głowie wszystko, o czym rozmawiałam z Liubov. Usiadłam na brzegu jednej z ław i rozejrzałam się. Riddle śledził każdy mój ruch jak sędzia na wystawie rasowych hipogryfów.
- Zależy od tajemnic - odparłam enigmatycznie.
Panowanie nad głosem Liubov okazało się dużo trudniejsze niż nad własnym. Absurd - stresowałam się dużo bardziej podczas spotkania z profesorem Dippetem i dyrektorką Durmstrangu niż w tym momencie.
No tak - ale tam nie było tych jednych oczu, które przeszywały jak dwa piekielnie ostre noże.
- Uczycie się czarnej magii - rzekł. - Wspominałaś, że nie tylko teorii. Rozwiniesz?
Trochę mi ulżyło. Akurat o tym wiedziałam całkiem sporo, ponieważ i mnie to ciekawiło, a i teraz grymas niechęci spełzł z wielu twarzy, ukazując dość żywe zainteresowanie.
- Zgadza się. Nie mamy oddzielnego przedmiotu pod tytułem “czarna magia”, po prostu idziemy z materiałem dużo dalej niż wy tutaj - przytaknęłam i uśmiechnęłam się na widok kilku par oczu, które rozwarły się w zdumieniu. - Ale nie wyobrażajcie sobie zbyt wiele. Nikt nas nie uczy rzucania Zaklęć Niewybaczalnych. Tego niektórzy uczą się sami, kiedy nauczyciele nie patrzą. Zgłębiamy tajniki tajniki głębokiej transmutacji ludzkiej, uczymy się sporządzać eliksiry zakazane w zachodniej części Europy. I tak, jak wy musicie wykradać podręczniki z Działu Ksiąg Zakazanych albo kopiować książki z zamkniętych skrytek waszych dziadków, żeby warzyć eliksiry krwi, my robimy to na zaliczenie pod koniec szóstej klasy. Po prostu idziemy do biblioteki, pani bibliotekarka wpisuje nas na listę i to wszystko.
- I nie dochodzi do żadnych nadużyć? - zapytał jakiś młodszy brunet z masą pryszczy i orlim nosem.
- Dochodzi jak wszędzie. Liczba idiotów w populacji na wschodzie nie różni się od tej na zachodzie - oznajmiłam. Widząc, jak słuchali, miałam pewność, że zdobyłam ich serca. Jedynie co do serca ich przywódcy nie posiadałam gwarancji - zwłaszcza że najpewniej było już czarne i podgniłe. - Ten, kto pragnie się czegoś dowiedzieć, dowie się, nawet jeżeli się tego zakaże. A brak ograniczeń w temacie tak pociągającym dla wielu młodych czarodziejów odziera go dodatkowo z woalu niedostępności, czegoś, co musi zdobyć. A tak - ma to na wyciągnięcie ręki, może to obejrzeć, pomacać i wszystko pod nadzorem kogoś, kto się na tym zna.
Wśród słuchaczy wybuchły szmery, a niektórzy pokusili się nawet o komentarze: ni to rzucone w eter, ni to zachęcające do dyskusji.
- No i właśnie - rzucił Avery. - Cały czas wszystko rozbija się o cenzurę. Słyszeliście, że ministerstwo zakazało zaawansowanych zaklęć zmieniających wygląd?
- W naszym ministerstwie też istnieje lista pełna zakazanych zaklęć. Jestem pewna, że dużo, dużo dłuższa niż u was. Ale czym innym jest tych zaklęć używać, a czym innym je znać. Kluczem jest dyscyplina - odparłam, parafrazując słowa Liubov z jednego z listów. - Przykład: czy poza Azkabanem macie jeszcze jakieś więzienie? W waszym systemie kar nie istnieje hierarchia. Można dostać mandat albo trafić do piekła opanowanego przez dementorów. Nie istnieją ośrodki karne o różnych poziomach rygoru. W innych miejscach trzyma się drobnych złodziejaszków i alimenciarzy, w innych więźniów politycznych, a jeszcze w innych zboczeńców, morderców i recydywę. To może brzmieć skomplikowanie, ale nasze społeczeństwo potrzebowało takiej rozbudowy. Im większa grupa, tym trudniej utrzymać ją w ryzach, a jasne, dokładne zasady pozwalają uniknąć pewnych “niedopowiedzeń”.
Temat więziennictwa wywołał w części zgromadzonych niezdrowe podekscytowanie, z którego wywnioskowałam, że już kiedyś był tu podejmowany. Tom milczał, więc wycofałam się, pozwalając reszcie na dyskusję. Z zaciekawieniem - podobnie jak on - obserwowałam tę grupę raczkujących śmierciożerców, pełnych zapału i pomysłu na życie. Stało za tym coś więcej niż sama gonitwa za złotem i władzą. Ci młodzi ludzie chcieli zmian, a ja, wsiąkając w ich rzeczywistość, rozumiałam ich coraz bardziej. W niektórych wciąż tliła się ta dziecięca naiwność - pragnienie utopii, które Riddle z takim powodzeniem wykorzystywał. Wiedziałam, że o ile w całej reszcie kotłowały się emocje, głębokie poczucie krzywdy i niesprawiedliwości, on jeden budował swoje przekonania na obserwacji i chłodnej kalkulacji. Tylko w ten sposób mogłam do niego trafić i, na wszystkich bogów, nie miałam pojęcia, jak to zrobić. Był dziesięć razy bardziej inteligentny ode mnie. I w dwustu procentach pewny, do czego zamierzał dążyć.
Ja potrafiłam tylko przekonująco śpiewać i pięknie tańczyć.
Co powiedziała Sapphire, kiedy widziałyśmy się po raz ostatni?
Możesz sobie tańczyć i śpiewać i nic na to nie poradzisz.
Uśmiechnęłam się do siebie z ironią. Miała rację - pierdolona wróżbitka.
Dyskusja z czasem się uspokoiła i znów każdy mógł wrócić do tego, co zaczął. Avery puścił w obieg swoje mroczne Teorie Nekroinżynierii i wszyscy ci, którzy brali je do rąk, natychmiast zaczęli przeglądać spis treści i robić sobie kopie interesujących rozdziałów. Wielu wciąż zerkało w moją stronę w sposób, który dobrze pamiętałam z występów - jak gdyby zastanawiali się, czy wypadało podejść i porozmawiać, czy może jednak nie. Kilku Ślizgonów zajęło miejsca wokół stołu obok i zaczęli dyskutować o magii bezróżdżkowej w taki sposób, jakby kontynuowali temat z poprzedniej lekcji.
- No nie wiem - ciągnął Lestrange. - Mnie to trochę wybija. Jednak różdżka to jest różdżka. Gdyby tak zrobić pojedynek różdżka kontra brak różdżki, zawsze wygra różdżka.
- Zgadzam się - dodał Rosier. - Jest dużo bardziej precyzyjna. Próbowałem kiedyś z ciekawości kilku prostych zaklęć, wiesz, Selwyn, z tego twojego podręcznika, Siła dłoni i woli, tak to szło? Oczywiście nic nie podziałało.
Przez stół przeszedł cichy pomruk zgody, a Avery wtrącił prześmiewczo:
- Zresztą o tym my tu mówimy, to nie jest żadna poważna magia, to czarowanie dzieci i skrzatów domowych! Nawet gobliny od stuleci walczą o prawo do posiadania różdżek, więc jaki czarodziej o zdrowych zmysłach miałby z niej rezygnować? Nie, nie, ta rozmowa do niczego nie prowadzi.
Słuchałam tego z lekko protekcjonalnym uśmieszkiem, lecz te słowa trąciły jakąś czułą strunę. Przypomniały mi się rozmyślania i komentarze Hermiony Granger, która lata temu próbowała rozwikłać zagadkę moich bezróżdżkowych sztuczek i o ile dobrze pamiętałam, tam również padło coś podobnego, choć nie w tak obraźliwym tonie.
Po prostu nie mogłam się nie wtrącić.
- Może nie każdy ma do tego predyspozycje - odezwałam się. - Dłuższe praktykowanie tego rodzaju magii daje poczucie wolności.
- Podobno w Afryce są szkoły, które uczą tylko magii bezróżdżkowej - wtrąciła młodsza dziewczynka - jedyna przy stole wśród pięciu chłopaków.
Nikt nie odniósł się do tego, co powiedziała.
- Poza tym nie rozumiem - kontynuowałam - po co od razu wszystko nazywać, upychać w jakieś szufladki, nadawać kategorie… Ostatecznie chodzi o to, żeby jak najlepiej zgrać się ze swoją mocą i rzucić najdoskonalszą wersję zaklęcia, jaką jesteś w stanie.
Ciemne oczy Avery’ego zamigotały, jakby podjął wyzwanie. Obrócił się i zapytał:
- A ty co o tym sądzisz, Riddle?
Stał plecami do sali, skupiony na przeglądaniu biblioteczki, ale wyraźnie słuchał, ponieważ nie zabrzmiał na zaskoczonego tym nagłym wywołaniem. Obejrzał się powoli, ważąc słowa.
- Całkowita rezygnacja z różdżki jest moim zdaniem nieopłacalna. Zgadzam się, że magia bezróżdżkowa może stanowić pewne ograniczenie. Zwłaszcza przy pewnych rodzajach magii - rzekł, gładząc powoli palcem grzbiet zdjętej z półki książki. - Bywa bardzo kapryśna, a zaklęcia, które wymagają precyzji lub dokładnego wyważenia, mogą robić spustoszenie lub zwyczajnie nie zadziałać, nawet jeżeli rzuca je bardzo doświadczony czarodziej.
- Doświadczony, tak - przyznałam. - Ale być może tylko naprawdę potężny czarodziej jest w stanie ją okiełznać?
Uniosłam rękę i wycelowałam nią w Avery’ego. Niespodziewający się niczego Ślizgon nawet nie zdążył się zdziwić, kiedy zacisnęłam dłoń, czując, jak rozdrażnienie błyskawicznie przeszło w energię, która powaliła chłopaka na podłogę, gdzie wił się przez kilka sekund w całkowitym milczeniu. Tylko twarz - spuchnięta i karykaturalnie wykrzywiona - robiła się coraz bardziej czerwona i spocona. Dwie wielkie żyły wyszły na skronie podgolone skronie, gdy tylko cofnęłam zaklęcie i patrzyłam, jak skołowany zerwał się na równe nogi, mrugając głupkowato oczami. Krew pociekła mu z nosa wąską strużką, wzbudzając w pozostałych Ślizgonach pewien niepokój - wszyscy przy stole momentalnie zesztywnieli.
- Nie lekceważ skrzatów domowych - dodałam. - Ich magia jest bardzo potężna, ale żadnemu wielkiemu profesorowi nie chciało się nad nią pochylić.
Nikt więcej tego dnia nie chciał już ciągnąć ani tematu magii skrzatów, ani różdżek, a Avery bardzo szybko stał się obiektem śmiechów i drwin, zwłaszcza ze strony Lestrange’a i starszych Ślizgonów.
Spodziewałam się, że Riddle zainicjuje jakieś pojedynki, ale poza dwójką walczących ze sobą uczniów nikt więcej nie czarował. Przez większość czasu dyskutowali o polityce i o tym, co działo się w ministerstwie. Wydawali się przy tym niesamowicie zorientowani i chętnie wciągali mnie w te rozmowy, domagając się porównań z rządem rosyjskim, lecz w tym temacie - podobnie jak Liubov - nie miałam wiele do powiedzenia.
Dosiedziałam do końca, głównie się przysłuchując - podobnie jak Riddle, który wyszedł zaraz za mną. Czułam, że to nie koniec naszej rozmowy, ale uparcie milczał, dopóki ostatnie światła w sali nie zgasły, a ludzie wymknęli się na korytarz w małych grupkach, starając się nie mówić zbyt głośno.
Czy oczekiwał informacji zwrotnej? Recenzji w formie ustnej jak w przypadku przydrożnego salonu fryzjerskiego na Pokątnej?
Bo nie licząc wielkości tej zgrai, spodziewałam się właśnie czegoś podobnego. Knucia, planowania, ćwiczenia złowrogich zaklęć, a wszystko to w trochę pobłażliwym tonie, pół-żartem, pół-serio. I im bardziej serio będzie się robić, tym więcej osób się wykruszy, aż zostaną tylko ci najwierniejsi, o najbardziej kopniętej moralności.
Nie miałam prawa tego oceniać, bo sama już dawno w to wsiąkłam.
Szliśmy przez dłuższą chwilę w milczeniu, obserwując cienie skaczące pod wpływem zimnego światła naszych różdżek, a potem jak gdyby nigdy nic Tom spojrzał na mnie i rzekł:
- Potrzeba bardzo wielu lat, żeby to opanować.
- Albo urodzić się takim i znaleźć coś, co cię do tego zagrzewa - odparłam. - Wtedy to działa najlepiej.
- Co to takiego?
Parsknęłam śmiechem, patrząc na niego z rozbawieniem.
- To tajemnica. A wy? Do tego dążycie? Marzy wam się cała magiczna potęga i władza nad światem? Nie uważasz, że to trochę banalne?
Już przeczuwałam, że się nie obruszy. Zupełnie inaczej niż dorosły Voldemort reagował na próby wbijania mu szpileczek. Nie był tak drażliwy i nie wybuchał złością, wydawał się przy tym dużo bardziej powściągliwy w wyrażaniu wszelkich emocji, nie tylko tych negatywnych. I tym razem tylko zaśmiał się krótko, zupełnie bez humoru, jakby to był tylko odruch - pozostałość po tym, z czego powoli sam siebie kastrował, by z czasem zacząć osuwać się w szaleństwo.
Żadnej stałości, tylko pierdolona sinusoida, którą znałam aż za dobrze.
- Nie, po prostu brzydzę się słabością - odparł z zupełnym spokojem. - Nie ma w tym żadnego drugiego dna, więc, tak, to banalne. I obsesyjne.
I wtedy, kiedy już wydawało mi się, że go rozgryzłam, znów mnie zaskakiwał. Uniosłam brwi.
- Tak otwarcie?
- Tak.
Zatrzymał się przy ścianie, za którą znajdowało się przejście do dormitorium Ślizgonów, a ja zrozumiałam, że to sugestia. Odeszłam skołowana, nie do końca pewna, czy podobało mi się to, co zobaczyłam w lochu - ostatecznie w przeszłości miałam tego na co dzień na pęczki. Ale to, co później usłyszałam…
Byłam na to zdecydowanie zbyt głupia. Albo zbyt dużo to analizowałam. Jedno z dwóch, nic więcej.
*
Potrzebowałam czasu, żeby zaakceptować, że aby chociaż spróbować zrozumieć Riddle’a, musiałam zacząć interpretować go trochę bardziej dosłownie. Bo jeśli było w istocie tak, jak mówił, wyglądało na to, że jego całkowite “nawrócenie”, jak lubiłam nazywać to w głowie, było niemożliwe i na końcu jedynej drogi prowadzącej do nieśmiertelności stał wampiryzm. Nie widziałam innej możliwości ocalenia go.
Oczywiście dobrze wiedziałam, że ani Tom, ani tym bardziej Voldemort nie uzależniłby tak swego życia od tylu czynników. Mroczna krew była dużo bardziej skrajnym wariantem krwi jednorożca. Dawała nadnaturalną szybkość, siłę i oczywiście wieczne życie w najlepszej i najpiękniejszej formie śmiertelnego ciała - czyli dokładnie to, co posiadał Czarny Pan. Jednocześnie uczyniłaby go bezbronnym za dnia, uzależnionym od ludzkiej krwi, wrażliwym na srebro i możliwe, że w jakiś sposób wpłynęłaby na jego magiczne zdolności. O tym ostatnim nie miałam pojęcia. Nie znałam żadnego prawdziwego wampira, który jednocześnie praktykował czary.
Plułam sobie w brodę, że nigdy nie zapytałam o to Armanda. Przecież wciąż przechowywał gdzieś swoją starą różdżkę.
Myślałam o tym tak długo, że jeszcze chwila i mogłabym sobie to zacząć rozrysowywać na kartce. Hermiona byłaby dumna, że jej metody nareszcie się do czegoś przydały, choć wątpiłam, by ucieszył ją motyw przewodni tych wszystkich wykresów i tabelek.
Nadszedł grudzień, a wraz z nim ostatni w tym roku wypad do Hogsmeade. Już dawno przestały mnie one cieszyć, ponieważ zajmowały cenny czas, który mogłam poświęcić na eliksir wielosokowy, czytanie i rozkładanie każdego zdania Riddle’a na czynniki pierwsze. Z drugiej strony czułam, że potrzebowałam tych niezobowiązujących rozrywek, by nie oszaleć. O niepopadaniu w obsesję już nie myślałam - uległam jej dawno temu.
Śnieg nareszcie zdominował lodowate ulewy i od końca pierwszej połowy grudnia mogliśmy się cieszyć prawdziwie białą zimą, choć i ona miała w sobie pewien element zaskoczenia. Co prawda w miejscu, w którym znajdował się Hogwart, nigdy nie można było narzekać na brak śniegu, nigdy dotąd nie widziałam go w takich ilościach. Aby dostać się do szklarni na zielarstwo, gajowy musiał regularnie drążyć w zaspach głębokie tunele sięgające Liubov ramienia, a temperatury spadały tak mocno, że nawet ja momentami musiałam przytupywać sobie z zimna. Skute lodem jezioro przeobraziło się w olbrzymie lodowisko i nie zapowiadało się, żeby stopniało przed wiosną. Spodziewałam się, że po obrzydliwym, mglisto-deszczowym listopadzie na błonia wyleją się całe tłumy uczniów spragnionych śnieżych zabaw, lecz na swoich samotnych spacerach widywałam jedynie małe grupki osób o zupełnie skrajnych zwyczajach - albo tych, którzy zupełnie nie zważali na lepsze stopnie, albo mieli czystą sytuację i w spokoju oczekiwali na przerwę świąteczną.
Mimo licznych testów i poprawek, w Hogsmeade aż roiło się od zwiedzających. Co prawda do Bożego Narodzenia zostały jeszcze grubo ponad dwa tygodnie, witryny sklepów już kusiły bajecznie kolorowymi ozdobami, na deptaku stanęła olbrzymia choinka ubrana w czerwone łańcuchy i bombki wielkości ludzkich głów, a wszystkie bary i kawiarnie rozszerzyły swoje menu o piernikową kawę i lukrowane cynamonki, a uliczne latarnie. Wielu mieszkańców pomalowało swoje drzwi na zielono albo czerwono, zawiesiło nad nimi olbrzymie świerkowe wieńce i chyba powoli zaczynał kształtować się trend na strojenie ogródków, ponieważ spostrzegłam na kilku posesjach bliżej rynku przystrojone drzewka i figury Świętego Mikołaja.
Cała wioska aż krzyczała do odwiedzających ją uczniów - kupujcie prezenty, zostawcie u nas całe swoje złoto.
Po wypiciu grzańców doprawionych przepysznym korzennym winem i przesiedzeniu w głośnych, zatłoczonych Trzech Miotłach jakichś dwóch godzin postanowiliśmy zgodnie o powrocie do szkoły. Na zewnątrz panował dopiero delikatny niebieskawy półmrok rozpraszany ślicznie przez żółte światło ulicznych lamp, ale kiedy weszliśmy za główną drogą między drzewa, musieliśmy pozapalać różdżki, żeby coś widzieć.
Tutaj gajowy już nie dotarł i tunele musieliśmy sobie wydrążyć sami.
- Jeszcze niecałe dwa tygodnie tego piekła na ziemi i ciepełko - wydyszała Barbara. Dyszała tak bardzo, że para, która uciekała jej z ust, przypominała dym ze smoczych nozdrzy. - Niczym niezmącone, idealne, okrąglutkie trzydzieści stopni, turkusowa woda, palmy, kolorowe drinki… i ani jednego… okropne… śniegu…
- Gdzie jedziecie? - zapytał Joachim.
- Malediwy. Staruszkowie odłożyli trochę złota.
- To całkiem sporo złota - wtrąciła śmiało Esmeralda. - Minie cię świąteczny klimat, nie szkoda ci?
Barbara prychnęła z pogardą. Z naszej piątki miała najsłabszą kondycję i co jakiś czas musieliśmy przystawać, żeby mogła złapać oddech.
- Świąteczny klimat, czyli woda w butach, płaszcze krępujące ruchy, dwa razy wyższe ceny w sklepach i ryba jako główne danie. Pomyślę o tym, kiedy będę się wylegiwać na plaży. Wy gdzieś jedziecie czy zostajecie?
Bliźniaki zmarkotniały jak na komendę.
- Jak co roku - odparł Joachim, a Esmeralda dodała:
- Rodzinny objazd. W tym roku święta wypadają u babci w Jalovej. Nie ma toalety, za to jest jeden wychodek na skraju lasu.
- Zazdroszczę, my nigdy nigdzie nie jeździmy - mruknął Leo. - Rodzicom żal złota. A ty, Liubov? Wracasz do siebie?
Słuchałam ich tylko połowicznie, wspomnieniami będąc już automatycznie w Oreżnowie, poczułam się brutalnie wyrwana z marzeń i umieszczona z powrotem w swoim ciele - cierpiącym niewygody przemarzniętych stóp i wilgoci pod nosem z powodu zderzającego się z mrozem gorącego oddechu.
- Nie, ja zostaję w Hogwarcie. Chciałabym tu przeżyć wszystko, święta też - odparłam bez zaangażowania.
- To wiele nie przeżyjesz - powiedziała Hoffmann. - Prawie wszyscy wyjeżdżają. Prawdopodobnie będziesz sama w dormitorium.
- Och - wyrwało mi się. - To normalne?
- Raczej tak. Co tu można robić przez święta?
Wzruszyłam ramionami i do samej bramy pogrążyłam się we własnych myślach. Za moich szkolnych czasów spędziłam w Hogwarcie tylko jedną przerwę świąteczną - w czwartej klasie i tylko dlatego, że odbywał się tam Turniej Trójmagiczny. Wtedy prawie wszyscy zostali, ale perspektywa opustoszałego Hogwartu i całego dormitorium tylko dla siebie działały na wyobraźnię.
Już zaczynałam czuć, że Gwiazdka będzie trudnym czasem. Na tyle trudnym, że łapałam się nad rozmyślaniem o rodzinie Liubov, którą do tej pory niespecjalnie zaprzątałam sobie głowę. Już na początku grudnia wysłałam sowę do pani Onoprijenko, obojętnie uprzedzając, że zamierzałam spędzić ferie z przyjaciółmi, ale odpowiedź czytałam z płaczem, wyobrażając sobie mamę. Zagryzając zęby, liczyłam, że coś mi z tego przyjdzie.
Święta zaplanowałam sobie już kilka tygodni temu. W tym czasie planowałam wybrać się na wycieczkę do szpitala oraz wykorzystać fakt, że i Riddle nie wybierał się nigdzie poza Hogwart. Oczywiście nie powiedział mi tego wprost, ale wątpiłam, by zamierzał spędzić święta w sierocińcu z mugolskimi dzieciakami.
Następnego dnia podczas śniadania opiekunowie domu obeszli wszystkie stoły, zapisując wszystkich uczniów, którzy zamierzali spędzić ferie w Hogwarcie. Z dziwnym uczuciem w żołądku przyglądałam się, profesor Beery zapisywał nazwisko Liubov na szczycie zupełnie pustej kartki pergaminu. Nauczyciel serdecznie mi współczuł, ale wcale nie było mi przykro z powodu pustych korytarzy i dormitorium, które miałam mieć tylko dla siebie. A zważywszy na moje świąteczne plany, wolałam, żeby żadna urocza, puchońska dusza nie wykazywała o mnie w tym czasie nadmiernej troski.
- Ale się wynudzisz! - oznajmił Leo, opadając na jedno z licznych wolnych krzeseł. - Właśnie rozmawiałem z młodym. W Gryffindorze zostaje tylko dwójka, mają jakieś zaliczenia u Dumbledore’a, jeżeli chcą w tym roku podchodzić do SUM-ów. U Ślizgonów wiadomo - jak zwykle tylko Riddle. A u Krukonów nie wiem.
- Raczej nie - odparłam, żując powoli resztkę owsianki z malinami. - Może wybiorę się na jakieś zwiedzanie? Dowiedziałam się u Dippeta, jak wygląda kwestia opuszczania szkoły podczas przerw od nauki przez pełnoletnich uczniów. Muszą tylko zgłosić, w jakich godzinach ich nie będzie.
Leo wyglądał na bardzo zainteresowanego tematem, ale ledwo otworzył usta, żeby o coś zapytać, w kolejkę wbił mu się profesor Slughorn, dźwigając ze sobą olbrzymi wiklinowy kosz przyozdobiony czerwono-zieloną girlandą. W środku zauważyłam pokaźny stosik znajomych ciasno zwiniętych ruloników obwiązanych fioletową wstążką i już wiedziałam, co to oznaczało.
- I jak tam, dzieciaki? - zagaił, ale nawet nie spojrzał na Leo, Barbarę i Rottermundów. - Święta, co? Flitwick co roku w ten sam sposób ubiera choinki, a i tak co roku niezmiennie się nimi zachwycam, chociaż widziałem je już… ohoho, nawet nie zliczę. Mnie zawsze sprawia przyjemność, żeby sobie skomponować jakiś motyw przewodni, wyczarować jakieś nowe ozdoby, bo to tak cieszy oko, ach! A, no i ja właśnie po to… tutaj masz, Liubov, zaproszenie na takie małe przyjęcie bożonarodzeniowe… No, może nie takie małe.
Nieco speszona - jak zwykle, kiedy zjawiał się ktoś wspominał przy moich Puchonach o spotkaniach Klubu Ślimaka - przyjęłam rulonik, starając się przywołać na twarz jak najbardziej wdzięczny uśmiech.
- Dziękuję bardzo…
- Tak, nie chwaląc się, świąteczne imprezy są u mnie zawsze z pompą - ciągnął, wypinając dumnie pierś. Dzisiaj miał na sobie wyjątkowo pstrokatą kamizelkę w biało-czerwoną kratę wyszywaną złotą nicią w dzwonki i wstążeczki, która doskonale komponowała się z ozdobnym koszem i wąsami podkręconymi na pomadzie. - Co roku staram się ubarwić te spotkanka jakimiś specjalnymi gośćmi. W zeszłym roku cudem ściągnąłem z Berlina Astrę Vay, znasz tę wokalistkę, co? Astra Vay… dla mnie Elin Odrowąż… to moja była uczennica, wiedziałaś o tym? Tak, zawsze mogę liczyć na darmowe bilety na koncerty, problem w tym, że nie mam czasu ich realizować. Ach, obowiązki szkolne, te obowiązki szkolne… Jak widzicie, nie dotyczą tylko uczniów. W tym roku też mam dla was gwiazdę, ho ho! Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć wasze miny. Oczywiście mogę na ciebie liczyć, Liubov?
- O-oczywiście, panie profesorze…
Odprowadziłam go wzrokiem prosto do stołu Ślizgonów, przy którym zatrzymał się na dużo, dużo dłużej. Kiedy byłam w Domu Węża, przyjmowanie tych zaproszeń na kolacyjki nie wiązało się z żadnym skrępowaniem - głównie dlatego, że prawie wszyscy moi znajomi również je dostawali. A teraz przeżywałam piekło otwierania zaproszenia na najbardziej pożądaną imprezę od początku semestru - całkiem sama i pilnie obserwowana przez osiem par oczu.
- Ooch, strasznie ci zazdroszczę - stęknęła Esmeralda, podpierając się łokciami o blat stołu. - Dwa lata temu były Diamentowe Wywreny, a Slughorn zamówił fotografa, żeby każdy mógł sobie zrobić z nimi zdjęcie.
- Opłaca mu się to? - mruknęłam pod nosem, przeglądając pobieżnie treść liściku. - Bez przerwy narzeka, że nauczyciele tak słabo zarabiają.
- Żartujesz? Przecież on nie ponosi prawie żadnych kosztów - wypaliła Barbara i natychmiast zaczęła wymieniać: - Nie płaci za lokal, bo imprezę robi w gabinecie, większość jedzenia też jest z Hogwartu, ozdoby robią skrzaty i uczniowie, dobry alkohol dostaje od lat w prezencie od dawnych pupilków… założę się, że Dippet udostępnił mu jedną celę w lochu, żeby miał to gdzie trzymać… a ci wszyscy fotografowie, politycy, gwiazdy i sportowcy, których sprasza, to jego uczniowie albo ludzie, których dzięki nim poznał. Dyrektor nie oponuje, ponieważ w pewnym sensie podnosi to prestiż szkoły, no i trzeba Slughornowi to oddać, że kiedy już sobie kogoś upatrzy, bardzo dużo mu pomaga. Pierwszy lepszy przykład - Riddle. Nie ma żadnych sławnych ani bogatych krewnych, ale Slughorn jest w nim zakochany, reszta szkoły zresztą też, więc nawet gdyby Riddle nie był prymusem, Slughorn wcisnąłby go wszędzie, gdzie ten by sobie zażyczył.
Brzmiała w tym nutka goryczy, ale nie miałam do Barbary o to pretensji, zresztą nie słyszałam tego po raz pierwszy. Kiedy Horacy Slughorn pojawił się w Hogwarcie za moich czasów, wiele osób się na to skarżyło - w szczególności Hermiona, choć sama należała do Klubu Ślimaka.
- Kiedy jest to przyjęcie? - zapytał Joachim.
- Dwa dni przed Wigilią - odparłam.
- O nie - jęknęła Esmeralda. - To dzień przed wyjazdem. Pewnie już się nie zobaczymy, bo pociąg jest z samego rana. Nie zdążysz nam opowiedzieć.
- Postaram się zapamiętać jak najwięcej - obiecałam.
Odetchnęłam, gdy Hoffmann zmieniła temat i zaczęła przy wszystkich rozpakowywać olbrzymią paczkę, którą dostała sowią pocztą. Razem z innymi oglądałam te wszystkie kolorowe stroje kąpielowe, kapelusze i sandałki, ale wciąż było mi nieprzyjemnie po przedstawieniu, jakie zrobił nauczyciel eliksirów - jak gdyby nie mógł jak zwykle wysłać młodszego ucznia.
Oczywiście obecność na świątecznym przyjęciu była mi bardzo na rękę, ponieważ wiedziałam, że i Riddle - największy ulubieniec profesora - się tam wybierał. Luźna atmosfera, trochę dobrego wina skrzatów z całą pewnością mogły okazać się pomocne, zwłaszcza że na zaproszeniu widniała informacja o osobie towarzyszącej. W pierwszej chwili chciałam zapytać któregoś ze Ślizgonów, może nawet samego Toma, ale widok przygaszonej Esmeraldy tak mocno wrył mi się w głowę, że przez resztę śniadania i w drodze na zaklęcia toczyłam w niej walkę.
Przecież i tak wszyscy znajdziemy się na tym samym przyjęciu. A Riddle, jak już podkreślił, nie znosił zobowiązań.
Wątpiłam, by w ogóle zamierzał zjawiać się tam z kimkolwiek.
Mogłam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu - uszczęśliwić koleżankę i zachować bezpieczny dystans, który zdawał się Tomowi odpowiadać.
Nic mnie to nie kosztowało, może poza koniecznością poświęcania jej czasu, choćby z samej grzeczności, a Ślizgoni wyraźnie stronili od Puchonów, zwłaszcza od tych, którzy trzymali się z Barbarą. I wcale im się nie dziwiłam.
Znając Rottermund, prawdopodobnie rzuci się w wir zabawy…
A może od razu odmówi…
- Hej, Esmeralda - zaczepiłam ją, zanim w ogóle ułożyłam sobie w głowie, co chciałabym powiedzieć. Dziewczyna zatrzymała się zaciekawiona, a mnie od razu stanęły przed oczami te wszystkie krępujące rozmowy, Ron wrzeszczący do Fleur Delacour przed balem bożonarodzeniowym. Wnętrzności skurczyły mi się w kulkę. - Eee… możemy zabrać kogoś jako osobę towarzyszącą. Do Slughorna. Tak sobie pomyślałam, może miałabyś ochotę ze mną pójść? O-oczywiście jako koleżanka.
Jej oczy z sekundy na sekundę robiły się coraz większe i coraz bardziej okrągłe, aż zaczęły przypominać dwa galeony, a uczniowie bez przerwy nas mijali, ocierając się i potrącając ramionami. Widząc konsternację na jej twarzy, żałowałam, że w ogóle o tym pomyślałam, ale na przeklinanie swojej impulsywności było już za późno. Propozycja padła.
Ech, Sophie, kretynko, jak zwykle chcesz robić dobrze ludziom, którzy cię o to nie proszą, przemknęło mi przez myśl.
- A czy… no wiesz… czy to nie będzie dziwnie wyglądać…? - zaczęła, krzywiąc się, lecz nim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, emocje na jej twarzy błyskawicznie się zmieniły, usta rozciągnął szeroki uśmiech, a oczy rozbłysły dziką ekscytacją, gdy wykrzyknęła: - Etam, to nic! Będzie super! A przecież w zaproszeniu jest napisane “osoba towarzysząca”, a nie “partner”, prawda? Na pewno tak jest napisane? No! To problem z głowy! Jesteś pewna, że chcesz iść ze mną na tę imprezę?
- Tak, jestem pewna - przytaknęłam z rozbawieniem i pociągnęłam ją lekko w stronę klasy, ponieważ niektórzy zaczynali się nam dziwnie przyglądać. - Wymagany jest strój wieczorowy, a przyjęcie jest za dwa dni. Zdążysz? Bo jeśli nic nie masz, mogę ci po…
- Żartujesz?! Oczywiście, że mam! Ale jestem podekscytowana!
Zaklaskała radośnie w ręce i pobiegła do Barbary, żeby podzielić się dobrą nowiną.
Dobra, może jednak nie byłam aż taką kretynką. Zdecydowanie nie, widząc, jak się cieszyła, słuchając, jak rozprawiała o tym przez resztą dnia, a potem wieczorem w pokoju wspólnym. Wiedziałam, że to było niewiele. Zaproszenie Esmeraldy na świąteczny bankiet nie zmazywało moich grzechów. Nie rekompensowało nawet w jednym procencie tego, co zrobiłam Liubov, żeby się tu znaleźć, ale pozwoliło na moment poczuć się lepiej. Obserwując, jak podniecona Esmeralda pokazywała nam wszystkie swoje sukienki, nabierałam pewności, że właśnie to była moja kara za moje wybory. Znalezienie się nie w gnieździe żmij, a w przytulnej, pełnej dobroci norze borsuka.
Patrz i cierp, powtarzał złośliwy głosik. Patrz, co mogłabyś mieć, gdybyś nie popędziła za wężem.
Problem w tym, że ja sama nim byłam. Jedyne, co jeszcze posiadałam, to resztki sumienia, które odzywały się w najmniej oczekiwanym momencie i zmuszały do robienia tych wszystkich głupich rzeczy.
*
Przygotowania do świątecznej zabawy przypominały te do przyjęcia urodzinowego profesora Dippeta, jedynie emocje, które temu towarzyszyły, wydawały się dużo większe. W końcu nie było nic lepszego na zakończenie semestru niż dobra impreza na dzień przed pociągiem do domu. Wszystkie Puchonki z siódmej klasy solidarnie zgromadziły się w naszej wspólnej sypialni i zaczęło się wielkie ocenianie, przymierzanie i porównywanie strojów, butów, tiar i klejnotów, jakie każda przywiozła ze sobą na ten rok do Hogwartu. Towarzyszyły temu miłe wspomnienia z babskich wieczorów, które czasami robiłyśmy sobie ze Ślizgonkami, lecz nigdy nie weszły one na taki poziom, by pożyczać sobie ubrania.
Spędziłyśmy wspólnie bardzo wesołe popołudnie - głośne, pełne śmiechów, ochów i achów i delikatnie zakrapiane nalewką malinowo-różaną ze spiżarni babci Bones. I tak prawie dwie godziny później stałyśmy już na środku sypialni - obie piękne i gotowe do wyjścia. Na modelkowej figurze Esmeraldy wszystko wyglądałoby znakomicie, ale dzień nie dbała nadmiernie o szaty i dodatki (o co trudno było dbać, nosząc przez większość czasu szkolny mundurek), dlatego zrobiła na mnie podwójne wrażenie w prostej, satynowej małej czarnej i włosami spiętymi w wysoki, ulizany koński ogon. Makijaż na dziewczęcej, porcelanowej twarzyczce dodał jej kilka lat, a czerwone usta uczyniły z niej prawdziwą femme fatale - w każdym razie dopóki się nie odzywała. Natomiast to, co z pomocą koleżanek udało się zrobić z Onoprijenko, niezmiennie zapierało mi dech w piersiach. Nie mogłam przejść obojętnie obok żadnego lustra czy powierzchni, w której dało się przejrzeć - czerwony kolor zdecydowanie był kolorem Liubov. Opinająca suknia z głębokim rozcięciem na nogę i mocnym, ale smacznym dekoltem w połączeniu z długimi, czarnymi rękawiczkami, które doskonale ukrywały bliznę po Mrocznym Znaku, znakomicie pasowały do świątecznego przyjęcia. Do tego obcasy, usta w tym samym czerwonym odcieniu, burza świeżo pokręconych włosów i od razu czułam się inaczej. Wyglądając w ten sposób, nie sposób było poruszać się w ten męski, energiczny sposób, jak to zwykł określać Victor. Gdy posiadało się takie ciało, krok automatycznie nabierał kobiecości i wcale nie dziwiłam się męskiej populacji Hogwartu, że wodzili za Lubą wzrokiem. Sama nie mogłam przestać na nią patrzeć.
Trzymając się pod ręce, wmaszerowałyśmy pewnie do lochu, w którym już z oddali dało się słyszeć jazzowe interpretacje popularnych świątecznych hitów.
- Dowiedziałam się od Barbary, że ma być Eugeniusz Jenkins - powiedziała cicho i samo wspomnienie o nim spowodowała, że zesztywniała i zaczerpnęła głęboko powietrza.
- Ścigający Gryfonów?
- Tak. I syn ministry. Podobno przyszedł sam, ale wiesz, co to znaczy? - spytała, a kiedy potrząsnęłam głową, westchnęła i dodała z markotną miną: - Że niby jest ścigającym, ale tak naprawdę jest też szukającym. Jeżeli wiesz, co mam na myśli.
Nigdy dotąd nie słyszałam tego określenia, ale po wyrazie jej twarzy natychmiast pojęłam. Posłałam Esmeraldzie pokrzepiający uśmiech i ścisnęłam lekko szczupły nadgarstek. Był przeraźliwie zimny.
- Może dzisiaj zostaniesz jego złotym zniczem?
Wybuchnęła gwałtownym śmiechem i choć maska femme fatale znów momentalnie opadła, Puchonka nie wydawała się już taka spięta. Dotarłyśmy do dwóch wspaniałych choinek ustawionych po obu stronach otwartych na oścież drzwi i śmiało wkroczyłyśmy do środka.
Podobnie jak podczas urodzin profesora Dippeta pomieszczenie znacznie zwiększyło swoje rozmiary i również próżno było tu szukać jakichkolwiek śladów po zwykłym nauczycielskim gabinecie. Slughorn przeszedł samego siebie. Ponure kamienne ściany zniknęły za wspaniałymi, ciężkimi kotarami z bordowego złotogłowiu. Zdecydowanie dominowała tu czerwień, soczysta zieleń i złoto - nie tylko w ozdobach, ale i w strojach zaproszonych gości. Nie potrafiłam zliczyć, ile iglastych drzewek o różnych kształtach i wysokości ustawiono między stolikami uginającymi się od świątecznych potraw. Złota zastawa, którą wyciągano w Hogwarcie na specjalne okazje, cieszyła oko odbijającym się w nich blaskiem setek świec i migoczących lampek, a zapachy, jakie się tu unosiły, przyprawiały o zawroty głowy.
Przystanęłyśmy z Esmeraldą przy miniaturowym barku z napojami i, sącząc powoli bezalkoholowe drinki, przez dłuższą chwilę obserwowałyśmy gości. Nie obyło się bez obgadywania fryzur i strojów, tym bardziej, że było co omawiać. Każdy chciał zaprezentować się jak najlepiej i zgodnie z życzeniem profesora wpasował się w klimat “Świąt Vintage”, jak widniało w tytule zaproszenia. Dziewczęta wręcz olśniewały swoimi eleganckimi złotymi, czarnymi i krwistoczerwonymi kreacjami, ale i niektórzy chłopcy postawili na drobne akcenty kolorystyczne w postaci barwnych koronek, żabotów, kołnierzy czy tiar. Prawdziwym ewenementem okazała się siostra Łucja, która przeważnie na korytarzach przyciągała wzrok ze względu na habit, tym razem zupełnie utonęła w morzu falbanek, długich, czerwonych szponów, cekinów, połyskujących brokatem obojczyków, wykwintnych gorsetów i welurowych trenów. Nasze spojrzenia się skrzyżowały i już chwilę później nauczycielka lawirowała między tańczącymi parami, uśmiechając się łagodnie. Pośród tych wszystkich umalowanych twarzy wyglądała jak wróżka. Poczułam jej wzrok najpierw najpierw na dekolcie, później na zdecydowanie zbyt odważnym rozcięciu, ale nic nie powiedziała. Przywitała się tylko uprzejmie i przyjęła podetknięty przez skrzata puchar z sokiem.
- Mamy wigilię przed Wigilią, co? - zażartowała, zerkając w kierunku rzędu stołów ustawionych jak wagony wzdłuż jednej ze ścian. - Zawsze się zastanawiam, jak Horacy to robi. Zawsze ma tyle pracy, tyle zleceń spoza szkoły, a i tak znajdzie czas na zorganizowanie przyjęcia.
Wymieniłyśmy znaczące uśmiechy, a Esmeralda dodała:
- Sztuka sprawiania dobrego wrażenia, proszę siostry. Wyjeżdża siostra na święta?
- W tym roku zostaję z wami, za to robię sobie wycieczkę do rodziny w okolicy Wielkanocy. Mam wtedy urodziny.
- O, a które siostra obchodzi?
Zakonnica zrobiła zaczepną minę, a ogniki, jakie zapaliły się w jej czystych, błękitnych oczach, były iście diabelskie.
- Zgrzeszę próżnością, ale zapytam: jak myślisz które?
Analizując uważnie każdy fragment młodzieńczej twarzy siostry Łucji, Puchonka zmarszczyła brwi i to zagryzała, to rozluźniała uszminkowane usta, aż wykrzyknęła:
- Dwadzieścia cztery!
- Chciałabym - zaśmiała się perliście, ale widać było, że odpowiedź Esmeraldy sprawiła jej przyjemność. - Ale dziewiętnastego kwietnia skończę trzydzieści sześć.
Obie wytrzeszczyłyśmy na nią oczy, jeszcze bardziej pogłębiając uśmiech, a ja dodatkowo poczułam delikatne ukłucie gdzieś w okolicy serca - dziewiętnastego kwietnia. Prawie wtedy, co Darla. Tylko jeden dzień wcześniej…
- Och! - zawołała cichutko Rottermund i spostrzegłam, jak zaczęła się poprawiać. Ramiona znów miała sztywne i lekko uniesione, a twarz spięła się jak stremowanej chórzystce tuż przed wyjściem na scenę. - To on! Tam!
Powędrowałam wzrokiem za jej spojrzeniem i zobaczyłam chłopaka, którego widziałam już kilkakrotnie na korytarzu i dwa razy w powietrzu - na początku sezonu podczas meczu ze Ślizgonami i dwa tygodnie temu z Krukonami. Prezentował się wspaniale w taliowanej, butelkowozielonej szacie z absurdalnie wielkimi poduszkami na ramionach i nieco figlarnie potarganych jasnobrązowych, mocno kędzierzawych włosach, choć nawet bez modnych, dopasowanych ubrań był bardzo przystojny. Wysoki, dobrze zbudowany, z charakternie zakrzywionym nosem i jedną zadziornie uniesioną brwią z całą pewnością musiał działać na dziewczyny jak miód na niedźwiedzie. I tak w istocie było, bo ledwo usiadł samotnie przy okrągłym stoliku, prawie natychmiast dosiadły się do niego dwie uczennice. Nie musiałam patrzeć na Esmeraldę, by wiedzieć, co się w niej teraz działo. W jej westchnieniu zawierały się wyłącznie zawód i rozczarowanie, nic więcej.
- Hej, masz być zniczem, pamiętasz? - szepnęłam, szturchając ją delikatnie w bok. - Znicza trzeba złapać.
- Tak, tylko najpierw trzeba chcieć go ścigać.
- Sama powiedziałaś, że jest szukającym. - Uśmiechnęłam się i pociągnęłam Esmeraldę w kierunku parkietu. - My już siostrę przeprosimy.
Pomachała nam na pożegnanie i jeszcze przez chwilę widziałam ją, jak odprowadzała nas wzrokiem, dopóki nie zniknęłyśmy między podrygującymi ludźmi. Z gramofonu Slughorna rozbrzmiał wyraźnie Gene Autry i jego Frosty the Snowman, a później Here Comes Santa Claus. Esmeralda natychmiast się rozchmurzyła. Kiedy porwałam ją do tańca, okazała się bardzo wdzięczną partnerką. Płynęła lekko i zwiewnie nawet mimo mocno przylegającej, krępującej ruchy szacie, a kucyk wywijał w powietrzu, układając swoją własną choreografię, chlastał po oczach ją, mnie i tych, którzy znaleźli się za blisko nas.
- Jak to jest między wami? - zapytałam, przekrzykując Christmas (Baby Please Come Home) Darlene Love, a Esmeralda pochyliła się ku mnie, nie przestając tańczyć. - Byliście gdzieś kiedyś razem? W Hogsmeade albo gdzieś?
Potrząsnęła głową.
- Nie, tylko czasem ze sobą rozmawiamy, ale wiesz, w taki sposób.
Owszem, wiedziałam w jaki, ale o tak postanowiłam pociągnąć ją za język.
- To znaczy?
- To znaczy, że on mówi mi, że ładnie wyglądam, a ja, że dobrze gra. Tak, tak, wiem, o czym myślisz. To za mało na związek… za mało nawet na “kręcenie” ze sobą, ale muszę jakoś to przełamać! To moja ostatnia szansa, bo kończę szkołę, a on zostaje jeszcze na dwa lata…
- Eugeniusz jest dopiero w piątej klasie?!
- Ciii! - Doskoczyła do mnie, żeby zakryć mi usta rękami, ale jednocześnie wybuchła nieoczekiwanym chichotem, rozglądając się w popłochu za charakterystyczną burzą brązowych włosów. - Tak, jest w piątej, a co… to coś złego?
Policzki lekko jej poróżowiały, choć wcale nie wyglądała na zziajaną.
- Nie, nic złego, po prostu… - Zawahałam się na ułamek sekundy. - Strasznie młody!
- Mnie to w ogóle nie przeszkadza - oznajmiła, jeszcze mocniej się czerwieniąc. - A teraz ty się pochwal. Jest ktoś, kto ci się podoba? Na pewno jest! Ej, nie bądź taka, ja ci powiedziałam!
Uśmiechnęłam się do siebie, bo nie było już miejsca na ucieczkę od obrazów i wspomnień, które popłynęły wartkim strumieniem i przed oczami stanął mi Barty - prawie jak żywy, cholernie przystojny w czarnej szacie śmierciożercy, z zapadniętymi policzkami i dłuższymi włosami jak po roku podszywania się pod Moody’ego. Kolejna szpila prosto w serce - jeszcze boleśniejsza niż ta pierwsza.
- Kiedyś ktoś był - odparłam krótko. Nie mogłam nic poradzić na ten miękki, wilgotny głos. - Dawno temu.
- O widzisz! Czyli jednak jesteś człowiekiem z krwi i kości! Jest z twojej wioski? Jak wygląda?
Tym razem to ja potrząsnęłam głową i pociągnęłam Puchonkę głębiej pośród tańczących, bo właśnie zaśpiewała Brenda Lee i salą zatrzęsło Rockin’ Around The Christmas Tree.
Ostatnie, o czym chciałam teraz myśleć, to Crouch. O tym, co by było i czy kiedykolwiek jeszcze mogłoby być. Przekreśliłam go w momencie, w którym zdecydowałam przekroczyć próg zmieniacza czasu, ponieważ w świecie, w którym Voldemort nie stałby się Voldemortem, nie istniał scenariusz, który doprowadziłby do tego, że ja i Barty moglibyśmy stworzyć szczęśliwy związek.
Jakikolwiek związek.
W tym momencie pragnęłam pić i szaleć, a później, kiedy obie z Esmeraldą wytańczymy się do upadłego, opaść na krzesło i zacząć rozglądać się za Riddle’em. Nic nie mogło mnie rozpraszać. Żadne wspomnienia o Darli, natrętne wizje Oreżnowa czy majaki ukochanych twarzy.
Riddle - musiałam sobie to powtarzać.
Jeżeli z nim mi się uda - cokolwiek miałoby to znaczyć - wszystko inne się ułoży.
Trwałyśmy w tym na pozór radosnym szaleństwie - Rottermund i ja. Obie roześmiane, obie tryskające beztroską jak zerwane ze smyczy czternastolatki, ale z tyłu głowy zmartwienia nadal dopraszały się o uwagę. Wystarczyło, żeby ktoś wyłączył muzykę.
W gabinecie robiło się coraz duszniej i gęściej, więc powoli wycofałyśmy się z parkietu i udałyśmy się na poszukiwanie jakiegoś wolnego stolika.
- Dobra jesteś! - zawołała Esmeralda. Wyglądała na naprawdę zdumioną, jak gdyby w jej wizji Liubov Onoprijenko i taniec zupełnie się wykluczały.
- Ty też! Chodź, usiądzie…
Urwałam, bo w tym samym momencie otrzymałam zaskakujący jak na nią cios łokciem w żebra. Rozejrzałam się nieprzytomnie i zobaczyłam przy barze kilka kolorowych, a wśród nich Eugeniusza Jenkinsa machającego w naszą stronę. Esmeralda zesztywniała jak ugodzona zaklęciem paraliżującym. Odmachała sztywno i wyszeptała kącikiem ust:
- I co teraz?
Uśmiech, jaki jej posłał, nie wyglądał na uśmiech szukającego, który zamierzał puścić się pędem dopiero co wypatrzonym złotym zniczem, ale wiedziałam, że nie byłam w stanie powstrzymać Puchonki przed granie zbyt dostępnej.
- Jak to co? - rzuciłam półgębkiem. - Idź i powiedz, żeby nalał ci soku.
Nawet nie zamierzałam udawać, że nie było mi to na rękę. Kiedy tylko Rottermund ruszyła w stronę baru, sama omiotłam salę w poszukiwaniu miejsca sprzyjającego obserwacji, ale właściwie wszystkie stoliki był już pozajmowane. Czując w żołądku pewien niepokój, przykleiłam się do grupki Ślizgonów otaczających Slughorna. W bufiastej, czerwonej szacie połyskującej delikatną złotą nicią, z olbrzymim wieńcem na głowie, czerwonymi policzkami i olbrzymim pucharem wina w tłustych palcach jeszcze bardziej niż zazwyczaj przypominał skrzyżowanie Dionizosa ze Świętym Mikołajem. Jakimś cudem wyłowił mnie z tłumu, bo uniósł rękę i pomachał nią po królewsku, zachęcając, bym przyłączyła się do rozmowy.
- Ach, Luba, drogie dziecko, podejdź, podejdź, chciałbym ci kogoś przedstawić, a wierzę, że jako fanka quidditcha docenisz tego znakomitego gościa - rzekł, a ja dopiero wtedy zauważyłam drobnego i bardzo niskiego mężczyznę stojącego u boku profesora. - Noah Adler, szukający Czerwonych Lwów z Düsseldorfu! Mój były uczeń! Noah, na brodę Merlina, ale ty byłeś fatalny z eliksirów! Wyobraźcie sobie, że jako jedyny z całej klasy o tyle - prawie zetknął ze sobą kciuk i palec wskazujący - smyrgnął się od pisania poprawki! Ale ja już wtedy wiedziałem, że nie będą mu potrzebne ani eliksiry, ani jakaś głupia transmutacja, bo ten chłopak miał talent, proszę ja was! Już w drugiej klasie udało mu się wepchnąć Krukonów na drugie miejsce w tabeli, a w trzeciej pierwszy raz od, przypomnij mi, Noah, ilu lat…?
- Od czterdziestu sześciu…
- No właśnie, pierwszy raz od CZTERDZIESTU SZEŚCIU LAT Ravenclaw zdobył Puchar Quidditcha. Odebrali go Ślizgonom, ma się rozumieć, ale mając TAKIEGO szukającego… nie mam żalu, nie mam żalu… Zwłaszcza że rok po twoim odejściu znów trafił w nasze ręce.
Zarechotał głośno, rozchlapując kropelki wina, podczas gdy Noah Adler uśmiechnął się blado. Gdzieś wśród licznych książek i czasopism o quidditchu, które udało mi się zgromadzić, natknęłam się raz czy dwa na to nazwisko, ale najwidoczniej najlepszy od czterdziestu sześciu lat krukoński szukający nie zrobił aż takiej kariery, na jaką się zapowiadał. Miał ziemistą, pociągłą twarz i wydatny nos przypominający nieco nos Snape’a, a w czujnych, wodnistych oczach było coś znajomego - jak u Glizdogona, kiedy wydawało mu się, że nikt nie patrzył.
Przedstawiliśmy się sobie bez większego zaangażowania, ale Mistrz Eliksirów nie wyglądał na przejętego niewielkim zachwytem swoich słuchaczy, ponieważ sam nawijał teraz o innych swoich utalentowanych miotlarsko uczniach.
- …uczyłem też taką jedną Martę Blair z Gryffindoru… oj, tak, to dopiero był talent, wróżyłem jej świetlaną karierę, nawet proponowałem jakieś wsparcie, bo wiadomo, jak w naszym kraju nadal podchodzi się do kobiet w quidditchu… Ale niestety na szóstym roku nabawiła się bardzo poważnej kontuzji, spędziła w Świętym Mungu prawie dwa miesiące… jak na moje, to chyba bardziej z powodu powikłań psychicznych niż fizycznych, bo wiadomo, że takie proste niemagiczne urazy nasi uzdrowiciele naprawiają w sekundę… i tak chyba musiało być, bo biedaczka po tym wypadku straciła cały charakter. Wystarczyło, że przed meczem na suficie w Wielkiej Sali pojawiały się deszczowe chmury, wszystko partaczyła. Po prostu ją paraliżowała, latała jak pierwszoroczniak, który dopiero co siada na miotle…
Już otworzyłam usta i chciałam opowiedzieć bliźniaczą historię o Leonie Wolframie grających w Niedźwiedziach z Berlina i jego wypadku w deszczu, który ostatecznie zakończył jego wielką karierę, ale w ostatniej chwili ugryzłam się w język. W grudniu 1972 roku Leon Wolfram chodził prawdopodobnie do jakiejś drugiej albo trzeciej klasy i nie miał zielonego pojęcia, że zostanie kiedyś najlepiej opłacanym ścigającym w Niemczech. W zamian za to wyciągnęłam z torebki piersiówkę z eliksirem wielosokowym i, obracając się dyskretnie, upiłam łyczek. Korzystając z okazji, rozejrzałam się po sali w poszukiwaniu znajomej ciemnowłosej głowy wystającej sporo ponad tańczących, ale nikogo takiego nie zauważyłam. Poczułam trzecie ukłucie, ale tym razem niepokoju.
Czyżby nie przyszedł…?
- …ale to nie jest wieczór poświęcony quidditchowi, choć czasami kusi mnie, żeby zorganizować takie spotkanko, zebrać wszystkich moich uczniów, którym się powiodło - pytlował Slughorn. - Mogliby poopowiadać zainteresowanym, jak wygląda kariera sportowca “od kuchni”, doradzić coś aspirującym graczom… No, ale to jest temat do przemyślenia na inny raz. A teraz… hmm, widzę, że jeszcze nie wszyscy goście się pojawili, a jak ich znam, a właściwie JEGO, to pewnie chciałby zrobić wielkie wejście…
- Czy ma pan na myśli wampira, panie profesorze? - ożywiła się nagle Diana Parkinson, a nauczyciel zachichotał.
- O, ty niedobra dziewczyno, musisz psuć wszystkim niespodziankę? - zrugał ją żartobliwie, grożąc palcem, a Ślizgonka uśmiechnęła się z wyższością. - Jak ty zawsze potrafisz mnie rozgryźć! Tak, zaprosiłem mojego starego przyjaciela, a mówiąc starego, mam na myśli zarówno wiek, jak i staż naszej znajomości, ponieważ poznaliśmy się, kiedy…
W tym samym momencie wydarzyło się kilka rzeczy jednocześnie: krew zaszumiała mi w uszach, zagłuszając paplaninę Slughorna, w kolanach zrobiło się miękko, serce podjechało do gardła i zaczęło walić tak, jakby próbowało utorować sobie drogę ucieczki. Przełknęłam z trudem, ale potrzebowałam chwili, żeby się opanować.
MUSIAŁAM się opanować.
I przede wszystkim musiałam natychmiast stąd wyjść. Sanguini nie należał ani do najstarszych, ani tym bardziej do najmądrzejszych wampirów, których poznałam, ale wystarczyło, żebyśmy znaleźli się w jednym pomieszczeniu i natychmiast rozpoznałby mój zapach.
Przeprosiłam wszystkich i natychmiast się odwróciłam, nie dbając o to, czy w ogóle zarejestrowali moje odejście. Błyskawicznie przeskanowałam gabinet i wypatrzyłam Esmeraldę dokładnie tam, gdzie ją zostawiłam - flirtującą przy barze z Jenkinsem. Starając się opanować drżenie nóg, przecięłam salę i starając się zrobić to jak najbardziej delikatnie, dotknęłam ramienia koleżanki i nachyliłam się, żeby powiedzieć jej do ucha:
- Wyjdę się przewietrzyć.
Obróciła głowę i zlustrowała mnie naprędce. W jej rozanielonych oczach błysnął niepokój.
- Może pójdę z tobą?
Bardzo, bardzo nie chciała ze mną wracać, a ja bardzo nie chciałam, żeby to robiła, więc uśmiechnęłam się uspokajająco i pokręciłam głową.
- Nie, słonko, dam sobie radę. Tylko wróć potem prosto do dormitorium, jasne?
Nie czułam się dobrze ze świadomością, że zostawiałam ją tu samą, ale przeciskając się między ludźmi, powtarzałam sobie, że przecież przyszła na świąteczne przyjęcie w profesorskim gabinecie, gdzie było mnóstwo nauczycieli i ani kropli alkoholu w barku dostępnym dla uczniów. Wilgotny chłód lochu nieco mnie otrzeźwił, a uszy stęknęły z ulgą, gdy na korytarzu imprezowa kakofonia nieco przycichła. Czym prędzej wydostałam się do holu, ale nie zamierzałam udać się do piwnicy. Znajdowała się zbyt blisko, a ja chyba naprawdę potrzebowałam się przewietrzyć, więc bez zastanowienia popędziłam prosto do sowiarni.
Okazało się, że spędziłam na przyjęciu więcej czasu, niż się spodziewałam, ponieważ zamek był zupełnie opustoszały. Na korytarzu nie spotkałam nikogo, nawet ducha, wyłącznie zaspane oblicza portretów wodziły za mną wzrokiem, wyraźnie zniesmaczone widokiem tak ubranej uczennicy. Zwolniłam kroku dopiero na krętych schodach prowadzących na szczyt wieży. Znajomy zapach piór i słomy przywodzący na myśl kurniki w Oreżnowie przyjemnie ukoił moje zmysły. Podparłam się łokciami o parapet i przymknęłam oczy, pozwalając, by surowy, mroźny wiatr owionął mi spoconą szyję i wplótł się we włosy, a pierwsze ciarki szybko ustały, pozostawiając po sobie miłe odprężenie.
Nic nie szło tego wieczora po mojej myśli. Jak głupia dopuściłam do głosu wspomnienia, które dostały zakaz mówienia. Nie wypiłam ani kropli alkoholu, ba, nie zjadłam porządnej kolacji, zostawiłam koleżankę samą z chłopakiem w typie donżuana, a na domiar złego o mało się nie zdemaskowałam. Nawet nie zdążyłam spotkać się z Rosierem albo z…
Drzwi za moimi plecami cicho trzasnęły, a ja obróciłam się gwałtownie.
- Riddle - wyrwało mi się.
Uznałam za nadzwyczaj ironiczne, że na jego widok kamień spadł mi z serca.
Ślizgon wyglądał tak gustownie, jak podczas urodzin profesora Dippeta - miał na sobie tę samą czarną, podniszczoną szatę ze staroświeckim kołnierzem, włosy identycznie ułożone na brylantynie, a na twarzy nieodłączną elegancką bladość. Stał z dłonią opartą nonszalancko na framudze, drugą trzymał w kieszeni i przyglądał mi się uważnie z lekko przechyloną głową. Nie wiedziałam, jak ile to trwało, nim postanowił zaznaczyć swoją obecność otworzeniem drzwi, ale chyba niezbyt długo, ponieważ charakterystyczna ciemna aura, która mu towarzyszyła, dopiero teraz zaatakowała moją odsłoniętą skórę.
- Dowiedziałem się od twojej pary, że poszłaś się przewietrzyć - rzekł i ruszył wolno przez zupełnie pustą sowiarnię. Ani jedna para pomarańczowych oczu nie śledziła jego ruchu. - I jakoś tak przyszło mi do głowy, że zastanę cię akurat tutaj.
Uniosłam brwi, wymuszając kpiący grymas.
- Rozmawiałeś z nią?
Tom przystanął tuż obok, blisko, bardzo blisko mnie.
- Rozmowa? Nie, za dużo zachodu - zadrwił, po czym dodał z chytrym uśmieszkiem: - Postępowe.
Czując na sobie jego wzrok, wyciągnęłam z torebki małe pudełeczko i obróciłam się tyłem do okna. Oparłszy się ramionami o parapet, zapaliłam papierosa i już pierwszy haust dymu wypełnił mi płuca upragnionym spokojem. Otaksowałam Riddle’a tak, jak przed chwilą on zlustrował mnie - intensywnie i prowokująco, aż spostrzegłam w jego oczach bezczelny, czerwony błysk.
- Będziesz dzisiaj myślał o nas pod prysznicem? - zapytałam cicho, a słysząc jego powściągliwy śmiech, dodałam: - Esmeralda i tak woli tamtego Gryfona, syna waszej pani minister, więc jestem na przegranej pozycji.
- Och, wielka szkoda - odparł, przeciągając prześmiewczo sylaby.
Znów zapadł między nami ten miękki rodzaj ciszy niewymagający mówienia. Odchyliłam głowę i paliłam tak przez chwilę z delikatnie przymkniętymi powiekami, wsłuchana w kojący szum wiatru za sobą, aż gdzieś na poziomie umysłu doznałam - raz jeszcze - subtelnego, łaskoczącego napierania. Roześmiałam się w głos i odnalazłam wzrokiem oczy Riddle’a. Ani razu nie mrugnęły. Uderzyło mnie nieprawdopodobne odprężenie, jakie ogarnęło jego oblicze i już wiedziałam, że nie chodziło tylko o samo dostanie się do mojej głowy.
- Co ty widzisz, próbując odczytać moje myśli? - odezwałam się, porzuciwszy lekceważący ton.
Twarz zmieniła mu się jak pod wpływem zaklęcia, na czole pojawiły się niewielkie zmarszczki, oczy pociemniały, utraciwszy cały poprzedni żar - już nie czarował, nie drażnił, nie zaczepiał, przez co jeszcze bardziej intrygował. Dogłębnie się nad tym zastanawiał, wpatrując się we mnie z ukosa, lecz nie widziałam w jego spojrzeniu własnego odbicia. Był głębiej, analizował coś daleko poza cielesną powłoką.
- Żadnych murów, furtek ani bramek. Tylko pustkę. Czerń, której nie można przekroczyć - rzekł cicho i choć zrobił to prawie szeptem, jego głos był nadzwyczaj wyraźny, jakby noc w tej chwili zamarła, sama zainteresowana tym, co Tom chciał powiedzieć. - Mrok, który od ciebie bije, nie wskazuje, że zamoczyłaś w nim tylko palec u stopy. Jak głęboko się zanurzyłaś?
- A ty? - zapytałam, ale Riddle milczał, uśmiechał się tylko jak zwykle - spod oka i tajemniczo, jak to miał w zwyczaju. - W takim razie oboje mamy odpowiedź.
Poczułam na ramieniu łagodny dotyk i palec, które jeszcze chwilę wcześniej bezwiednie gładził szorstką krawędź parapetu, teraz sunął nieśpiesznie po mojej skórze - najpierw w górę, a kiedy dotarł do szczytu, płynął z powrotem w dół. Dreszcz podobny do tego, który spowodował lodowaty powiew wiatru, przebiegł mi po karku, choć dłoń Ślizgona nie była zimna. Wręcz przeciwnie. Ciepło, jakie z niej było, nie przypominało ciepła ludzkiego ciała. Odniosłam wrażenie, jakby Riddle zrobił to intencjonalnie i znów miało to konotacje inne niż czysto zmysłowe, bo magia, którą do tej pory z sukcesem trzymałam w ryzach, wzburzyła nieco krew w moich żyłach. W pierwszej chwili zapragnęłam się odsunąć, przerwać tę zdecydowanie zbyt śmiałą ingerencję, uprzedził mnie. Urwał to, cofając rękę, wciąż zuchwale studiując moją twarz.
Tym razem to on coś testował. Miał jakąś hipotezę, którą zamierzał sprawdzić, a to, do czego doszedł, musiało go zaintrygować, bo brązowe oczy przez ułamek sekundy znowu zalśniły na rubinowo.
- Jest zimno - rzucił i niespodziewanie wykonał taki ruch, że od razu zrozumiałam, co planował.
Odruchowo zaprzeczyłam, ale Tom zsunął z siebie wierzchnią część szaty i bez słowa narzucił mi na ramiona. Pod wpływem mieszanki jego zapachu, ciepła i magii, którą przesiąknęła, na moment odebrało mi dech. Czując gorąco pełznące przez szyję wprost do moich policzków, oparłam się z powrotem o kamień - po części szukając podpory, a po części pragnąc zachować chociaż fasadę nonszalancji, jaka Ślizgonowi przychodziła naturalnie. Jak gdyby urodził się z tym cwanym wyrazem przyklejonym do swojej anielskiej buźki.
- Nie przypuszczałam, że mogę się spodziewać tak dobrych manier, ale na mnie i tak to nie działa - powiedziałam z przekąsem, gdy odzyskałam trochę wewnętrznej równowagi, a on uniósł brwi. - Może być najwyżej miłym flirtem, niczym więcej. Tak, jak na ciebie nie działają moje cycki. W każdym razie nie tylko one. Dobrze wychowanych chłopców i cycatych lasek jest w Hogwarcie na pęczki.
- Więc czego chcesz?
- Chcę wiedzieć, co ty tu robisz, Riddle. Nauką i kółkami zainteresowań możesz mydlić oczy nauczycielom, nie mnie. Masz gdzieś szkolne sprawy.
Spostrzegłam, że spodobało mu się to, co usłyszał. Kiedy wyciągnął mi z dłoni resztkę papierosa i zaciągnął się leniwie, byłam pewna, że mi powie - jak wtedy na dachu, ale on spopielił peta w dłoni i powiedział tylko:
- Na pewne odpowiedzi jest miejsce tylko po ślubie, a jako że ty i ja nie lubimy zobowiązań…
Urwał, a złośliwy cień w kącikach ust Ślizgona tylko się pogłębił, gdy miękko naparł na mnie ramieniem. Zrozumiałam, choć w czaszce już zaczynały kotłować się myśli, którym zamierzałam poświęcić tyle czasu, ile potrzebowały, kiedy z Riddle’em rozstaliśmy się jak zwykle przed ścianą oddzielającą wejścia do lochu i piwnicy.
Co wtedy testował? I co wyszło mu z tych testów? Już raz przemknęło mi to przez głowę i im częściej prowadziłam z nim takie rozmowy, im śmielej pozwalał sobie na dotyk, byłam coraz bardziej przekonana, co zaczynał zakładać wobec rodzajów czarnej magii, jakie uprawiałam. I zdecydowanie nie podobał mi się kierunek, w którym pędziły te założenia, ponieważ właśnie z tej ścieżki chciałam go zepchnąć.
~*~
Nie planowałam tego rozdziału na NaNoWriMo 2025, planowałam go na grudzień, żeby rozkoszować się mrocznym klimatem Bożego Narodzenia w Boże Narodzenie, ale najwidoczniej tak miało być, a mnie zabrakło rozbudowanego planu w “Chwale”, więc jest rozdział 381. Jestem totalnie zaskoczona, jak w tym roku to listopadowe pisanie mi idzie, normalnie trzaskam rozdział za rozdziałem. Tu, pyk, zbetowana “Chwała”, tu zbetowana “Siostrzenica”, pyk, tu nowość, zajebiście, mogłabym tak cały rok. A potem przychodzi otrzeźwienie, bo okazuje się, że to dlatego, że w listopadzie w sumie nie mam życia. XD